Nie ma to jak otworzyć okno rano i pierwsze co, usłyszeć ptaki w szaleńczym trelu, a zaraz potem poczuć, jeszcze chłodnawy, ale już zdecydowanie wiosenny aromat. Kiedy piszę 'szaleńczy trel' mam właśnie to na myśli, śpiewają głośno, w różnych tonach i melodiach. Niesamowite. Teraz na chwilę umilkły, jakby 'podsłuchiwały', co piszę, ale zaraz znowu zaczną. Tak od rana. I ten zapach - ziemi, kwitnących krzewów wokół, wody z oceanu (glonów raczej). W taki dzień łatwo kochać życie.
Winszuję sobie wyczucia. Wczoraj wstałam raniutko, żeby posprzątać w domu u siebie, bo po 12 umówiłam się ze znajomym, że do niego przyjdę i przygotujemy wszystko na przyjazd jego żony z pracy, kończyła wczoraj 40 lat i to była niespodzianka. Posprzątaliśmy dom, wyszykowałam sypialnie na przyjazd gości, trudna logistycznie to była operacja, bo tak musieliśmy wszystko ostatnie dwa dni robić, zeby ona nie zauważyła zmian. Czyli pościel, która była już na łóżkach w gościnnych sypialniach (ona nie ma dzieci i gości u siebie siostrzenice, stąd ta pościel), musiała być zdjęta i uprana, wysuszona i obleczona dokładnie tak samo, żeby różnica była niewidoczna. Ona miała przyjechać, zobaczyć, że nic a nic się nie zmieniło, że posprzątane, ale to się mąż postarał, ze nie będzie żadnej imprezy, bo nie chciała, jedynie kolacja w pubie. A już jechało całe komando jej przyjaciółek, z całej Irlandii ściągały. Dostałam smsa późnym wieczorem, że się wszystko udało. A winszuję sobie, że wstałam i zrobiłam prządki u siebie też, chociaż zwykle w sobotę to robię, bo po pierwsze, mam dzisiaj czas, jak nigdy, na poczytanie książki kilka godzin, a po drugie mój syn ślęczy nad matematyką z kolegą i wyczułam, że to będzie sobota i to TA sobota. Chłopaki siedzą w kuchni, a ja nic nie muszę i nie wściekam się, że nie posprzątane i nie mogę tego robić, bo chłopaki. Poza tym dumna jestem z syna, że ma takich przyjaciół i z tych przyjaciół dumna jestem, ze tacy fajni, że pomagają sobie nawzajem uczyć się do egzaminów, usiedli przy stole, rozwiązują zadania i dyskutują co i jak. Nie stać nas na korki dla syna,, tutaj to drogie strasznie. Nie ma studentów w naszym mieście, więc odpada taka opcja, że taniej, bo w college ktoś potrzebuje dodatkowych pieniędzy, a 25 euro za 45 minut, dla nauczyciela za korki w jego czasie wolnym (nie Wojtka nauczyciela, ale nauczyciele dają korepetycje), to dla mnie zaporowa cena. Syn w tym roku przeszedł z klasy o poziomie medium, do klasy z wyższym poziomem i teraz musi nadrabiać, a mała matura zbliża się wielkimi krokami. Zresztą on potrzebuję matematyki w przyszłości i tak, musi po prostu ją zrozumieć i być dobry, bo chce studiować informatykę i coś tam jeszcze związane z komputerami. Dobrze, że chociaż wie, co chce, łatwiej się ukierunkować.
A humor odzyskałam, bo mi kilogram ubył. Nareszcie. A poza tym wczoraj ugotowałam wreszcie coś innego niż do tej pory. Zajrzałam do ksiażki pani Makarowskiej dalej, poza miesięczny program i wybrałam naleśniki pełnoziarniste (z mąki orkiszowej) z kaszą gryczaną i twarogiem. Zmodyfikowałam trochę i oprócz cebulki podsmażonej dodałam zgrillowane cukinie i kilka pieczarek. Tego mi było trzeba, jakiejś odmiany, bo już na łeb dostawałam po półtora miesiąca. Podsmażyłam przed podaniem na piórku dosłownie masła klarowanego. Właściwie można powiedzieć, że prawie na suchej patelni. To było pyszne.
