Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli

Wpisy z tagiem: wyjazdy-przyjazdy

niedziela, 29 sierpnia 2010

Moje chłopaki już spakowane. Jeszcze dzisiaj pojechali do Koszalina spotkać się z naszymi najlepszymi i najstarszymi przyjaciółmi, tylko niektórymi z nich, zeby było jasne.

Zadzwoniłam do nich, kiedy spotkanie bylo w toku. Cała jestem wysypana na czole krostami z zazdrości. Takie mieli szczęście małżon z synem, bo w jednym miejscu zebrali się i Milena, i Marek oraz Kasia z Krzyśkiem, który wyjątkowo wstrzelił się pobytem w ten czas, bo pływa na statkach i raz jest, raz go nie ma. Piotra z Dorotą nie ma, bo wojażują po Czechach, szkoda, ale widzieli się z małżonem przed wyjazdem. Taka z nas paczka od wieków. Jestem chrzestną Magdy, córki Mileny, Karoliny, córki Kasi i Krzysia, no i Piotrowych bliźniaczek (tych, co w Pradze), Marek z Mileną z kolei są chrzestnymi mojej córki. Mąż razem ze mną u Karoliny i Dagmary z Oleńką. Tak za nimi tęsknię. na codzień staram się o tym nie myśleć, ale w takich chwilach boli serce. Nowe znajomości czy przyjaźnie są cenne i mile widziane, ale te są najstarsze, sięgające czasów licealnych albo wczesno małżeńskich, to już w dziesiątkach lat się liczy. Może nie wisimy na sobie codziennie, ale pamiętam o nich, często myślę, staram się sprawdzać na bieżąco, co u nich. A kiedy zachorowała mama, mogłam na nich liczyć. Bardzo wzruszajace.

A w domu przygotwania zakończone - rosół ugotowany (będzie z niego pomidorowa), kluseczki też, do tego potrawka z kurczaka i serniko-makowiec na kruchym spodzie z kruszonką. Już próbowałam, wypadl wyśmienicie. Zdjęć nie ma, bo aparat pojechał do Polski.

Czekam na nich z niecierpliwością.Tak się cieszę, ze sobie miejsca nie moge znaleźć, bez nich ten dom nie jest taki sam. I świat ma mniej kolorów.

Nawet Franek ma bal, bo dostał resztki z kurczaka, wszystko wyjadł i wylizał, a teraz zaczął taniec-czołganiec po trawie z radości, ze taka gratka mu się trafiła.

Znalazłam wish bone w kurczaku, odłożyłam pieczołowicie na bok, w najbliższą pełnię księżyca zakopię i pomyślę życzenie. Pisałam o tym TU, więc się nie będę rozwodzić.

Chociaż nie wiem, czy ta kość mi tak potrzebna, bo i tak uważam, że jestem wielką szczęściarą mając takiego męża i dzieci.  Wszystko inne to tylko dodatek.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Pojechali. Zaraz mi łzy w oczach stanęły, kiedy samochód z córką, jej chłopakiem i małżonem, zniknął za rogiem. Popłakałam jakieś kilkanaście sekund, ale postanowiłam jednak odłożyć to na później, bo się bałam, ze jak zacznę, to nie skończe do jutra, czyli dziś. Posprzątałam kuchnię po obiedzie, bo wiadomo, zjedliśmy, narobiliśmy szumu i pojechali, a dla mnie została najlepsza część, czyli gary i reszta.

Zaraz po uporządkowaniu kuchni postanowiłam pojechać do znajomych po gazetę, którą mi przywieźli ze sklepu polskiego. Piękna pogoda, świetna muzyka w radio, jadę sobie płynnym ruchem, wjeżdżam na ich podwórko i jeb - wpadłam jednym kołem w wieeeelką dziurę, najpierw był huk, a potem sssssyyyyyyyy. Kapeć. Na szczęście odbywał się u nich grill i było tam kilku panów, wsród kilku pań, zeby było jasne, zmienili koło, a potem zupełnie nie chcieli mnie wypuscić, dali kaszankę, adekwatnie do kaszany, którą odstawiłam przy wjeździe, coś do picia. Po jakims czasie stanęło na tym, że odwiozę niektórych gości do domu, bo nie piłam. No to jeszcze zostałam. Po 23-ciej zapakowaliśmy się do 'wozu', wszyscy w świetnych humorach, nawet ja się jakoś wyluzowałam, chciaż wiedziałam, że jak tylko się położę, to zacznę buczeć z już-tęsknoty, chociaz małżon nie zdążył nawet kraju opuścić. Ruszam, a tu kierownica mi lata na wszystkie strony, samochodem rzuca, nie mogę jechać. Wróciłam do kolegi, tamci uprzednio wezwali innego na pomoc, żeby ich odwiózł, po czym wrócił po mnie. Jeszcze próbowali zaglądać, co bylo nie tak, ale ciemno, poza tym późno. Odwieziona do domu, bez samochodu na drugi dzień, martwiąca się o koszta, bo mogło pójść wiele rzeczy, jakaś tam ośka, amortyzatory, wiadomo, panowie przerzucali się różnymi scenariuszami awarii, a mnie przed oczami latały sumy, które będę musiała wydać na naprawę, nie spałam cala noc.

