Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli

Wpisy z tagiem: święta

wtorek, 10 kwietnia 2012

Starałam się nie jeść za dużo w te święta. Przynajmniej nie to, co zakazane. Różnie mi to wychodziło, raz twarda byłam jak Wasilewska, raz grzeszna jak Magdalena (co podobno taka nie była, ale ją wrobili na użytek). Generalnie nie wypadło to źle. Swój chleb upiekłam, orkiszowy, pół-pełnoziarnisty, bułek nie było.
Najgorszy dla diety był pomysł z upieczeniem sconesów, do których okazało się, ze mamy trochę śmietanki, pozostałej po pieczeniu sernika i ją zaraz ubiliśmy. Dwie łyżeczki zjadłam, do tego konfitury.
Sconesy piekłyśmy poza programem, żeby pokazać Gosi, co u nas w gościach była, jak to się robi.
Córka wystąpiła w roli prezenterki.

Święta wypadły wspaniale. W sobotę przyjechał Mark, Miśki partner,  po mszy rezurekcyjnej, która u nas jest o 21-szej, graliśmy w karty popijające Ginger Joe i West Coast Coolera. Rano przygotowaliśmy gremialnie śniadanie, bez pośpiechu go spozyliśmy, a po 14tej przyjechały Marciny z Igą i Tosią, szalenie kochańskimi dzieciakami. Jakbym miała gwarancję, że moje kolejne dzieci by takie były, to bym sobie normalnie na starość jeszcze jedno urodziła. Ale pewności nie ma cholerka, to się zadowalam, do czasu wnuków, Tosiakiem i Igulcem.  Przed świętami dostałam od nich takiego oto zająca


Michalina posiała rzeżuchę, a od Gosi dostaliśmy pisanki, dla każdego po jednej.

 



Na początku wydawało się, że nie będziemy mieli jak pojechać na plażę, bo pogoda była pod psem, ale się przejaśniło i mimo wiatru, zdecydowaliśmy się na spacer. Metrowa Tosia uczyła się od dwumetrowego Wojtka rzucać piłkę psu. Gdybyście nie wiedzieli, to jest Wojtek Tosi. Albo Tosia Wojtka :-)

 Pies ganiał za piłką do czasu, kiedy zobaczył skały na końcu plaży, skacze po nich jak kozica, mimo uwielbienia dla okrągłego przedmiotu w kolorze jaskrawej zieleni, musiał tam pobiec chociaż na chwilę.


A po skończonym spacerku, jeszcze przed pójściem do samochodu, pan i jego pies odpoczywają na ławeczce. 


Udana to była wizyta, dom pełen ludzi, jedni w pokoju, inni w kuchni, jedzenie, pieczenie, rozmowy, śmiechy i gwar, tak sobie wyobrażam dobrze spędzone święta. A wieczorem zasiadłam jeszcze dokończyć 'Bratnie dusze' Hanny Cygler, powieść w sam raz na taki wieczór.
W poniedziałek miałam zamiar utonąć w lekturze kolejnej książki, tym razem Ziomeckiego Mr Pebble i Gruda, która od pierwszych stron złapała mnie w swoje szpony, ale moje dzieci zaproponowały mi partyjkę golfa. Na Wii podłączonym do telewizora. Luuudzie, że ja tego wcześniej nie odkryłam. Najpierw się bałam, ze nie będę umiała, bo ja nigdy w nic nie grałam na konsolach, ani nawet w komputerze. Ale po jakimś czasie wyczułam, jak działa kontroler i nawet dawałam radę. Potem przerzuciliśmy się na tenisa, ale nam coś nie wychodziło. Trochę graliśmy w kręgle, a skończyliśmy na koszykówce. Ale ubaw. Wszystko mnie boli. Nie wiem, kiedy minęło kilka godzin, Wojtek mówi, że pięć, ale ja myślę, że zaledwie trzy. Co ja mówię, zaledwie. Trzy godziny skakania, machania, kręcenie biodrami i co tam jeszcze. Wiecie, wielkiego spadku wagi z tego nie będzie, ale co przeponę śmiechem poćwiczyłam to moje. A i endorfin założę się, wydzieliło się całkiem sporo. 

