|
Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Wpisy z tagiem: wspomnienia
piątek, 27 sierpnia 2010
Zrobiłam wpis tutaj o tym, jak oglądałam film, aż się zorientowałam, że właściwie ta notatka nadaje się do bloga Coolturalnego Przeniosłam ją więc tam, a tu zostałam z niczym. Potem napisałam dosyć śmieszny wpis, ale przypomniało mi się, że jutro mam deadline na mój felieton, więc go wkleiłam do Worda, dopisałam trochę, wygładziłam i było jak znalazł. Trzecie podejście i nie mam już o czym pisać, bo w końcu ile można mieć historyjek w jednym łbie w ciągu godziny? Ale czuję potrzebę kontaktu, opowiem Wam więc o wczorajszym poranku, kiedy to szykowałam się do pracy i jak co ranek stanęłam przed dylematem, które perfumy użyć. Mam dwie ulubione flaszki - Dolce & Cabbana The one, dostałam je od koleżanki i baaardzo lubię, druga to Poeme Lancome, które dostałam na gwiazdkę od rodzinki i też są dla mnie wyjątkowe, oba-dwa są na specjalne okazje. Na codzień używam Envy me Gucciego, na lato uwielbiam też Light blue Dolce & Cabbana, ale mi się właśnie skończyło i płaczę cichutko w kąciku, zamiast tego kupiłam taki erzac, podobne trochę - Cerruti Image, są ok. Na wyprzedaży, za jakąś śmieszną cenę kupiłam Naomi Campbell - ciekawy zapach pudrowy i piżmowy jednocześnie, na wieczory akurat. Lubię też Calvina Kleina - mam The Truth i Eternity, a od przyjaciółki z Siedlec dostałam Escape. Pewnie jej się kojarzyło ze mną i z moją 'wielką ucieczką' do Irlandii. Podczas odwiedzin, krótko po wyjeździe, chyba na drugi rok to było, wręczyła mi pół flakonu i powiedziała, że moge je zatrzymać. Ktoś mógłby pomyśleć, że to obciach dac komuś zużyte do połowy perfumy, ale ja uważam,że to jest bardzo wzruszajace, bo ona je lubiła, czyli dała mi jakby cząstekę siebie, pamiętam jak je nosiła. Wczoraj czułam się trochę samotna i zmęczona moim słomianym singielstwem, sięgnęlam więc po flakon Eskape, żeby uciec od tych myśli, ale też przywołać pamięć mojej przyjaciółki. Kiedy tylko poczułam perfumy na skórze, kiedy rozszedł się ich zapach, było tak, jakby Bożena była ze mną i mówiła - Kasiu, zajmij się soba, przestań desperować (tego słowa używała raczej Ewa, ją też chciałam przywołać), poczytaj, weź pachnącą kąpiel, chłopaki niedługo przyjadą. I tak Escape - Ucieczka stała się tak naprawdę powrotem ... do zdrowych zmysłow, hehe. Bo już zaczęłam się o siebie martwić, bowiem gadam sama do siebie i zachowuje się jak jakiś freak. A Wy jakie perfumy lubicie najbardziej?
