|
Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Wpisy z tagiem: felieton
piątek, 05 marca 2010
Dużo ostatnio myślę o odwadze cywilnej. W szkole, już od wczesnych lat, a ponieważ to ‘wczesne’ przypada u mnie na lata 70-te, więc może powinnam dodać, że było to za czasów komunistycznych, uczono nas, że powinniśmy mieć zawsze odwagę bronić swoich ideałów, jak również młodszych, słabszych, ludzi starych; uczyli nas pomagać wszędzie tam, gdzie to konieczne, że są wśród nas ludzie, którzy sami nie dają sobie rady z życiem, czy rzeczywistością, że w takich sytuacjach trzeba reagować. Uczono nas, że może przyjść dzień, że Ojczyzna nas wezwie i wtedy powinniśmy być gotowi na to wezwanie odpowiedzieć. Mówiono nie raz, że popełniać błędy jest rzeczą ludzką, ale nie przyznać się do nich, kiedy kogoś innego za nie spotyka kara, to straszne tchórzostwo. Upominano, że nie odpowiedzieć na apel o pomoc to szczyt samolubstwa, konformizmu i egoizmu, że nie można się bezczynnie przyglądać, kiedy komuś dzieje się krzywda. Ostrzegano, że droga uczciwości nie zawsze jest łatwa, że niektóre czyny są aktem najwyższej odwagi, że czasem ponosi się duże koszty, ale warto, bo to jest po prostu jedyna słuszna rzecz, którą człowiek uczciwy i honorowy może zrobić. Na lekcjach polskiego i historii wręcz zasypywano nas przykładami aktów niezwykłej odwagi, zarówno tej wyrażanej w czynach, jak i osobistej, bohaterowie tych opowiadań, czy zdarzeń z historii dawniejszej, dawali dowód na to, że można być człowiekiem przez duże C i nie trzeba być do tego ani specjalnie utalentowanym, wybitnym ani wysoko urodzonym, mogła to być drobna kobieta, dziecko, frenetyczna staruszka, chłop w sile wieku, wszystko zależy od sytuacji i okoliczności. Całe życie myślałam, że to są wartości uniwersalne, że powinnam je przekazać swoim dzieciom i sama do nich się stosować, ale po ostatnich doniesieniach o zabójstwach dokonanych przez 17-latków, jedno dotyczyło policjanta, drugie 15-letniej dziewczyny, mam wątpliwości, że te wartości są nadal przekazywane młodzieży? Mam na myśli fakt, że kiedyś to był standard, żeby im to wszystko wpoić, a teraz szkoła chyba tylko przechowuje uczniów od 8 do 16, a potem to niech się dzieje wola nieba. Realizacja programu tak, wychowywanie nie, bo to rola rodziców. A co jeżeli rodzice nie mają czasu, wiedzy, takiego pionu moralnego, sami są przestępcami, chuliganami lub zwyczajnymi pijakami? Wszystko się tak jakoś dewaluuje, a społeczeństwo pozostawione samo sobie staje się drastycznie indolentne, zagonione za pracą lub w pracy, nie daje sobie rady z utrzymaniem właściwych wartości ludzkich na poziomie chociażby podstawowym, już nie mówiąc o jakimkolwiek rozwoju. Kiedy usłyszałam o zamordowanym policjancie, posłuchałam doniesień z miejsca zbrodni, o tym, ze ludzie stali skamieniali i nie reagowali, kiedy napastnik dźgał człowieka nożem, nie raz, a kilka razy, więc to nie było przypadkowe draśnięcie tylko amok jakiś, zaczęłam zastanawiać się, co ja bym uczyniła, gdyby mi przyszło być świadkiem takiego zdarzenia. Pierwsza myśl, to taka, że oczywiście rzuciłabym się na pomoc, ale potem uczciwie musiałam przyznać przed samą sobą, że przecież nie byłam nigdy w sytuacji ekstremalnej, skąd więc mogę wiedzieć, jak bym zareagowała? Tak się tym przejęłam, że wykonując codzienne czynności, w wyobraźni, ale też i we śnie, rozgrywam różne możliwe scenariusze, od skamienienia, jak to się stało z tamtymi ludźmi w tramwaju, do czynów. I to wcale nie w kategorii – jakim to ja bym była bohaterem, raczej rozmyślałam, jak by to zrobić, żeby kosy nie zarobić, a jednak nie być niemym i nieruchomym uczestnikiem zdarzeń. Może zrobić z siebie idiotę, zacząć krzyczeć, machać rękami, puszczać bańki z nosa, albo wręcz szału dostać, wybałuszyć oczy i wtedy napastnik by zgłupiał i zostałaby odwrócona jego uwaga, ktoś może by się wtedy ocknął i pomógł. Albo zacząć wzywać Boga i odwoływać się do tych wartości, chłopak pewnie chodził w szkole na religię, może był u I Komunii, może to by go otrzeźwiło, przestraszyło, wskazało karę nie tylko administracyjną, czyli więzienie, ale i Boską, czyli taką, od której nie da się uciec. Takie działanie podprogowe, krzyczeć, drzeć się w niebogłosy – Boże powstrzymaj rękę tego chłopaka, takie teatralne zachowania czasem działają, bo są nieoczekiwane i zaskakujące. Może nie tylko świadkowie by zbaranieli, ale i atakujący? Mam zawsze wyładowaną torbę podręczną, więc miałam plan, że gdyby on w tym amoku rzucił się na mnie, to jego nóż najpierw trafił by na niezliczoną ilość notesów, saszetek, portfel, książkę (może nawet czytałabym coś w twardej oprawie tego dnia), i wiele innych przedmiotów, które złagodziłyby cios, może nie byłby śmiertelny? Wariatów ludzie się z reguły boją i ich unikają, więc zdecydowanie optuję za udawaniem skrajnie oszalałego wariata. Nagle bez ostrzeżenia. Jeżeli miałoby to uratować temu człowiekowi życie, gotowa bym była nawet rozebrać się do naga, literalnie zedrzeć z wrzaskiem z siebie odzienie, co byłoby nie lada szokiem dla wielu, może ten chłopak nawet by uciekł? Na pewno by uciekł. Tak sobie wymyślałam, co w takiej sytuacji można by jeszcze zdziałać i nawet mi przez myśl nie przeszło, że stałabym tam i nie robiła nic. Nie, nie jestem bohaterem i nie mam bohaterskich czynów na swoim koncie, ale uważam, że lepiej ćwiczyć w sobie gotowość na czyny ponad nasze siły, niż hodować w sobie tchórza i konformistę. Bo jak historia pokazuje, w każdej chwili swojego życia, nawet jadąc tramwajem, Luasem czy autobusem, może nam przyjść stanąć oko w oko z zagrożeniem i co wtedy?
