|
Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Wpisy z tagiem: święta
wtorek, 10 kwietnia 2012
Starałam się nie jeść za dużo w te święta. Przynajmniej nie to, co zakazane. Różnie mi to wychodziło, raz twarda byłam jak Wasilewska, raz grzeszna jak Magdalena (co podobno taka nie była, ale ją wrobili na użytek). Generalnie nie wypadło to źle. Swój chleb upiekłam, orkiszowy, pół-pełnoziarnisty, bułek nie było.
Pies ganiał za piłką do czasu, kiedy zobaczył skały na końcu plaży, skacze po nich jak kozica, mimo uwielbienia dla okrągłego przedmiotu w kolorze jaskrawej zieleni, musiał tam pobiec chociaż na chwilę.
sobota, 07 kwietnia 2012
(wklejam w dwóch wersjach do wyboru - wyżej piękna Mahalii Jackson, a niżej podniosła - śpiewana przez największy chór męski świata)
czwartek, 15 grudnia 2011
Stanęła u nas w domu już szóstego grudnia, taki tu zwyczaj. W Irlandii nie ma dnia imienin, toteż nie nazywa się tego dnia Mikołajki, a Little Christmas. W moim domu rodzinnym stawialiśmy choinkę w Wigilię. Wspominam to jako koszmar i stres, bo zawsze nie działały lampki (do tej pory tak mam, że zawsze któryś z kompletów nie działa), była nerwówa, bo kolacja wieczorem, a wciąż było coś do zrobienia, na przykład wypolerować srebrne sztućce, albo inna fascynująca czynność. Mama nie dawała sobie rady z anger management i wpędzała nas w doły. Obiecałam sobie, że kiedyś u mnie w domu choinka będzie stała wcześniej i cieszyła, a nie straszyła. (na zdjęcia można klikać dla powiększenia)
sobota, 25 grudnia 2010
piątek, 24 grudnia 2010
Kobieta niespokojnie kręciła się po kuchni. Szykowała wieczerzę Wigilijną. Czas naglił, jeszcze tyle było do zrobienia, ale ona nie mogła się należycie skupić. Co chwilę podchodziła do okna, wyglądała męża i synów. Wypłynęli rano na ostatni w tym roku połów. Pogoda nie była najlepsza, mimo to postanowili spróbować. Potrząsnęła głową, wygładziła włosy, głęboko odetchnęła i wróciła do pracy, nie można poddawać się złym myślom, to wywołuje nieszczęście – skarciła siebie w duchu. Dlaczego uparli się dzisiaj płynąć? Nie przelewało się w domu, to prawda, ale biedy też nie było. Mięso i ryby na zimę zasolone, mąka na chleb kupiona, przy odpowiednim gospodarowaniu powinno starczyć na długo. Indyk w piecu pachniał zachęcająco. Jeszcze dwie godziny i będzie gotowy. Gdzież oni są? Zarzuciła chustę i wyszła z domu. Od rana wiatr przybrał na sile, czarne chmury zachodziły na niebo. Zapatrzyła się w horyzont, wielkie fale pieniły się złowrogo, nie wróżyły niczego dobrego. Zbyt dobrze wiedziała, co to oznacza, jej ojciec był rybakiem, mąż, synowie, wszyscy sąsiedzi też, wiele nieszczęścia widziała w życiu, zbyt wielu nie wróciło z morza, nie mogła się już dłużej oszukiwać, postanowiła udać się po pomoc. W jedynym w miasteczku pubie było ciepło i gwarno. Kiedy weszła wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Jeszcze miała nadzieję, że zobaczy męża i chłopaków przy ladzie, popijających piwo po udanym połowie. Nie, nie ma ich. Mężczyźni byli zapewne zszokowani jej zuchwałością, kobiety nie przesiadywały w pubach, to było miejsce zarezerwowane dla nich, ale nic sobie z tego nie robiła, przecież tu chodziło o życie jej bliskich. Zwróciła się do najstarszego, miał posłuch, tylko on jej mógł pomóc. Kiedy opowiedziała, z czym przychodzi, zerwał się na równe nogi i zarządził wymarsz na nabrzeże. Jak zwykle w takich wypadkach zaczęli rozpalać