Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli

Wpisy z tagiem: zakupy

czwartek, 17 maja 2012

No i jestem. Ufff, podróż powrotna była pełna wrażeń, bo jak zwykle obładowałam się książkami i różnymi innymi ciężkościami. Przyjaciółka odprowadzająca mnie na lotnisko, kiedy zobaczyła moją kurtkę wypchaną w kieszeniach różnymi 'kamieniami', które nie weszły do bagażu, powiedziała, że wyglądam jak rumunka (specjalnie piszę z małej litery, bo w tym wypadku nie o narodowość przecież idzie). No i miała oczywiście rację, ale kiedy idzie o przewiezienie książek i różnych innych ważnych rzeczy typu kremy do gęby, które przecież w Polsce najlepsze (świetlika z herbatą pod oczy sobie właśnie nałożyłam i przeżywam szczyty przyjemności podocznej), pasta Lacalut Active, niedostępna u nas, a niezastąpiona, kubek do kawy, bo oczywiście wypatrzyłam, no i prezenty, czyli niezwykłej ciężkości albumy o Koszalinie w starych pocztówkach i nowych ujęciach, z na dokładkę cukier brzozowy w ilości jednego kilograma, czyli dokładnie jedna dwudziesta tego, co mogę zabrać. No, ale książki przede wszystkim. Gdyby nie pewna przemiła osóbka o imieniu Iza, miałabym wielki problem, bo niestety u mnie rozum śpi, kiedy widzę książki, a pobyt na targach wydawniczych to już w ogóle COMA dla mojego rozsądku, oczywizda nakupowałam, ona spojrzała na siaty, skojarzyła z koniecznością przelotu i limitu bagażu i mi je po prostu przykazała zostawić do wysyłki. Ciężko mi było wypuścić je z ręki, ale to była konieczność, taka prawda.
W głowie mam straszny mętlik. Tyle się działo. Przez 17 dni siedziałam w największym Roller Coasterze  świata, mówię Wam - większego nie wymyślili i nie zbudowali, a jeśli kiedykolwiek, ludzie będą musieli podpisywać papiery - zgodę na przejazd na własną odpowiedzialność. Przechodziłam od wielkiej rozpaczy i tęsknoty, do nadziei jeszcze większej, momentami do radości, aż dobrnęłam do ostatnich trzech dni i euforii niewyobrażalnej. Po drodze snu mało, zmęczenie i upał, który mi doskwierał, bo co tu dużo mówić, odzwyczaiłam się, a i wcześniej nie byłam fanką wysokich temperatur.
Postaram się to pomału opisywać i dzielić się z Wami wrażeniami. Na dziś już kończę, bo nadrabiam zaległości różniste, a poza tym mąż po operacji, o czym w kolejnych odsłonach. 

czwartek, 08 grudnia 2011

Pojechaliśmy dzisiaj bladym świtem na operację wycięcia cysty, która dostała nóg i zniknęła. Pewnie się przestraszyła bidulka. Wicher u nas straszny, teraz osiągnął już 140 km/godz. Do tego zimno strasznie. Nie chciało się z domu wychodzić. Podobno w taka  pogodę, w czasie halnego górale się wieszają. Nic dziwnego, ze i u mnie wisielczy humor.
Rano jechaliśmy godzinę do szpitala, mąż chciał odwrócić moją uwagę od czekającego mnie zabiegu. Albo obciachu, że się zgłosiłam z nieistniejącą cystą, bo to mnie bardziej zajmowało niż strach przed zabiegiem, bez przesady, na żywca tego nie robią.
A jak się w taki wicher jedzie i wymyśla, to weszło nam na wspominki. I mąż zacytował syna - a gdzie był jego ojciec? Jest to pytanie, które zadał pięciolatek na widok wielkiego krzyża z Chrytustem, który stoi na zewnątrz naszego kościoła. Wojtek spytał, co ten Pan tam robi i opowiedzieliśmy mu po krótce historię syna Bożego, który za nasze grzechy itd. Na to syn, po uważnym wysłuchaniu, o drodze krzyżowej, Judaszu i całej reszcie spytał - tato, a gdzie był jego ojciec? Dlaczego on im na to pozwolił? Przecież tata powinien bronić swoje dzieci. No właśnie, jak pięciolatkowi to wytłumaczyć? Teraz ten dzieciak ma dwa metry, 16 lat i nadal na ten temat dyskutujemy. No, ale od koniczka do rzemyczka, jak mawia poseł Cymański, a do mnie się to przyczepiło jak rzep (do ogona tego koniczka) - mąż spytał mnie - to jak Jezus był poczęty? Ja na to, że niepokalanie. No tak, ale niepokalanie też jakoś trzeba. Na to ja - no duch święty przybył, zwiastował i .... się zacukałam. Na to mąż - hmm, czyli Matka Boska była prekursorką in vitro ergo nie rozumiem dlaczego kościól się tak burzy.
Jest w tym jakaś logika kurczę.
Jak przypuszczałam, chirurg kazał mi się przebrać w ciuch operacyjny, nie słuchał, że chyba nie ma po co, położyłam się, chirurg pomacał, zwątpił (gdyby nie raport z badań poprzednich lekarzy, jego asystenów, wezwałby chyba psychiatrę), kazał powstać, wymaszerować i wrócić jak się cysta zdecyduje, czy jest, czy jej nie ma. To by było na tyle w tej kwestii.
Jak tak, to sobie poszliśmy odebrać męża okulary, pierwsze w życiu. Przy okazji wyczaił on badania słuchu i się załapał za darmo. Pierwszy pre-test na komputerze, zalecenie do kolejnego, drugi w kabinie dźwiękoszczelnej ze słuchawkami i komputerem w rękach specjalisty. Facet pyta, co nas sprowadza, ja na to - mąż mnie nie słucha, haha.  Okazało się, że mąż ma problem ze słyszeniem wysokich dźwięków w lewym uchu. Aha, tu cię mam. Teraz będę do niego uwagi sączyć w lewe ucho, już mi nie ucieknie. Dobrze, że się nie okazało, że mu aparat potrzebny, bo one tu strasznie drogie.
A potem pojechaliśmy oglądać rowery, bo u nas jest taki projekt, że jak się kupuje rower do dojeżdżania do pracy, to odliczają od podatków i pracodawca daje pieniądze na rower i odlicza od pensji co tydzień raty, na rok rozkładają, bez odsetek i z odliczeniem taxu, zaoszczędzi z 500 euro - 155. Będzie miał porządny sprzęt.
Wieczór spędzę z 'Uwikłaniem' Miłoszewskiego, zasłużyłam, w końcu jestem po 'operacji' czyż nie? 