poniedziałek, 31 maja 2010
Ugryzłam się w język. Nie w przenośni, bo gadałam głupoty lub niemiłe rzeczy. Tak po prostu, bez przysłowiowych podtekstów. Mąż oczywiście, tonem karcącego rodzica, stwierdził – jak się je, to się nie gada, pies jak je, nie szczeka – wrrrr, nienawidzę takiego dziamgania po fakcie. Wydziobałam sobie całkiem pokaźną dziurę. Staram się go nie używać, nie jem, nie piję, nie mielę, nie używam końca za przewodnika, trzymam za zębami i się nie odzywam. A jak tak milczę to przed oczami przepływają mi obrazy z przeszłości. W ogóle tak mam dość często, że kiedy robię coś niewymagającego angażowania umysłu, na przykład zmywam naczynia, nachodzą mnie wspomnienia, ale nie w formie opowieści filmowej, tylko napadających mnie nagle obrazów, jak fotek strzelanych przez reportera wojennego. Trzask! Siedzę w oknie w moim domu rodzinnym, mam kilka lat, pachnie latem, wybieramy się na plażę do Mielna, mama kręci się w kuchni, szykuje kanapki z jajkiem, kawę w termos, truskawki w pojemniki i mój najukochańszy bób. Będę sobie siedzieć na kocu, zawinięta w ręcznik i trzęsącymi rękami (bo godzinami bawiłam się w wodzie) obierać bób i zajadać go wraz z piaskiem, który oczywiście mam na rękach. Ludzie będą leżeć jeden obok drugiego, na kocach, ręcznikach, za parawanami, w koszach, będą grać w siatkówkę, kopać dołki, a facet z małpką przyjdzie zapytać, czy nie chcemy z nią zdjęcia? A potem pójdziemy do pani Władzi na frytki, w brązowej torebce, nakładane z aluminiowej miski, od lat tej samej. Ale póki co, siedzę przy oknie, z rozłożoną „Małą pocztą” (moja ulubiona zabawa, plastikowe pieniądze, druki przelewów, wpłat i wysyłek pocztowych, pieczątki i małe znaczki). Z adapteru leci bajka o kocie w butach, śpiewam w głos z autorami i bawię się w urzędnika pocztowego. Trzask! Likwidacja domu, mama postanowiła go sprzedać, kilkadziesiąt lat życia – spłowiałe, zakurzone, w kartony lub na śmietnik. Boli! Trzask! Idę ulicą Reytana, mam na sobie spódnicę w podłużne pasy, wściekle różowe skarpety i czarne skórzane botki wywalczone (dosłownie!) w sklepie firmowym „Chełmka”, pachnie późną jesienią, jestem nienaturalnie szczęśliwa, chyba zakochana, nie wiem, w kim, nie pamiętam, mam się spotkać z przyjaciółmi w „Maluchu”, taką mam ochotę na paschę, czuję zapach bakalii w masie serowej, mniam Trzask! Zima w stanie wojennym, nie chodzimy do szkoły, całe dnie spędzam na lodowisku, a w przerwach stoję w kolejkach. Zapach parujących w ciepłym pomieszczeniu zawilgoconych od śniegu nakryć, Jedna śmietana w szklanej butelce na osobę, jedna kostka masła. Wieczorem idę pojeździć na łyżwach, będzie Zbyszek, a może to był Marek? Trzask! Siedzę w fotelu w kratkę, w swoim pokoju, święta Wielkanocne, czytam „Czarodziejski ogród”, na talerzyku kanapki z szynką i ćwikłą, pokrojone w małe kawałki, żebym nie umazała książki. Okno otwarte na oścież, pachnie wiosną, ciepło, dzieci chodzą w białych podkolanówkach, po południu pójdę z Jolką Lew na trzepak na podwórku Pawła. Ale będzie fajnie. Trzask! Bazar w Soczi, stosy owoców, uśmiechnięty sprzedawca podaje kawałek do spróbowania, słodki nieznany smak, nigdy go nie zapomnę. Potem, na plantacji herbaty, dostajemy konfiturę do gorącego naparu, tak jak Rosjanie lubią najbardziej, ona ma też ten smak, pytam o nazwę, obiecuję sobie zapamiętać. Pachnie kurzem plantacji, grillowaną w górach Kaukazu baraniną. Waldek złamał na niej ząb. Wieczorem w „Dagomysie”, hotelu dla obcokrajowców, pijemy przedni Gruziński koniak z grubych