|
Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Wpisy z tagiem: felieton Polska Times
czwartek, 05 sierpnia 2010
Bardzo mnie cieszy fakt, że w Irlandii każdy dom ma kącik jadalny, a w nim wygodny, nierzadko rozłożysty stół, służący nie tylko do jedzenia, ale stanowiący często centrum życia rodzinnego, gdzie odrabia się lekcje lub czyta gazety, bo tam światło najlepsze i najłatwiej dużą płachtę rozłożyć. Przyznacie, że dla niejednego Polaka taki mebel to widok niepospolity. Stoły, wyparte na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z powodu ciasnoty „nowoczesnego budownictwa”, zabrały ze sobą nie tylko wygodne miejsce do spożywania posiłków, ale wiele, wiele więcej. Czymże bowiem jest taki duży, wygodny stół ? Człowiek praktyczny, racjonalista powie pewnie, że są to kawałki drewna, obrobione i umiejętnie ze sobą połączone. Serweta, kwiaty, niedzielne obiadki i tyle. Dla mnie każdy stół ma duszę kameleona, jest taki jak jego właściciel, czasami uporządkowany i lśniący, czasami zawalony papierami i wycinankami dzieci, a jeszcze innym razem poważny - koronkowy lub wesoły - złocisty, cały w kratę. Mogłabym powiedzieć - pokaż mi swój stół, a powiem ci, kim jesteś. Zdarza się, że kiedy myślę o pozostawionych w moich rodzinnych stronach przyjaciołach i bliskich, tęsknię do ich stołów właśnie, do wspólnych wieczorów pełnych śmiechu, fantastycznego jedzonka, dobrego wina, a nade wszystko do rozmów (czasami zażartych dyskusji) i do nocy zarwanych z powodu gry w karty lub Scrabble. Wszystko to właśnie przy tych stołach się działo i doprawdy lepszego miejsca na takie spotkania nie ma. Kiedy zaraz po ślubie wynajęliśmy kawalerkę w Warszawie, ku naszej radości znaleźliśmy w niej duży okrągły stół. Właściciel przepraszał za ten „nieporęczny mebel” na środku pokoju i zaproponował, że natychmiast, z pomocą mojego męża, wyniesie go do piwnicy. Pokój był malutki, z wnęką na łóżko i drugą na kącik kuchenny. Mimo to gwałtownie zaprotestowaliśmy. Pozostawienie stołu zmusiło nas do przyjęcia zasady poruszania się pojazdów mechanicznych na rondzie (może dlatego później, jako jedyna na kursie prawa jazdy, nie miałam z tym problemu), ale w takiej klitce nic nie było łatwe, a stół załatwiał wiele spraw - przy nim jedliśmy, pracowaliśmy i przyjmowaliśmy gości . Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że pierwszym meblem w życiu, który kupiliśmy na własność, był stół. Duży, owalny, w razie potrzeby rozsuwany. Wynajęcie kolejnego mieszkania zależało od tego, czy znajdziemy dla niego miejsce. Po każdej kolejnej przeprowadzce, najważniejsze było rozłożenie łóżek i ustawienie stołu, wszystko inne mogło poczekać. W trakcie urządzania można na nim było rozpakować książki, bibeloty i szklanki, w przerwach zjeść posiłek, a wieczorem dla odpoczynku postawić pasjansa. Po przyjeździe do Irlandii byłam bardzo szczęśliwa widząc, ze wszędzie, gdziekolwiek nie poszliśmy oglądać domu do wynajęcia, były wygodne stoły. W każdym takim wynajmowanym locum, według mojej teorii kameleona, przejmowały one moją osobowość, oblekały się w kolorowe obrusy, przyjmowały na swój blat bukiety polnych lub ogrodowych kwiatów, cierpliwie znosiły odrabianie lekcji z dziećmi, z wdzięcznością towarzyszyły nam przy posiłkach, by zakończyć dzień na czytaniu prasy z dorosłą częścią domowników lub na ostatniej filiżance herbaty i uspokajającym pasjansie. Z czasem musiały się pogodzić z novum – czarnym, lśniącym laptopem, który łączył rodzinę ze światem. Po podpisaniu kontraktu o kredyt hipoteczny, po nużącym okresie formalności i oczekiwania na klucze do wymarzonego, własnego (powiedzmy) domu, co zrobiliśmy najpierw? Pognaliśmy do sklepu i znaleźliśmy piękny, rozłożysty, miodowo-złocisty stół z sześcioma wygodnymi krzesłami. I ten mebel właśnie wjechał do nowego domu jako pierwszy. Towarzyszy nam do dziś, a wieczory spędzone przy nim, na rodzinnym graniu w karty, będą już zawsze, choć nadal się odbywają, ale już to wiem, najwspanialszym, najukochańszym wspomnieniem do końca moich dni. Wiem, że personifikacja przedmiotów czy mebli może być potraktowana jako objaw infantylności lub nadwrażliwości emocjonalnej, ale dla mnie moje otoczenie to nie rezultat działalności projektantów wnętrz lub jedynego słusznego, narzucanego nam przez czasopisma, modelu urządzania mieszkań, ale przede wszystkim wynik wypadkowej osobowości wszystkich domowników, ich oczekiwań i marzeń o własnym kąciku. Nie jest mi wszystko jedno, na czym siedzę, gdzie jadam, gram w karty i piszę listy. Popatrzcie na mój stół, a dowiecie się, jaka jestem.