sobota, 07 kwietnia 2012

(wklejam w dwóch wersjach do wyboru - wyżej piękna Mahalii Jackson, a niżej podniosła - śpiewana przez największy chór męski świata)

Dzisiaj dzień pełen zadumy. Zawsze dziwi mnie, jak inaczej jest on obchodzony w kościele w Irlandii. O godzinie 15 prawie, że zamarło całe moje miasteczko. Nawet największe sklepy zostały zamknięte. Nie wszystkie, bo Lidl i Aldi chyba nie, ale inne markety z irlandzkich sieci, tak. Wszyscy przybyli do kościoła na mszę. Najpierw została odczytana z podziałem na role scena, kiedy przychodzą po Jezusa, sądzą go i umiera na krzyżu. Potem każdy, jeden po drugim, podchodził do krzyża go ucałować. Wtedy chór śpiewa piękną pieśń Where You There When They Crucified My Lord (Czy byłeś tam, kiedy ukrzyżowali mojego Pana?) - zawsze mi wtedy łzy w oczach stają. I mam gęsią skórkę. Nie ma wiele takich pieśni, które tak na mnie działają, ale ta zawsze mnie wzrusza i wprowadza w klimat tej niezwykłej mszy. Nigdy nie śpiewam w tutejszym kościele, nie mam też takiego głosu, żeby było się czym popisać, zresztą tutaj wierni nie śpiewają, robi to chór. Ale tę jedną, raz w roku, śpiewam razem z nimi, nie żebym trele na cały kościól uprawiała, tak pod nosem. Posłuchajcie, jeśli macie ochotę, wkleiłam ją powyżej.

W Polsce w ten dzień nie przyjmuje się komunii, ale tu tak, zaraz po tym, jak wszyscy ucałują krzyż, ksiądz idzie po kielichy z komunikantami i podaje każdemu, kto chce przystąpić. Dzieci są błogosławione.
Potem kielich wraca do zakrystii, ołtarz pozostaje goły, bez żadnych ozdób, świec i nakrycia, u nas jest kamienny, więc to robi wrażenie, symbolizuje grób pański.  Wszyscy w absolutnej ciszy wychodzą z kościoła.
Jutro o 21 msza rezurekcyjna. Przy wejściu, jak zawsze, dostaniemy świece do ręki, kościół będzie ciemny, tylko te świece będą dawały światło. A kiedy ksiądz ogłosi zmartwychwstanie, zabłysną światła.
Brakuje mi porannej mszy, kiedy wszystkie dzwony dzwonią, ale i ta jest piękna i ma swoje plusy. Przede wszystkim takie, że nie trzeba się rano zrywać.

Po mszy wróciłam do domu gotować. Nie szaleję w tym roku ze względu na dietę, ale kilka potraw odchudzonych lekko będzie, ciasto z książki dietetycznej pani Makarowskiej, no i oczywiście faszerowane jajka, które wszyscy lubimy, a jeszcze-nie-zięć zamawia co roku.
Michalina dzisiaj u jeszcze-nie-teściów gra w karty, a jutro u nas Marek zostaje, bo od rana w niedzielę wiadomo, śniadamy.

KOCHANI - WESOŁYCH ŚWIĄT ! 

czwartek, 15 grudnia 2011
 

Stanęła u nas w domu już szóstego grudnia, taki tu zwyczaj. W Irlandii nie ma dnia imienin, toteż nie nazywa się tego dnia Mikołajki, a Little Christmas. W moim domu rodzinnym stawialiśmy choinkę w Wigilię. Wspominam to jako koszmar i stres, bo zawsze nie działały lampki (do tej pory tak mam, że zawsze któryś z kompletów nie działa), była nerwówa, bo kolacja wieczorem, a wciąż było coś do zrobienia, na przykład wypolerować srebrne sztućce, albo inna fascynująca czynność. Mama nie dawała sobie rady z anger management i wpędzała nas w doły. Obiecałam sobie, że kiedyś u mnie w domu choinka będzie stała wcześniej i cieszyła, a nie straszyła.

(na zdjęcia można klikać dla powiększenia)


to jest jedna z najstarszych bombek w naszym domu, odziedziczyłam ją po właścicielce jednego z mieszkań, które wynajmowałam. Ma ponad 30 lat.


równie ważne jak bombki, na naszej choince są szyszki i zabawki. Drewniane, wełniane, z materiału. 


