|
Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Wpisy z tagiem: Pech
niedziela, 13 czerwca 2010
Weekend zaczął mi się 'ale wcale pięknie' - mój samochód nie przeszedł NCT, czyli przeglądu na następne dwa lata. Ogólnie wszystko jest z nim w porządku, poza tym, że trzeba już wymienić przewody hamucowe, bo są lekuchno zardzwiałe, jeżdzić można, ale na dwa lata ryzykować nie będą, muszę wymienic i wrócić. Wiedziałam o tym i bym to zrobiła, gdybym miała więcej czasu, ale terminów, okazało sie, wolnych nie było, na kilka miesięcy czekania (nigdy wcześniej tak nie było, ale ludzie przestali kupować nowe samochody, recesja, a od 4 lat wzwyż podlegają przeglądom), jakiś się nagle zwolnił, za trzy dni od powiadomienia, wzięłam co było, w nadziei, wiadomo matką głupich, że przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę... żebym się nie zdziwiła. Małżon chciał mi poprawić humor i zamontowac nowe radio, takie z USB wejściem i na karty też. Jak zaczęli z jeszcze-nie-zięciem majstrować, szlak trafił kierunkowskazy, światło wewnątrz, ten brzęczyk, co przypomina o zapalonych światłach, kiedy samochód stoi i kto wie, co jeszcze? Pojechaliśmy na ten festiwal. Byłam nastawiona na zrobienie dla gazety kilku rozmów z Polakami, których miałam nadzieję tam spotkac. Ubrałam się w identyfikator PRESS, poczyniłam telefon w sprawie - Hallo, przedstawiłam się ładnie, dygnęłam nóżka, a dziewoja.... spuściła mnie na drzwo. Po krótce powiedziła, że jej tam nie ma, innej wydzwaniać nie będzie, bo nie może jej narazac na nieprzyjemności (hę???), może ona sobie tego nie zyczy, a w ogóle czy ja musze o tym pisac? Mialam konspekt na fajny tekst o ludziach, którzy nie tylko pracują w różnych sektorach, jak to na emigracji, ale realizują też swoje pasje, między innymi jako wolontariusze pracując na festiwalu. Miałam pomysł, jak ten tekst, wcale przecież nienowatorski, w nietuzinkowy sposób przestawić. Dostałam kubłem po zimnej wodzie w łeb i szybciutko zweryfikowałam swoje plany - usiądę sobie, kawę wypiję, co będę tak tutaj stać, całkiem sama, jak palec albo coś tam.... Córka uśmiała się jak norka. Ja najpierw się zdenerwowałam, ale fakt, że to w sumie śmieszne zdarzenie było. Nie mam ciśnienia, freelancer jestem, nie musiałam nic pisać, udałam się więc na film - świetny, o tym jak obecnie wygląda sprawa rozwodów w Iranie, państwie, gdzie prawo szariatu jest przestrzegane co do kropki. Kobiety są jednak niesamowite, niezależnie od przeciwności, w każdej sytuacji dajemy sobie radę i te irańskie, mimo, że w czadorach, mimo, że kraj mężczyzn rządzących, grają im na nosach wbrew wszelkich przeciwnościom. Kolega obiecał, ze zamontuje radio, rano się umówiliśmy, jeszcze przed szkołą polską i otworzeniem biblioteki. Dzisiaj o 7 pobódka, o 8 wyjazd, o 9 u niego, montują, montują, montują, coś tam w kablach porządkują, wsadzili, gra, hura!!!....ale CD nie połyka płyty. No żesz k... Cały dzień popsuty, aż do wieczora, kiedy się okazało, ze radia jeszcze w sklepach są i można wymienić. Uffff. Małżon, wyszkolony przez kolegę, w kablach pięknie posegregowanych pomieszał i radio chodzi. Jak złoto. To sobie tylko kawkę piję na bratki przy drzwiach spogladając
sobota, 29 maja 2010