środa, 24 lutego 2010
Dużo się ostatnio dzieje w polskiej polityce. Oglądanie kanałów czy programów informacyjnych i publicystycznych może z powodzeniem konkurować z seansami filmów sensacyjnych, obyczajowych, programami o modzie i stylu, a nawet komediami.
fot. Piotr Jakucki Oglądam w TVN24 wypowiedź Palikota. To co mówi jest zawsze błyskotliwe, tyle, ze raz w cudzysłowie, raz nie. Potrzebny jest taki człowiek w polityce, bo wszyscy inni tak bardzo dbają o to, żeby być poprawnym, że już dawno przestali mówić to, co myślą, w eter głównie puszczają to, co wypada. Janusz Palikot nie przejmuje się niczym i za to go cenię. Raz mówi niezwykle z sensem, innym razem rwę włosy z głowy, kiedy słyszę, co on wygaduje. Jednakże czasami, kiedy nie tylko słucham, bo ja często traktuję TV jak radio, kręcę się, coś tam sprzątam, gotuję, a wiadomości lecą, ale również oglądam, wtedy zdarza mi się, że obraz bierze górę nad fonią i już nie istotne jest, co słychać, ważniejsze, co widać. Tak się prawie zawsze dzieje, kiedy występuje poseł Palikot. Na miłość Boska, co on ma na głowie? Ostatnio złapali go na korytarzu w sejmie i co widzę – pan Janusz stoi ubrany w stylu „wysoko-urodzony-Angol-na-weekend-w-swoim-domu-na-wsi” a na głowie, tam gdzie powinny być włosy, najlepiej w tym samym stylu, co ubiór, czyli schludnie przystrzyżone, uprane i uczesane, ma jakieś włochy, które wyglądają jak halloweenowa peruka, do tego nałożona tył na przód i zupełnie nieuporządkowana. Ja chyba śnię, facet walnął sobie fryz na Frediego Crugera i chce, żeby go traktować poważnie? Nie ma on jakiegoś kumpla na tyle bliskiego, żeby mu powiedział, że to, co on ma na łbie wygląda mocno dziwnie? No, ale fryzura Palikota to nic w porównaniu z tym, co się dzieje z ludźmi na wieść, że Radek Sikorski jest potencjalnym kandydatem Platformy Obywatelskiej na prezydenta. Potencjalnym, bo zastanawiają się czy nie wystawić zamiast niego Komorowskiego. Dla mnie wystarczyłoby rozpatrzenie wszystkich za i przeciw wyłącznie obu panów, ale publisia musiała czepić się również ich żon. I się zaczęło. Okazało się, to znaczy on tego nigdy nie ukrywał, ale teraz ludzie się nad tą informacją ‘pochylili’, że Radek Sikorski ma żonę nie tylko ambitną, felietonistkę Washington Post, która pisze również książki i współpracowała z największymi tytułami prasowymi na świecie, jak również z Gazetą wyborczą i Dziennikiem, wykładała na największych uniwersytetach (Yale, Columbia, Oxford, w Berlinie, Zurychu i wielu innych), ale i ładną, i obytą, i znającą języki i…nazywa się Anne Applebaum. Łapiecie? Nikomu to nie przeszkadza, na całym świecie nikt nie ma nic przeciwko tej pani, a nawet jest za, a dla Polaków, żeby nie powiedzieć wszech-Polaków, jest nie dość dobra ze względu na swoje żydowskie pochodzenie. Ja się chyba zastrzelę z korkowca, czy to się nigdy nie skończy?