Na gałęziach, jakby na leśnej ściółce, stawiamy zawsze 'łóżeczko' Dzieciątka Jezus na sianku.


w tym roku mąż się rozszalał i przypiął kokardki również na naszego beniamina.


Ten wieniec świąteczny jest bardzo stary, ale wygląda nadal pięknie. To jest mój pierwszy zakup, jeśli idzie o ozdoby do domu, wtedy był bardzo drogi. W środku małżon osadził kawałek konara, który znalazł na plaży i koniecznie chciał gdzieś go wtrynić. Niech ma, najważniejsze jest, żeby miał tak jak chce. Nie jestem niewolnikiem designu. Na ścianach wiszą pamiątkowe zdjęcia, obrazki dzieci i obrazy brata, bo bardziej chodzi mi o wspomnienia i emocje niż o dobór kolorów do zasłon.
Pierogi już ulepione, z kapustą i grzybami, ruskie i uszka. Wrzucone do zamrażarki czekają na 'ten dzień'.
A wy jak stoicie z przygotowaniami? 

sobota, 25 grudnia 2010

Wszystko się udało wczoraj, Nic nie spaliłam, nic się nie wylało, do kościoła na czas dotarliśmy, prezenty się podobały, wszyscy szczęśliwi.
Tylko do mamy się nie dodzwonilam i to mi spędza sen z powiek. Ale nic nie mogę uczynić w tym względzie, dzwoniłam do znajomych, którzy mogą coś wiedzieć, ale ich nie zastałam. Nie będę histeryzować, poczekam jeszcze jeden dzień, przecież gdyby coś się strasznego stało, daliby mi znać.
Dzisiaj po śniadaniu świątecznym, czyli gdzieś o 12 (połozyliśmy się spać o 2, to nie spieszyliśmy się ze wstawaniem) pojechaliśmy na plażę, trochę zrzucić tego, co zdążyliśmy bezwstydnie przyjąć na pokład. Zima jest piękna, kiedy nie trzeba martwić się o jedzenie, opał, brak elektryczności, dojazdy do pracy i bezpieczeństwo bliskich. Wróciliśmy do domu, jeszcze się trzymałam, jeszcze czytałam blogi i oglądałam cudze stosiki książek podchoinkowych, starałam się puszczać jak najwięcej dymu maskującego, ale fakty są takie, że dopadły mnie duchy przeszłości, czy świąteczne zmory, jak zwał tak zwał. I się wylała ze mnie fala łez. Zaczęło się od pierwszego lepszego powodu zastępczego, przemówiliśmy się z mężem, w TV na RTE1 akurat leciał program o Maeve Binchy, a on zarządził przygotowywanie kolacji. Włączyłam więc nagrywanie na dysk twardy, ale nie przełączyłam boxu satelitarnego na irlandzki i nagrał mi się program polski. A ja na tamten czekałam tygodniami, bo wiedziałam, że będzie, a to jedna z moich ulubionych pisarek. Taka mnie żałość straszna wzięła i już jej zatrzymać nie mogłam. I wiadomo, że to nie dlatego, że program źle nagrałam, ale dlatego, że znowu, jak co roku,moja mama mnie ukarała. Od dziecka w święta, jeszcze nawet w czas przedświąteczny, był wiecznie jakiś problem i molestowanie psychiczne, a to jej źle choinkę ubrałam, a to coś źle doprawiłam, a to dzieci nie dość dobrze wychowane, żeby jeść z nią przy jednym stole, a to mówię niewyraźnie i ona nie może już tego słuchać, a to za gruba jestem..... A odkąd mieszkamy daleko - nie odbiera w ten czas telefonów, a jak już odbierze, to po to, żeby mnie wpędzic w poczucie winy. I jej udar oraz częściowa niepełnosprawność obecnie, nie ma z tym nic wspólnego, bo tak jest całe moje życie. Co roku mam rozstrój żołądka, rozwolnienie, bóle głowy dotkliwe, zanim zadzwonię do mamy, potem odchorowuję rozmowy przez kilka godzin, albo i dni, zależy od tego, czego sie nasłuchałam i na co już jestem odporna. A mamy pomysłowość jest nieograniczona i potrafi przypiec. Teraz mniej, a raczej inaczej, bo choroba spowodowała, że jej złośliwość ma cechy pierwotne, jak to u ludzi, którzy nie kontrolują z powodu choroby swoich emocji, nie znają granic.
A dlaczego o tym piszę? Bo nie chcę, żeby ten blog pokazywał mnie jako wiecznie huraoptymistyczną osobę, bez problemów, która tak naprawdę nie zna życia i pieprzy o dobrej atmosferze w kółko, a to się samo dzieje. Nie, ja o wszystko, co dzieje się dobrego w moim zyciu zabiegam świadomie, nie biorę niczego for granted, czyli nie uznaję, że mi się należy, że przyszło i nie jest niczym wyjątkowym. Piszę też dlatego, że może to komuś pomoże, może ktoś ma tak samo przechlapane i wydaje mu się, że nic nigdy się nie zmieni. Zmieni się, ale zadra, drzazga w sercu, w świadomości, zawsze tkwi. Dlatego, kiedy coś miłego mnie spotyka, pierwsze co mi przychodzi na myśl to - kiedy się to schrzani, kiedy dostanę telefon z domu z niedobrą wiadomością. Ciężko żyć z takim brzemieniem.
Ale żeby takim smutnym akcentem nie kończyć, pokazuję wam karmnik, który małżon z synem zrobili dla ptaków. W Irlandii masa ludzi karmi naszych fruwajacych przyjaciół. Wstyd nam się zrobiło, chłopaki postanowili zbudować. Wielkość jak dla orła. Mam nadzieję, że ptaki go znajdą i będę mogła sobie je obserwować.
ZDJĘCIA PO KLIKNIĘCIU WYŚWIETLAJĄ SIĘ WIĘKSZE