ogniska wzdłuż linii brzegowej, w ten sposób wskazywali rybakom na morzu drogę powrotną. W międzyczasie znacznie się ściemniło, zaczął padać rzęsisty deszcz. Ogniska gasły, mężczyźni walczyli zaciekle, ale niestety nie udawało im się utrzymać wysokiego ognia. Kobiety zebrały się w ciasną grupę, modliły się bezgłośnie poruszając ustami. Wpatrywały się w ciemną, wzburzoną taflę morza, zwykle tak piękne i szczodre, dzisiaj postanowiło pokazać swoja wielkość i grozę. Nie miały złudzeń, w walce z tym gigantem człowiek jest bez szans. Kobieta przez chwilę jeszcze przyglądała się zmaganiom mężczyzn, ale widząc, że to wszystko na nic, odwróciła się nagle i odeszła zdecydowanym krokiem. Droga do domu wydawała się trwać wieki, jak tylko tam dotarła, chwyciła bańki z naftą i zaczęła metodycznie oblewać ściany domu. Podpaliła. Zajęły się drewniane krokwie i słomiany dach, mimo deszczu w krótkim czasie paliło się aż miło. Nie czuła żalu, nic nie czuła, odwróciła się w stronę morza i czekała. Jak długo? Nie miała pojęcia. Stała tam na wzgórzu, z rozwianymi włosami, policzkami rozpalonymi od żaru i czekała. Jeśli istnieje Bóg, dojrzą ogień, skierują łódź w stronę brzegu i dotrą bezpiecznie z powrotem. Zwróciła modlitwy do Matki Boskiej, któż lepiej zrozumie matkę jak nie druga matka? Nagle ich zobaczyła, szli machając do niej z daleka. Szybko policzyła sylwetki, raz, dwa, trzy, cztery, mój Boże, są wszyscy. Rzuciła się biegiem w dół wzgórza, po chwili dopadła do nich, objęli się wszyscy i zamarli w tym uścisku. Nie trzeba było słów. Życzę Wam żebyście zawsze, bez względu na okoliczności, znaleźli drogę do domu. Wesołych Świąt!
piątek, 17 grudnia 2010
Wczoraj miałam kryzys. Zrobiłam wpis, już wtedy czułam, że nadchodzi. Udałam się do kuchni zamienionej na tę chwilę w pierogarnię. Farsze były już porobione poprzedniego wieczora przez męża, więc zostało mi tylko ich ulepienie. Fiuu, łatwe. Mąka okazała się do kitu. Dokładnie taka twarda przy wyrabianiu jak kit :-) Tej, którą zwykle używam, nie było w sklepie, ani tu, ani w Dublinie. Pamiętam, że nazywała się Lubella puszysta i na dole było napisane najlepsze do pierogów i czegoś tam jeszcze. I faktycznie była najlepsza. Ta, którą kupiłam, okazała się kompletną porażką. Ale doszłam do tego dopiero po kilku godzinach obwinianie samej siebie. Zaczęłam analizować, co zrobiłam źle, czy powinnam dodać całe jajko, czy tyko żółtko, czy za mało wody? Ale ciasto mi więcej wody już brać nie chciało. A może powinnam dodać coś jeszcze? Sprawdziłam w Kuchni polskiej i kilku innych ksiażkach, nie, wszystko tak jak trzeba. A może powinna być woda zimna zamiast gorącej (ciasto na uszka robię według przepisu Kuronia ojca z wodą wrzącą, zawsze wychodziło idealne). Przyszedł mąż, zagniótł nowe ciasto, bo tamto we łzach i z kurwami na ustach, zdążyłam już wylepić w uszka. Też miał problem. A on nigdy nie ma problemu z ciastem na pierogi. Tak się spłakałam podczas tego lepienia, ze szok, całe napięcie, obawa, że nie dam rady, że nie zdążę ze wszystkim, że pewnie o czymś zapomniałam, ale nie wiem o czym, że pewnie prezenty nie dojdą na czas pocztą, bo zapowiadają śniegi.... Oczywiście ze stresu spięłam mięsnie karku, to mnie zaczęły boleć plecy i zaraz głowa. Małżon wygonił mnie na zajęcia z fotografii i sam został na placu boju, żeby te pierogi dokończyć. W grupie kursu z fotografii mamy trochę starszych ludzi i ci zaczęli - zapomniałam - co to jest folder, a dlaczego album to nie to samo co folder, o jezu chyba wszystko usunąłem..... Położyłam się na biurku i byłam gotowa zasnąć. A tu trzy godziny przede mną. Kiedy wchodziłam na zajęcia było zimno i wietrznie. Kiedy wychodziłam było zimno, wietrznie i zamieć śmieżna. Samochód zakopany, dróg nie widać. I tak padało całą noc, aż do teraz. Piszę to, a za oknem śnieży jak szalone. O Matko Bosko, te prezenty to już na pewno nie dojdą. Wzięłam się jakoś w garść. Idę sprzątać, na smutki nie ma to jak wysiłek fizyczny. Chociaz wolałabym fitness club w towarzystwie dwóch czy trzech, no dobra, chociaż jednej koleżanki. Rano zajadając kanapki ze świetną szyneczką z kotła (taki smak, jak z dzieciństwa pamiętam) wysłuchałam Dzień Dobry TVN Julii Pietuchy o tym, jak ona nie celebruje świąt, jak w Wigilię ogląda telewizję i nic nie robi. Jej wybór, ale mi się jej trochę szkoda zrobiło. I zaraz mi sie przypomniało, po co ja to wszystko robię. Będziemy całą rodziną przy stole biesiadować godzinami, dzieci przyjadą z Dublina, Mark będzie jak zwykle na Wigilii, objemy się jak świnki, a potem będziemy popijać grzańca i grac w karty. Mam nadzieję, że pogoda pozwoli na spacer w między czasie. A wieczorem, kiedy już wszyscy bedą w łózkach, porobię zdjęcia ksiażek, które przyniósł Mikołaj i zrobię wpis na blogu. Będzie pachnieć, będzie spokojnie i bezpiecznie. To mam przed oczami, kiedy kurwuję lepiąc uszka :-)
czwartek, 16 grudnia 2010
Gonię w piętkę, jak mawiała moja ukochana prabacia Pawłowska. O jej, jak to napisałam, zobaczyłam drukiem, nazwisko znaczy, to się dopiero teraz zorietowałam, że ona się tak samo nazywała, jak moim przyjaciele. No, ale do rzeczy. Jestem w czarnej d... kochani. Pracuję, kursuję się, różne zlecenia zaliczam (wtorek spędziłam w sądzie jako tłumacz), a dom nie posprzątany, dopiero ruskie ulepione, a jeszcze dzisiaj czeka farsz do tych z kapustą i mięsem (to na pozostałe dni świąteczne) i uszek. Ja się zastrzelę. Do tego dwa kosze prasowania czekją. Na szczęście zakupy już zrobione, prezenty też już zapłacone, tylko czekam na dostawę, bo część online była zamówiona. Mam nadzieję, że zapowiadane śniegi nie zablokują poczty w staraniach dostarczenia ich do mnie. A do tego wszystkiego nie mam zupełnie energii. Uszła ze mnie i nie mogę jej jakoś zregenerować. Jak pomyślę o sprzątaniu jutro, to się składam w scyzoryk, taka jestem zmęczona na samą myśl. Zaczęłam czytać Cukiernię pod Amorem i to nie był za dobry pomysł, bo mnie teraz strasznie do tej książki ciagnie, a czasu zero. Impreza piątkowa była superowa, udało mi się nie strzelić babola z zamówiniem, pewnie dlatego, że jadłam to, co kiedyś już wypróbowałam. No, może drobny zgrzyt przy deserze, mogłam lepiej wybrać, ale nie da się zmienić fatum restauracyjnego tak w jeden dzień, jakiaś obsuwa musi być. Za to grzane wino świetne. A teraz lecę do uszek, tudzież innych pierogów. Małżon gdzieś wyczytał, że dobrze do ciasta dodać trochę ugotowanych i zmielonych ziemniaków. Wiecie, że to faktycznie poprawia smak i jakość ciasta. Odrobina wystarczy. A jak tylko będę miała czas, dam wam przepis na barszcz czerwony, taki, przy którym nie ma roboty, sam praktycznie się robi, a jest pyszny. Dostałam go od doświadczonej kucharki i od czasu, kiedy nie mam tu jak robić zakwasu, stosuję. Wszyscy się zapijają, bo przecież nie mozna powiedzieć, że barszczem zajadają. Chyba, że z uszkami.... Na łeb mi się już rzuca, to z tego stresu organizacyjnego. Panny tak mają. Po edycji, bo zapomniałam dodać - zajrzyjcie na bloga Cukierni pod Amorem TU. Chwalipięta w kącie stała :-)