poniedziałek, 05 grudnia 2011

Ten weekend był cudny. Przyjechała córka.

Byłam u jednego lekarza, który powiedział, że nic mi nie jest. Cud irlandzkiej służby zdrowia polega na tym, że tyle czekamy na wizytę u specjalisty, że się choroby same leczą, haha.

Zadzwoniła do mnie pielęgniarka chirurga i zaprosiła na wycięcie cysty. Ucieszyłam się, mam termin na czwartek, ale problem taki, że jej już nie mogę znaleźć. Pod skórą była, duża i sprawiała kłopoty, ale po miesiącu antybiotyków i kolejnym czekania na termin wycięcia, wchłonęła się. Problem taki, że ona wraca do dwa lata. A i teraz czuję lekki ból w środku, ale cysty już nie. I co ja mam zrobić? Pojadę, ale boję się, że mnie opitoli, że mu tyłek zawracam i z niczym przychodzę.

Ja chcę do Leśniej Góry :-(

 

Tym razem córka czas spędziła głównie z synem, chociaż udało nam się trochę pobyć razem w sobotę w dzień, wieczorem już wybyłam na imprezkę taneczną, ale o tym w oddzielnym felietonie, bo i tak dla gazety muszę napisać.

Napisałam na blogu książkowym o książkach, których sobie z różnych względów nie kupię w tym roku pod choinkę (jeśli macie ochotę, poczytajcie TU)

Ale mnie córka nakrzyczała. Że jej powinnam była nie mówić, że ma nic nie kupować, ze moje słowa wzięła poważnie (chodziło wyłącznie o książki), a powinna była bardziej znać matkę i wiedzieć, ale ją zmyliłam. No cóż, sama siebie zmyliłam. Okazało się, że mi brak tych emocji czytelniczych, co wybrać, czego oczekiwać z niecierpliwością? I sobie urządziłam seans dwugodzinny buszowania w okładkach, taki erzac.

Dostałam z tego wszystkiego od Kate jedną z tych wymienionych i mi teraz głupio, bo ten post naprawdę nie miał być żebraczy, tylko tak sobie chciałam na sucho powybierać. Jak tylko otworzyłam kopertę i zobaczyłam krwistoczerwoną okładkę i Donoghue na szczycie, od razu wiedziałam, że to TA. Schowałam, zakleiłam, będzie jak znalazł, dosłownie, pod choinką.

Dzięki Kate.

 

U nas pierwsze zwiastuny zimy, a to grad popada, a to deszcz ze śniegiem. Mam nadzieję, że w tym roku nie bedzie pluchy przez cały czas.

Idę myć łeb, bo znowu jadę do lekarza. Skan brzucha tym razem. Nic mi nie jest, kiedyś trochę narzekałam, ale patrz paragraf pierwszy, diagnostyka choroby dawno zapomnianej trwa. Korzystam jednak, bo nie wiadomo, kiedy znowu się dopcham, a nuż widelec tam coś jednak jest?