piątek, 24 grudnia 2010

Kobieta niespokojnie kręciła się po kuchni. Szykowała wieczerzę Wigilijną. Czas naglił, jeszcze tyle było do zrobienia, ale ona nie mogła się należycie skupić. Co chwilę podchodziła do okna, wyglądała męża i synów. Wypłynęli rano na ostatni w tym roku połów. Pogoda nie była najlepsza, mimo to postanowili spróbować. Potrząsnęła głową, wygładziła włosy, głęboko odetchnęła i wróciła do pracy, nie można poddawać się złym myślom, to wywołuje nieszczęście – skarciła siebie w duchu.

Dlaczego uparli się dzisiaj płynąć? Nie przelewało się w domu, to prawda, ale biedy też nie było. Mięso i ryby na zimę zasolone, mąka na chleb kupiona, przy odpowiednim gospodarowaniu powinno starczyć na długo.

Indyk w piecu pachniał zachęcająco. Jeszcze dwie godziny i będzie gotowy. Gdzież oni są? Zarzuciła chustę i wyszła z domu. Od rana wiatr przybrał na sile, czarne chmury zachodziły na niebo. Zapatrzyła się w horyzont, wielkie fale pieniły się złowrogo, nie wróżyły niczego dobrego. Zbyt dobrze wiedziała, co to oznacza, jej ojciec był rybakiem, mąż, synowie, wszyscy sąsiedzi też, wiele nieszczęścia widziała w życiu, zbyt wielu nie wróciło z morza, nie mogła się już dłużej oszukiwać, postanowiła udać się po pomoc.

W jedynym w miasteczku pubie było ciepło i gwarno. Kiedy weszła wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Jeszcze miała nadzieję, że zobaczy męża i chłopaków przy ladzie, popijających piwo po udanym połowie. Nie, nie ma ich. Mężczyźni byli zapewne zszokowani jej zuchwałością, kobiety nie przesiadywały w pubach, to było miejsce zarezerwowane dla nich, ale nic sobie z tego nie robiła, przecież tu chodziło o życie jej bliskich. Zwróciła się do najstarszego, miał posłuch, tylko on jej mógł pomóc. Kiedy opowiedziała, z czym przychodzi, zerwał się na równe nogi i zarządził wymarsz na nabrzeże. Jak zwykle w takich wypadkach zaczęli rozpalać ogniska wzdłuż linii brzegowej, w ten sposób wskazywali rybakom na morzu drogę powrotną.