Jak ważny dla kobiety jest jej fryzjer, nie trzeba chyba pisać. Od tego co ma na głowie, zależy jej samopoczucie, świadomość własnej wartości; kobieta, która ma zadbane, dobrze obcięte włosy, może zdobywać góry, od tego może nawet zależeć czy odniesie sukces, i towarzyski, i zawodowy. Kolor włosów też jest ważny. Czy woli naturalne, bez dotyku chemii? A może zmienia kolory wraz ze zmianą pór roku? A może zależy to od tego, czy jest w nastroju do walki, czy może odpoczywa po? Ciemniejsze, ostre kolory wskazywałyby na osobę energiczną, albo taką, która musi podjąć się zadań szczególnych, trudnych i przywdziewa kolor jak zbroję. Kiedy kobieta jest pewna swojej pozycji, kiedy umacnia ją na już raz zdobytym polu, może sobie pozwolić na pastele, blondy, ciepłe brązy i blond-rudości. O ile oczywiście farbuje, bo są i takie aktywistki, które tolerują tylko surową naturalność, wtedy trudniej stwierdzić, czy ona jest w fazie zdobywcy, czy w fazie odpoczynku wojownika. Jest nieobliczalna jak Wiking. Albo po prostu ma piękne włosy, które szkoda by zniszczyć farbowaniem i jest pewna swojej wartości i bez podkreślania jej kolorem. Albo fleja, ale to już inna sprawa, bo takie to się zdarzają niezależnie czy w kolorze, czy au naturel. Podziwiam kobiety, które nie przywiązują się do jednego fryzjera, tylko wybierają na chybił trafił, gdzie akurat jest wolne albo ‘bo właśnie przechodziły i im się lokal spodobał’. Ja muszę się do swojego ‘oprawcy’ przyzwyczaić, wolę mężczyzn niż kobiety, wierzę w to, że dopiero, kiedy klient i fryzjer się poznają, następuje miła symbioza i pełne zrozumienie. W każdym razie minimalizuje się możliwość ‘kto-ci-taką-krzywdę-zrobił’. W Polsce miałam bardzo fajną dziewczynę, która rozumiała mnie jak nikt inny i miała świetną rękę do cięcia. Bo to jest dla mnie najważniejsze – nożyczki, sprawne i dobre strzyżenie, włosy farbuję sobie sama, bo mnie najzwyczajniej w świecie boli, kiedy musze zapłacić straszne pieniądze za ich malowanie. Tutaj, po wielu nieudanych próbach, znalazłam, a właściwie oni mnie znaleźli, bo zjechali do naszego miasteczka i otworzyli zakład, dwóch gejów z Londynu via Hiszpania. U nich kobieta była zaopiekowana jak nigdzie indziej, otoczona miłą atmosferą i atencją, kiedy wchodziło się do zakładu rzucali ci się na szyję i ‘darling’ oraz ‘my love’ nie było końca. No i byli dobrzy. Zniknęli po czterech latach, tak nagle jak się pokazali, widocznie taki mają styl, włóczykije. Teraz włosy obcinam u Polki i jest świetnie, ale podczas pobytu w Dublinie coś mnie podkusiło, zaszaleć chciałam (dla mnie to sam szczyt szaleństwa) i udałam się do fryzjera chińskiego. Wiele o nich słyszałam, że mają styl inny od wszystkich w Europie, że kiedy zaczynają śmigać nożyczkami, to powstaje fryzura najbardziej oryginalna od wszystkiego, co miałaś kiedykolwiek na głowie. Hmmm, to prawda, tylko nie jestem pewna, czy w takim tego stwierdzenia znaczeniu, w jakim się spodziewałam. Już samo mycie głowy odbywa się zupełnie inaczej, leży się z głową w zlewie, ale na kwadracie obleczonym skórą robiącym za swego rodzaju myjkową poduszkę. Przyjemnie jest i miękko, a do tego fryzjer robi masaż. Nie wiem jaki, ale po wyglądałam jak rastafarianin na haju, słowa mojej córki, która mi towarzyszyła i obserwowała te wszystkie ablucje. Potem posadzono mnie na fotelu i padło sakramentalne pytanie, którego tak naprawdę nienawidzę – jak tniemy? Pokazałam panu zdjęcie Ewy Kasprzyk w absolutnie fantastycznym krótkim cięciu i poprosiłam, że ja bym chciała tak samo. Czego fryzjerzy naprawdę nienawidzą? – pokazywania stylizowanych gwiazd i oczekiwania takiego samego efektu. No, ale skąd brać inspiracje jak nie z magazynów? Zawsze w takich wypadkach się śmieję, że wiem, że nie będę taka ładna, ale chociaż może tak ładnie obcięta? Pan fryzjer nie uśmiał się ze mną, jakiś ponurak pomyślałam, bo mi do głowy nie przyszło, że jego angielski jest słabiutki. Jestem z Donegalu, my tu dużo gadamy, ze wszystkimi. No, więc tokuję to tego swojego fryzjera, czy trudno wyjechać było z Chin, czy oni tam mają paszporty w domu i przepraszam, że tak pytam, ale my kiedyś nie mieliśmy, a przecież tam nadal komunizm i to taki raczej hard-corowy, ale on może ze mną o tym gadać, bo ja z Polski, więc towarzysz w niedoli jeszcze do niedawna