Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli

Wpisy z tagiem: odchudzanie powiedzmy

piątek, 17 lutego 2012

Po kolei - mama pojechała do domu, ale z tego, co rozmawiałam, jest nieźle. Leki tylko kosztowały jak za zboże, ale dla wszystkich, którzy mieszkają w Polsce to chyba nic nowego.

Teatr okazał się strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie miałam marny ubaw, bo martwiłam się mamą i z torebki wysyłałam smsy, lepiej by mi było w ogóle nie pójść, ale po pierwsze - w domu były urodziny syna i byłoby mi  jeszcze gorzej zebrać myśli w rozgardiaszu i grupie prawie dziesięciu nastolatków, a po drugie bilet to mój prezent walentynkowy, nie dało się tego spektaklu obejrzeć inaczej, a prezent to prezent.

Sztuka była wystawiona przez znaną trupę teatralną Rough Magic Theatre Company, tytuł Plaza Suite. Jeden pokój w hotelu, trzy pary tam zamieszkujące, trzy historie, jedna cecha wspólna - o życiu, o związkach i śmiesznie. Nie dlatego, że były jakieś gagi, że się ktoś na skórce od banana przewrócił, ale dlatego, że dialogi były pełne humoru, chociaż dotykały ważkich tematów. Tak też można, a nawet trzeba.
Córka kupiła bilety na ten sam spektakl, ci sami wykonawcy, ale grany w Dublinie. U nas bilety 20, w stolicy 36 najtańszy.

 

Zobaczcie filmik reklamujący spektakl





Tego dnia zaliczyłam swój pierwszy sukces dietetyczny. Przed spektaklem usiadłyśmy we włoskiej restauracji na przekąskę. Wcześniej nie miałam nic w ustach oprócz chwytanych w pośpiechu owoców i śniadania. Zanim zorganizowałam przyjęcie synowi, zanim podzwoniłam w sprawie mamy, już musiałam jechać do Letterkenny, to prawie godzina drogi. Usiadłam w restauracji, przejrzałam kartę i powiedziałam sobie - dobra, stres wielki, nic nie jadłam, do łózka idę za kilka godzin, zjem pizzę. Comfort eating mi się włączyło. Trwałam w tym postanowieniu, aż do przyjścia kelnerki. Kiedy przyszło do zamawiania poprosiłam o... kurczaka w lekkim sosie cytrynowym, a zamiast ziemniaków czy frytek - sałata z lekkim dressingiem.
Siedziałam potem i sobie w brodę plułam - dostanę pewnie tradycyjnie (bo ja zawsze zamawiam najgorsze danie w danym miejscu) jakieś g.. którego nie zjem i padnę trupem.
Moja decyzja została nagrodzona jednak przez los, bo na talerzu dostałam strasznie smacznego kurczaka z grilla, polanego nie jakimś ciężkim sosidłem, a dużą ilością świeżo wyciśniętego wraz z miąższem soku z cytryny zmieszanego z łyżką lub dwiema sklarowanego masła, sałata też była świetnie i lekko przyprawiona. Fantastyczny posiłek, lekki i mieszczący się w ramach mojego dnia diety, bo właśnie powinnam jeść pierś drobiową. Wygrałam z własną słabością do zajadania stresów i było mi z tym dobrze.
A dzisiaj NIE zjadłam pączka, ani faworka (pewnie dlatego, ze go nie miałam), ale też i nie szukałam. Wprawdzie byłam w sklepie i miałam taką myśl, żeby zahaczyć o stoisko z pączkami i wyjąć jednego i w ukryciu skonsumować, ale w porę stwierdziłam, ze to by było jednak żałosne i wpędziłoby mnie w dół bez dna.
I to też było zatrzymanie się przed zajedzeniem stresu, bo wczoraj w nocy kupiłam bilety do Polski i przeżywam to cały czas.  Moje wizyty w kraju zawsze są trudne, przykre i wykańczające mnie nerwowo na tyle, że leczę je jeszcze wiele tygodni po powrocie. Nic to, w garść się trzeba wziąć.
Strasznie trudno być dorosłym. 

niedziela, 12 lutego 2012

Dawno nie pisałam, ale co zrobić, jeśli człowiek spiczniały jakiś i nos na kwintę, pogoda w tym wydajnie pomaga, a skarżyć się nie chce? Zamilknąć
Pogoda od trzech dni u nas piękna. Słońce, wiosna, ciepłe powietrze, pachnie ziemią rodzącą się do życia, wiecie taki nie do pomylenia z niczym innym aromat trawy, gleby, krzewów szykujących sie do wypuszczenia pierwszych pąków i torfu z kominków. Do tego ptaki po prostu oszalały, od rana trele, gonitwy, rejwach w karmiku, życie w ogrodzie wre.

To i żyć się chce. I łatwiej myśleć o czekającym mnie wyjeździe do kraju do mamy, który ja zwykle będzie trudny. I łatwiej się odchudzać. Tym bardziej, że chyba z 10 kg spadło w 20 dni. Ale ja mam dużo do zrzucenia, więc to nie jest syndrom żadnej choroby, tylko trzymam się zasad i nie pozwalam sobie na wielkie odchylenia, chyba ze już mnie tak przyciśnie, że nie daję rady. Dzisiaj zjadłam Grześka. Jezu, muszę się zaraz zważyć ;-) Albo nie, obiecałam sobie, że tym razem nie będzie terroru wagi stojącej w łazience i liczenia kalorii, bo i tak tego nie umiem. Niby głupia nie jestem, a i tak zawsze na tym poległam wcześniej - wciąż mi się wydawało coś za dużo lub za mało, na wszelki wypadek niedojadałam, a potem wilczy głód gonił mnie do jedzenia.  Nigdy w ten sposób nie umiałam, dlatego przepisy z książki i menu na miesiąc bardzo mi odpowiada.
Ciągle ostatnio chciało mi się spać i małżon zauważył kilka razy, że jakaś bladzieńka jestem (w życiu tak do mnie nie mówił, więc naprawdę musiałam być). Już się zastanawiałam, czy jakiś suplementów diety nie muszę zacząć zażywać, ale Pani Magda mówi, że magnez z B6 koniecznie, to może od tego zacznę na razie. Martwiliśmy się, że to od diety ta bladość, szarość raczej moim zdaniem, ale okazało się, że zdrowie jest, nie ma natomiast wystarczającej ilości słońca ostatnio i stąd to przygnębienie i kolor skóry. Jak tylko wyszło słońce, ja dostałam rumieńców i zmęczenie też jakby mniejsze.