szklanic. Schyłek komunizmu, czuć powiew wolności. Cholera, nie pamiętam jak nazywał się ten pyszny owoc! Jego nazwa wraca do mnie w dziwnych momentach, a potem znowu umyka, jak spłoszony ptak. Trzask! Jadę karetką do szpitala, słyszę rozmowy sanitariuszy, ludzie, ze mną jest naprawdę niedobrze, a wy tu o dzieciach, o wyjeździe na narty, sumienia nie macie?! Trzask! Lunch w barku na pętli autobusowej w Warszawie, zabrał nas tam Jurek, chwalił kuchnię, pyszna sałatka z cykorii, ciepły wrzesień w stolicy, zapach przekwitających kwiatów na rabatkach i ogłuszający ruch uliczny, młoda jestem, poszukuję, niecierpliwie czekam na to, co przyniesie los, nie przeszkadza mi opętańczy rytm miasta. Trzask! Kino Adria w Koszalinie, Konfrontacje – czyli przegląd filmów nagrodzonych na różnych festiwalach, codziennie jeden seans, kupuje się karnety i 10 dni z rzędu ogląda produkcje z różnych krajów, uwielbiałam to kino, atmosferę jeszcze sprzed czasów popcornowych, w barku były batony Studenckie, mieszanka Wedlowska (ach te bajeczne) i oranżada w butelkach szklanych. Na ekranie czeski film „Tysiącletnia pszczoła”, dlaczego właśnie ten pamiętam? Z tyłu, zawsze na tym samym miejscu (karnety były numerowane), siedział chłopak, który mi się podobał. Nigdy nie zamieniliśmy nawet słowa. Trzask! Siedzimy całą rodziną u Chińczyka w Londynie na Trafalgar Square, na stołach fatalne, plastikowe obrusy, oczekiwaliśmy cudu kulinarnego wschodu, a dostaliśmy europejską podróbkę, przy stoliku obok jedzą curry i frytki, koszmar. Ale my się śmiejemy, trochę też z rozpaczy, że wśród kilkunastu restauracyjek, wybraliśmy właśnie tę, ale też, dlatego, że cieszymy się ze swojego towarzystwa. Ocknęłam się, mogłabym tak bez końca, pisanie trwa dłużej niż przesuwanie się tych obrazów w głowie, czasami to lubię, czasami mnie to męczy, zależy, jakie wspomnienia mnie napadają, jakie obrazy dominują. Zawsze towarzyszy im zapach, wspomnienie różnych aromatów związanych z sytuacją, miejscem lub porą roku. Do tej pory, kiedy jem orzeszki ziemne, przypomina mi się książka „Piotrek zgubił dziadka oko” Lucyny Legut, bo kiedy ją czytałam, wtranżoliłam całą ich puszkę, a w tamtych czasach to był rarytas. I odwrotnie, kiedy biorę do ręki stary, pożółkły egzemplarz tej powieści, czuję wyraźny zapach orzeszków, nie dlatego, że między stronicami są tam jakieś resztki, po prostu tak pachnie wspomnienie chwili, kiedy ją czytałam. Czasami idę ulicą, jestem zajęta, rozmawiam przez telefon lub z osobą towarzyszącą i nagle, ni stąd, ni zowąd napada mnie zapach i zaraz za tym idące wspomnienie. I wtedy jest tak, jakbym żyła w różnych miejscach i czasoprzestrzeniach równocześnie, wtedy jest tak, jakby one nigdy nie przemijały. Magia.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Wczoraj ktoś przytoczył anegdotkę o Lechu Kaczyńskim, ktory zapytany, jak sobie wyobraża swoje życie w Raju odpowiedział - siedzę sobie z Jarkiem i pijemy wode z sokiem z saturatora. Czyli powrót do wspomnień z dzieciństwa, kiedy zycie jeszcze wydawało się bezpieczne i czarno-białe, wszystko było albo złe, trzymaj się z daleka, albo dobre, czerp z tego ile sie da. Ja, kiedy myślę o najfajniejszym wspomnieniu z wczesnych lat życia, zawsze na pierwszym miejscu przypomina mi sie piękny letni dzień, jadę samochodem z tatą (już nie żyje) do Warszawy, w odwiedziny do jego syna z pierwszego małżeństwa, a mojego starszego brata przyrodniego, którego uwielbiałam, zatrzymywaliśmy sie u jego matki, czyli byłej żony taty, która była dla mnie badzo