piątek, 10 grudnia 2010
Wiem, wiem, ledwo stopniał a ja już tęsknię. Wszystkim dał się we znaki, ale dla nastroju tej nocy to by się przydał. „Święta już, to przyszedł już na święta czas, kolejny raz spotkamy się, gdy zaświeci pierwsza z gwiazd” tralala - Krawczyk śpiewa na fula z głośników, a ja równie głośno, wtóruję mu na żywo. A wszystko to podczas szykowania się na Christmas party. Uwielbiam śpiewać, chociaż nie umiem, a dzisiaj jest to tym trudniejsze, ze jednocześnie robię miny do lustra, wywalam język podczas malowania rzęs i pokrzykuję przy regulowaniu brwi. Lubię ten czas. Tutaj zaczyna się dużo wcześniej, już od początku grudnia, w granicach 6/8-go organizuje się parady w miasteczkach połączone z wizytą Mikołaja i zapalaniem dekoracji w mieście. Ulica jest wtedy zamknięta na godzinę , wszyscy śpiewają piosenki świąteczne, dzieciaki szczególnie ożywiają się przy Reniferze czerwononosym, biegają podekscytowane machając świecącymi lizakami, a młodsze, na rękach u swoich rodziców, kręcą się jak szalone i zanoszą śmiechem ilekroć padnie słowo Santa (co w skrócie oznacza Świętego Mikołaja). Wszyscy witają się jowialnie, pytają czy już udekorowałam dom i oczywiście, mrugając porozumiewawczo, czy już kupiłam wszystko. Nie można powiedzieć słowa „prezenty”, bo dzieci mają gumowe uszy i od razu by zrozumiały, o czym mowa. Potem następuje odliczanie – ten, nine, eight, …dwa, jeden Meeeeeeeerry Christmas – cała ulica tonie w światłach. Rozmarzyłam się, a tu czas goni i trzeba się szykować. Sezon imprez w rozkwicie. Idę dzisiaj z dziewczynami, z którymi pracowałam kiedyś (moja pierwsza praca w Irlandii, w hotelu). Chociaż juz od kilku lat pracujemy w różnych miejscach, nadal spotykamy się przynajmniej 3 razy w roku, a w grudniu to już obowiązkowo; mamy zarezerwowany stolik w najlepszej restauracji. Idziemy bez partnerów, będziemy się alkoholizować i narzekać na facetów (chociaż żadna z nas nie ma powodu, ale to taka babska tradycja), na końcu poplotkujemy o naszych szefach, trzeba przecież odreagować jakoś stres. Zmieniam płytę w odtwarzaczu i wszystkie złe myśli gdzieś ulatują, dostałam dzisiaj wiadomość, że przyjaciel moich rodziców, facet, którego znam odkąd zaczęłam rozpoznawać twarze ludzi, umrał. Coraz więcej 'bohaterów' mojego dzieciństwa ubywa. Muzyka łagodzi strachy egzystencjalne, zawsze tak mam, kiedy Chris Rea śpiewa „Going home for Christmas”, tanecznie mnie to nastraja, podrygując w rytm szukam torebki, kątem oka widzę moją ślicznościową choinkę. Zapach świerka wprawia mnie w euforię, a widok starych bombek i słomianych gwiazd na choince w błogie poczucie ładu. Lecę, bo muszę jeszcze pomalować paznokcie. Strasznie się cieszę, bo idziemy do Danny Minies, a tam mają takie pyszne jedzenie, że jest na co czekać, uwierzcie mi na slowo. Tylko, żeby jakiegoś babola nie popełniła przy zamawianiu z karty znowu nie zamówiła. P.S. Gdyby ktoś miał na zbyciu składanki świateczne z wykonawcami polskimi Święta, święta vol 3 i 4 to ja chętnie odkupię. Mam tylko dwie części i nigdzie nie mogę kupić dwóch pozostałych
wtorek, 07 grudnia 2010
Wieczorem