Jeszcze nie skończyłam się oburzać, a zostałam ugodzona w samo serce informacją, że znowu żona marszałka Komorowskiego może nie jest dość reprezentacyjna, bo z nadwagą i stara, nie śpiewa, nie tańczy i nie chce, żeby on kandydował. Już sama nie wiem, na kogo są większe ataki, na nią, czy na Anne Applebaum? Czytam komentarze w Internecie, leady prasowe, słucham w telewizji różnych opinii i wymiotować mi się chce na to wszystko. Tak jestem zniesmaczona tymi opiniami i tak mi wstyd za Polaków. Mam nadzieję, że te krzyki jedynych-prawdziwych-Polaków nie będą szeroko komentowane zagranicą, bo się ze wstydu saperką przez beton pod ziemię zakopię. Coraz więcej siedzę w domu, coraz mniej mam ochotę na kontakty z ludźmi i słuchanie wszechobecnego bełkotu. Informacje i doniesienia z kraju bardzo mnie obchodzą i równie mocno mnie martwią. Afera hazardowa i zapętlanie się wątków, widoczne kręcenie i kombinowanie zeznających, czyżby następna komisja, która niczego nie ustali? Koniec sex afery i kara więzienia dla Łyżwińskiego i Leppera (uzasadnienie wyroku było tajne, ale tego samego dnia Lepper pruł gębę i gadał co mu ślina na język przyniosła w swojej obronie, nie oszczędzając Anety Krawczyk i nadal insynuując, ze jest kobietą lekkich obyczajów; o żonie Łyżwińskiego i jej bredniach w obronie męża przez litość nie wspomnę, bo może jej rozpacz rozum pomieszała. Komisja (kolejna!) do spraw zabójstwa Olewnika, niedawna eksumacja tegoż była szczególnie dramatyczna i bolesna dla rodziny, było podejrzenie, że to nie on leży w grob;, wszystko tam jest równie enigmatyczne jak sprawa Papały, też do tej pory nierozwiązana. Do tego codzienne wiadomości o wypadkach, morderstwach i śmierci wynikającej z zaniedbania (pękające od mrozu rury gazowe zatruwają ludzi, walą się dachy), ale co gorsza agresji młodocianych – niedawne morderstwo policjanta w cywilu. Nikt nie zareagował, nie narobił szumu, nie odwrócił uwagi napastników, nie mówię, żeby szarżować, robić z siebie bohatera, ale tam było dużo ludzi, na miłość Boską! A potem koleżanki chłopaka, który go wielokrotnie dźgnął nożem mówią – on był dobrym chłopakiem, co się stało, to się nie odstanie. Luuuudzie! Czy zwykła przyzwoitość i moralne granice czynów już nic nie znaczą? Czy od tej pory już tak będzie, że mordercy będą fajnymi chłopakami, którym się ręka omsknęła, a politycy będą musieli uważać, żeby nie popełnić ‘mezaliansu wszechpolskiego”? Wyprowadzam się na Księżyc. Dla urozmaicenia tekstu dodałam zdjęcia z internetu, podałam autorów, mam nadzieję, że nie naruszyłam żadnych praw, jeżeli tak, przepraszam, nie chciałam. Zawsze mam problem, czy można takie zdjęcia z sieci na blogu wykorzystywac, czy nie? W drukowanej wersji felietonu zdjęć nie było.
sobota, 20 lutego 2010
Opowiadałam wam w zeszłym tygodniu o zmaganiach ze złodziejami esemesowymi. O tym, jak pieniądze znikają z konta nie wiadomo kiedy. Nigdy byśmy się nie zorientowali, gdyby nie fakt, że komórka syna nie była doładowywana przez miesiąc, uznaliśmy, że skoro w święta siedzi w domu, to po co mu pełne konto, do niego się dodzwonią, a on może użyć mojej, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Był to nasz program oszczędnościowy. Gdybym wiedziała jak to się skończy, to pewnie wolałabym doładować, można nawet wolałabym nie wiedzieć, co się dzieje, bo do niczego mi ta wiedza niepotrzebna. Tylko spokój straciłam i szarpię się z jakimiś gachami, z góry wiem, że mam za krótkie ręce i w życiu ich nie dopadnę, ale muszę robić dobrą minę do złej gry, bo syn mnie obserwuje i o zgrozo - podziwia! We wtorek, około godziny 10, zadzwoniła moja komórka i okazało się, że dzwoni do mnie facet z jednej z tych firm, które ściągnęły synowi pieniądze z konta jego komórki. Plus dla niego, że oddzwonił, bo z tej drugiej nawet nie raczyli. Minus, że zrobił to wtedy, kiedy mu się chciało, czyli nie dali mi wyboru, bo kiedy ja zadzwoniłam w dogodnym dla mnie momencie, nie odbierali, a przecież mogłam być w pracy, kiedy oddzwaniali, mogłam być wyjątkowo zajęta - prowadzić lekcję, wycinać komuś jelito grube, leczyć kanał w zębie, bronić masowego mordercy w sądzie, stawiać ścianę nośną domu, gdzie zamieszkają dzieci ofiary Czarnobyla, albo mniej spektakularnie, ale o niemniejszym znaczeniu – gotować obiad, malować paznokcie, pleść warkocze, haftować (widzę, że wyobraźnia niektórych pogalopowała za daleko), lepić bałwana albo malować martwą naturę. Pana to jednak nic nie obchodzi, przyszła