W międzyczasie znacznie się ściemniło, zaczął padać rzęsisty deszcz. Ogniska gasły, mężczyźni walczyli zaciekle, ale niestety nie udawało im się utrzymać wysokiego ognia. Kobiety zebrały się w ciasną grupę, modliły się bezgłośnie poruszając ustami. Wpatrywały się w ciemną, wzburzoną taflę morza, zwykle tak piękne i szczodre, dzisiaj postanowiło pokazać swoja wielkość i grozę. Nie miały złudzeń, w walce z tym gigantem człowiek jest bez szans.

Kobieta przez chwilę jeszcze przyglądała się zmaganiom mężczyzn, ale widząc, że to wszystko na nic, odwróciła się nagle i odeszła zdecydowanym krokiem.

Droga do domu wydawała się trwać wieki, jak tylko tam dotarła, chwyciła bańki z naftą i zaczęła metodycznie oblewać ściany domu. Podpaliła. Zajęły się drewniane krokwie i słomiany dach, mimo deszczu w krótkim czasie paliło się aż miło. Nie czuła żalu, nic nie czuła, odwróciła się w stronę morza i czekała. Jak długo? Nie miała pojęcia. Stała tam na wzgórzu, z rozwianymi włosami, policzkami rozpalonymi od żaru i czekała. Jeśli istnieje Bóg, dojrzą ogień, skierują łódź w stronę brzegu i dotrą bezpiecznie z powrotem. Zwróciła modlitwy do Matki Boskiej, któż lepiej zrozumie matkę jak nie druga matka?

Nagle ich zobaczyła, szli machając do niej z daleka. Szybko policzyła sylwetki, raz, dwa, trzy, cztery, mój Boże, są wszyscy. Rzuciła się biegiem w dół wzgórza, po chwili dopadła do nich, objęli się wszyscy i zamarli w tym uścisku. Nie trzeba było słów.

Życzę Wam żebyście zawsze, bez względu na okoliczności, znaleźli drogę do domu.

Wesołych Świąt!

piątek, 17 grudnia 2010

Wczoraj miałam kryzys. Zrobiłam wpis, już wtedy czułam, że nadchodzi. Udałam się do kuchni zamienionej na tę chwilę w pierogarnię. Farsze były już porobione poprzedniego wieczora przez męża, więc zostało mi tylko ich ulepienie. Fiuu, łatwe.

Mąka okazała się do kitu. Dokładnie taka twarda przy wyrabianiu jak kit :-) Tej, którą zwykle używam, nie było w sklepie, ani tu, ani w Dublinie. Pamiętam, że nazywała się Lubella puszysta i na dole było napisane najlepsze do pierogów i czegoś tam jeszcze. I faktycznie była najlepsza. Ta, którą kupiłam, okazała się kompletną porażką. Ale doszłam do tego dopiero po kilku godzinach obwinianie samej siebie. Zaczęłam analizować, co zrobiłam źle, czy powinnam dodać całe jajko, czy tyko żółtko, czy za mało wody? Ale ciasto mi więcej wody już brać nie chciało. A może powinnam dodać coś jeszcze? Sprawdziłam w Kuchni polskiej i kilku innych ksiażkach, nie, wszystko tak jak trzeba. A może powinna być woda zimna zamiast gorącej (ciasto na uszka robię według przepisu Kuronia ojca z wodą wrzącą, zawsze wychodziło idealne). Przyszedł mąż, zagniótł nowe ciasto, bo tamto we łzach i z kurwami na ustach, zdążyłam już wylepić w uszka. Też miał problem. A on nigdy nie ma problemu z ciastem na pierogi. Tak się spłakałam podczas tego lepienia, ze szok, całe napięcie, obawa, że nie dam rady, że nie zdążę ze wszystkim, że pewnie o czymś zapomniałam, ale nie wiem o czym, że pewnie prezenty nie dojdą na czas pocztą, bo zapowiadają śniegi.... Oczywiście ze stresu spięłam mięsnie karku, to mnie zaczęły boleć plecy i zaraz głowa.

Małżon wygonił mnie na zajęcia z fotografii i sam został na placu boju, żeby te pierogi dokończyć. W grupie kursu z fotografii mamy trochę starszych ludzi i ci zaczęli - zapomniałam - co to jest folder, a dlaczego album to nie to samo co folder, o jezu chyba wszystko usunąłem..... Położyłam się na biurku i byłam gotowa zasnąć. A tu trzy godziny przede mną.

