|
Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Wpisy z tagiem: dzieciństwo
poniedziałek, 31 maja 2010
Ugryzłam się w język. Nie w przenośni, bo gadałam głupoty lub niemiłe rzeczy. Tak po prostu, bez przysłowiowych podtekstów. Mąż oczywiście, tonem karcącego rodzica, stwierdził – jak się je, to się nie gada, pies jak je, nie szczeka – wrrrr, nienawidzę takiego dziamgania po fakcie. Wydziobałam sobie całkiem pokaźną dziurę. Staram się go nie używać, nie jem, nie piję, nie mielę, nie używam końca za przewodnika, trzymam za zębami i się nie odzywam. A jak tak milczę to przed oczami przepływają mi obrazy z przeszłości. W ogóle tak mam dość często, że kiedy robię coś niewymagającego angażowania umysłu, na przykład zmywam naczynia, nachodzą mnie wspomnienia, ale nie w formie opowieści filmowej, tylko napadających mnie nagle obrazów, jak fotek strzelanych przez reportera wojennego. Trzask! Siedzę w oknie w moim domu rodzinnym, mam kilka lat, pachnie latem, wybieramy się na plażę do Mielna, mama kręci się w kuchni, szykuje kanapki z jajkiem, kawę w termos, truskawki w pojemniki i mój najukochańszy bób. Będę sobie siedzieć na kocu, zawinięta w ręcznik i trzęsącymi rękami (bo godzinami bawiłam się w wodzie) obierać bób i zajadać go wraz z piaskiem, który oczywiście mam na rękach. Ludzie będą leżeć jeden obok drugiego, na kocach, ręcznikach, za parawanami, w koszach, będą grać w siatkówkę, kopać dołki, a facet z małpką przyjdzie zapytać, czy nie chcemy z nią zdjęcia? A potem pójdziemy do pani Władzi na frytki, w brązowej torebce, nakładane z aluminiowej miski, od lat tej samej. Ale póki co, siedzę przy oknie, z rozłożoną „Małą pocztą” (moja ulubiona zabawa, plastikowe pieniądze, druki przelewów, wpłat i wysyłek pocztowych, pieczątki i małe znaczki). Z adapteru leci bajka o kocie w butach, śpiewam w głos z autorami i bawię się w urzędnika pocztowego. Trzask! Likwidacja domu, mama postanowiła go sprzedać, kilkadziesiąt lat życia – spłowiałe, zakurzone, w kartony lub na śmietnik. Boli! Trzask! Idę ulicą Reytana, mam na sobie spódnicę w podłużne pasy, wściekle różowe skarpety i czarne skórzane botki wywalczone (dosłownie!) w sklepie firmowym „Chełmka”, pachnie późną jesienią, jestem nienaturalnie szczęśliwa, chyba zakochana, nie wiem, w kim, nie pamiętam, mam się spotkać z przyjaciółmi w „Maluchu”, taką mam ochotę na paschę, czuję zapach bakalii w masie serowej, mniam Trzask! Zima w stanie wojennym, nie chodzimy do szkoły, całe dnie spędzam na lodowisku, a w przerwach stoję w kolejkach. Zapach parujących w ciepłym pomieszczeniu zawilgoconych od śniegu nakryć, Jedna śmietana w szklanej butelce na osobę, jedna kostka masła. Wieczorem idę pojeździć na łyżwach, będzie Zbyszek, a może to był Marek? Trzask! Siedzę w fotelu w kratkę, w swoim pokoju, święta Wielkanocne, czytam „Czarodziejski ogród”, na talerzyku kanapki z szynką i ćwikłą, pokrojone w małe kawałki, żebym nie umazała książki. Okno otwarte na oścież, pachnie wiosną, ciepło, dzieci chodzą w białych podkolanówkach, po południu pójdę z Jolką Lew na trzepak na podwórku Pawła. Ale będzie fajnie. Trzask! Bazar w Soczi, stosy owoców, uśmiechnięty sprzedawca podaje kawałek do spróbowania, słodki nieznany smak, nigdy go nie zapomnę. Potem, na