|
Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Wpisy z tagiem: rodzina
piątek, 27 kwietnia 2012
Na wstępie chciałam przeprosić Kate i Cezara, bo to wspaniali ludzie i ich wizyta zasługuje na oddzielny, długaśny wpis, ale niestety podziało się tak jak podziało, zbiegło się to wszystko z moim wyjazdem i kicha. Teraz wyglądam tak (uwielbiam 'paczizmy')
niedziela, 27 czerwca 2010
Ależ mi się pięknie weekend zaczął. W piątek znalazłam białe piórko. Ni stąd, ni zowąd, od dawna mi się to nie zdarzyło, leżało sobie na mojej drodze. Starzy ludzie zwykli mówić, że takie pióro oznacza, że twój Anioł Stróż jest blisko i to on je zgubił. Piękne, nieprawdaż? Postanowiłam w to uwierzyć, od razu mi się lżej na duszy zrobiło; wiara, że ktoś ma na nas baczenie, dodaje siły. Położyłam sobie je pod aniołem, takim okrąglutkim i uśmiechniętym, niech mi przypomina, że niczego nie muszę się bać, bo mam dobrą rodzinę i Anioła w odwodzie.
Wieczorem przyjechała córka Michalina, w domu święto, jak zawsze kiedy przyjeżdża, nawet żeby to miało być co tydzień, my i tak cieszymy się, jakbyśmy jej miesiąc nie widzieli. Zrobili tacie niespodziankę, trochę spóźnioną, bo u nas dzień taty był w poprzednią niedzielę, rozmawiali tylko przez telefon, a w piątek dostał kartę z rysunkami (Wojtek jak zwykle rysuje motylki, które ja biorę za pszczółki, stary koń, a nie może zabraknąć jego rysunków), napisali piękną dedykacją, a do tego wręczyli mu ciemne piwo (typu Guiness), z prywatnego browaru, czy cos w tym stylu, w każdym razie można je kupić tylko w Dublinie w dwóch miejscach. Rarytas taki. Bardzo się ucieszył. Sobotę tradycyjnie zaczęłyśmy odcinkiem House’a (mamy nagrane i oglądamy zawsze razem) przy śniadaniu, a resztę dnia przesiedziałyśmy w kuchni. Tak już mamy, ze jak chcemy sobie lub komuś okazać miłość, to przez gotowanie. Zaplanowałyśmy drugą część niespodzianki dla taty – ciasto. Tym razem padło na sernik na kruchym spodzie w rabarbarem.
Miśka jeszcze postanowiła upiec bezy miętowe, bo za nią chodziły, a na obiad potatoe wedges, czyli pieczone ziemniaczki z kurczakiem z grilla i sosem jogurtowym z czosnkiem.
Mieszałyśmy, dosmaczałyśmy, kroiłyśmy, wyciskałyśmy, a Wojtek siedział z nami przy stole w kuchni, przy laptopie i wspierał nas duchowo, grając w coś na Facebooku. Miałyśmy czas nagadać się za wszystkie czasy, czyli do następnej wizyty. W połowie gotowania obowiązkowa kawka.
Cały weekend rozpierała mnie radość, że wszyscy jesteśmy w domu, a do tego córka przywiozła ze sobą niespodziankę od mojej koleżanki z Dublina, a właściwie ze Swords. Poznałam ją przez inną zapoznaną tu dziewczynę, spotkały się kiedyś na lotnisku, zakolegowały, potem Kasia poznała mnie z Izą i tak to się toczy. Mówię wam, palec Boży, według wszelkich przesłanek – miejsca, czasu, dróg krzyżowania – nie powinnyśmy się nigdy spotkać, a jednak. Tak się cieszę, że mamy okazję się zaprzyjaźnić. Niespodzianka, ponieważ jest książkowa, jest do zobaczenia na moim blogu kulturalnym TU
środa, 07 kwietnia 2010
Nie dość, że cale święta do teraz jestem złożona chorobą, mam nos zatkany na ament, jak mawiała babcia mojej koleżanki, straszne bóle głowy i mięsni, gardła, uszu, zębów i ....szybciej by było wymienić, co mnie nie boli. Na antybiotykach, ale poprawa marna, to jeszcze dziś dostałam telefon i informację, że mama na ostrym, w szpitalu. Zawieźli ją o 15, a o 19 jeszcze tam siedziała, a oni nie wiedzieli, czy ją zostawić czy do domu posłać? Już raz była w szpitalu skierowana przez rodzinnego na badania, bo ją brzuch boli z prawej strony i czasem puchnie. Wtedy zrobili rtg brzucha i wyslali do domu z zaleceniem, że jak dalej tak bedzie to usg w przychodni trzeba robić. Kurde, to nie mogli od razu, przecież widzą, ze kobieta po udarze i niewiele mówi, to takich ludzi już nie trzeba diagnozować?