 

 

 

piątek, 25 listopada 2011

Po nieudanych zakupach w sklepach, zasiadłam do laptopa i wyszukałam wszystko, co miałam na liście, kliknęłam, zapłaciłam, potwierdziłam i już do mnie jedzie. Listonosz będzie mnie przeklinał, będę musiała mu jakąś butelkę wina kupić, czy coś w tym stylu. Muszę plotkar popytać, czy przypadkiem pionierem nie jest (pionier to u nas zdeklarowany abstynent).
Dzisiaj wiele do zrobienia. Trochę fizycznej roboty mam w planach, sprzątanko, dobrze mi zrobi, bo od trzech dni siedziałam przy komputerze i mnie już tyłek boli, plecy i kark też. O głowie i oczach nie wspomnę (właśnie to zrobiłam :-)
A wieczorem pomagam przy imprezie w szkole, znowu urządzają Taniec z Gwiazdami dla nauczycieli, żeby zebrać fundusze na szkołę. Będzie się działo. Opiszę jutro.
Tak się cieszę, że mam prezenty kupione i to bez wielkiego wysiłku, poza koncepcyjnym i finansowym. Sklepy o tej porze roku mnie przerażają, a raczej ludzie w nich, im jestem starsza, tym mniej podoba mi się tłum.
U nas teraz sztorm, a właściwie taki wicher (gale po angielsku), do tego grad co kilkanaście minut. Czuję niepokój w nogach, nie lubię. 

11:38, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (8) »
piątek, 18 listopada 2011

Wpadło mi wczoraj tłumaczenie w sądzie. Dawno nie byłam, strasznie się denerwowałam. Wiadomo, jak człowiek zwany tłumaczem tam wciąż przesiadywał, to czułam się tam jak w domu, ale po dlugiej przerwie, do tego w nowym sądzie, bo tam nigdy wcześniej nie tlumaczyłam, nerwy były. Całą noc śniłam, że nie stawiłam się na 10.30 a na 22.30 i woźny powiedział, że mam powalone we łbie. Albo zagadałam się z prawnikiem, sądząc, ze on też do sądu, a on akurat tego dnia nie, więc nie musiał, a ja się spóźniłam. I tak całą noc.
Po 3 byłam wolna. Pomyślałam, że pójdę na zakupy świąteczne, korzystając, że jestem bez rodziny.
Wiecie co? Nienawidzę zakupów. N-I-E-N-A-W-I-D-Z-Ę !!!
W sklepach pełno, ale jakieś gówniane te produkty. Nic, co by mi włosy dęba na plecach postawiło. Jak to się mówi - dupy mi nie urwało. Nic nie kupiłam. Jestem w rozpaczy. Swięta zbliżają się wielkimi krokami, a ja mam tylko książki. Ech.

wtorek, 12 lipca 2011

Zniknęłam, bo w weekend była córka i przecież nie będę wtedy w sieci siedzieć, a w niedzielę była Tajemnica (relacja TU) i tym bardziej nie było czasu na internet.
Kiedy moje starsze dzieczko przybywa, mogę zapomnieć o odchudzaniu. Najpierw upiekła sconesy, najlepszy jakie w życiu jadłam, potem obie upiekłyśmy sernik z rabarbarem i wiadomo, nasz ulubiony. Nawarzyłam wielki gar zupy gulasz Bogracz, bo miałam nadzieję poczęstować Tajemnicę i jej rodzinkę, ale oni skubaniutcy wcale nie chceli nic jeść, dobrze, że dziecię zabrało dwa słoiki do Dublina. Zupa wprawdzie węgierska (a do niej zrobiłam własne kluseczki osipetke rolowane w rękach i wyglądające jak miniaturowe gnocci w tej gulaszowej zupie), ale my nie lubimy ostrego, więc starałam się, żeby było takie w sam raz. Nie było. Myślałam, że mi język wypaliło na ament.
Tak wypoczęłam psychicznie, że dzisiaj bez stresu (o dziwo) poszłam do pracy. Wysłali mnie w ciągu dnia do banku, wracając weszłam do sklepu i znalazłam telefon, który mi pasuje. Wreszcie. Trochę to dzięki Dublinii, bo ona pokazała na swoim blogu taki sam, różowy jedynie, a ja się na niego czaiłam, czaiłam, to kiedy zobaczyłam u niej, uruchomiłam się jakoś w kierunku podjęcia decyzji o nowym zakupie. Swój mam już od 6 lat, czas go wymienić. Nie lubię takich akcji, mogłabym ze starym chodzić, gdyby nie to, że już słabowity, bo już wiekowy jednak.
Jutro idę sobie sprawić ten



Tagi: wizyty zakupy
01:18, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (12) »
piątek, 27 maja 2011