I w dzień ____________________________________________________________ Co roku mam problem z kupowaniem choinki, bo jestem cholernie wymagająca - musi być gęsta, świeża, jędrna i duża. W tym roku na dodatek była zła pogoda, wciąż nam przeszkadzała pojechać po ten ważny na świeta zakup. Czekaliśmy, czekaliśmy, aż zniechęceni prognozami jeszcze większych opadów, w niedzielę zdecydowaliśmy pojechać po nią. Trzeba nas było wiedzieć, rano w samochodzie cała rodzina, jak Griswaldowie z Witaj Święty Mikołaju. Tylko nam piły łańcuchowej brakowało, ale pogoda wypisz wymaluj z tego filmu (zresztą naszego ulubionego na ten czas). Przez pierwsze pół drogi jechaliśmy po lodzie, a drugie pół, jak mawiała znajoma kucharka Honorata - większe pół, przedzieraliśmy się przez śnieg. Kiedy już dojechaliśmy, miałam stres, że nie wrócimy, że gdzieś staniemy i będziemy musieli z tej choinki ognisko urzadzić, żeby nie zamarznąć. No, ale już jest. Stoi sobie w rogu pokoju, przez najbliższy czas będziemy w jej towarzystwie ogladać telewizję, czytać prasę i książki. W tym pokoju jest również kominek, więc atmosfera zimowa jak najbardziej, ale jednocześnie szalenie przytulna. Lubię ten czas, a czytanie przy choince w szczególności. Dlatego szczególnie podoba mi się tutejsza tradycja stawiania drzewka na początku grudnia, chociaż w Polsce też nie poddawałam się terroryzmowi ubierania choinki w Wigilie i u nas stała już tydzień wcześniej. Prawie nie kupuję już ozdób, wzruszają nas te, które mamy od początku małżeństwa, które kupowaliśmy dla dzieci. Co roku, kiedy stroimy drzewko słychać tylko - a pamiętasz jak śpiewałaś do tego narciarza drewnianego, a pamiętasz jak...... Nie ma żadnego desajnerskiego ubierania co roku inaczej, w dwa kolory, wszystko na niebiesko lub wszystkiego na złoto. Za to jest kolorowo, eklektycznie i wspomnieniowo. Wyłamałam się raz, dwa lata temu kupiłam buty łyżwiarskie, takie błyszczące i baletki (bo uwielbiam ten film Balley shoes)
A w pierwszym roku w Irlandii, kiedy choineczka była mała, a ozdoby jeszcze nie przyjechały, w miejscowym sklepie kupiliśmy bałwanka i teraz on nam przypomina jak długą drogę przebyliśmy na nowej ziemi.
Dzisiaj ogłosili budżet na przyszły rok, okroili co się dało, podnieśli opłaty tam gdzie sie dało. Ale nie będę o tym myśleć teraz, wzorem Scarlett pomyślę o tym, może nie jutro, ale za miesiąc. W styczniu. Narazie atmosfera świat grzeje moje serce.
poniedziałek, 05 kwietnia 2010
Doslownie. Jestem chora. Najpierw się spracowałam jak osiołek w Chorwacji, sprzątałam, zakupowałam, gotowałam, przy wydatnej pomocy rodziny, musze przyznać, po czym juz przy śniadaniu wielkanocnym zaczęło mnie rozkładać, jeszcze po pograliśmy w karty, a mniej więcj od 15 zaczęłam być poddaną Jej Wysokości Przeziębienia. Wczoraj się przewalałam po domu, ale do łózka nie weszłam. Dzisiaj też jestem twarda jak Wasilewska i wstałam, ubrałam się, zawinęłam w sfeter i próbuję jakoś wyjść z tej choroby. Z wynikiem marnym - 1:0 dla przeziębienia. Najgorsze jest to, że jak tak mnie weźmie, to ani film mnie nie interesuje, ani książki mi się nie chce czytać, najchętniej bym spała, ale wtedy nic z tych świąt mieć nie będę. Poza tym u nas dzisiaj strasznie zimno, wietrznie i deszczowo. Może to i lepiej, bo jeszcze na plaże bym pognała, jak siebie znam, a to nie wyszłoby mi na dobre. Pozdrawiam znad pudełka chusteczek. |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi
Notatki Coolturalne ![]() Wypromuj również swoją stronę Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
|