Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli

Wpisy z tagiem: emigracja

piątek, 27 kwietnia 2012

Na wstępie chciałam przeprosić Kate i Cezara, bo to wspaniali ludzie i ich wizyta zasługuje na oddzielny, długaśny wpis, ale niestety podziało się tak jak podziało, zbiegło się to wszystko z moim wyjazdem i kicha.
Przyjechali do mnie w zeszłym tygodniu, ponad 3 godziny w samochodzie się tłukli. Nawet nie pamiętam jak się poznaliśmy, na pewno korespondencyjnie jakoś, Kate czyta moje felietony i się odezwała, chyba mailowo. W każdym razie od słowa do słowa, dwa lata temu pierwszy raz spotkaliśmy się w realu, a w tym roku była powtórka. Jak zwykle - Kaśka ja Cię zabiję - wjechała do domu z ciastem i siatami, a tam same produkty dla 'biednych' odchudzaczy, czyli przyprawy różniste Fit Up Kamisu, z błonnikiem, kiełkami itp, do tego dodatki do mleka, maca, ciemna czekolada, ryżowe i owsiane ciasteczka, dżem bez cukru dla łakomczucha, czego tam nie było. Ciasto natomiast buraczane, przepyszne. Kate przepis miałaś wysłać!
[dygresja - chudnę!!!! Cały czas trzymam się wytycznych z książki Makarowskiej, i po kilogramie, powolutku gubię kilogramy. Niesamowite. Nie pamiętam, kiedy jadłam ziemniaki i mi ich nie brakuje. Ryżu i makaronu też prawie nie jadam, a jeśli to ciemne. Chleb tylko rano na śniadanie, ciemny. Wszystko to, co mi przeszkadzało powoli przestaje byc dla mnie ważne, zmienia się styl żywienia na stałe, to cud - koniec dygresji]
Pojechaliśmy na plażę, trochę pozwiedzać z okien samochodu, ale najważniejszy punkt programu to jednak pogaduchy, wymiana myśli, energii.
Oczywiście nie obyło się bez utrudnień, bo u mnie zawsze musi być i śmieszno, i straszno. Akurat w ten dzień musiałam wyskoczyć do szkoły Wojtka na spotkanie z nauczycielami po ogloszeniu wyników próbnego egzaminu Junior Cert. Godzina, ponad nawet, z tego spotkania stracona. Mąż mnie godnie zastępował. Dzięki Kate i Cezarowi za wizytę.
No, ale to już przeszłość, niestety. Teraz w sypialni leży częściowo spakowana waliza i mnie straszy. Terror walizowy normalnie. Nienawidzę tego widoku, nie w takich okolicznościach. Sciągam uprane ciuchy, szykuję do prasowania i segreguję do zabrania, ale wszystko we mnie krzyczy, że nie chcę jechać.
Jednocześnie wiem, ze się nakręcam sama, że nie jest tak źle, ale wiecie jak to jest - w ciemnym pokoju wszystko straszy, nawet nasza ukochana lalka zamienia się potwora. No i ja tak mam, zgasiłam światło w głowie i się boję. Tego, co tam zastanę, decyzji, które będę musiała podjąć, mojego poczucia klęski jako córki, wyrzutów sumienia, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i faktycznym stanem rzeczy. Tak, mną też rządzą stereotypy, chciałabym żeby było tak, jak u Mostowiaków, ale nie jest to możliwe.
Teraz czuję wyrzuty, a jak mama zacznie na mnie krzyczeć, to się będę kulić w sobie i liczyć do dziesięciu. Kalms już spakowany, mam nadzieję, że pomoże