Po wizycie w szpitalu, gdzie męża szykują do niegroźnej operacji, zabiegu właściwie, pojechaliśmy kupić farbę do naszego nowego mebla w łazience. Właściwie będzie to nowy stary mebel, bo mąż, po nieudanej próbie znalezienia czegoś fajnego, zdecydował, przy mojej werbalnej zachęcie, na wykonanie tuningu szafki, która mamy tam teraz. I tak - dojdą drzwiczki (suwane), inny kolor i ogólna plastyka. Pięknie się zapowiada. Farby do mebla nie znaleźliśmy. Szukam odpowiedniej zieleni, takiej jabłkowej, ciepłej w odcieniu, a panowie sprzedawcy permanentnie wciskają mi jakieś zimne barwy zieleni i uparcie twierdzą, ze to jest to samo. Znalazłam idealny kolor, ale okazało się, że to jest tylko próbka do dużej puszki i na ściany, wersji do drewna nie ma. Ech, muszę szukać dalej, w końcu będę na to patrzeć przez wiele lat, nie ma takiej opcji,żeby kupiła byle co. Za to znalaźliśmy piękną farbę do naszego sheda, czyli komórki drewnianej na zewnątrz. Zawsze mieliśmy kolory drewniane, ale nowa fima na rynku wypuściła piękne kolory śródziemnomorskie, chociaż ja je nazywam 'greckimi' - zielenie, niebieskości, lawendy i takie tam. A dlaczego greckimi? Bo białe domki (takie jak nasz), z kolorowymi elementami to takie greckie. No i stanęło na tym, że skoro mały biały domek w Irlandii, z czerwonymi obramowaniami okien, to strzelimy sobie intensywny, słoneczny niebieski kolor na sheda. A co? Przy okazji zahaczyłam o półkę obok i znalazłam tam fantastyczną podstawkę pod laptopa, na kolana. Wiele ich widziałam, ale jakieś dziadowskie były, a ta ma pod spodem poduszkę wypełnioną kulkami, blat jest antypoślizgowy, z kółkiem na napój, rynienką na dlugopis i uwaga - lampką na wyginanej nóżce - ta dam. Jest superowa i tania. Używam sobie ją teraz i uważam, ze laptop całkiem nie powinien być na 'lapach', czyli kolanach, a na takiej właśnie podstawce. Jaka różnica!!!

Na koniec postanowiliśmy pojechać do Amerykańskiej restauracji niedawno otwartej w Letterkenny. Ciekawosć nas tam zagnała. Do tej pory żałuję. Wystrój nawet nawet, pani wita w drzwiach i nie możesz przekroczyć progu, dopóki się nie zaprowadzi do stolika, jak w najlepszych restauracjach. I to koniec podobieństw. Moze poza ceną, jak z Hiltona. Podają głównie beef burgers (napisałam z błędem 'gównie', czyżby freudowska pomyłka?) i ribs, czyli zeberka. Dobra, amerykańska kuchnia, ale co dla tych, którzy nie jedzą ani beefa, ani żeberek, może jakaś alternatywa? Okazalo się, żę kurczak Meryland, special for today, specjalnie zareklamowany na pierwszej stronie - wybył do Merylandu i go nie ma. Ups, ale wtopa, już na początku rozczarowanie. A wystarczyło zdjąć kartkę. Tłum obsługi, ale z myśleniem jak widać cienko. Okazało się, ze Boston Burger, który spodobał się mężowi kosztuje 10.95 (ceny podaję w euro), z frytkami. Ale mąż nie chce frytek. Nie ma sprawy, nie dostanie frytek, ale zapłacić tyle samo i tak musi. A ja bym chciała zamiast beefa, kurczaka - ok, ale do ceny beefa muszę dopłacić 2 euro. czyli będzie kosztować 12.95 nawet jeśli bez frytek. Dodatkowo cola za 2.50 (w plastikowej szklance), ale dolewka do woli. Ileż można wypić tego płynu? Czepiam się. No nie wiem, jest recesja, super stek wraz z napojem do wydatek od 12-15 euro, z dodatkami itp. Tutaj buła z kotletem, wcale nie jakieś frykasy, bez dodatków jeśli nie liczyć marnego ogórka, z kawałkiem sera to 13.50, z kurczakiem 15.50. Good luck and good bye.
A tak w ogóle to do pupy z takim chorowaniem. We wtorek mąż zarządził sprzątanie szafy - ty nic nie będziesz robić, leż sobie, będziesz tylko decydować co zostaje, a co nie - ale mi relaks. A miałam czytać. w środę musiałam pojechać do Letterkenny, bo miałam zobowiązania, a miałam czytać i chorować. W czwartek musiałam z mężem do szpitala, a miałam czytać i chorować. A dzis muszę trochę ogarnąć dom i będę leżeć i czytać. Może wreszcie.  