moja kolej i żaden ząb czy moje mokre paznokcie nie mogą się równać z ważnością tej chwili. Już zdążyłam zapomnieć nazwy kompanii, wszystkie szczegóły, które wtedy były świeżo w pamięci, teraz zbladły i nie mogłam przez moment się pozbierać w sobie. On w tym czasie już przystąpił do ataku, poinformował, że ma mnie na sekretarce automatycznej i on tu właśnie w związku z bezpodstawnymi oskarżeniami, chciałby się ustosunkować. Zdążyłam się pozbierać do kupy, mówię do niego spokojnie – wstrzymaj konie, poczekaj z tym stosunkiem, pozwól, ,że wezmę swoje notatki (tu go mam, nie spodziewał się, że sobie babsko zapisało wszystkie ważniejsze kwestie, pytania i numery telefonów). Po chwili wyszedł jednak z szoku, nie na darmo mają pewnie co rano szkolenia z poklepywaniem się po plecach i okrzykami – kto jest najlepszy, kto ma zawsze nerwy na wodzy, kto się nie da wałom po drugiej stronie telefonu, kto wam płaci pensje???!!! Tokował przez chwilę, ja sobie spokojnie poczytałam, co tam mam zapisane, a potem spokojnie rzekłam, że przepraszam, ale nie słyszałam przez chwilę, co mówił, czy może powtórzyć. No i się dowiedziałam, że nie mam zapewne pojęcia, co mój syn wyprawia w Internecie, a sprawa ma się tak, że szaleńczo kupuje wszystko co się da i między innymi dokonał u nich zakupu potwierdzonego przez sms, w którym to prosił ich o ściągnięcie z konta pieniędzy. Pytam grzecznie, jaki to zakup? Gry komputerowej, pada odpowiedź. Ja na to - tak?, a to ciekawe, a jak to gra? Bo ja mu kupuję dostęp do wszelkich gier płacąc kartą kredytową. Pana zatkało, ale nie traci animuszu i strzela takim o to ślepakiem – na facebook. No ale ani przecież Farmville, ani Cafe World, ani Mafia Wars albo World at War nie są płatne? Tu pan nie mógł ukryć zdziwienia w głosie, nie sądził, że ma do czynienia z kobietą, która używa Internetu, tym bardziej zna gry (nie znam, ale mnie wszyscy bombardują zaproszeniami do nich), ale brnie dalej i wymienia nazwę konkretnej, która jest na jakiejś innej stronie, na którą jego zdaniem syn wszedł z facebooka i stąd to nieporozumienie… Czujecie? Facet zaczyna dymić, zaciemniać fakty i mieszać, żebym się już w ogóle nie połapała, w czym rzecz. Odpowiedziałam, że nie mam ochoty słuchać tego steku bzdur, że chcę, żeby po pierwsze oddali pieniądze, a po drugie zablokowali syna u siebie. Pan się umiarkowanie zdenerwował, powiedział, że skoro nie słucham, to on nie może mi niczego zrefundować, bo nie chcę poznać źródła problemu i przedstawić wiarygodnych okoliczności zajścia. Luuuudzie, trzymajcie mnie. Nie było mi łatwo mierzyć się z tym ‘specjalistą’ od mamienia ludzi przez telefon. Tłumaczę mu, że logiki w tym co mówi nie ma żadnej, że nie mógł syn wyrazić chęci kupienia czegokolwiek, gdyż od miesiąca nie ma pieniędzy, więc skąd taka decyzja? Poza tym grę, o której mówi znam, na tej stronie było napisane free download, on na to – tak gra jest free, ale dodatkowe zakupy już nie. Nie wytrzymałam i strzeliłam żółcią – wie pan co, ja tez bym chciała w tym momencie mieć taką możliwości, żeby sobie dokupić jakiś pistolet, zatrute ciastko albo pelerynę niewidkę i w taki sposób bezkarnie załatwić taką firmę jak wasza, żeby już nikt się z wami nie musiał szarpać. Trochę się mój rozmówca zacukał, ale nie stracił pionu (jednak trening motywacyjny musi być u nich mocny) i powiedział, skoro tak pani wszystko wie, to może nie wie pani tego, że kolega pani syna mógł wykorzystać jego komórkę bez jego wiedzy. Ratunku – i co z tego, z pustym kontem nie powinien mieć możliwości wysłania smsa i nie miał, ale jakimś cudem należność została ściągnięta, jak tylko mu go doładowałam. A poza tym drogi panie – byliśmy odcięci od świata w ten śnieg i nikt u nas nie bywał. Pan na to – czy pani wie, ile my mamy telefonów codziennie z takimi wytłumaczeniami, że syn tego nie zrobił, ale jednak mamy dowody, że tak? Błąd, wieeelki błąd, nie powinien był tego mówić. Tu cię mam dziadu – czy chce mi pan w ten sposób powiedzieć, że setki /tysiące tak oszukujecie. Pan już był na pozycji straconej, wiedział, ze się zapędził, spanikował i wspomniał , ze to przecież tylko dwa razy po €2.50. Ja na to, ale milion razy 2.50 to już nie mała kwota nieprawdaż? Obiecał, że mi odda zagrabione pieniądze na konto i zablokuje syna komórkę dla ich firmy. Też mi łaska. Wygrana jednak jest żadna – pieniędzy dotąd na koncie nie ma, a ja już nie będę dzwonić, bo nie mam do tego siły. Czyli co – złodzieje górą? Jak zwykle.