Teraz wyglądam tak

 (uwielbiam 'paczizmy')
Głowę mam już gdzieś hen na wysokościach w samolocie, lęk też bierze górę i nawet fakt, że na końcu mam wspaniałe spotkania, że w rodzinnym mieście też mam ukochanych przyjaciół i ciekawych znajomych, których spieszę się zobaczyć, nie pomaga. No cóż. Muszę poszukać włącznika światła, oswoić strachy. To, co nie znane, zawsze gorzej wygląda.
Ciekawe ile jeszcze 'małych katastrof' sobie tutaj zgotuję, czego zapomnę? Na dobry początek tej masakry sowicie doprawiłam poranny twarożek, który miał mi poprawić humor, przyprawą naturalną do ... ryb. Mężowi się nie przyznam. Zjadłam i teraz mi się rybą odbija, haha. A na obiad ... ryba. Potwory z morza atakują.
Jutro olimpiada szkół polonijnych w Dublinie, gdzie zgodziłam się pisać test z angielskiego. W swoim stanie ducha dostanę chyba ze 20%, oto przepis na popis.
Wieczorem córka zaprosiła mnie do japońskiej restauracji, mojej ukochanej Yamamori. Ja to mam szczęście.
Kochane dziewczyny i kochane chłopaki - nie będzie mnie dwa tygodnie. Nie sądzę, żebym miała dojście do komputera na tyle, żebym mogła tu pisać, komentować czy Was czytać. Zajrzę jeszcze wieczorem zobaczyć, czy są jakieś komentarze, a potem wio.
Mam nadzieję, że na mnie tu zaczekacie i nie 'wszystek umrę'.
Trzymajcie kciuki.


czwartek, 26 kwietnia 2012

Kochani, przepraszam, że Was tak haniebnie porzuciłam, nie zaglądam tutaj i nie piszę, ale przygotowania do wyjazdu trwają i niestety są bardzo czasochłonne. Na FB czasem wpadam, bo tam można na chwilę, zerknąć i uciekać, a blogom trzeba poświęcić czas, poczytać, napisać, odpisać na komentarze, nie da się na chybcika. Wybaczcie mi, że do Was nie zaglądam, nie zapomniałam, ale masakrycznie nie mam czasu. To tyle tytułem wstępu.
Ostatnie dni są jak psychiczny rollercoaster - raz na górze, raz na dole, aż rzygać się chce. Od piątku się zaczęło. Najpierw mama znowu wylądowała w szpitalu, wiadomo, nerwy, telefony, rozmowy z lekarzami. Przepraszam wszystkie wspaniałe dziewczyny, uczące się na lekarki, albo już pracujące w tym zawodzie blogerki, ale muszę to powiedzieć - niektórzy Wasi koledzy po fachu to żenada. Nie zawodowo, bo tego ocenić przez telefon nie mogłam, zresztą nie podejrzewam, ale komunikacja z rodziną, rozmowa, podejście do pacjenta, to po prostu obciach. Zobaczyłam różnicę, kiedy wreszcie trafiłam na normalnego lekarza, nie tylko pracownika szpitala, ale i człowieka. Wszystko mi wytłumaczył, pełną informację dostałam i trwało to krócej niż te złośliwe rozmówki i tłumaczenia innych, że nie mają ze mną czasu rozmawiać. Nawet się przedstawił, co mnie wbiło w fotel, bo poprzedni panowie na moje pytanie, z kim rozmawiam, odkładali słuchawkę. Ja wiem, że praca lekarza jest ciężka i stresująca, ale styl i klasa komunikacji z pacjentami i ich bliskimi nie zajmuje więcej czasu niż odzywki na granicy chamstwa, lekceważenie i brak dobrego wychowania. Przecież lekarz to nie dresiarz jakiś, można od niego wymagać, że będzie trzymał poziom. Czy nie?
Jakoś się udało sytuację opanować, mama wróciła do domu.
Kolejne dni gonitwa albo ślęczenie przy komputerze. Nie będzie mnie dwa tygodnie, więc wiele spraw trzeba pozałatwiać tak, żeby moja nieobecność nie oznaczała zawalenia spraw ani terminów. Cały czas robię listy, co kupić, gdzie pojechać, a to samochód do NCT, a to klucze do biblioteki, bo mam zastępstwo za siebie podczas mojej nieobecności, upominki dla znajomych i bliskich w Polsce (drobne, bo oczywiście kasy brak), coś tam trzeba napisać, coś wysłać, zadzwonić, pojechać, pomóc, uprać, spakować niezliczoną ilość niezbędnych rzeczy, czyli mały MediaMarkt jak to określił Witkowski w Drwalu - ładowarki, szczoteczki elektryczne, przełączniki do gniazdek, komórka na Polskę, baterie, aparat fotograficzny itp. Kable, kable i jeszcze raz kable. Leki - wykupić, odliczyć na wyjazd, przepakować, bo w tych blisterach za dużo miejsca zajmują, zajęło mi to godzinę. Mąż się śmiał ze mnie, jakby było z czego.
Milion spraw i rzeczy do spamiętania. Notes pęka od numerów telefonów i listy rzeczy do załatwienia. Wymiana maili trwa, ustalanie, uzgadnianie, wiadomo jak to jest.
Czasem jest mi smutno, stresa mam wielkiego, nawet jak piszę, to mam taki mętlik w głowie, że mi trudno zdania klecić. Łapię momenty, które mnie wydobywają z otchłani tego stresu. Wygrałam książkę na FB u Marii Ulatowskiej, zaraz potem okazało się, że też drugą do mnie poleci. Inna pisarka powiadomiła mnie o wysłaniu swojej nowej powieści, a to na sto procent będzie hit, więc radość równie wielka. Zadzwoniła córka, że dostała praktykę na lato w bardzo dobrym studiu graficznym, co zwiększa bardzo jej szanse na zdobycie dobrej pracy - myślałam, że zemdleję ze szczęscia. Kilka dni potem dowiedziała się, że jej pisemna praca dyplomowa jest tak dobra, że może brać udział w konkursie międzynarodowym. Duma, chociaż nie ma w tym mojej zasługi, ale dziecko przecież moje, krew moja, to się podłączę do 'świętowania'.
I tak dobre momenty przeplatają się ze stresującymi, po prostu życie.
Jestem wdzięczna za każdy taki promyk słońca, za każdy przejaw życzliwości, a doświadczam tego dużo ostatnio, aż nie wiem, czy zasługuję.
O wizycie Kate i jej męża jeszcze chciałam opowiedzieć, ale to już może jutro. 