i tak gadam i gadam, aż się zorientowałam, że on ani słowa nie rozumie, ni hu hu. Czy on zrozumiał, co ja na tym moim biednym łbie chciałam mieć? Spojrzałam na jego ręce i od razu wiedziałam, że robi, co mu się żywnie podoba, nie bacząc na zdjęcie aktorki, na moje chcenia-nie chcenia. A włosy coraz krótsze i wyglądam co najmniej dziwnie. Michalina mówi, że miałam panikę i rozpacz wypisane na twarzy, ale już było późno, żeby zatrzymać ten proces pozbywania mnie włosów. Spojrzałam w lustro na Chinkę za moimi plecami, która sobie tam coś układała, złapała moje spojrzenie, podniosła kciuk do góry i zakiwała się do przodu i do tyłu w akcie aprobaty. Jedyne, co mi przyszło do głowy to – ale się wpakowałam w g…. (i nie było to tak łagodnie powiedziane jak tu). Postanowiłam przyjąć to na klatę. Sama się pchałam, trzeba się teraz wykazać ‘godnościom osobistom’. Nagle pan fryzjer zarządał – otworzyć oczy (bałam się, że postradam zdrowe zmysły), patrzeć jak układam, w domu robić tak samo; krótko dobzie, długo niedobzie, równo też niedobzie, nierówno dobzie dobzie (miał na myśli, że niesymetrycznie jest dobzie, tfu dobrze). Mnie niesymetrycznie? Przecież ja jestem maniaczką symetrii, ratunku!!! Postawił mi sto kogutów na głowie i usatysfakcjonowany efektem końcowym, zdjął ze mnie fartuch i ukłonił się dwornie. Ja chyba zwariuję, pomyślałam, jak ja teraz na ulicę wyjdę? Moja córka utrzymywała, że wyglądam świetnie, postanowiłam, dla higieny psychicznej, jej uwierzyć. Cały dzień bacznie unikałam wszelkich luster czy okien wystawowych. Luuudzie, ja chciałam zaszaleć, a nie oszaleć!
niedziela, 23 maja 2010
Nie było mnie tu dwa dni, mini odwyk taki, nie z własnego wyboru, zajętość wielka była u mnie ostatnimi dniami. W sobotę trening w szpitalu dla tlumaczy klientów, którzy przeszli różnego rodzaju traumę. Bardzo ciekawy i nie żal mi żadnej minuty spędzonej na nim, ale czy to się musiało odbyć w najbardziej upalny dzień tego roku? Po cichu mam nadzieję, że takich dni będzie więcej, ale takie myśli w Donegalu to wielka brawura, więc raczej stańmy na tym, ze byłam wielce poszkodowana tracąc 'ostatnią' okazję do poleżenia na plaży i dopieszczania lenia. Kurs był wielce przydatny, ale siedzenie na krzesłach z dermy od 9-4 zabiło we mnie ducha wiedzy, tym bardziej, ze poważnie obawiałam się odparzeń na tyłku. Trzęsłam tym zabitym duchem jak trupem żołnierza na polu bitwy, ale wraz ze wzrostem temperatury w pomieszczeniu, byly to działania coraz bardziej skazane na niepowodzenie. Tym bardziej, że okno było otwarte tylko jedno, a kiedy chcieli otworzyć drugie obok, nie na przeciwko, kilka osób stwierdziło, że przeciąg i nie daj Bóg ich pokręci. A ja myślałam, że tylko Irlandczycy mają taki strach przed swieżym powietrzem, a przeciągi, w ich mniemaniu, zabijają gorzej niż IRA w najaktywniejszych latach. Bardzo fajne były rozmowy, bo można było swobodnie wymienić sie doświadczeniami i wrażeniami, a poza tym poznać ludzi, z którymi normalnie pewnie nie miałabym okazji skrzyżować dróg. Kilka Polek, tez fajnie, nawet bardzo, ale też dwoje ludzi z Indii, Chinkę, Hiszpankę, Rumunki, Niemkę urodzoną we Włoszech i tak dalej. W sumie miły dzień, wolałabym żeby to był jednak któryś z 364rech deszczowych. A wieczorem impreza urodzinowa, z pysznym grillem (nie jesteśmy oryginalni w tę pogodę), tortem z pół litrem malibu w kremie i nasączeniu biszkopta, już sama nie wiem, co mi szybciej poszło do głowy, ten tort, czy jednak drinki, które piłam, o zgrozo, przez słomkę? I tu też poznałam fajnych ludzi wizytujących gospodarzy. Czyż jest coś lepszego od dobrego jedzenia, napitków (niektórzy marudzili, że mam za wolne tempo, ale przecież to nie o ilość chodzi, ale o jakość) i dowcipnych rozmów? Nie znajduję.