środa, 25 maja 2011

Pojechałam do lekarza i jednak okazało się, że to dysk delikatnie się wysunął i naciska na nerwy. Dostałam leki przeciwzapalne i przeciwbólowe oraz na osłonę żołądka i zalecenie do odpoczynku na kolejne 10 dni. Zwolnienie lekarskie stało się faktem. Zaniosłam je dzisiaj do pracy i pannice jak mnie zobaczyły z certyfikatem od lekarza, to się strasznie nabzdyczyły, bo ktoś będzie musiał za mnie pracować w tej kafejce. Głupie pindy, dobrze im tak. Ja się nieźle musiałam nagimnastykować tam nie raz, nie dwa, i chociaż nie raz mówiły, że jakby co to my jesteśmy na górze i pomożemy, a jak prosiłam, to żadna nie mogła.
Mam je gdzieś. Tym bardziej, że dziewczyny z biblioteki zaraz mnie wypatrzyły, wypytały co i jak, a kiedy się dowiedziały o moim kilkudniowym pobycie w domu, ucieszyły się bardzo, bo właśnie przyszła zamówiona dla mnie najnowsza Patricia Scanlan (trzeci tom jej opowieści o dwóch rodzinach z Dublina). Jakbym nie miała co czytać, jak na złość, mam kilka książek zaczętych. Jak znam życie, nie będę umiała sobie odmówić zaczęcia i tej.
Ale, ale, nie o tym chciałam. Chwalić się będę, że na wyprzedaży w zamykanym wkrótce Atlantic Homecare (szkoda, bo to fajny sklep, ale recesja daje się we znaki niestety), a potem w maleńkim sklepiku ze starociami u mnie na wsi, kupilam kilka fajnych rzeczy do domu. Upiększać będę.
A to tego Atlantica pojechaliśmy po drzwi do szafki, którą mąż będzie przebudowywał i upiększał. Ale jak nie kupić takiego cudeńka za pół ceny?


i teraz sobie stoi w łazience na parapecie okna. Najpierw miałam pomysł, zeby w to wsadzić kwiatki, ale teraz sama nie wiem, może tak zostawię.

Kwiatki za to pójdą do tych dwóch pięknych doniczek, które udają filiżanki do herbaty. Ta jest z TK-Maxa, a niżej ze wspomnianego Atlantica

Za to cięte kwiaty z ogrodu będziemy wsadzać do tego pięknego wazonu, też kupiony z półki z zredukowanymi towarami. 
 
Poniższy misiuś natomiast, został przeze mnie wypatrzony w sklepie ze starociami. Siedzi na książce (która się otwiera i jest świetnym schowkiem na karteluszki czy biżuterię i pod łapką ma też książki. Wszędzie, gdzie się nie udam, wyszukuję 'książkowych akcentów', strasznie się z niego cieszę.
a poniżej piękny kieliszek, niestety tylko jeden, mosiężny osiołek z koszami na grzbiecie i porcelanowe żelazko. Za wszystko, wraz z misiem, zapłaciłam 5 euro. Mogło być pewnie mniej, ale ja się nie umiem targować



A poza tym wspomnę tylko, ze w niedzielę zjadłam dwa irysy makowe i jedną śliwkę w czekoladzie i przeniosłam się do czasów mojego dzieciństwa. Normalnie wehikuł czasu te cukierki.
Idę sobie, bo mi się we łbie kręci od tych leków przeciwbólowych. Za ewentualną nieskładność wpisu przepraszam :-) 

sobota, 26 marca 2011

Tak się wczoraj fizycznie spracowałam przy sprzątaniu, że wieczorem już całkiem zaniemogłam. Kręgosłup daje mi się we znaki.  Przy życiu trzymało mnie to, że czekała mnie sobota, Drugie Sniadanie Mistrzów rano, potem przygotowania do obiadu, czytanie, Szpital na peryferiach i pod wieczór kolejny odcinek serialu na rosyjskiej Jedynce - Obściaja Terapija (coś jak połączenie Na dobre i na złe z Dr. Housem). Ogólnie laba. Niestety rano okazało się, że muszę jechać po zakupy, bo jakoś nie zauważyłam, że lodówka opustoszała. To znaczy, dla mnie tam bylo pełno jedzenia, ale panowie się ze mną nie zgodzili. Chciał nie chciał, włączyłam nagrywanie Drugiego Śniadania Mistrzów, za nic nie chciałam przegapić tego odcinka, gościem był premier Tusk, chwyciłam siaty w kraty i poszłam dopełnić obowiązku żony i matki.
W Lidlu zaczęli sprzedawać pieczywo pieczone na miejscu. Na samym wejściu wali zapachem chleba z pieca, wszyscy spokojnie wchodzą z wózkami, a jak tylko to poczują, zaczynają na przykucu zapieprzać w tamtym kierunku, waląc wózkami po nogach innych oczadziałych zdążających w tym kierunku.  A zaraz potem, jak tylko naładują pieczywo do torebek (zawsze za dużo, bo wszystko wydaje się pyszne), kurcgalopkiem lecą do lodówek z szynką, pomidorami, serem i masłem. No, chyba, że nakupowali słodkich wypieków, to w stronę kawy, mleka lub herbaty. To jest silniejsze od ludzi. Zachowują się jak Odys wzywany przez syreny na pewną zgubę.  Ja zdaję sobie sprawę z tego i specjalnie idę wolniej, co nie znaczy, że nie daję wieść się na pewną 'śmierć diety', nakupowaliśmy z Wojtkiem różności, a to bułeczek z serem na wierzchu ( nie słodkie, takie do wędliny), a to chleb żytni z ziarnami dyni na wierzchu, a na deser trójkąty z jabłkami i  croissanty z nutellą dla syna, który jak tylko poczuje ten czekoladowo-orzechowy zapach, robi minę malutkiego Wojcieszka i trzeba mu to kupić.
W międzyczasie dostałam telefon od małżona, że się zatrzasnął w lodówce podczas remanentu i nie może się dodzwonić do jego managera, a ja miałam gdzieś numer głównego bossa - HELP, bo zamarznę - krzyczy małżon.. Cóż było robić, przeprowadziłam akcję ratunkową i małżon wrócił na rodziny łono, lekko zesztywniały, ale to akurat w pewnych przypadkach wskazane, haha.
W Lidlu kupiliśmy małżonowi na urodziny, co je ma dzisiaj, drzewo magnolii i inne jakieś zielone, ale polskiej nazwy nie znam. Ta magnolia rośnie na 4 metry, a kwiaty ma jak marzenie, ciekawe, czy się przyjmie?
Po zakupach to już sama przyjemność, prasówka, kawka, filmowanie się, książkowanie, surfowanie po necie, czyż życie nie bywa piękne?