Rano skontaktowałam się z mechanikiem, który jest wujkiem chłopaka Misi. Pojechał odebrać samochód i przewiózł go do warsztatu. W międzyczasie ja poleciałam do jednej pracy, zaraz potem do drugiej, wyszłam o 9, wróciłam do domu o 5, wszystkie 'spacery' w strugach deszczu. Wszystko miałam mokre, aż do majtek. Mimo płaszcza przeciwdeszczowego.

Wieczorem czułam się w domu strasznie. Nie wiem, kiedy się przyzwyczaję, czy w ogóle. Nawet czytać mi się nie chce, na filmie nie mogę się skupić. Kurde.

wtorek, 27 lipca 2010

No i syn pojechał. A było to tak.

Do Dublina pojechaliśmy z Michaliną i Markiem, jego samochodem. Po mniej wiecej pół godzinie jazdy przypomniałam sobie, ze nie ma ze sobą żadnego dokumantu ze zdjęciem, a przecież z Dublina miałam wracać samolotem. Tak mi bylo wstyd, bo to takie zachowanie głupiej gęsi - ups, zapomnialam.... Myślałam, że się saperką pod beton zakopię. Marek musiał się wracac, a córka zadzwoniła do małżona i on jechał w naszą stronę. Ale był zły. Spotkaliśmy się na drodze i nastąpiło przkazanie dokumentu. Ze stresu to aż zasnęłam.

Dojechaliśmy do Dublina o 11 w nocy, było strasznie gorąco i duszno. W pokoju, gdzie spaliśmy gorąc, pootwierane okna, a my i tak nie mogliśmy zasnąć, a o 4 trzeba było się obudzić. Wojtek na materacu, co ruch to 'pierd' materacowy, ja na kanapie, lekko przykrótkiej, spałam na jednym boku, aż kiedy zadzwonił budzik, nie dość, że miałam wrażenie niespania wcale, to jeszcze zrobił mi się placek po prawej stronie głowy, mimo wosku do włosów nie do usunięcia. Miałam przed sobą stres zwiazany z lotem Wojtka, więc kto by się tam fryzurą przejmował?

Na lotnisko mieliśmy jechać autobusem, bo zaraz obok córki mieszkania, jest przystanek Aircoach, który jedzie wprost tam. Zostałam uprzedzona, że mogą się też zatrzymywać taksówki, za te same pieniądze, co autobus (14/15 euro za dwie osoby) kierowcy będą chcieli przechwycić pasażerów. Zatrzymało się ich kilka, ale ja jakoś uparłam się na autobus, bo chciałam kupic bilet powrotny, taniej. Ale ten nie przyjeżdzał i po pół godzinie spanikowałam i wsiadłam do taksówki, wcześniej uzgodniwszy cenę na 15 euro. Kierowca był czarnoskóry. Kiedy dojechaliśmy, podałam mu banknot 20 E, a dostałam reszty 1.05. Kiedy zaprotestowałam, on powiedział, ze nie wie, o co chodzi, to normalna taryfa, a o pieniądzach przecież nie gadaliśmy, tylko wsiadłam i on pojechał. Myślałam, że go zdzielę przez ten czarny pysk (i proszę mi tu nie wyjeżdżać z gadkami o rasizmie, bo jakoś dziwnie tylko oni takie numery mi zawsze robią), trochę się poszarpaliśmy słownie, zobaczył, że policja się zbliża i mój wzrok w ich kierunku skierowałam, oddał pieniądze i wysiedliśmy. Jeszcze mi miłego dnia życzył.

Kiedy odpawiłam syna, poszłam na górę do Sturbucksa na kawę, czekać aż odleci. Musiałam się upewnić, że dotarł do odpwiedniej bramki i siedzi w samolocie, że wszystko dobrze. Miałam kanapke zrobioną przez Michalinę, duuuużą kawę i dobrą ksiażkę. Zapadłam w głęboki fotel, wyciągnęłam nogi i czytałam 2 godziny, co jakis czas rozmawiajac z synem. Kiedy już wyleciał, pojechałam do centrum Dublina, zjadłam superowe śniadanko czytajac Irish Independent (uwielbiam poranne gazety czytane przy jedzeniu), a potem udałam się do Chapters Bookstore, księgarni poleconej przez Anię, blogową Hrabinę, w której są książki z drugiej ręki, ale też nowe, wszystkie w promocjach. Ale miałam używanie. Dziękuje Aniu. Relacja z zakupów, bo potem pognałam do Easona, miałam tam gift voucher kupiony dla mnie przez koleżankę Kasię w prezencie, TU na Notatkach Coolturalnych.