wtorek, 09 lutego 2010
Ale się wkurzyłam. Dym puszczam z nosa jak smok wawelski, maszeruję między pomieszczeniami niczym lokomotywa w obłędzie – jak to się mogło stać, że mojemu synowi, pół godziny po załadowaniu 20 euro na konto w komórce, co zaowocowało kwotą 24 euro, bo coś tam w nagrodę dodają, zostało tylko 9? I w tym momencie dostałam prawdziwego szału, bo zdałam sobie sprawę, że go mają, jak zrobili to raz, zrobią jeszcze jeden. Zadzwoniłam do Vodafone, pani mnie poinformowała, że oni widzą rozmowy i ubytki kredytu u siebie dopiero po 24 godzinach, czyli trzeba dzwonić następnego dnia. To znaczy, że przede mną cała doba próby cierpliwości, trudna sprawa. Spałam tupiąc nóżką, bo nienawidzę odkładać załatwiania takich spraw na potem. Od rana byłam niespokojna, odliczałam czas i czyściłam broń. Nadejszła chwila prawdy, dzwonię jeszcze raz, a operatorka na to, że syn jest w subskrypcji na trzech numerach telefonów, takich pięciocyfrowych 57coś tam, co za każdego smsa ściągają kilka euro, ale to niekoniecznie musi być jego wina, pewnie dostaje jakieś smsy od tych firm, gdzie jest napisane, że żeby się wypisać należy wysłać wiadomość STOP i oni wtedy przestają wysyłać te płatne. Hello! Człowiek powinien mieć wybór, żeby się ZApisać, a nie WYpisać, czyż nie? Syn oczywiście zignorował te smsy, myślał, że w ten sposób się odczepią. Otóż nie ma tak lekko tragarzu puchu, trzeba się namęczyć, żeby się uwolnić od subskrypcji. Pani z Vodafone powiedziała, że takie wiadomości nie mogą być zablokowane, że do mnie należy dochodzenie zrefundowania zabranych pieniędzy u tych, którzy je pobrali, mam natychmiast wysłać STOP, na numery, które ona mi właśnie wysyła na komórkę, a wraz z nimi normalne numery telefonów do tych firm, które się trudnią tym niecnym procederem. I jeszcze na koniec mi poradziła – nie się pani dowie dokładnie skąd oni mają jego numer? Odbezpieczyłam karabin i dzwonię. Pierwszy numer połączył mnie z miłą Panią w Indiach, która ni w ząb nie rozumiała, co ja do niej mówię, ja nie pozostałam dłużna i też nie miałam pojęcia, co ona mi próbuje wytłumaczyć. Po kilku minutach (zawsze mam problem, czy ja płacę za połączenie z Indiami, czy lokalne stawki?), przyzwyczaiłyśmy się do naszych dziwnych angielskich akcentów, przekonane oczywiście, że to ta druga brzmi skandalicznie źle, i usłyszałam, że oni potrącają pieniądze z kredytu syna, bo on wysłał do niech kilkanaście smsów ze słowem GAME. Karabin wypadł mi z ręki, przeprosiłam panią uprzejmie, odłożyłam słuchawkę i ruszyłam zamordować syna. Taki wstyd! Syn zna mnie nie od wczoraj, nie salwował się ucieczką, tylko wziął mnie na klatę i spokojnie wytłumaczył, że co jak co, ale taki głupi to on już nie jest, żeby wysyłać smsy z taką treścią i niby jakim cudem, skoro postanowiliśmy nie doładowywać jego komórki w czasie świątecznego pobytu w domu i dopiero wczoraj kupiłam mu kredyt. Fakt. Dumna z syna, ze się nie ugiął pod naporem matki furiatki, zadzwoniłam pod ten numer jeszcze raz i mówię: Muszę się temu bliżej przyjrzeć, czy jest jakaś instytucja, gdzie można zgłosić takie niecne praktyki? W międzyczasie ostrzegam, przestrzegam i co tam tylko – nie dajcie się wkręcić w te smsy, wysyłajcie STOP to unsubscribe, a w najgorszym wypadku zmieńcie numer, tak jak my postanowiliśmy zrobić w przypadku syna, bo będziecie tracić pieniądze bez końca i to w taki sposób, że nawet nie będziecie wiedzieli kiedy.