piątek, 01 października 2010

Wczoraj byłam w Belfaście. Pojechałam tam ze znajomą po dywan, to znaczy ja po dywan, a ona do kliniki leczącej bezpłodność. Siedziałam w poczekalni aż ona zaliczy wszystkie skany i testy krwi, czytałam książkę, ale co chwilę ją odkładałam i modły dziękczynne wnosiłam za to, że mam dzieci i nie musiałam przechodzić przez to, co ona teraz. Stara się już od ośmiu lat, hoduje jajeczka, a one albo się nie zagnieżdżają, albo roni, albo nie może ich w ogóle wyhodować. Przygowała papiery na adopcję, ale chce ostatni raz spróbować urodzić swoje. W sumie nawet nie wiem, czy nie zrobi i jednego, i drugiego.

Potem pojechałyśmy do IKEI po kartony dla innej koleżanki, zresztą ciężarnej, to nie mogłam nie jechać, jak prosiła, bo by mnie myszy zjadły, hihi. A jeszcze potem fruuu, po dywan dla mnie. Ta znajoma wynalazła świetną hurtownię z dywanami i powiedziała, że jeżeli coś mi się spodoba, to weźmie go na firmę, bedzie taniej, bo bez VAT. W normalnym sklepie nie mogłam nic znaleźć, co by mi się podobało i było jednocześnie na moją kieszeń, bo najtańszy to był wydatek rzędu 250 euro, a takie, co mi dech zapierało to 370/470 euro. O dziale, w którym każdy z dywanów taki piękny, że klękajcie narody, nawet nie mówię, bo tam już w tysiące ceny idą.

W tej hurtowni było wiele, które mi się podobały, a jeden szczególnie, na żywo wygląda lepiej niż na zdjęciach, ale niech będzie, zamieszczę jedno

Jest mięsisty i wygląda jak stary perski. Jest tak zrobiony, jakby był lekko wyblakły. Jak widzicie mam podłogę pokrytą płytkami, bo tu taka moda. Tak już kupiłam dom z tą podłogą i mnie nie bylo stać, zeby ją od razu zmienić. Musze przez jakiś czas z nią życ.

Szkoda tylko, że dopadł mnie tak zwany "bug" czyli grypa żołądkowa, całą noc haftowałam dalej niż widziałam. Od teraz dywan zawsze będzie mi się z tym kojarzył. Musiałam niestety iść rano do pracy, napisałam tylko, że później przyjdę. Okazalo się, że dzisiaj jest msza Wojtka szkoły. Ach, jak pięknie oni śpiewali. Chór, zespół muzyczny - gitary, skrzypce, flety: prosty irlandzki i poprzeczne, bębenki irlandzkie i bongo, przeszkadzajki, fortepian. Wszystkie pieśni do mszy były śpiewane jak pieśni irlandzkie, a na końcu hymn szkoły, który został skomponowany po okiem nauczyciela muzyki przez grupę 15 osób - słowa i muzyka dzieciaków. Tak się wzruszyłam, kiedy oni go śpiewali, klaszcząc, bębniąc w bębny - mieli prawdziwą radochę. No i ksiądz, father Nigel, kapelan szkolny, świetny facet. Tutaj na znak pokoju ludzie podają sobie rękę, a on do nich - przybijcie piątkę na znak pokoju i wszyscy - studenci, nauczyciele, rodzice i ksiądz to robili. Muszę się do czegoś przyznać - kiedy ksiądz powiedział, żeby pomyśleć w jakiej intencji się modlimy, ja - pamiętając, że dzieci zaprosiły mnie do japońskiej restauracji w Yamamori na kolację (taki mój prezent urodzinowy), zamiast modlic się o pokój na ziemi, zdrowie dla ludzi itp, modliłam się o mój żołądek, żeby mnie mdlić przestało, bo jutro już lecę do Dublina i stolik jest na 7 zarezerwowany.