A w ogóle to się przed chwilą tak strasznie spłakałam na Downton Abbey, z zeszłego tygodnia odcinek (na TVN Style), miałam nagrany na dysku. Miętka jestem na tych warzywach. Syn mówi, że zawsze jestem miękka na filmach, haha.
Dzisiaj zrobiłam sobie na śniadanie twarożek z natką pietruszki. Kiedy siekam natkę z utęsknieniem czekam na jej zapach, który po kilku ruchach noża, zaczyna do mnie docierać. Uwielbiam. Ale nie zawsze tak było. Kiedyś i smak, i zapach budziły u mnie wstręt. Aż do pewnego poranka, kiedy to przyrządzałyśmy posiłek z moją przyjaciółką Kają. Przyjaźniłyśmy się od pierwszej klasy liceum i śmiem twierdzić, że dzięki niej, tak miło wspominam ten czas, bo nie ma nic wspanialszego od prawdziwej przyjaźni w nastoletnim życiu, kiedy tyle się dzieje, tyle trzeba obgadać, przemyśleć, obśmiać i zrosić łzami. My przeważnie się śmiałyśmy, ale i ciężkie czasy bywały. Razem też zafundowałyśmy sobie kiedyś dietę. Nie powiem, całkiem udaną, obie zrzuciłyśmy niewielkie wtedy nadmiary tu i tam. Moja mama bywało wyjeżdżała na dwa do trzech tygodni na wycieczki, a że mój tata już wtedy nie żył, w czasie jej nieobecności zawsze mieszkałyśmy razem.
Ale to nie wtedy pokochałam pietruszkę za jej sprawą, to było dużo później, kiedy już jako mężatka, zamieszkałam w Warszawie, a Kaja przyjechała mnie odwiedzić. Wtedy akurat mąż był wyjechany, a my jak za starych czasów, przemieszkałyśmy razem kilka dni. Chodziłyśmy do teatru i do kina, na przekąski do małych restauracyjek, barków raczej. Nagadałyśmy się za wszystkie czasy, wiadomo, jak to stare przyjaciółki, które już nie mają ze sobą codziennego kontaktu, bo się życiowo rozjechały.
I właśnie tego majowego ranka wyszłam do sklepu po świeże pieczywo (miałam na Młynarskiej w Warszawie taką piekarnię, gdzie cuda sprzedawali), a zaraz obok to sklepu firmowego jakiejś mleczarni, po świeży twarożek, bryndzę i masełko. Nie wiem, jak to się stało, ze miałam też do tego natkę, może była w domu, może Kaja poprosiła, zeby kupić, w każdym razie była. I Kaja właśnie posiekała ją drobniutko i posypała sobie kromkę chleba posmarowaną grubo twarogiem. Spróbowałam i eureka. Rozkochałam się w jej smaku i aromacie. Od tej pory, zawsze kiedy siekam pietruszkę do twarogu, wspominam Kaję i ów majowy poranek.
Gdzie te czasy, wydaje się tak dawno. Dlaczego los rzucił nas tak daleko od siebie Kaju? Brak mi Ciebie.
Jest mi zimno. Jest mi źle. Miałam dzisiaj poważny pomysł, żeby zrobić sobie pełnoziarnistego, a jakże, tosta, ale uwaga ... z bekonem, pieczonym pomidorem, a jak nie bekonem, to kiełbaskami pieczonymi i pomidorem... Pomarzyć piękna rzecz. Przecież głupia nie jestem. Zachowuję się jak ten lew na odwyku. Gdzie to było, w Madagaskarze? Lew roślinożerny. Wprawdzie nie muszę jeść samych warzyw, ale dużo. I chuuuudo. Wspomniałam Madagaskar i udałam się na YouTube zobaczyć ulubione najlepsze fragmenty króla Juliana
Miej serce, miej. Powtarzam - miej! Jest obecnie moim ulubionym quotem.
Małżon znosi dietę bardzo dobrze, a ja bym dzisiaj deski na trociny zębami przerobiła z nerwów. Aż musiałam uprzedzić, żeby się do mnie nie zbliżać.