piątek, 05 lutego 2010
Poszłam do sklepu po kabel do TV, sami podłączyliśmy Sky do trzech telewizorów, zaoszczędziliśmy €160. Hopsasa, skaczę po kuchni ze szczęścia. Tak tak, tyle kosztuje fachowiec w Irlandii. Pamiętajcie, nie opłaca się zupełnie, jeżeli tylko możecie coś zrobić sami, wszystkimi siłami omijajcie korzystania z wszelkiego rodzaju usług, bo są, moim zdaniem, horrendalnie drodzy, pewnie dlatego, że wciąż ich za mało. Ale, ale, nie o tym miało być, to taka przydługa dygresja, z których, kiedy w emocjach, jestem znana. No więc, stoję przy ladzie w oczekiwaniu na sprzedawcę i co widzę przed sobą? – górę świec. Co przypomniało mi, że już w piątek Matki Boskiej Gromnicznej, czyli Candle Mass. Z tej właśnie okazji kupuje się świece, jak każe tradycja koniecznie z wosku pszczelego. Ilość tych świec zależy od potrzeb, bo trzeba Wam wiedzieć, że mają one wielkie znaczenie w codziennym życiu Irlandczyka, a raczej w jego nadzwyczajnych momentach. Mój mąż upiera się, że u nas jest ten sam zwyczaj, ale ja o tym nie słyszałam. A mianowicie, ilekroć dzieje się coś niezwykłego, coś wymagającego wstawiennictwa Matki Boskiej, kiedy dzieci zdają egzaminy, kiedy ktoś nam bliski lub miły jest chory lub w połogu, kiedy mąż musi jechać gdzieś samochodem, a jest okropna pogoda, kiedy ktoś umiera, a śmierć niech mu lekka będzie - we wszystkich tego typu przypadkach pali się świece. Kiedy przypominam sobie moje uczestnictwo w zeszłorocznej mszy, pękam ze śmiechu. Tamtego dnia pracowałam, bardziej uroczysta msza była rano, ja z oczywistych względów nie mogłam na niej być, więc postanowiłam wybrać się do kościoła wieczorem. Mąż pracował dłużej, miał samochód ze sobą, dzieci nie było, zapakowałam świece do płóciennej torby, jakiegoś pieniążka na tacę, latarkę i w drogę, na piechotę. Mieszkam w środku miasta, ale mój domek stoi na wzgórzu, przede mną w dole miasto, za mną piękna dolina, tak więc jest trochę tak jak bym mieszkała na wsi. O tej porze roku, zresztą dzieje się tak przez prawie ¾ roku, biegają niczym nie skrępowane i bez strachu jelenie i dzikie króliki. Pięknie to wygląda, jak na obrazach czasami (jelenie na rykowisku haha), ale pod warunkiem, że siedzi się w domu. Kiedy trzeba iść gdzieś piechotą, strach, bo spotkane na drodze, nie uciekają, a wręcz przeciwnie, przyglądają się z ciekawością. No więc zabrałam ze sobą wielgachną latarkę, coby mnie widziały zawczasu i, taką miałam nadzieję, umknęły w popłochu (no z tym popłochem to może lekka przesada). Do kościoła weszłam lekko spóźniona, zanim się rozsiadłam, zorientowałam czy wszystko mam i gdzie, bo ze strachu przed tymi nieszczęsnymi jeleniami leciałam po tej drodze jak po ogień, na granicy histerii, zdałam sobie sprawę, że ksiądz już ruszył między ławki z kropidłem i modlitwą na ustach. Zaczęłam grzebać w popłochu w torbie w poszukiwaniu świec, a nie było to łatwe. Miałam ze sobą taką zgrzebną torbę z surowego płótna, którą dostałam na targach książki w Warszawie na stoisku Zysk i Ska. Uwielbiam ją, bo jest niezniszczalna i niesie za sobą miłe wspomnienia (miałam chandrę emigracyjną i mnie mąż wysłał na te targi specjalnie, żebym sobie humor poprawiła, osiem godzin buszowania w książkach, rozmów z pisarzami i wydawcami, ach to se nie wraci). Ksiądz się zbliża, ja nadal grzebię w coraz większej panice, ksiądz już tuż tuż, mam, w ostatniej chwili wyciągnęłam, uff, podnoszę do góry i co widzę? – LATARKA!!! Ksiądz twarz blacha, poświęcił latarkę. A ja siedzę w ławce i łzy mi lecą z wysiłku, żeby się nie zacząć śmiać i tarzać po podłodze kościoła. Oni wszyscy tolerancyjnie kiwają głowami, widać w Polsce taki zwyczaj, żeby latarki święcić. Kiedy się księdzu, po mszy, ze wstydem przyznałam, ,że świece nadal zaplątane w torbie, nie poświęcone leżą, uśmiał się serdecznie wraz ze mną, zaprosił do Zakrystii i poświęcił. Morałów z tego kilka – nie spóźniać się na msze, nie targać toreb płóciennych w takich razach, brać ze sobą więcej chusteczek higienicznych, żeby mieć się w co wyśmiać i z tego śmiechu wysmarkać, a najważniejszy to taki, żeby mieć do wszystkiego dystans. A jeżeli chodzi o świece, lżej jest na duszy, kiedy człowiek ma w domu coś, co daje namiastkę modlitwy i połączenia z tymi w Niebiesiach.