sobota, 20 marca 2010
Wciąż mam do czynienia z tym zjawiskiem. Moja babcia z dumą nosi w sobie świadomość, że całe życie była chora na depresję i tym załatwia się każdy trudny temat. Moja mama zachowuje się jak osoba chora na depresję, ale miała też problem z tarczycą, więc to ta druga choroba wzięła na siebie wszystkie symptomy i o tym pierwszym problemie skwapliwie zapomniano. Teraz jest po udarze mózgu, więc mówi się, że to normalne, że ma depresję, bo sobie od czasu do czasu zdaje sprawę, co się stąło. Ja rękami i nogami bronię się przed wszelkimi dołami, chociaż przegrywam na całej linii, jeżeli chodzi o zwykłe chandry (któż ich nie doświadcza od czasu do czasu?), natomiast zupełnie w glowie nie mieści mi się porzucenie wszystkiego, zakopanie sie w łóżku i nicnierobienie. Wiem jadnakże, że to nieważne, co mi się w głowie mieści czy nie, może ta choroba dopaść każdego i wtedy najważniejsze jest, żeby szybko szukać pomocy, żeby sobie z tego zdać sprawę, bo inaczej nie tylko sobie życie niszczymy, ale i bliskim. Noszę w sobie piętno mojej mamy depresji, czy trudnego charakteru, bo do tej pory nie wiem, która to byla/jest opcja? Mam swoję demony, które mnie dopadają regularnie, złe sny, okresy niedobrego samopoczucia, kiedy to całe moje ciało buntuje się przeciw temu, jaki wpływ wywiera na mnie 'mother factor'. Kiedys, kiedy trzeba było (zwróćcie uwagę, że piszę trzeba, a nie, ze czekaliśmy na to cały rok z niecierpliowścią), a więc trzeba było rodzicielke odwiedzić, wizyta skończyła się u mnie ogólnym 'zawałem organizmu'. Wszystko przestało działac, miałam bóle brzucha, spuchły mi nogi i nie mogłam z bólu chodzić, nie mogłam jeść, bolała mnie głowa, ręce.... Lekarka, która się mną zajęła, załamała ręce, powiedziała, że jak pojadę do domu (wtedy mieszkałam w Siedlcach), to chyba bedę musiała się połozyć do szpitala, tak ze mną źle. Wróciłam, jakiś mądry lekarz, po wywiadzie, zorientował się chyba, w czym rzecz, bo dały mi lekkie leki antydepresyjne (ale mi nie powiedział i mam do niego o to żal do dziś, bo bym nie wzięła), w zaciszu domowym w tydzień wszystkie dolegliwości ustąpiły i nigdy nie wróciły. Okazało się, ze to była reakacja psychosomatyczna na to, co działo się podczas wizyty w rodzinnym domu. Do tej pory nie moge wyjść ze zdziwienia, jak psychika ma wpływ na działanie organizmu i jak stres potrafi wziąć góre na rozumem. Do tej pory, kiedy wiem, że czas zadzwonić do mamy, dowiedzieć się, co u niej, zaczynam mieć rewolucje, wymiotować nawet. Ucieklam aż tutaj, do Irlandii. Chociaż to był przypadek, a nie swiadome działanie, skwapliwie skorzystałam z okazji. Mąz uważa, że przesadzam, bo ja nie chciałam, on mnie postawil przed faktem dokonanym, ale ja mam podejrzenia, że ucieczka to też była. Uciekam, a i tak mnie depresja dogoniła, tyle że nie moja, nie rodziny, tylko jednej z mieszkanek mojego miasteczka, Irlandki. Czy ja mam jakiś znak na czole, że mnie ci ludzie sobie wybierają? Ja pieprzę, dlaczego ja? Pierwszy odruch to było - nie zgadzaj się, uciekaj! Ale potem pomyślałam sobie, że tyle osób pomagało mi porządkować dom mamy, w takim samym stanie, a ostanio też mieszkanie, które też zdołała zapuścić, i szwagierka, i szwagier (ze strony męża), ale też przyjaciele, przecież nie musieli, przecież to nie był ich problem, też pewnie mieli coś fajniejszego do roboty, teraz przyszedł czas zapłaty za dobroć innych i ja mogę też komuś pomóc. I polazłam tam, walczyłam z bałaganem i brudem. Czeka mnie jeszcze tydzień takiego szaleństwa w pajęczynach. Nie problem z wysiłkiem fizycznym (chociaż też, bo strasznie ciężka to praca), problem przebywać w towarzystwie tej nieszczęśliwej kobiety, bo ja rozpaczliwie potrzebuję normalnych, wesołych ludzi, a jeżeli nie, to spokoju. Samoobrona taka. Trzymajcie za mnie kciuki, żebym nie osiwiała przez te kilka dni. A swoją drogą takie to moje zezowate szczęście, koleżanka została poproszona o pomoc pewnej lekarce w porządkowaniu jej wielkiej biblioteki po remoncie, odkurzaniu książek itp, sobie robiły te porządki, rozmawiały o zyciu, fajnie było. A ja? No sami powiedzcie, czy to nie pech jakiś?