Telepie mnie na widok białego jogurtu z musli. Normalnie dreszczy dostaje i mam jadłowstręt. Nie dlatego, ze niedobry, ale jakoś tak nie zimowy. Owsiankę sobie zrobię jutro. Niestety mam takie odruchy, że przestać jeść w ogóle. Nie odrzuca mnie od jakiegoś konkretnego jedzenia, tylko ogólnie, co bym nie miała na talerzu, trudno mi się zmusić do pierwszego kęsa. Przejdzie mi. Uparłam się wczoraj spacerować po plaży z Frankiem, dla formy, dla psiaka, żeby się wybiegał, dla małżona, żeby odstresował ciężki dzień w pracy i mnie przewiało. Ale jak posłuchałam Pani Magdy, autorki książki, to mi się od razu lepiej zrobiło. Ona potrafi zarazić entuzjazmem. Cały program można obejrzeć TU Założę się, że takiej dietetyczki jeszcze nie spotkaliście, ani nie mieliście okazji słuchać. Fantastyczna. A ponieważ mam dowód na taśmie, że mogę podać przepis na zupę paprykową, o który prosiła Szpilka to proszsz:
Zupa krem z papryki (to jest wersja dietetyczna)
1 czerwona papryka - oczyścić i cebulę też, pokroić drobno, razem dusić na łyżce oliwy na patelni pod przykryciem mniej więcej przez 5 minut. Od czasu do czasu potrząsać, żeby nie przywarło. Czosnek i małą papryczkę chilli (jeśli nie chcecie, żeby było ostre to zrezygnujcie z niej) pokroić w talarki, wrzucić do 1 litra bulionu warzywnego, dodać pomidory z puszki i gotować 10 minut. Dodać paprykę i cebulę, całość zmiksować. Na końcu przyprawić solą i pieprzem. Posypać uprażonymi pestkami dyni.
A poza tym nie dzieje się nic. Nie jest tak, że piszę tylko o diecie, bo mi życie przesłania. Po prostu w tę pogodę siedzę w domu, nie słucham radia, nie oglądam wiele TV, a jeśli to filmy, co je na dvd dostałam, czytam dużo i piszę takie tam, no to nic dziwnego, że nie mam nic od powiedzenia. No comments czyli :-)
... obsrana jestem po pachy. Tak się przejmuję tym jutrzejszym interview jakby od tego zależało moje życie. No cóż, zawodowe na pewno. Dzisiaj siedzę pół dnia w pytaniach i odpowiedziach, które są najbardziej popularne w takich razach. Za bardzo mi zależy, ot co. I dlatego boję się, że położę tę rozmowę. Z drugiej strony wiem, że trudno znaleźć sensownych pracowników, a zaproszenie na rozmowę to już dużo. Wszystko wiem, a i tak mnie stes zżera. Jutro o tej porze nadal nie będę nic wiedzieć, ale przynajmniej już będzie po. Pamiętajcie jutro rano zmówić za mnie zdrowaśkę albo inną modlitwę zależnie do wyznania. Od jakiegoś czasu znajduję małe piórka, mówi się tu, że to oznacza, że Anioł Stróż jest w pobliżu. Jedno takie włozyłam w okienko portfela i za każdym razem, kiedy go widzę, uśmiecham się szeroko uśmiechem przeznaczonym dla tego mojego osobistego kompana niewidzialnego. Na smutki najlepsza pizza orkiszowa, która jest przepyszna
Dzisiaj był kominiarz, olej zatankowany, dzieci zimno miec nie będą. Jesteśmy gotowi na zimę.
Córka specjalnie pruła wczoraj w nocy z Dublina, zeby zobaczyć debiut sceniczny mojego dziecka drugiego, czyli jego pierwszy koncert festiwalowy. Zabrzmiało poważnie, ale festiwalem nazywamy tu letnie tygodniowe imprezy plenerowe w niemal każdym miasteczku w Irlandii, bo co jak co, ale oni tutaj to sa mistrze w urządzaniu takowych. U nas na przykład jest dosyć znany Międzynarodowy Festiwal Mary of Dungloe. Polega on na tym, że przyjeżdzają dziewczyny zewsząd, konkurują urodą, a inni mają luz i piją do upadłego oraz słuchają muzyki na ulicy, w pubach, gdzie się da. No, ale nie o tym miało być. Syn nie zagrał, bo leje od dwóch dni i się nie zanosi na przestanie. Coraz gorzej właściwie. Ale pech. A my od rana, żeby go wesprzeć duchowo, piekłyśmy, gotowałyśmy i oczywiście przy tym sobie gawędziłyśmy. Lubimy tak. Dzisiaj przypadkowo wyszedł nam dzień irlandzki. Najpierw napiekłyśmy mistrzowskich sconesów Misi, z malinami tym razem. Potem pełnoziarniste męża, a jak już byli i tak uwaleni w mące i piekarnik chodził, dorobili jeszcze soda bread (chleb na sodzie, specjalność tutejszych gospodyń)
Tutaj całość wypieków z coraz piękniejszym storczykiem, któremu przy każdej okazji robię zdjęcia bo cieszy oko jak nie wiem. Wieczorem przyjechał jeszcze-nie-zięć i przywiózł homary, czyli po tutejszemu lobstery. No i się zaczęło. Lekcja jedzenia, walenie młotkiem w skorupę, wywlekanie mięsa i nie chcę wiedzieć czego jeszcze, odpadłam. Musiałam wyjść, bo bym zwymiotowała. Siedząc w pokoju słyszałam jak mlaskają i wysysają. Oni uważają, że mieli ucztę nad ucztami. No cóż, o gustach się nie dyskutuje.
