Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli

Wpisy z tagiem: wypadki dzieci

sobota, 01 maja 2010

Ale mi się rok zaczął, nie ma co. Najpierw grypa, jak to grypa długa, obezwładniająca i odbierająca witalność na długie tygodnie po. Walczyłam najpierw babcinymi sposobami, ale jednak musiałam się poddać i wziąć antybiotyk. Kiedy już wszystko w miarę wróciło do normy, Wojtek miał wypadek w szkole.

Tak to już jest z naszym synem, że od dziecka był bardzo żywy i wszystkiego ciekawy, co jest w sumie dobre dla niego, bo poziom poznania świata nie ma dla niego limitu, ale dla rodziców to horror. Po pierwsze dlatego, że nie ma sposobu, żeby takie dziecko upilnować. Mimo oczu wokół głowy, dwóch par nóg szybkich jak u Strusia Pędziwiatra, i tak zdarzało się, że mieliśmy więcej szczęścia niż wpływu na sytuację. Inna sprawa, że było to niejednokrotnie szczęście w nieszczęściu, bo Wojcieszonek, oprócz swojej żywej, wszędobylskiej natury, miał też pecha. Trzeba mu to przyznać. Bo zupełnie nie jego winą było, że pośród pięciuset osób brodzących w Zalewie Siedleckim, to on właśnie wszedł na szkło i rozciął fatalnie stopę.  Jak natomiast wytłumaczyć fakt, że będąc dziesiątym dzieckiem w kolejce do huśtawki typu „waga uchylna”, czyli jedno dziecko w górę, drugie na dół, to właśnie on po ześlizgnięciu się z niej na mięciutki piasek, walnął głową w wystający kawałek metalu (zakopana- miało-być -głęboko, noga tej huśtawki), tak nieszczęśliwie, że rozciął sobie ją na dwa centymetry i trzeba było szyć? Był to nasz pierwszy pobyt w szpitalu, ale niestety nie ostatni. Od tamtego fatalnego dnia przyszło nam nie raz bywać na urazówkach, i to w różnych miastach, a nawet krajach. W tamtym czasie mieliśmy kolegę pielęgniarza pracującego w zakładzie karnym, który to szczęśliwym zrządzeniem losu mieszkał piętro wyżej, i to on właśnie opatrywał co pomniejsze urazy - nacięte małżowiny uszne (rzut klockiem na odległość, ulubiona dyscyplina przedszkolna, czasem tak się kończy), wspomniana stopa, łokieć, palce po samodzielnych próbach kucharzenia; po jakimś czasie Wojtek wyglądał całkiem jak osadzeni, którymi opiekował się sąsiad.

Już myśleliśmy, że wyrósł z tego i mamy za sobą czasy ran ciętych i tłuczonych, kiedy przyjechali do nas przyjaciele. Wojtek tak się cieszył z ich wizyty, że zaczął tańczyć po całym domu, skakać i brykać, czego efektem było rozcięcie głowy o framugę drzwi. Syn był już tak oswojony z podobnymi sytuacjami, że kiedy poinformowałam go, po oględzinach, że niestety znowu musimy jechać do szpitala, odpowiedział ocierając krew z czoła, no to jedźcie, a ja tu poczekam grzeczniutko. Nie ma tak łatwo Winnetou, pojechaliśmy na szycie, a zamiast wieczoru spędzonego z przyjaciółmi, których nie widziałam dwa lata, zafundowano mi całonocną obserwację w szpitalu (normalny protokół w takich przypadkach). Potem akcja przyspieszyła jak na rollecosterze,  okazało się, że po powrocie do domu syn zaczął wymiotować, z powrotem na oddział, tomografia, bo przecież to musi być coś z mózgiem, nic nie widać, konsylium, nerwowe oczekiwanie na diagnozę, proszę się nie martwić, jutro powtórzymy tomografię, nic nie widać, ale trzeba szukać, trzeba obserwować, trzeba mieć nadzieję, że to nic takiego, łzy, wyrzuty, że powinnam go przykleić budaprenem do dywanu i trzymać na jednym miejscu, ty masz chyba ADHD cholerniku jeden, ja przy tobie zwariuje…, a po dwóch godzinach cały oddział chirurgiczny wymiotuje i za przeproszeniem robi pod siebie. Wirus. To nie głowa, to tylko grypa żołądkowa. Hura! Na oddziale, w kwarantannie, spędzamy tydzień. Wojtek jak pasza w łóżku, a ja na materacu na podłodze.

Do Irlandii przyjechaliśmy z końcem sierpnia. We wrześniu Wojtek poszedł do szkoły. Mąż odebrał go po południu, chciał go trochę rozerwać, odstresować, zaczęli grać w piłkę na boisku szkolnym. Wojtek wykonał ślizg, upadł na plecy, walnął głową o asfalt i stracił przytomność. Mąż biegł przez miasto, niosąc go na rękach, modlił się, żeby syn odzyskał przytomność. Potem, już w szpitalu, okazało się, że to nic takiego, nie ma potrzeby szyć, dosyć szybko doszedł do siebie. Ja za to miałam okazję zwiedzić kolejny szpital i zapoznać się z tamtejszymi warunkami, różnicami oraz podobieństwami do polskich placówek. Wątpliwa przyjemność.

Prawie 8 lat później, tydzień temu, Wojtek wykonuje ten sam numer, dokładnie taki sam scenariusz, wcześniej koledzy łamali sobie nogi i ręce na szkolnym asfalcie, bo po deszczu robi się tam ślisko i niebezpiecznie (jak na każdym asfalcie zresztą), ale nic nie dają tłumaczenia dzieciom, że powinny przenieść się gdzieś indziej. Znowu to samo, badania, obserwacja (mąż całą noc budził się co godzinę, żeby sprawdzić jego funkcje życiowe i czy jest „sobą”), nerwy i strach, że tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia. Nie mogli go przyjąć do szpitala z powodu braku łóżek (grypa wymiotująca znowu, jakieś fatum czy co?), nie chcieliśmy siedzieć całą noc na korytarzu, stąd ta akcja w domu.  Jakimś fuksem, znowu skończyło się tylko na strachu.

Błagałam syna – przystopuj, uważaj, przecież mnie do więzienia zamkną, kiedy zobaczą ile ty masz blizn i szram, pomyślą, że cię molestuję! Obiecuje, przysięga na wszystko, że już nigdy i masz babo placek, znowu to samo. Taka już jego natura. Pozostaje mi tylko modlić się nieustannie, o to, żeby wreszcie z tego wyrósł. Jedno jest pewne, nigdy się z nim nie nudzimy

 

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!