niedziela, 01 sierpnia 2010
Kiedy byłam mała, w swoim pokoju miałam kaktusa. Mama postawiła go na parapecie przy łóżku, dokładnie nad moją głową. Nie wiem, dlaczego tam, jakby innego, lepszego miejsca nie było? Za każdym razem, kiedy po przebudzeniu wyciągałam ręce do góry, moje dłonie napotykały kolce. Wyobraźcie sobie – budzisz się, cieszysz na nowy dzień, jak to dziecko czy nastolatek, żadnych lub prawie żadnych problemów, w szkole czeka na ciebie paczka przyjaciół, chłopak, który ci się podoba, właśnie wpisał ci się do pamiętnika wierszykiem, który jednoznacznie sugeruje, że ‘cię kocha’, myślisz – życie jest cholernie piękne – i nagle jeb – reality bites – rzeczywistość wali cię kolcami w palce i daje znać, że niezupełnie jest tak idealnie. Cały ranek będziesz wisieć przy oknie, kiedy matka będzie próbowała pincetą wyciągnąć włoskowate kolce, które może i prawie niewidoczne, ale za to cholernie kłują. I tak przez lata, bo nikomu nie przyszło do głowy, żeby tego kaktusa przestawić lub wyrzucić. A właściwie przyszło, mnie samej, przecież nie miałam skłonności masochistycznych, ale jakimś dziwnym trafem, wciąż lądował on nad moją głową przy łóżku. Ja go na szafkę lub drugie okno, szłam na obiad, potem lekcje, spotkania z koleżankami, wracałam, kaktus z powrotem na swoim miejscu. Nie miałam natury buntowniczej, pogodziłam się z rolą kaktusa w moim życiu. Jestem już dorosła. Borykam się z życiem i staram się jak mogę, żeby moje dzieci budziły się rankiem i nie miały żadnych lub prawie żadnych problemów. Ale też bez przesady, pod kloszem ich nie trzymam. Wszystko musi być zrównoważone, nie chcę, żeby się obudziły pewnego dnia i stwierdziły, że o dziwo - life is brutal and full of zasadzkas. Uczestniczą w naradach rodzinnych, kiedy coś się dzieje niedobrego, trzeba rozwiązać jakieś omsknięcie z drogi wiecznej szczęśliwości, nie mówimy z mężem o problemach szeptem, a kiedy się kłócimy, to się kłócimy, a nie „milczymy wymownie”. Wprawdzie im kaktusów nad głową nie stawiam, ale zdrową porcję igieł muszą zaliczyć, to ich tylko zahartuje. I ja też, wciąż czuję obecność tego kłującego (nie)przyjaciela. Zawsze, kiedy już myślę, że nastał w moim życiu taki słoneczny, bezproblemowy, wreszcie-się-skończyły-problemy dzień, jeb – jakiś telefon, jakiś list, wiadomość mailowa lub na gg i już wiem, że znowu przyjdzie mi wisieć, Bóg jeden wie ile, przy oknie i wydłubywać kolce z serca czy głowy, rozwiązywać węzły, wydawałoby się Gordyjskie, na które czasem trzeba też wyjąć miecz. Czasem gorycz mnie zalewa i zadaję sobie pytanie, dlaczego ja mam zawsze pod górkę, dlaczego innym tak dobrze się układa? Mają dobrą pracę tu, rodzinę, która dba o ich potrzeby z kraju, wysyła paczki, leki, kiedy potrzeba, gazetki ukochane, fajki pakuje w pakiety (nie żebym paliła, ale mnie mogliby co innego w te pakiety wkładać), mama przyjeżdża, ba czasem nawet 90-letni dziadek zapakuje się w samolot i przyleci, życie rodzinne wre. A ja wiecznie sama jak palec albo coś tam, a jeżeli słyszę o rodzinie to wyłącznie w kategorii – co się znowu skiepściło? To znaczy swoją podstawową komórkę społeczną to ja tu mam, ale mówię o rodzicach, ciotkach, wujkach itp. Z drugiej strony, kiedy już się unormuje pokiełbaszona sytuacja, kiedy już węzeł rozwiążę lub przetnę, mam jednak takie dni, kiedy się budzę i kaktusa nad głową nie ma. I wtedy moje szczęście jest wielkie, radość nie zna granic. Wtedy się zastanawiam, czy to nie jest przypadkiem tak, że ten kaktus musi wracać co jakiś czas na miejsce, musi nam czasami bolesne kolce w palcach zostawiać, bo gdyby go tak całkiem zabrakło, jakbyśmy wtedy wiedzieli, że jesteśmy szczęśliwi? Wiele rzeczy, kiedy wszystko układa się dobrze, traktujemy jako normę, tutaj się mówi – we take it for granted. Dosyć szybko uznajemy, że tak musi być, ze to wynik naszego geniuszu, naszej zaradności, urody, inteligencji, sami sobie dopowiedzcie, czego jeszcze. Może kaktus jest po to, żeby przypominać, że czasem szczęście jest kruche i trzeba się cieszyć każdym dniem, kiedy ono przy nas jest, bo wcale nie ma gwarancji, że pozostanie na zawsze? A jeżeli będzie nam dopisywać długi czas, to niech nam chociaż ten kłujący ‘strażnik’ przypomina o jego ulotności i kaprysach losu, tak dla hartu ducha. I niech wszyscy mają pod ręką pincetę, dla spokojności. |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi
Notatki Coolturalne ![]() Wypromuj również swoją stronę Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
|