czwartek, 14 lipca 2011

„Byłam rozpieszczoną gówniarą urodzoną na francuskiej ziemi, miałam prosty i obiecujący start.  Matkę Francja onieśmielała i pozbawiała własnej tożsamości.  Dorośli, którzy się tutaj przenieśli tak jak ona, tęsknili za ojczyzną i kojarzyli mi się z liśćmi, którymi wiatr miota po ulicach tam, gdzie zawieje.  Inaczej było ze mną, z Gają i Karlą.  My byłyśmy stąd.  Nie umiałyśmy śmiać się z „Misia” czy „Alternatywy 4”, które wałkowano na TV Polonia, ponieważ nie znałyśmy polskich problemów. Nie obchodziły nas zjazdy polonii ani żadne ‘wieczory polskie’, które organizowano co wtorek i na których jedzono chleb ze smalcem, kiszone ogórki, tańczono polkę i omawiano kolejny numer „Kultury” Giedroycia.  Giedroyc nas nie obchodził, wolałyśmy czytać pisma francuskie, najlepiej jak najbardziej kolorowe.  I nie chodziłyśmy do kina podczas „dni kultury polskiej”, ponieważ polskie filmy były ciężkie i nudne – wołałyśmy pójść na amerykański hit z Johnnym Deppem lub Bradem Pittem.”
Tak pisze Małgorzata Warda w swojej nowej powieści „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…”. Przeczytałam to, zamknęłam z hukiem książkę, co zawsze robię, kiedy coś trafnego przeczytam, zerwałam się na równe nogi i zakrzyknęłam – tu jest pies pogrzebany. Uderzyła mnie trafność tych słów.  Dziewczynka będąca narratorką powiedziała to, co pewnie myśli sobie większość naszych dzieci – dosyć już tej martyrologii emigracyjnej, nas to nic, a nic nie obchodzi, my mamy życie tu i teraz i nie mamy pojęcia, dlaczego ryczycie ze śmiechu na ‘Rejsie’, dlaczego płaczecie słuchając ‘Autobiografii’ i Kazika, Małysz nas nie wzrusza i nie mamy pojęcia, ba – mało nas to obchodzi, jak wygląda Kaczyński?