Dla mola ksiażkowego to raj na ziemi :-)

Chciałam jeszcze uprawiac jakieś zakupowanie, ale pogoda - duchota, upał jak dla mnie, wyjątkowo mnie zniechęcała. Zajrzałam więc do redakcji Polska Times na kawę, wizytę roboczą tak zwaną, a potem na obiado-lunch do Yamamori, mojej najukochańszej restauracji japońskiej. Pisałam kiedyś, że zamawiam zawsze najgorsze danie z karty, tym razem postanowiłam zaszaleć i coś nowego zjeść i też tak się skończyło. Zamówiłam kurczaka w sezamie z warzywami i z takim sosem, który mnie doprowadził do łez. A tak japońskie sosy lubię, ale ten był nie do przejścia. Mój kelner, jak potem się okazało też manager (córka mi powiedziała, kiedy jej relację zdałam), Włoch, był taki obcesowy i jakiś niecierpliwy, że nie miałam odwagi poprosić o inny sos, niechby nawet nie pasował ich zdaniem do potrawy. W ogóle trochę mi było wstyd, bo ja nie umiem jeść pałeczkami i chyba mi to z pyska bije, bo facet od razu mnie zapytał, czy nóż i widelec przynieść. Naokoło ludzie wywijają drewienkami, a ja srebrne sztućce w użyciu miałam. Jako jedyna chyba. Ale większy byłby obciach, gdybym pałeczkami próbowała jeść. Poza tym dobrze mi tam było, bo sobie książki obejrzałam (w Chapters kupiłam 3 dla siebie i 3 na prezent), podczytywałam, dostałam dobrą chińską zieloną herbatę, pogoda piękna, a ja w ogrodzie bambusowym jadłam.

Potem dopiero do Easona poszłam, bo sobie go na deser zostawiłam. Najpierw myślałam, ze nie wykorzystam tego kuponu prezentowego, bo nic nie mogłam wypatrzeć. Tam takie masy książek, że trzeba cierpliwości. Ale jak zaczęłam grzebać to miałam problem, bo za dużo mi się podobało. Ostatecznie wybrałam trzy, nieznacznie musiałam dopłacić.

Tag byłam wykończona, że postanowiłam na lotnisko jechać, choc wcześnie jeszcze było, tam jednak klimatyzacja i wygodne fotele do czytania, a ja już miałam dosyć Dublina, dosyć tłumów, upału, hałasu, miasta po prostu. Doszłam do wniosku, że gdybym miała tam mieszkać, to bym sobie w łeb palnęła. Jednak wolę swoje pustkowia w Donegalu, wiatr od morza, ostre, czyste powietrze, ciszę i przestrzenie. Kiedy doleciałam, nie mogłam sie nacieszyć, że już w domu.

Jeszcze wzięłam prysznic, porozmawiałam z synem na skype, upewniona, że on zadowolony i szczęśliwy, no i bezpieczny, wpiłam duszkiem szklankę piwa, bo najlepiej gasi pragnienie, ale ja nie za bardzo pijaca, więc się urżnęłam w trupa tak, ze nie mogłam do łóżka dojść. Zasnęłam, a dzisiaj czuję się jakby przeze mnie pociąg przejechał. Duże miasto tak na mnie działa, czy po prostu stres zwiazany z wyjazdem syna?

niedziela, 25 lipca 2010

Syn wyjeżdża do Polski na pięc tygodni. Cieszę się bardzo, bo spotka tam kuzynów, przynajmniej część, resztę rodziny, a to bardzo ważne, bo my tutaj, oni tam, łatwo stracić więź. Chcę też, żeby się osłuchał z językiem polskim, nie tylko w domu, bo zaczyna robić coraz większe błędy. Małżon też poruszony wyjazdem, chociaż tego nie okazuje. Wojtek pierwszy raz jedzie sam, dopiero 16go dołączy do niego małżon, a ja będę wtedy sama przez dwa tygodnie. Buuuuu...

Wstaliśmy rano, pakowanie, prasowanie, wiadomo. Mąż przygotował śniadanie pożegnalne, pięknie wszystko przystroił platkami róż i innymi ogrodowymi kwiatkami

Kochany jest. A teraz biega po ogrodzie i szykuje Michalinie wyprawkę do domu - ziemniaki, szczypior, czosnek, koperek, bób. Dzieci wracają do miasta, trzeba coś dać na drogę, hehe.

O ludzie, jak jak przeżyję pusty dom. Pierwszy raz od urodzenia Misi, czyli od 20 lat, nie będzie ani jednego dziecka z nami. Mąż się śmieje, że będziemy mieli trening przed ostatecznym wyfrunięciem ich z gniazda. Dobrze, że to jeszcze nie na dobre, że jeszcze kilka lat mi zostało.

Zapomniałam się pochwalić, że te płatki zebraliśmy do jednego naczynia i nam jeszcze towarzyszyły przy popołudniowej kawie i cieście, które Michalina wczoraj zmontowała z naleśników, bitej śmietany, serka mascarpone i owoców (czerwone porzeczki, borówka amerykańska i malina). Taki powitalny na jej przyjazd i pożegnalny na Wojtka wyjazd torcik

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!