niedziela, 31 stycznia 2010
Nieźle nam się zima dała we znaki, nieprawdaż? Nie, nie dołączę do grona krytyków irlandzkiego podejścia do tego żywiołu, nic z tego. Stoję na stanowisku, że skoro w tym kraju nie ma nigdy zimy, a najgorsza ewentualność to jakiś tydzień odcięcia od świata, bo ulice pokryte białym puchem, taką marną odmianą śniegu, budzą u ludzi strach i wolą się wycofać z ruchu ulicznego i pieszego, ale zanim ktoś się przejmie na dobre wszystko topnieje i problem znika sam; skoro ostatnie takie nawałnice miały miejsce w 1962 według jednych, a w 1963 roku według innych, i miały charakter incydentalny, czyli nie powtórzyły się w takim stopniu aż do zeszłego grudnia, jeżeli nawet kontynentalna część Europy, która jest bardziej przecież do zim przyzwyczajona, poddaje się pod naporem zimy, to jakże możemy krytykować rząd irlandzki za opieszałość? Wkurza mnie takie podejście. Gorączka biała mnie bierze, kiedy czytam komentarze w sieci lub słucham wszystkowiedzących rodaków gdzieś przy okazji, w sklepie, czy kościele, jak to tutaj nikt nie może sobie dać rady ze śniegiem, jak to śmieszne nam się wydaje, że brakuje tego, czy tamtego, że brak dostaw wody to nieudolność odpowiednich służb, że u nas nigdy by się to nie zdarzyło. Tak? A ja sobie właśnie słucham TVN24, gdzie reporterzy w Polsce docierają do wiosek odciętych od świata, gdzie nie ma prądu, wody i poprzewracane drzewa odcinają drogę do większych miast. Bydło nie pije wody, ergo nie daje mleka, rury pękają i nic na to nie można poradzić. W miastach podstawiają cysterny z wodą, bo muszą ją wyłączać, żeby usunąć usterki. Pociągi spóźniają się godzinami, nie ma w nich ogrzewania, autobusy są odwoływane i nawet zwrotu pieniędzy nie można wyegzekwować, niedoszli pasażerowie będą musieli się upominać później. A to wszystko w Polsce wyjątkowo do zim przyzwyczajonej przecież. Mojej przyjaciółki mąż zajmuje się na tym terenie wodą, utrzymywaniem stałych dostaw, remontowaniem sieci itp. W drugi dzień świąt, kiedy mój mąż odkrył nieobecność wody w kranie, pojechał do sklepu, zakupił wodę pitną, z jeziora pobrał wodę do toalet i po powrocie (niecałą godzinę go nie było), zasiadł do przerwanej lektury trzeciego tomu świetnej serii Millenium Larssona, kiedy ja z dziećmi i jeszcze-nie-zięciem popijając grzane winko graliśmy w Tysiąca, jej mąż od świtu zapieprzał na tym mrozie i śniegu i naprawiał szkody powstałe z powodu pogorszenia warunków pogodowych. Kiedy my ze smakiem zajadaliśmy obiad, on zasuwał nadal na zewnątrz próbując przywrócić dostawy wody, kiedy my oglądaliśmy film na dvd, on dopiero wracał do domu. A była to 2200. Jak się to zaczęło dwudziestego szóstego, tak trwa aż do dziś, bo szkody powstałe z powodu takiego długiego mrozu są wielkie. Starają się utrzymać stałe dostawy, ale jest to niemożliwe, bo trzeba wyłączać, żeby się dało dokonać napraw. Wszyscy to rozumieją, każdy się przejmuje, cierpliwie znosi, że tak nas dopadło i usuwanie szkód potrwa nie wiadomo ile, a Polacy? Też się przejmują, przeraźliwie werbalnie, głównie krytykują, wyśmiewają i każdy, ale to każdy ma na ten temat wiele wiedzy i wyrobione zdanie, najczęściej, że rury położone za płytko - fakt, ale tak się tu robi, kto wie dlaczego, może dlatego, ze łatwiej naprawiać, może dlatego, że głębiej jest przeraźliwe błoto, może dlatego, że na przeważającej połaci kamienie, a może dlatego, że kopanie głębiej drożej kosztuje? Fakt, że rury nie izolowane, ale po co, skoro nie było nigdy tak zimno? I takie mnie myśli w tym względzie nachodzą, jeżeli jesteśmy tacy doświadczeni i przygotowani w kwestii mrozów i zimy, to jak to się stało, że drogowcy w Polsce dali się znowu zaskoczyć, jak to się stało, że w tych głęboko położonych zaizolowanych, polskich rurach, nie płynie woda? No dobra, nie będę się już tu wywnętrzać, tak mnie jakoś złapało po wysłuchaniu kilku uwag gdzie niegdzie wygłoszonych. Na szczęście nie musieliśmy nigdzie daleko się przemieszczać samochodem, woda wróciła, a rury okazały się całe. Za to mieliśmy nieoczekiwany powrót do dzieciństwa, zjeżdżanie na czym się dało z górki na pazurki, spacery na ‘chrupiącym’ śniegu, pies brykał jak oszalały, zaskoczony i rozbawiony. W białej aurze książki czytało się szczególnie przyjemnie, ogień w kominku nabrał dodatkowego znaczenia i uroku, makowiec popijany kakao smakował jak kiedyś, w schronisku górskim podczas wyprawy na narty. Wróciły dawno zagrzebane głęboko wspomnienia, a wszystko to wraz z uczuciem szczypania mrozu w zziębniętych stopach i widoku zaczerwienionego nosa wystającego spod czapki. I chociaż zima jest fajna tylko dla dzieci, a dla dorosłych głównie kłopotliwa, szczęśliwa jestem, że właśnie tak zaczął się 2010 rok. Z pewnością będę pamiętać to długo. No i po świętach. Uff, nareszcie. Dłużej bym nie wytrzymała tego jedzenia. A że nas zasypało zupełnie, a pod