Uwielbiam wylizywać surowe drożdżowe ciasto z miski. Blacha już w piecu, zapach roznosi się po całym domu, a ja centymetr po centymetrze wyjadam resztki, mlaskając przy tym bez opamiętania, bo mnie nikt nie widzi. Błogość, moje zmysły 'świąteczne' zostały zaspokojone. W tym roku wyrobiłyśmy się wyjątkowo wcześnie. Wszystko już zrobione, ugotowane, upieczone, na końcu podłogi pomyte, zaczęliśmy świętowanie. O 21.00 pójdę do kościoła, nie wiem, czy namówię kogoś z rodziny, przestałam się już tym przejmować. Też nie jestem jakaś przesadnie kościelna, ale jeśli człowiek jest wierzący, czegoś się trzeba trzymać, w ten czas do kaplicy powinno się iść, pomodlić, pokontemplować, przecież święta to nie tylko jedzenie, picie i zabawa. Jeśli się nie obchodzi tego liturgicznie, to po co tyle zamieszania, dzień jak co dzień. Skończyłam czytać książkę (napiszę o niej dzisiaj lub jutro na blogu TU) i nie mogę sobie miejsca znaleźć, tak mi się podobała, że cokolwiek bym teraz nie wzięła do ręki, nie podoba mi się, nie jest dość dobre. Za to zamówiłam kilka książek, bo córka musiała, po prostu musiała, już dziś zamówić grę Wiedźmin, to przy okazji i ja sobie kilka nowości wpisałam na listę. O tym też na Notatkach Coolturalnych, jak tylko te pozycje przyjdą i je obfotografuję.
Zwyczajowo już wraz z życzeniami świątecznymi - żebyście je spędzili tak, jak sobie wymarzyliście, żeby przy Waszym stole zasiadły osoby, które Was kochają i Wam sprzyjają, żeby było spokojnie, ujutnie, słonecznie i syto - dołączam przepis. Jest to jeden z najstarszych w moim kajecie. Nie na ciasto, nie na pasztet, a tym razem na dodatek - na wyśmienitą polewę czekoladową do ciasta. Przepisów na nie jest tysiące, ja sama wypróbowałam kilkanaście, jeśli nie ponad 20, ale ten przebija wszystkie, nie tylko jest dodatkiem do ciasta, ale potrafi je tak wykończyć, że znacznie podnosi wartość smakową.
Pojedyncza porcja, możecie ją multiplikować w zależności od wielkości blachy, czyli polewanej powierzchni. ja przeważnie muszę razy dwa, ale wtedy nie daję podwójnie cukru, tylko trochę mniej. Tym lepsza, im lepsze cacao lub czekolada:
1 łyżka masła 3 łyżki śmietanki słodkiej 6 łyżek cukru - wszystko to zagotować razem i odstawić z ognia, a następnie dodać 3 łyżki cacao, utrzeć aż zgęstnieje i od razu wylewać na ciasto, bo się zaraz ścina.