Kiedy wchodziłam na zajęcia było zimno i wietrznie. Kiedy wychodziłam było zimno, wietrznie i zamieć śmieżna. Samochód zakopany, dróg nie widać. I tak padało całą noc, aż do teraz. Piszę to, a za oknem śnieży jak szalone. O Matko Bosko, te prezenty to już na pewno nie dojdą.

Wzięłam się jakoś w garść. Idę sprzątać, na smutki nie ma to jak wysiłek fizyczny. Chociaz wolałabym fitness club w towarzystwie dwóch czy trzech, no dobra, chociaż jednej koleżanki.

Rano zajadając kanapki ze świetną szyneczką z kotła (taki smak, jak z dzieciństwa pamiętam) wysłuchałam Dzień Dobry TVN Julii Pietuchy o tym, jak ona nie celebruje świąt, jak w Wigilię ogląda telewizję i nic nie robi. Jej wybór, ale mi się jej trochę szkoda zrobiło. I zaraz mi sie przypomniało, po co ja to wszystko robię. Będziemy całą rodziną przy stole biesiadować godzinami, dzieci przyjadą z Dublina, Mark będzie jak zwykle na Wigilii, objemy się jak świnki, a potem będziemy popijać grzańca i grac w karty. Mam nadzieję, że pogoda pozwoli na spacer w między czasie. A wieczorem, kiedy już wszyscy bedą w łózkach, porobię zdjęcia ksiażek, które przyniósł Mikołaj i zrobię wpis na blogu. Będzie pachnieć, będzie spokojnie i bezpiecznie. To mam przed oczami, kiedy kurwuję lepiąc uszka :-)

czwartek, 16 grudnia 2010

Gonię w piętkę, jak mawiała moja ukochana prabacia Pawłowska. O jej, jak to napisałam, zobaczyłam drukiem, nazwisko znaczy, to się dopiero teraz zorietowałam, że ona się tak samo nazywała, jak moim przyjaciele.

No, ale do rzeczy. Jestem w czarnej d... kochani. Pracuję, kursuję się, różne zlecenia zaliczam (wtorek spędziłam w sądzie jako tłumacz), a dom nie posprzątany, dopiero ruskie ulepione, a jeszcze dzisiaj czeka farsz do tych z kapustą i mięsem (to na pozostałe dni świąteczne) i uszek. Ja się zastrzelę. Do tego dwa kosze prasowania czekją.  Na szczęście zakupy już zrobione, prezenty też już zapłacone, tylko czekam na dostawę, bo część online była zamówiona. Mam nadzieję, że zapowiadane śniegi nie zablokują poczty w staraniach dostarczenia ich do mnie.

A do tego wszystkiego nie mam zupełnie energii. Uszła ze mnie i nie mogę jej jakoś zregenerować. Jak pomyślę o sprzątaniu jutro, to się składam w scyzoryk, taka jestem zmęczona na samą myśl. Zaczęłam czytać Cukiernię pod Amorem i to nie był za dobry pomysł, bo mnie teraz strasznie do tej książki ciagnie, a czasu zero.

Impreza piątkowa była superowa, udało mi się nie strzelić babola z zamówiniem, pewnie dlatego, że jadłam to, co kiedyś już wypróbowałam. No, może drobny zgrzyt przy deserze, mogłam lepiej wybrać, ale nie da się zmienić fatum restauracyjnego tak w jeden dzień, jakiaś obsuwa musi być. Za to grzane wino świetne.

A teraz lecę do uszek, tudzież innych pierogów. Małżon gdzieś wyczytał, że dobrze do ciasta dodać trochę ugotowanych i zmielonych ziemniaków. Wiecie, że to faktycznie poprawia smak i jakość ciasta. Odrobina wystarczy.

A jak tylko będę miała czas, dam wam przepis na barszcz czerwony, taki, przy którym nie ma roboty, sam praktycznie się robi, a jest pyszny. Dostałam go od doświadczonej kucharki i od czasu, kiedy nie mam tu jak robić zakwasu, stosuję. Wszyscy się zapijają, bo przecież nie mozna powiedzieć, że barszczem zajadają. Chyba, że z uszkami.... Na łeb mi się już rzuca, to z tego stresu organizacyjnego. Panny tak mają.