śniegiem był lód, i tak padało cały pierwszy dzień świąt, nigdzie nie wyjechaliśmy na żaden spacer, tylko kilka minut z psem w dół drogi i z powrotem, jeszcze mi życie i całe biodra miłe. Siedzieliśmy w domu całe święta, każdy robił na co miał ochotę – czytaliśmy książki i jedliśmy, graliśmy w karty i jedliśmy, oglądaliśmy filmy i jedliśmy. Mąż jak w Wigilię zaczął czytać trzeci tom sagi Millenium Larssona, przepadł bez wieści w tym fikcyjnym świecie (a to prawie 1000 stron) i go odzyskaliśmy dopiero pod koniec drugiego dnia świąt. W nocy też czytał, ale tego to ja już nie wiem, bo wprawdzie jestem molem książkowym, ale jak się okazuje, nie aż takim. Jak zwykle okazało się, że nagotowałam za dużo jedzenia. Nie wiem jak to się dzieje, że nic mnie nie nauczyły lata poprzednie, zawsze ten sam scenariusz - kiedy gotuję mam obłęd w oczach, że nie wystarczy, nie dam nikomu nic zjeść tłumacząc, że to z powodu postu, ale fakt jest taki, że mam wrażenie, że wyjedzą i nie będzie. Męczę się, ciasta próbuję tylko dlatego, żeby się przypadkiem nie okazało, że jest zakalec i nie zjadliwe, no więc sprawdzić trzeba, ale reszty nie ruszam. Mąż mnie pyta – jeden półmisek ryby na zimno? Ja na to oczywiście, że dwa. I tak według tego samego wzoru wybieram większy kawałek piersi indyczej do upieczenia, schab też kawałek, którym można by wykarmić pułk wojska, sałatki warzywnej jak na kompanię wojska, ciasta to już chyba na jednostkę wojskową. Przez resztę czasu dryl też wojskowy – najpierw rozkaz nie jeść, potem rozkaz wpieprzać ile wlezie, bo się zepsuje. Na dodatek widzę śmieszność sytuacji i własną głupotę i to mnie jeszcze bardziej denerwuje. Przez ten śnieg i pogodę święta były wyjątkowo spokojne i rodzinne. Nie było latania ‘po kominach’, jak mówią na wschodzie o odwiedzaniu różnych domów, nie było gorączkowego przyjmowania gości, kiedy to człowiek się nabiega, naszykuje, potem zmywa i przyjemność wprawdzie jest, ale okraszona stresem, czy wszystko będzie na tip top. A tak pełen luzik – cały dzień bez planów, bez stresu, bez nacisków – to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. No i mnóstwo czasu dla dzieci, które już w takim wieku, że możemy oglądać razem wszystkie filmy i grać w gry karciane czy planszowe dla starszych, a nie w dziecięce (chciałam napisać dla dorosłych, ale to jakoś pornograficznie brzmi). Jest wtedy czas na fajne rozmowy o życiu, można się wiele od młodych nauczyć, jeżeli człowiek chce słuchać, a nie jest nastawiony tylko i wyłącznie na prawienie kazań. Miałam wiele czasu na czytanie blogów i pisanie swojego. Zrobiłam zdjęcia mojego stosika książkowego od Mikołaja i umieściłam jeszcze Wigilijnej nocy. Myślałam, że będę pierwsza, ale okazało się, że już kilka podobnych wpisów na blogach czytelniczych było. Och my biedne mole książkowe, nawet w święta nie możemy powstrzymać się od chęci podzielenia się informacjami o zdobyczach i wrażeniami z lektur. Przez następne dwa dni zaglądałam do dobrze już znanych towarzyszy internetowych, bez końca dyskutowaliśmy, co nowego ukaże się w 2010 roku, jakie powieści kto czyta w ten świąteczny czas i w ogóle o książkach, bo nam nigdy o tym dość. Kiedy tak siedziałam w środku nocy, cały dom pachniał grzanym winem z suszem owocowym, ciastem, wanilią i żywym świerkiem, ciepło biło od kominka, a za oknem padał śnieg – miałam poczucie bezgranicznej harmonii i szczęścia. Nigdy nie zapomnę tego czasu. W noworoczną noc miałam na pięterku bandę składającą się z czterech trzynastolatków. Syn uprosił nas, żebyśmy pozwolili mu zaprosić kolegów, córka wyszła z chłopakiem na party, my nie jechaliśmy nigdzie. Jeszcze na głowę nie upadłam, żeby się gdzieś przez zaspy przebijać tylko po to, żeby się napić wódki, jakoś w tym roku mnie to w ogóle nie bawiło. Natomiast rum z colą, dobry film na dvd i coś pysznego na zakąskę – to było to. Zgodziliśmy się na syna prywatkę, a sami spokojnie, cieplutko i ujutnie weszliśmy w 2010 rok, bez fajerwerków może, tylko w telewizji, ale za to w miłej atmosferze. Dużo zamieszania to ja już miałam w zeszłym roku, w nadchodzącym zależy mi głównie na świętym spokoju i żeby wszystko jakoś do normy wróciło. Co nie zależy tylko od nas, bo oczywiście zadajemy sobie pytania, jak wszyscy pewnie, kiedy ten kryzys się już skończy, ile jeszcze będzie straszenia cięciami we wszystkich dziedzinach, kiedy w pracy, o ile się ją ma, skończy się ta panika i obciążanie ludzi coraz to większymi obowiązkami za tę samą lub obciętą płacę i kiedy wreszcie ci, którzy płatnego zajęcia nie mają, znajdą je? Tyle pytań, i jeszcze więcej nasuwa się z nadejściem nowego roku. Ciekawe na ile z nich znajdziemy odpowiedzi? I czy się nam spodobają? |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi
Notatki Coolturalne ![]() Wypromuj również swoją stronę Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
|