Na żądanie raz można - podaję przepis na jaja faszerowane, które są ulubione przez całą naszą rodzinę z jeszcze-nie-zięciem na czele. Jeśli myślicie, że jaja faszeruję łososiem, truflami czy innymi frykasami, to jesteście w mylnym błędzie (świętej pamięci profesor Gruchała przewraca się w grobie, że tak ciągle używam jego ulubionego określenia). Mój przepis pochodzi z Kuchni polskiej kupionej zaraz po ślubie, czyli w zamierzchłych czasach. Jest prosty jak budowa cepa, ale chyba w tej prostocie tkwi diabeł, bo jaja tak przyrządzone są przepyszne. Czekajcie, tylko poszukam. Przepis mam założony kartką wielkanocną w kształcie jaja i z widniejącym na niej królikiem i napisem Wesołego Alleluja. Zawsze, kiedy ją zobaczę, wprawia mnie ona w dobry humor. Tkwi tam chyba ze 20 lat, może trochę mniej. O, mam już, dziewczyny długopisy w dłonie i pisać:
na 6 jaj ugotowanych na twardo potrzebne jest jedno surowe
1 łyżka siekanego koperku i szczypiorku (ja daję jedynie natkę pietruszki)
3 dkg czerstwej bułki namoczyć w mleku
2 dkg masła
bułka tarta
masło do smażenia
Jaja ugotować najlepiej poprzedniego wieczora, niech się porządnie schłodzą. Następnie trzeba je przeciąć wzdłuż, po długości, nie szerokości. Wydrążyć wszystko ze skorupki (można lekko białka zostawić, żeby się skorupka kupy trzymała). Do zrobienia masy używam malaksera, tam wrzucam te wydrążone jaja, dodaję namoczoną w mleku bułkę (odciśniętą, ale się jakoś strasznie pastwić, żeby kazdą kroplę usunąć, nie musicie), surowe jajo, kawałek masła surowego (w sensie nie klarowane, takie prosto z kostki odcięte), pietruszkę, sól, pieprz (biały chyba lepszy, albo trochę tego, trochę tego). I to wszystko miksuję. Masę nakładam z powrotem do jajek, tak nawet z górką, a potem maczam je do góry nogami, czyli farszem, w tartej bułce. I idą fruuuu na patelnię na roztopione masło. Pyszne są nawet na zimno.
(górne zdjęcie pochodzi z naobcasach.pl, a to obok z mniemmniam.com - swoich fotek nie mam, ale wyglądają dokładnie tak samo) Też je serwuję na talerzu pełnym sałaty. W naszym przypadku proporcję na 6 jaj możemy sobie wsadzić w buty, u nas się faszeruje jaj 20, po 4 na osobę, bo to najbardziej oczekiwana przez nas potrawa.
A poza tym nic się nie dzieje. W pracy beznadziejnie jak było. Walka o życie trwa. 'Uczę' się od jednej Irlandki, jak 'pomagać' drugiej osobie tak, żeby jej nie pomóc, a żeby wszyscy widzieli, że pomagasz z całej siły i całym sercem. Takie kurewskie cwaństwo. Bezcenne. Ale nie dam sobie humoru popsuć. W końcu nadchodzą święta i trzeba się cieszyć i być dobrym i spolegliwym. Rzekłam
W Polsce pada, a u nas susza i upał. Z tym upałem to może przesadzam, ale jakoś tak duszno i parno momentami. Ogród umiera. Trzeba podlewać, ale ciśnienie wody też niskie. Żaby umierają, rów i faszyna, które dla nich zrobił mąż, pomogły tylko doraźnie, ale braki wody są tak dotkliwe, że trzeba je było dzisiaj zasilić wodą z węża ogrodowego. W życiu nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale powiem – kiedy wreszcie spadnie deszcz?