A rodzice na takie dictum uderzają w lament – dziecko, jak to, siadaj tutaj, oglądaj ‘Zemstę’, ‘Pana Tadeusza’, ale już, bez dyskusji. A kiedy groźby nie działają, czas na błagania – co powie babcia i ciocia Lusia?  Miej litość.  I gnają ich do polskiej szkoły, zbierają Encyklopedię Polską z Newsweeka, ciągną Mickiewicza w walizach przez pół Europy, niech dziecko zna swoje korzenie. A wieczorami – znieczuleni białą wodą rozmowną, płaczą nad frazami Stepów Akermańskich (Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu…) – to ci z humanistycznym rodowodem. Ci o umyśle powiedzmy ścisłym, nie mylić z za ciasnym, śpiewają ‘wyrwij murom zęby krat’ albo Majteczki w kropeczki (no co, też nasz folklor, o międzynarodowym zasięgu można powiedzieć) i pouczają dzieci po stokroć – nie zapominaj skąd twój ród, nie rzucim ziemi, przejdziem Wisłę…

I krytykujemy – e tam, angielskie programy to są do niczego, co oni pokazują w tej irlandzkiej telewizji? Te ich seriale jakieś takie, nie to, co nasze ‘Na Wspólnej’. Szpitale, pożal się Boże, dentyści nic nie umieją, jedzenie do bani, kto wymyślił taką kuchnię, tylko bekon, kapusta i ziemniaki.
Wieczny żal za pozostawionymi rodziną i przyjaciółmi, wieczna tęsknota za ‘piękna Polska nasza cała’, wieczne rozdarcie i rozedrganie. A dzieciaki patrzą na nas i nie mogą ukryć wyrazu politowania na twarzach – starzy znowu desperują, kiedy im to przejdzie? Po co oni wyjeżdżali, po co tyle zamieszania, żeby teraz popadać w doły z powodu wyjazdu?

To nie wina naszych dzieci, że tu zamieszkały. Również nie ich, że starym nie wychodzi, albo wychodzi, ale tęskno, że gdzieś tam by było lepiej, ale nie ma co, trzeba tu trwać, bo tu jest kasa, tu jest praca. Najlepsze, co możemy dzieciakom podarować, to nasze pogodzenie się z rzeczywistością, nasze zdolności, a co najważniejsze, chęci asymilacji. Nawet, jeśli w planach mamy powrót do kraju za jakiś czas, nie możemy tu i teraz robić wszystkiego na odwal się, bo w ten sposób dajemy dzieciakom poczucie tymczasowości i życia na niby. A to szacunku nie budzi i może się odbić czkawką w przyszłości.

Ja nikogo nie oceniam, co najwyżej przeprowadzam wiwisekcję swojego tutaj życia, swojej postawy.  Przez tyle lat, od pierwszych dni na Wyspie, miałam stres i obawy – czy ja słusznie urządziłam dzieciakom taką rewolucję? Czy zrobiłam im większą krzywdę, czy przysługę? Czy fakt, że tylko w części czują się Polakami (bądźmy szczerzy), trochę Irlandczykami, a najwięcej Europejczykami, czyni z nich pozbawionych uczuć patriotycznych kosmopolitów, czy po prostu nowoczesnych członków europejskiej wspólnoty? Czy one mi kiedyś podziękują, czy naplują w twarz? Pytania galopują w oszałamiającym tempie, poczucie winy goni poczucie dumy, bo one sobie świetnie dają radę w międzynarodowym towarzystwie, nie odstają od dzieci polskich, nie odstają od żadnych dzieci, te przemiany dały im siłę do zdobywania coraz to nowych obszarów, bez strachu, bez chęci cofania się do bezpiecznego kąta. A dlaczego? Bo myśmy nie chwiali się na emigranckich nogach, nie uprawiali szpagatów w rozkroku między dwoma krajami, po prostu postanowiliśmy wieść życie gdzie indziej, klamka zapadła i od tej pory nie było już przy dzieciach pytań czy, tylko jak? Co nie znaczy, że kiedyś zdania nie zmienimy, ale to pytanie będzie stawiane i rozpatrywane wtedy, kiedy się pojawi taka potrzeba, a nie każdego dnia do imentu.