sobota, 20 marca 2010
Wciąż mam do czynienia z tym zjawiskiem. Moja babcia z dumą nosi w sobie świadomość, że całe życie była chora na depresję i tym załatwia się każdy trudny temat. Moja mama zachowuje się jak osoba chora na depresję, ale miała też problem z tarczycą, więc to ta druga choroba wzięła na siebie wszystkie symptomy i o tym pierwszym problemie skwapliwie zapomniano. Teraz jest po udarze mózgu, więc mówi się, że to normalne, że ma depresję, bo sobie od czasu do czasu zdaje sprawę, co się stąło. Ja rękami i nogami bronię się przed wszelkimi dołami, chociaż przegrywam na całej linii, jeżeli chodzi o zwykłe chandry (któż ich nie doświadcza od czasu do czasu?), natomiast zupełnie w glowie nie mieści mi się porzucenie wszystkiego, zakopanie sie w łóżku i nicnierobienie. Wiem jadnakże, że to nieważne, co mi się w głowie mieści czy nie, może ta choroba dopaść każdego i wtedy najważniejsze jest, żeby szybko szukać pomocy, żeby sobie z tego zdać sprawę, bo inaczej nie tylko sobie życie niszczymy, ale i bliskim. Noszę w sobie piętno mojej mamy depresji, czy trudnego charakteru, bo do tej pory nie wiem, która to byla/jest opcja? Mam swoję demony, które mnie dopadają regularnie, złe sny, okresy niedobrego samopoczucia, kiedy to całe moje ciało buntuje się przeciw temu, jaki wpływ wywiera na mnie 'mother factor'. Kiedys, kiedy trzeba było (zwróćcie uwagę, że piszę trzeba, a nie, ze czekaliśmy na to cały rok z niecierpliowścią), a więc trzeba było rodzicielke odwiedzić, wizyta skończyła się u mnie ogólnym 'zawałem organizmu'. Wszystko przestało działac, miałam bóle brzucha, spuchły mi nogi i nie mogłam z bólu chodzić, nie mogłam jeść, bolała mnie głowa, ręce.... Lekarka, która się mną zajęła, załamała ręce, powiedziała, że jak pojadę do domu (wtedy mieszkałam w Siedlcach), to chyba bedę musiała się połozyć do szpitala, tak ze mną źle. Wróciłam, jakiś mądry lekarz, po wywiadzie, zorientował się chyba, w czym rzecz, bo dały mi lekkie leki antydepresyjne (ale mi nie powiedział i mam do niego o to żal do dziś, bo bym nie wzięła), w zaciszu domowym w tydzień wszystkie dolegliwości ustąpiły i nigdy nie wróciły. Okazało się, ze to była reakacja psychosomatyczna na to, co działo się podczas wizyty w rodzinnym domu. Do tej pory nie moge wyjść ze zdziwienia, jak psychika ma wpływ na działanie organizmu i jak stres potrafi wziąć góre na rozumem. Do tej pory, kiedy wiem, że czas zadzwonić do mamy, dowiedzieć się, co u niej, zaczynam mieć rewolucje, wymiotować nawet. Ucieklam aż tutaj, do Irlandii. Chociaż to był przypadek, a nie swiadome działanie, skwapliwie skorzystałam z okazji. Mąz uważa, że przesadzam, bo ja nie chciałam, on mnie postawil przed faktem dokonanym, ale ja mam podejrzenia, że ucieczka to też była. Uciekam, a i tak mnie depresja dogoniła, tyle że nie moja, nie rodziny, tylko jednej z mieszkanek mojego miasteczka, Irlandki. Czy ja mam jakiś znak na czole, że mnie ci ludzie sobie wybierają? Ja pieprzę, dlaczego ja? Pierwszy odruch to było - nie zgadzaj się, uciekaj! Ale potem pomyślałam sobie, że tyle osób pomagało mi porządkować dom mamy, w takim samym stanie, a ostanio też mieszkanie, które też zdołała zapuścić, i szwagierka, i szwagier (ze strony męża), ale też przyjaciele, przecież nie musieli, przecież to nie był ich problem, też pewnie mieli coś fajniejszego do roboty, teraz przyszedł czas zapłaty za dobroć innych i ja mogę też komuś pomóc. I polazłam tam, walczyłam z bałaganem i brudem. Czeka mnie jeszcze tydzień takiego szaleństwa w pajęczynach. Nie problem z wysiłkiem fizycznym (chociaż też, bo strasznie ciężka to praca), problem przebywać w towarzystwie tej nieszczęśliwej kobiety, bo ja rozpaczliwie potrzebuję normalnych, wesołych ludzi, a jeżeli nie, to spokoju. Samoobrona taka. Trzymajcie za mnie kciuki, żebym nie osiwiała przez te kilka dni. A swoją drogą takie to moje zezowate szczęście, koleżanka została poproszona o pomoc pewnej lekarce w porządkowaniu jej wielkiej biblioteki po remoncie, odkurzaniu książek itp, sobie robiły te porządki, rozmawiały o zyciu, fajnie było. A ja? No sami powiedzcie, czy to nie pech jakiś? |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi
Notatki Coolturalne ![]() Wypromuj również swoją stronę Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
|