Lecę się pakować, Dublinie nadchodzę! Jadę na Ulster Theatre Festival, mówiłam tu już. W sobotę przedstawienie. Wielkie dla mnie święto, bo kocham teatr zaraz po książkach, nie wiem, czy nie bardziej niż film?

czwartek, 23 września 2010

Kochani, tylko na chwilęczkę wpadłam powiedzieć, że kolega po operacji, dzisiaj wybudzony, nawet coś tam powiedział, rusza tylko prawą ręką, ale po wylewie nic dziwnego, byleby wyszedł z tego najgorszego stanu, to już można potem rehabilitację zacząć i jakoś może powolutku wróci do normy jakiej takiej. No nic, trzeba się cieszyć tym co jest, bo jeszcze tydzień temu nie dawali mu żadnych szans.Cieszę się.

Poza tym małżon kupił mi lampkę do czytania, umieściłam to zdjęcie na blogu czytelniczym, ale co mi tam, pochwalę się i tu

No i pocztą przyszły bilety do teatru na polską sztukę ze Stenką i Englertem, czyli jadę na festiwal teatralny do Dublina już w przyszły piątek. Lecę właściwie, bo sobie bilety kupiłam w specjalnej ofercie, za jedyne 50 euro w obie strony z Donegalu do Dublina, to niewiele drożej niż autobus.
Ech, czyż życie nie bywa piękne?

sobota, 08 maja 2010

Wczoraj byłam na imprezie babskiej, spiknęłyśmy się z laskami,  z którymi kiedyś pracowałyśmy, na wieczór z dobrym jedzonkiem, guinessem i oczywiście soczystymi plotkami - kto nowy w mieście, która zaciażyła i czy te dom, drugi od lewej, zaraz za Gallagherami, został wreszcie sprzedany, czy nadal stoi (ależ oni chcieli niemożliwą ilość pieniędzy za niego!).

Poszłyśmy do pubu z wyszynkiem, jakich tutaj wiele, o nazwie Bayview. Słynni są z dobrego jedzenia, a już najbardziej z domowego banofi pie.

Ja oczywiście wzięłam nie to, co powinnam. Jestem mistrzynią w zamawianiu nietrafionych potraw, czy już wam o tym wspominałam? Zeby być 'on the safa side' czyli bezpiecznie (???) zamówiłam sobie ser kozi zapiekany w koszyczku z filo pastry i warzywami na sposób śródziemnomorkski. Wszytko byłoby ok, gdyby nie to, że zawsze to zamawiam, kiedy tam jestem (nie tak znowu często), okazało się, że mam dość tego dania i mi w gardle stało. Na przeciwko mnie siedziała Margaret i ona zamówiła fantastyczną wołowinę ciętą w paseczki, w jakieś słodkawej marynacie, na sałacie. Jak to dobrze wyglądało i jak smakowało (pozwolila mi widelec wtrynić). Powinnam chodzić do restauracji z ludźmi takimi jak ja, oni źle by wybrali i woleli, to co ja mam, ja bym jadła ich dania. Ale nie ma tak dobrze w życiu.

Potem miałam kaczkę, zjadliwa. Z deserem to już w ogóle ciała dałam. Zamówiłam sernik pieczony, który kiedyś był tu podawany na sposób polski, bo mieli kucharza Czecha (sic!). Chyba go już nie ma w tej kuchni, bo dostałam sernik robiony na sposób irlandzki. Długo by opisywać różnice, uwierzcie mi na słowo, że jest diametralna. Wszystkie dziewczyny jadły banofi pie, które wyglądało zejebiście i smakowało też, bo wylizywały talerze, a ja 'długimi zębami' skubałam to moje ciasteczko, które, miałam poważne podejrzenia, było kupionym gotowcem z Pallasa.

Żadna z nich tym razem nie piła, porządnickie się jakieś zrobiły, a ja na odwórt, miałam ochotę sie skuć, ale nie mogłam sama, bo na drugi dzień miałabym telefony, czy nie potrzebuję pomocy i informacji o najbliższych spotkaniach AA. Nic to, nie mój dzień widocznie.

Około godziny 12 towarzystwo przeniosło sie do jednej z nas, która mieszka niedaleko i o herbacie i herbatnikach, gadałyśmy do ...3.30 rano. W łóżku byłam prawie o 4tej. Trzeźwa jak świnia. Klątwa jakaś czy co?

A dzisiaj czekały mnie zakupy. Brrr, nienawidzę. No, chyba, że zaplanowane, z mężem i dziećmi, przechadzanie się po sklepie, ale kupowanie, żeby po prostu miec w lodówce, to już nie 'my cup of tea'. Z półek do wózka, z wózka na taśmę do kasy, z kasy do wózka, z wózka do toreb (w niektórych sklepach jest taki ruch, że nie ma jak spokojnie do toreb powkładać przed zapłaceniem), do bagażnika, z bagażnika do domu, w domu z toreb, do szafek i w różne dziwne miejsca. Noż kurde, mam ciekawsze rzeczy do robienia niż przekladnie kalafiorów.