miła. Oni rozstali się w pokoju, zadnych kwachów, w ogóle nie odczuwałam wtedy, że to jakaś 'była', raczej czulam sie tak, jakby to była moja ciotka. Jedziemy tym samochodem, czuję podniecenie na myśl, że spedzę kilka dni w stolicy. Czytam całą drogę książkę, nie pamiętam tytułu, dla młodzieży, cos tam z talizmanem (pamięta ktoś? Z lat 70tych, zaginiony talizman, zaczarowany talizman?), w pewnym momencie podniosłam głowę, że już jesteśmy na 'tym moście z linami' i wjeżdżamy do Warszawy. Dlaczego najbardziej pamiętam tę podróż i ten moment? Ot, zagadka. A inne miłe wspomnienie, to majowe kiermasze książek. Zawsze było ciepło, mogłam nosić podkolanówki i krótkie rękawy, a do kupienia byly książki normalnie niedostępne w księgarniach. I lody babmino. Mój Raj wygląda tak - wielka biblioteka, słoneczna w dzień, przytulna wieczorami, filiżanka herbaty, a naokoło mnie wszystkie zwierzęta, które były ze mną za życia, a kiedy odeszły, jestem pewna, ze czekają na mnie TAM. Wiem, mówią, ze psy nie idą do nieba (rozumiem, że koty też nie), ale ja w to nie wierzę. A ponieważ nie jestem egoistką i nie życzę sobie, żeby koniecznie umrzeć razem z mężem, chociaż tak byłoby idealnie, chciałabym, żeby w tym niebie nie bylo poczucia czasu i żeby czekanie na bliskich, nie ciągnęło się w nieskończoność. Mam nadzieję, ze sobie zasłużę na miejsce w niebie, a jeżeli nie, to w piekle nie będę musieli się wysilać za bardzo, wystarczy, że mi nie dadzą nic do czytania i ani jednej filiżanki herbaty do końca życia po życiu. A jakie jest wasze niebo?
niedziela, 07 marca 2010
U nas w ogrodzie, od wielu dni skąpanym w słońcu, zakwitly krokusy. Tak się z nich ucieszyliśmy, bo po ostatnich mrozach, wszystko wygląda bardzo biednie, a tu nagle takie kolory. Po wizycie w polskiej szkole i powrocie do domu, zgarnęliśmy Franka, piesiołka naszego, i fruuuu na plażę. Było tak pięknie, chociaż wietrznie, że dziś łatwo mi było wierzyć w to, że będziemy mieli wreszcie udane lato. Zobaczymy
Z powodu odplywów i przypływów, mamy na plaży czasem glony. Kiedy chce się poleżec na kocu, to nie jest takie przyjemne, ale na zabawy z psem świetne, bo można mu je rzucać, a on gania, przynosi z powrotem, rozszarpuje zębami i wiele przy tym dla niego radochy. Franek uwielbia plażę, wolność, gania wte i we wte, ściga się z ptakami i kopie w piachu.
Po powrocie do domu rzuciliśmy sie na jedzenie, bo caly dzień w rozjazdach, bez obiadu. W polskim sklepie kupiłam paluszki, wyjęlam masło na kanapki, ale jakoś odruchowo zatopiłam paluszka w maślanej masie, nadgryzłam, zamknełam oczy i przeniosłam się w czasie. Kiedy byłam małą dziewczynką, czesto tak jedliśmy Lajkoniki z tatą. Kładł na talerz kawałek masła smietankowego, stawiał szklankę z paluszkami i tak sobie je podjadaliśmy - paluszek sru do masła, chrup, sru do masła, chrup, sru do masła, chrup....A w telewizji Wyścig pokoju. Czy wy wiecie, że jak oni mówili, że to była piękna ucieczka, to ja myślałam, że ci kolarze nie chcą brać udziału w tym wyścigu i co chwila spieprzają organizatorom w las, a oni ich jeszcze za to chwalą? Wraz ze smakiem Lajkoników brykających w masle, wrociło poczucie beztroski, bezpieczenstwa, luzu, ale tez i tęsknota za tatą, ktory zmarł, kiedy miałam 14 lat. Ach jaka to byla piękna ucieczka! Mam na myśli te moje wspomnienia, a nie odejście taty. Ale śmiesznie wyszło |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi
Notatki Coolturalne ![]() Wypromuj również swoją stronę Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
|