niedziela, 23 maja 2010

Nie było mnie tu dwa dni, mini odwyk taki, nie z własnego wyboru, zajętość wielka była u mnie ostatnimi dniami. W sobotę trening w szpitalu dla tlumaczy klientów, którzy przeszli różnego rodzaju traumę. Bardzo ciekawy i nie żal mi żadnej minuty spędzonej na nim, ale czy to się musiało odbyć w najbardziej upalny dzień tego roku? Po cichu mam nadzieję, że takich dni będzie więcej, ale takie myśli w Donegalu to wielka brawura, więc raczej stańmy na tym, ze byłam wielce poszkodowana tracąc 'ostatnią' okazję do poleżenia na plaży i dopieszczania lenia.

Kurs był wielce przydatny, ale siedzenie na krzesłach z dermy od 9-4 zabiło we mnie ducha wiedzy, tym bardziej, ze poważnie obawiałam się odparzeń na tyłku.  Trzęsłam tym zabitym duchem jak trupem żołnierza na polu bitwy, ale wraz ze wzrostem temperatury w pomieszczeniu, byly to działania coraz bardziej skazane na niepowodzenie. Tym bardziej, że okno było otwarte tylko jedno, a kiedy chcieli otworzyć drugie obok, nie na przeciwko, kilka osób stwierdziło, że przeciąg i nie daj Bóg ich pokręci. A ja myślałam, że tylko Irlandczycy mają taki strach przed swieżym powietrzem, a przeciągi, w ich mniemaniu, zabijają gorzej niż IRA w najaktywniejszych latach.

Bardzo fajne były rozmowy, bo można było swobodnie wymienić sie doświadczeniami i wrażeniami, a poza tym poznać ludzi, z którymi normalnie pewnie nie miałabym okazji skrzyżować dróg. Kilka Polek, tez fajnie, nawet bardzo, ale też dwoje ludzi z Indii, Chinkę, Hiszpankę, Rumunki, Niemkę urodzoną we Włoszech i tak dalej. W sumie miły dzień, wolałabym żeby to był jednak któryś z 364rech deszczowych.

A wieczorem impreza urodzinowa, z pysznym grillem (nie jesteśmy oryginalni w tę pogodę), tortem z pół litrem malibu w kremie i nasączeniu biszkopta, już sama nie wiem, co mi szybciej poszło do głowy, ten tort, czy jednak drinki, które piłam, o zgrozo, przez słomkę? I tu też poznałam fajnych ludzi wizytujących gospodarzy. Czyż jest coś lepszego od dobrego jedzenia, napitków (niektórzy marudzili, że mam za wolne tempo, ale przecież to nie o ilość chodzi, ale o jakość) i dowcipnych rozmów? Nie znajduję.

czwartek, 08 kwietnia 2010

Oglądałam wczoraj w nocy program dokumentalny o Poznaniu’56, kiedy to pracownicy Cegielskiego, znękani złą sytuacją ekonomiczną, umęczeni pracą za marne pieniądze, wyszli na ulice żądając chleba i równości.

Przepłakałam prawie godzinę, kiedy uczestnicy tych czerwcowych zajść opowiadali o krwawym stłumieniu demonstracji, o tym, jakie mieli warunki pracy i w jakiej nędzy żyli.

A straszne to były czasy, Bierut dopiero co umarł, ale zanim to się stało, zdążył wykończyć tysiące ludzi, po nim rządził Cyrankiewicz, ale Gomółka miał wkrótce nastać – indoktrynacja, wszędzie konfidenci i długie ręce partii (w tym kontekście brzmi prawie tak samo jak mafii, czyż nie?) - terror ideologiczny.

W pewnym momencie programu, goście opowiadający o tamtych zajściach zaczęli rozważać, co dla nich znaczy patriotyzm? Jeden z mężczyzn dosyć dosadnie powiedział, że patriotyzm to zostać w swoim kraju na dobre i na złe, a nie wyjeżdżać, jak teraz co drugi robi. Twierdził, że szczególnie wtedy, kiedy jest ciężko, należy zostać i pracować wytrwale i uczciwie na rozwój swojej Ojczyzny, a nie cudzej.