Za to szczęśliwa jestem niepomiernie, bo w Lidlu tutaj mają w tym roku, pierwszy raz, kalarepę, i biała rzodkiw się wreszcie pokazała, i cykoria. Tyle fajnych warzywek nakupowałam. Dla blogowiczek mieszkajacych w Polsce to nic dziwnego, na każdym bazarze to jest, ale tutaj, to rarytas. A w Aldim zaszalałam w makaronie - mieli dostawę włoskiego, różnych kształtów i kolorów, chyba z 10 paczek kupiłam. Do tego pesto różniste. Sosy to ja już sama robię.

Zakupy to zdecydowanie moja (nie)miłość. Lubię mieć dobre zapasy, żeby było pod ręką jak mnie szał gotowania ogarnia, ale wolałabym, żeby to do domu samo przybywało. W księgarniach mi się nie nudzi, w drogeriach (chodziaz tu, to moja cierpliwość jest ograniczona), w odzieżowych baaardzo ograniczona, a w obuwniczym cierpliwości niet. Bo ja mam rozmiar 42 i poza niemieckimi sklepami, jestem traktowana jak kobieta-córka podolskiego złodzieja. Sklep ze stanikami chciałabym fajny znać, bo mi potrzebna dobra bra-fitterka, ale taka, która pomoze, a nie tylko udaje, że się zna i wchodzi do kabiny bez uprzedzenia, wpycha mi ręce w stanik i maca. Brrrrrr. Czy bra-fitterek takt nie obowiązuje. Pewnie prawdziwe specjalistki wiedzą, jak się obchodzić z klientką, ale ja widocznie na takie nie trafiłam.

Suma summarum, wolałabym książkę czytać, niz po półkach ze spożywką latać. Szczególnie po nieprzespanej nocy.

niedziela, 28 lutego 2010

Polskie chamstwo znajdzie ludzi wszędzie. Człowiek wyjeżdża do innego kraju, szarpie się podczas aklimatyzacji, wszystko po to, żeby było lepiej, normalniej, ładniej.  Niestaty przyzwyczajenia żywieniowe wyniesione z kraju są bardzo silne, toteż człowieka goni od czasu do czasu (niektórzy tylko tam chodzą) do sklepu polskiego.  A tam, oprócz ogórków kiszonych, twarogu półtłustego, sera podlaskiego, krakowskiej suchej i żuru kiszonego, czeka na ciebie sprzedawczyni. Ona też ma przyzwyczajenia wyniesione z kraju, pewnie w ukryciu nosi w klapie pod spodem opornik, toteż gładko i zwinnie przenosi na grunt irlandzki chamskie zachowania rodem z PSS Społem. Różnica jest tylko taka, że nie nosi uciętej firanki na głowie i białego fartucha, na ścianie nie wisi książka skarg i zażaleń, a szkoda, bo może wtedy jakoś by się hamowała.  E nieeeee, chyba jednak nie miałoby to żadnego znaczenia.

Najbardziej nie lubię kręcenia i robienia klientowi wody z mózgu. Zawsze, kiedy człowiek pyta o jakiś produkt, to albo był i już się sprzedał, albo jest w ciągłej (sic!) sprzedaży, ale trzeba byc w czwartek na dostawie towaru. Przyjeżdzasz w czwartek - ja mówiłam, że w czwartek, nie nie mogłam tak powiedzieć, w piątek mamy towar. A tak w ogóle to twaróg jest zawsze, tylko pani go na półce nie widzi. Czyli głupia, ślepa i do tego z pamięcią krucho, bo mylę czwartek z piątkiem.

Doszło do tego, że idę do tego sklepu w stresie, że się pani sprzedawczyni nie daj Boże czegoś obrazi i będzie kicha.

Gerry Adams w czasach walczącego IRA zwykł mawiać - wiemy, gdzie mieszkacie. Mam wrażenie, że polskie zjawisko chamstwa, takiej odmiany z magla, też wie, gdzie mnie znaleźć.

A tak poza tym fajnie jest. Kupiłam sobie świetny płaszcz, rudy lekko błyszczący, nieprzemakalny. Właściwie to taka kurtka 3/4. Poza tym piękne lustro na nóżce do łazienki, a w przyszłym tygoniu przylatuje kolega i może przywiezie mi "Kapuścińskiego non-fiction". Obiecywałam, że nie będę w tym roku kupować książek, ale ta jest absolutnym must-read.

W TV leci po raz setny Masz wiadomość, nie przeszkadza mi, mogę oglądać w nieskończoność, zawsze chciałam mieć taką księgarnię. Potem Szymborska w reportażowym filmie Kolendy-Zalewskiej. Nagram dla córki i dla potomności. Już nie mogę się doczekać.

21:10, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (6) »
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!