
Nie dość, że cale święta do teraz jestem złożona chorobą, mam nos zatkany na ament, jak mawiała babcia mojej koleżanki, straszne bóle głowy i mięsni, gardła, uszu, zębów i ....szybciej by było wymienić, co mnie nie boli. Na antybiotykach, ale poprawa marna, to jeszcze dziś dostałam telefon i informację, że mama na ostrym, w szpitalu. Zawieźli ją o 15, a o 19 jeszcze tam siedziała, a oni nie wiedzieli, czy ją zostawić czy do domu posłać? Już raz była w szpitalu skierowana przez rodzinnego na badania, bo ją brzuch boli z prawej strony i czasem puchnie. Wtedy zrobili rtg brzucha i wyslali do domu z zaleceniem, że jak dalej tak bedzie to usg w przychodni trzeba robić. Kurde, to nie mogli od razu, przecież widzą, ze kobieta po udarze i niewiele mówi, to takich ludzi już nie trzeba diagnozować?
Znowu tam siedzi, a ja odchodze od zmysłów. Przyjaciółka się nią zajęła, ale sami wiecie, powinnam tam byc.
Smutno straszniście mi dzisiaj.