plantacji herbaty, dostajemy konfiturę do gorącego naparu, tak jak Rosjanie lubią najbardziej, ona ma też ten smak, pytam o nazwę, obiecuję sobie zapamiętać. Pachnie kurzem plantacji, grillowaną w górach Kaukazu baraniną. Waldek złamał na niej ząb. Wieczorem w „Dagomysie”, hotelu dla obcokrajowców, pijemy przedni Gruziński koniak z grubych szklanic. Schyłek komunizmu, czuć powiew wolności. Cholera, nie pamiętam jak nazywał się ten pyszny owoc! Jego nazwa wraca do mnie w dziwnych momentach, a potem znowu umyka, jak spłoszony ptak. Trzask! Jadę karetką do szpitala, słyszę rozmowy sanitariuszy, ludzie, ze mną jest naprawdę niedobrze, a wy tu o dzieciach, o wyjeździe na narty, sumienia nie macie?! Trzask! Lunch w barku na pętli autobusowej w Warszawie, zabrał nas tam Jurek, chwalił kuchnię, pyszna sałatka z cykorii, ciepły wrzesień w stolicy, zapach przekwitających kwiatów na rabatkach i ogłuszający ruch uliczny, młoda jestem, poszukuję, niecierpliwie czekam na to, co przyniesie los, nie przeszkadza mi opętańczy rytm miasta. Trzask! Kino Adria w Koszalinie, Konfrontacje – czyli przegląd filmów nagrodzonych na różnych festiwalach, codziennie jeden seans, kupuje się karnety i 10 dni z rzędu ogląda produkcje z różnych krajów, uwielbiałam to kino, atmosferę jeszcze sprzed czasów popcornowych, w barku były batony Studenckie, mieszanka Wedlowska (ach te bajeczne) i oranżada w butelkach szklanych. Na ekranie czeski film „Tysiącletnia pszczoła”, dlaczego właśnie ten pamiętam? Z tyłu, zawsze na tym samym miejscu (karnety były numerowane), siedział chłopak, który mi się podobał. Nigdy nie zamieniliśmy nawet słowa. Trzask! Siedzimy całą rodziną u Chińczyka w Londynie na Trafalgar Square, na stołach fatalne, plastikowe obrusy, oczekiwaliśmy cudu kulinarnego wschodu, a dostaliśmy europejską podróbkę, przy stoliku obok jedzą curry i frytki, koszmar. Ale my się śmiejemy, trochę też z rozpaczy, że wśród kilkunastu restauracyjek, wybraliśmy właśnie tę, ale też, dlatego, że cieszymy się ze swojego towarzystwa. Ocknęłam się, mogłabym tak bez końca, pisanie trwa dłużej niż przesuwanie się tych obrazów w głowie, czasami to lubię, czasami mnie to męczy, zależy, jakie wspomnienia mnie napadają, jakie obrazy dominują. Zawsze towarzyszy im zapach, wspomnienie różnych aromatów związanych z sytuacją, miejscem lub porą roku. Do tej pory, kiedy jem orzeszki ziemne, przypomina mi się książka „Piotrek zgubił dziadka oko” Lucyny Legut, bo kiedy ją czytałam, wtranżoliłam całą ich puszkę, a w tamtych czasach to był rarytas. I odwrotnie, kiedy biorę do ręki stary, pożółkły egzemplarz tej powieści, czuję wyraźny zapach orzeszków, nie dlatego, że między stronicami są tam jakieś resztki, po prostu tak pachnie wspomnienie chwili, kiedy ją czytałam. Czasami idę ulicą, jestem zajęta, rozmawiam przez telefon lub z osobą towarzyszącą i nagle, ni stąd, ni zowąd napada mnie zapach i zaraz za tym idące wspomnienie. I wtedy jest tak, jakbym żyła w różnych miejscach i czasoprzestrzeniach równocześnie, wtedy jest tak, jakby one nigdy nie przemijały. Magia.
|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi
Notatki Coolturalne ![]() Wypromuj również swoją stronę Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
|