poniedziałek, 01 lutego 2010
Jestem w domu sama. Po miesiącu czasu, kiedy dom od rana tętnił życiem, wszystko wróciło do normy. Do mojej obecnej normy, bo wcześniej było inaczej. Odkąd córka na studiach, a syn już na tyle duży, że mnie nie potrzebuje w każdej minucie życia, a właściwie odkąd poszedł do Secondary School to prawie w żadnej minucie życia (mąż się zrzyma na takie gadanie, mówi - potrzebuje wiedzieć, że jesteś obecna, ale już tak na tobie nie wisi, to chyba dobrze?), moja norma zmieniła się o 180 stopni i musze się do tego jakoś przyzwyczaić. Kiedyś wydawało mi się, ze nigdy już nie przyjdzie taki czas, kiedy będę mogła spokojnie ugotować obiad, poczytać książkę nie ukrywając się w toalecie, a teraz myślę, że przyszedł za szybko. Mąż upomina - nie jęcz tylko ciesz się wolnością, zaraz przyjdą wnuki i znowu będziesz miała dom "pełen ludzi". Ma rację, ale co z tego? Miesiąc pobytu Michaliny w domu to było dla mnie święto, tym bardziej, że i Wojtek miał wolne z powodu pogody. Święta wiadomo, to co u wszystkich, obżarstwo i lenistwo, a potem, chyba przez ten zalegający śnieg i wolniejsze tempo życia z tego powodu, dalsze lenistwo i same przyjemności. Gotowałyśmy razem, piekłyśmy, oglądałyśmy zaległe filmy i seriale, chodziliśmy wszyscy razem na spacery z pieskiem Frankiem, a kiedy młodzież spędzała czas na górze grając w gry, czy oglądając filmy nie dla zgredów, ja czytałam na dole książkę lub surfowałam po internecie. A teraz jak ten kołek, jak palec albo coś tam, siedzę, słucham konkursów TV, bo mi się nie chce przełączyć kanału i włosy z głowy sobie rwę. A pani na ekranie podekscytowanym głosem tokuje - gramy dalej, nie ociągamy się, nasz program zmierza ku końcowi... No i niech sobie zmierza, myślę. Jakieś dziwne uzależnienie człowieka dopada, kiedy już na taki program trafi. Nie może oglądać, nie daje rady tego słuchać - proszę zobaczyć, 100 złotych, 100 złotych! za imię żeńskie kończące się na literę A. Krzyczę na całe gardło, przecież wszystkie kończą się na literę A. I słucham dalej. Na szczęście trafia mi się to mniej więcej raz na miesiąc, a tylko raz na pół roku nie mam siły ani ochoty przełączyć. Więc to chyba jednak jeszcze nie uzależnienie od durnowactwa. Przełączam kanał i ide robić śniadanie - smaruję chleb i słyszę, że para warchlaków kosztuje w niektórych regionach 200 złotych. Baaardzo ciekawe. A moja córka w Maroku ze swoją grupą ze studiów, robią zdjęcia i szkice do projektów, przy okazji się przy tym bawią. Cieszę, że żyjemy w czasach, że takie ciekawe życie jest jej udziałem. Ja na to nie miałam żadnych szans. Rzuciłam się do robót domowych, bo mnie ta katatonia dobija. Dzieci poszły w świat (prawie, ale tak sobie mówię, żeby się powoli przyzwyczajać), a ja? - gramy dalej, nie ociągamy się... |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi
Notatki Coolturalne ![]() Wypromuj również swoją stronę Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
|