Po edycji, bo zapomniałam dodać - zajrzyjcie na bloga Cukierni pod Amorem TU. Chwalipięta w kącie stała :-)

piątek, 10 grudnia 2010

Wiem, wiem, ledwo stopniał a ja już tęsknię.  Wszystkim dał się we znaki, ale dla nastroju tej nocy to by się przydał.

„Święta już, to przyszedł już na święta czas, kolejny raz spotkamy się, gdy zaświeci pierwsza z gwiazd” tralala -  Krawczyk śpiewa na fula z głośników, a ja równie głośno, wtóruję mu na żywo. A wszystko to podczas szykowania się na Christmas party. Uwielbiam śpiewać, chociaż nie umiem, a dzisiaj jest to tym trudniejsze, ze jednocześnie robię miny do lustra, wywalam język podczas malowania rzęs i pokrzykuję przy regulowaniu brwi. Lubię ten czas. Tutaj zaczyna się dużo wcześniej, już od początku grudnia, w granicach 6/8-go organizuje się parady w miasteczkach połączone z wizytą Mikołaja i zapalaniem dekoracji w mieście. Ulica jest wtedy zamknięta na godzinę , wszyscy śpiewają piosenki świąteczne, dzieciaki szczególnie ożywiają się przy Reniferze czerwononosym, biegają podekscytowane machając świecącymi lizakami, a młodsze, na rękach u swoich rodziców, kręcą się jak szalone i zanoszą śmiechem ilekroć padnie słowo Santa (co w skrócie oznacza Świętego Mikołaja). Wszyscy witają się jowialnie, pytają czy już udekorowałam dom i oczywiście, mrugając porozumiewawczo, czy już kupiłam wszystko. Nie można powiedzieć słowa „prezenty”, bo dzieci mają gumowe uszy i od razu by zrozumiały, o czym mowa. Potem następuje odliczanie – ten, nine, eight, …dwa, jeden Meeeeeeeerry Christmas – cała ulica tonie w światłach.

Rozmarzyłam się, a tu czas goni i trzeba się szykować. Sezon imprez w rozkwicie. Idę dzisiaj z dziewczynami, z którymi pracowałam kiedyś (moja pierwsza praca w Irlandii, w hotelu).  Chociaż juz od kilku lat pracujemy w różnych miejscach, nadal spotykamy się przynajmniej 3 razy w roku, a w grudniu to już obowiązkowo; mamy zarezerwowany stolik w najlepszej restauracji. Idziemy bez partnerów, będziemy się alkoholizować i narzekać na facetów (chociaż żadna z nas nie ma powodu, ale to taka babska tradycja), na końcu poplotkujemy o naszych szefach, trzeba przecież odreagować jakoś stres.

Zmieniam płytę w odtwarzaczu i wszystkie złe myśli gdzieś ulatują, dostałam dzisiaj wiadomość, że przyjaciel moich rodziców, facet, którego znam odkąd zaczęłam rozpoznawać twarze ludzi, umrał. Coraz więcej 'bohaterów' mojego dzieciństwa ubywa.  Muzyka łagodzi strachy egzystencjalne, zawsze tak mam, kiedy Chris Rea śpiewa „Going home for Christmas”, tanecznie mnie to nastraja, podrygując w rytm szukam torebki, kątem oka widzę moją ślicznościową choinkę. Zapach świerka wprawia mnie w euforię, a widok starych bombek i słomianych gwiazd na choince w błogie poczucie ładu.

Lecę, bo muszę jeszcze pomalować paznokcie. Strasznie się cieszę, bo idziemy do Danny Minies,  a tam mają takie pyszne jedzenie, że jest na co czekać, uwierzcie mi na slowo. Tylko, żeby jakiegoś babola nie popełniła przy zamawianiu z karty znowu nie zamówiła.