W takie dni nie chce się gotować. Buszuję po blogach kulinarnych, ale nic mi jakoś nie pasuje. Wiem, że można tam wiele fajnych przepisów znaleźć, ale ja wciąż wracam do swoich sprawdzonych receptur na obiad w upalny dzień. Najbardziej lubimy sałatę z pieczonym kurczakiem. Niby wszystko jasne, ale może wyjaśnię dokładniej – pierś z kurczaka kroję w kosteczkę (pierś indycza też dobra), do miski wlewam odrobinę oleju z oliwek i dodaję przypraw takich, na jakie mam danego dnia ochotę, do tego zioła; mieszankę sałat układamy na talerzach, wzbogacamy pokrojonymi ćwiartkami pomidorków (najlepsze mini wine tomatoes z Lidla), ogórek w kawałki, rzodkiewka w połówki, może być jedna cykoria w wióry, świeża, chrupiąca papryka koniecznie, do tego baby potatoes, czyli małe ziemniaczki ugotowane, przekrojone na pół i ułożone naokoło sałaty, na brzegach talerza, jak wieniec dożynkowy. Ja lubię ser feta w kosteczkę, ale moje dzieci nie bardzo, to im trę żółty na grube wióry i posypuję na końcu. Dodaję też cebulę pokrojoną w pół-krążki, ale w wyjątkowo gorące dni, lepiej z tego zrezygnować, bo jednak cebula + upał = śmierdziel na leżaku. Z kawałka chleba, najlepiej takiego starszego, pokrojonego w kosteczkę, można usmażyć na odrobinie masła chrupiące grzaneczki, a jak nie macie pod ręką chleba, można kupić gotowe croutons. Sosu, ja najchętniej Cezar, też używam kupnego, ale pewnie można zrobić własny, jeszcze lepszy. Jeżeli ktoś ma dobry przepis, może by mi na maila podrzucił? Kurczak się przegryzł w marynacie, na patelnię i wysmażyć tyle, żeby był złocisty i dokładnie usmażony, to chyba jasne, że w przypadku kurczaka takie pojęcie jak ‘medium well’ nie istnieje. Kurczaka na sałatę, polać sosem, posypać grzankami i gotowe. Ja na koniec dodaję jeszcze mieszankę ziaren (dynia, słonecznik). Do tego różowe wino dla tych, co nie prowadzą, szprycer (wino białe lub różowe pół na pół z wodą gazowaną, z lodem, można dodać limonki) – dla tych, co mają słabą głowę.
Bywa tak gorąco, że i taka sałatka wydaje się szczytem wysiłku, nic nie przychodzi do głowy, chińczyka mieliśmy wczoraj, na pizzę nikt już nie może patrzeć, proponuję pastę, najlepiej wstążki lub jakieś dziwne wywijaski, nie będę was tu raczyć włoskimi nazwami, chodzi o to, żeby struktura makaronu miała w sobie pułapki dla sosu, ale nie mogą to być muszelki. Bez specjalnego powodu, po prostu nie pasują i już, uwierzcie mi na słowo. Kiedy już macie ten makaron, zagotujcie go według przepisu na opakowaniu (nienawidzę takich porad, wiadomo, że nie według przepisu na gotowanie zupy pomidorowej, ale mimo to napisałam, po tym, jak na jednym z blogów przeczytałam pytanie, jak długo gotować makaron do proponowanej potrawy?). Sos do tego makaronu to – w miseczce wymieszać oliwę extra virgin najlepszej jakości, czosnek ilość według uznania, dużą ilością natki piertuszki drobno posiekanej (oprócz tego, że smakuje znakomicie, neutralizuje też odór czosnkowy), rozdrobnioną bazylią świeżą, odrobiną cienkiego szczypioru i dosyć dużą ilością drobniuteńko pokrojonych pomidorów (tym razem lepsze są te wielkie z Lidla). Posolić, popieprzyć (pieprzem J), ale raczej skromnie, bo czosnek jest dość ostry. Gorący makaron wymieszać z tym sosem i natychmiast podawać. Tylko go odlejcie wcześniej, żeby nie było pretensji, dlaczego nie napisałam, że go trzeba najpierw odseparować od wody.
Nie oburzajcie się, czasem nie jest to tak oczywiste, szczególnie dla początkujących. Przekonałam się o tym z opowieści pewniej kobiety, u której mieszkałam w studenckich czasach. Kiedyś gotowała ona kopytka, ulubione danie męża, według przepisu babci, zadzwoniła do niej zmartwiona i mówi – babciu, rozpadają mi się te cholery w gotowaniu, a babcia na to – dodaj kochanie mąki. Znajoma dodała …. do garnka z wodą i kluskami, zrobiła się jedna wielka klucha. Ale to nie koniec nieszczęść, ta kobieta próbowała ukryć tę wielką gafę kulinarną przed mężem, on już na schodach, a ona gar w garść i luu, te kluski do kibla, muszla pękła. A to było w czasach, kiedy klozetów w sklepach nie sprzedawali, więc zanim rzeczony mąż załatwił nówkę sztukę wyniesioną przez uczciwego człowieka z budowy, wypróżnianie opcja B odbywało się do kartonu. Nie pytajcie, co oni potem z tymi kartonami robili.
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.