Kiedy to usłyszałam – jakbym w pysk dostała! Moje myśli zaczęły galopować w zawrotnym tempie. W zasadzie zgadzam się „z przedmówcą”, szczególnie, że uważam, że on akurat miał prawo to powiedzieć, gdyż naprawdę walczył żeby Polska była Polską, a nie kolejną republiką radziecką, a teraz mu pewnie serce krwawi, ze ten jego trud powoli, sukcesywnie zostaje zaprzepaszczony i kraj pustoszeje, ale w tym momencie tak mnie to jakoś ubodło, tak mnie w serce dźgnęło, że aż poczułam fizyczny ból. Bo dobrze pamiętam reakcje niektórych ludzi, kiedy dowiedzieli się o naszym wyjeździe. Jak to każdy czuł się w obowiązku mnie poinformować, że to głęboko nie patriotyczne (a było to ponad pięć lat temu, wielu z nich pewnie wyemigrowało po nas), że gdyby każdy tak, to ostatni gasi światło i walka naszych przodków, z kosami na Moskala i te sprawy, nie miała sensu. Te słowa bardzo bolały, ale jakoś zdołałam wyprzeć je z pamięci, aż tu ta wypowiedź Poznaniaka (kogoś innego pewnie by mnie wcale nie obeszła).

Dało mi to do myślenia. Wreszcie do tego mojego zakutego, idealistycznego, a raczej idealizującego rzeczywistość i ludzi, łba dotarło, że jest teraz w Polsce taki TRYND, że powtórzę za moim ulubionym satyrykiem Jerzym Dobrowolskim, żeby emigrację ostatnich lat w czambuł potępiać.

Dzień wcześniej obejrzałam „Plac Zbawiciela”, wstrząsający film Krauzego. Opowiada on historię rodziny, takiej jak tysiące jej podobnych, która w wyniku niesprzyjających okoliczności, takich, które mogłyby przydarzyć się każdemu, ulega totalnej destrukcji. Cały dzień, wykonując rutynowe czynności, myślałam o tej opowieści, przeżywałam ją w kółko i w kółko i zastanawiałam się, co musiałoby się stać, czyja pomocna dłoń uchowałaby ich przed tragedią?

Z jednej strony rodzina, która wpada w pułapkę kredytową, ofiary nieuczciwego dewelopera, niemoc wymiaru sprawiedliwości i w konsekwencji zrujnowane niejedno życie, a z drugiej wielki patriotyzm, walka, duma narodowa i słowa wielkiej wagi, wypowiedziane do kamery – kto wyjeżdża nie może mówić o patriotyzmie.

I zaraz nasunęła mi się trawestacja zdania wypowiedzianego przez amerykańskiego prezydenta – nie pytaj, co Polska mogła zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla Polski? Ok., nie powinnam była pytać, co Kraj dla mnie, to się zastanowiłam co mogłabym uczynić dla Kraju….i zabrałam dwójkę dzieci i siebie samą, nagle bezrobotną, bo miejsce gdzie pracowałam przestało istnieć, precz z tego kraju, bo już miałam dosyć nieustannej walki o zapłacenie rachunków w terminie, a tu buty na zimę, podręczniki w cenie diamentów we wrześniu, nowa lodówka w miejsce popsutej kosztuje tyle, co miesięczna pensja i wciąż jakieś nowe wydatki. No, więc postanowiłam nie przeszkadzać mojemu Krajowi w jakże ważnych sprawach, aferach, przekrętach i oszustwach, a wszystko przeciwko swojemu Narodowi, obniżyć wskaźniki bezrobocia i odejść, jak się odchodzi od niewiernego kochanka.

Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy ruszyła fala emigracji do Niemiec, Skandynawii i USA, ówcześni wyjeżdżający mogli sobie przynajmniej doprawić etykietkę walki z komuną. A ja, z kim mogłabym udawać, że walczyłam – ze swoimi? Przecież mamy demokrację i wolne wybory! No to i wybrałam.

Tylko ja wiem, jak bardzo to wyrwanie korzeni bolało i jaką cenę za to zapłaciłam. I wiecie co „Polacy patrioci jedyni słuszni”? Wara wam od mojej decyzji.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!