P.S. Gdyby ktoś miał na zbyciu składanki świateczne z wykonawcami polskimi Święta, święta vol 3 i 4 to ja chętnie odkupię. Mam tylko dwie części i nigdzie nie mogę kupić dwóch pozostałych

19:26, kasia.eire
Link Komentarze (20) »
wtorek, 07 grudnia 2010

Wieczorem

I w dzień

____________________________________________________________

Co roku mam problem z kupowaniem choinki, bo jestem cholernie wymagająca - musi być gęsta, świeża, jędrna i duża. W tym roku na dodatek była zła pogoda, wciąż nam przeszkadzała pojechać po ten ważny na świeta zakup. Czekaliśmy, czekaliśmy, aż zniechęceni prognozami jeszcze większych opadów, w niedzielę zdecydowaliśmy pojechać po nią.  Trzeba nas było wiedzieć, rano w samochodzie cała rodzina, jak Griswaldowie z Witaj Święty Mikołaju. Tylko nam piły łańcuchowej brakowało, ale pogoda wypisz wymaluj z tego filmu (zresztą naszego ulubionego na ten czas). Przez pierwsze pół drogi jechaliśmy po lodzie, a drugie pół, jak mawiała znajoma kucharka Honorata - większe pół, przedzieraliśmy się przez śnieg.

Kiedy już dojechaliśmy, miałam stres, że nie wrócimy, że gdzieś staniemy i będziemy musieli z tej choinki ognisko urzadzić, żeby nie zamarznąć.

No, ale już jest. Stoi sobie w rogu pokoju, przez najbliższy czas będziemy w jej towarzystwie ogladać telewizję, czytać prasę i książki. W tym pokoju jest również kominek, więc atmosfera zimowa jak najbardziej, ale jednocześnie szalenie przytulna. Lubię ten czas, a czytanie przy choince w szczególności.  Dlatego szczególnie podoba mi się tutejsza tradycja stawiania drzewka na początku grudnia, chociaż w Polsce też nie poddawałam się terroryzmowi ubierania choinki w Wigilie i u nas stała już tydzień wcześniej.

Prawie nie kupuję już ozdób, wzruszają nas te, które mamy od początku małżeństwa, które kupowaliśmy dla dzieci. Co roku, kiedy stroimy drzewko słychać tylko - a pamiętasz jak śpiewałaś do tego narciarza drewnianego, a pamiętasz jak...... Nie ma żadnego desajnerskiego ubierania co roku inaczej, w dwa kolory, wszystko na niebiesko lub wszystkiego na złoto. Za to jest kolorowo, eklektycznie i wspomnieniowo.  Wyłamałam się raz, dwa lata temu kupiłam buty łyżwiarskie, takie błyszczące i baletki (bo uwielbiam ten film Balley shoes)

A w pierwszym roku w Irlandii, kiedy choineczka była mała, a ozdoby jeszcze nie przyjechały, w miejscowym sklepie kupiliśmy bałwanka i teraz on nam przypomina jak długą drogę przebyliśmy na nowej ziemi.

 

Dzisiaj ogłosili budżet na przyszły rok, okroili co się dało, podnieśli opłaty tam gdzie sie dało. Ale nie będę o tym myśleć teraz, wzorem Scarlett pomyślę o tym, może nie jutro, ale za miesiąc. W styczniu. Narazie atmosfera świat grzeje moje serce.

poniedziałek, 05 kwietnia 2010

Doslownie. Jestem chora. Najpierw się spracowałam jak osiołek w Chorwacji, sprzątałam, zakupowałam, gotowałam, przy wydatnej pomocy rodziny, musze przyznać, po czym juz przy śniadaniu wielkanocnym zaczęło mnie rozkładać, jeszcze po pograliśmy w karty, a mniej więcj od 15 zaczęłam być poddaną Jej Wysokości Przeziębienia.  Wczoraj się przewalałam po domu, ale do łózka nie weszłam. Dzisiaj też jestem twarda jak Wasilewska i wstałam, ubrałam się, zawinęłam w sfeter i próbuję jakoś wyjść z tej choroby. Z wynikiem marnym - 1:0 dla przeziębienia.

Najgorsze jest to, że jak tak mnie weźmie, to ani film mnie nie interesuje, ani książki mi się nie chce czytać, najchętniej bym spała, ale wtedy nic z tych świąt mieć nie będę.

Poza tym u nas dzisiaj strasznie zimno, wietrznie i deszczowo. Może to i lepiej, bo jeszcze na plaże bym pognała, jak siebie znam, a to nie wyszłoby mi na dobre.

Pozdrawiam znad pudełka chusteczek.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!