Pojechałam dzisiaj po rower, pożyczyłam pieniądze i postanowiliśmy odebrać dziś. Nic z tego, ani rower męża nie gotowy, ani mojego nie było sensu brać, załatwimy to za jednym zamachem za tydzień. Małżon był dzisiaj pierwszy raz w sklepie od czasu, kiedy wynalazłam rower dla siebie, zobaczył go i mnie wyśmiał, że za stara na niego jestem, że on jest dla dziuni.  Dzidzię piernik ze mnie zrobił. Naigrawał się między tymi rowerami, ciągnął mnie po piętrze - może sobie jakiś inny wybierz? Pewnie, bym może i, ale wszystkie inne w stylu holenderskim prawie 400 euro, tylko na ten jest specjalna oferta, na inne mnie po prostu nie stać. Poza tym pięknisty jest i taki, jakby to rzec, ekscentryczny, a ja lubię tak czasami szokować, ubiorem już nie, ale rowerem, dlaczego by nie?  Potem jeszcze u znajomych strzelił jakiś tekst i oni też się śmiali z kolorów i mojego wyboru.  I zasiali we mnie, wespół zespół, wątpliwość, że może ja faktycznie za odważnie sobie poczynam, może powinnam statecznie na czarnym posuwać po mieście? Czarny bym sobie kupiła, też ładny, może nawet bardziej, ale takiego nie ma. A innych, nijakich, srebrny metalik, co to ukradną i nawet swojego w masie nie poznasz, nie chcę. Mój ci tamten. Ale teraz się boję, że będzie mi wstyd na nim jeździć. Siedzę i układam buzię w podkówkę, bo tak się cieszyłam na te jazdy rowerem, a teraz się jakoś wzdrygam.

A jutro jadę do teatru. Zbieramy się w 4 dziewczyny i zaszalejemy. Najpierw pójdziemy do knajpki obok teatru na pogaduchy, kawę i może jakąś przekąskę, zobaczę, co bym tam mogła zjeść, żeby diety nie zawalić. I tak z tego wszystkiego pogaduchy najważniejsze, no i sztuka, mam nadzieję, że dobra. Dam znać, jak było 

czwartek, 09 lutego 2012
 

Jest mi zimno. Jest mi źle. Miałam dzisiaj poważny pomysł, żeby zrobić sobie pełnoziarnistego, a jakże, tosta, ale uwaga ... z bekonem, pieczonym pomidorem, a jak nie bekonem, to kiełbaskami pieczonymi i pomidorem...
Pomarzyć piękna rzecz. Przecież głupia nie jestem.
Zachowuję się jak ten lew na odwyku. Gdzie to było, w Madagaskarze? Lew roślinożerny. Wprawdzie nie muszę jeść samych warzyw, ale dużo. I chuuuudo. Wspomniałam Madagaskar i udałam się na YouTube zobaczyć ulubione najlepsze fragmenty króla Juliana




Miej serce, miej. Powtarzam - miej! Jest obecnie moim ulubionym quotem.

Małżon znosi dietę bardzo dobrze, a ja bym dzisiaj deski na trociny zębami przerobiła z nerwów. Aż musiałam uprzedzić, żeby się do mnie nie zbliżać.

Telepie mnie na widok białego jogurtu z musli. Normalnie dreszczy dostaje i mam jadłowstręt. Nie dlatego, ze niedobry, ale jakoś tak nie zimowy. Owsiankę sobie zrobię jutro.
Niestety mam takie odruchy, że przestać jeść w ogóle. Nie odrzuca mnie od jakiegoś konkretnego jedzenia, tylko ogólnie, co bym nie miała na talerzu, trudno mi się zmusić do pierwszego kęsa.
Przejdzie mi. Uparłam się wczoraj spacerować po plaży z Frankiem, dla formy, dla psiaka, żeby się wybiegał, dla małżona, żeby odstresował ciężki dzień w pracy i mnie przewiało. 
Ale jak posłuchałam Pani Magdy, autorki książki, to mi się od razu lepiej zrobiło. Ona potrafi zarazić entuzjazmem. Cały program można obejrzeć TU
Założę się, że takiej dietetyczki jeszcze nie spotkaliście, ani nie mieliście okazji słuchać. Fantastyczna.
A ponieważ mam dowód na taśmie, że mogę podać przepis na zupę paprykową, o który prosiła Szpilka to proszsz:

Zupa krem z papryki (to jest wersja dietetyczna)
1 czerwona papryka - oczyścić i cebulę też, pokroić drobno, razem dusić na łyżce oliwy na patelni pod przykryciem mniej więcej przez 5 minut. Od czasu do czasu potrząsać, żeby nie przywarło. Czosnek i małą papryczkę chilli (jeśli nie chcecie, żeby było ostre to zrezygnujcie z niej) pokroić w talarki, wrzucić do 1 litra bulionu warzywnego, dodać pomidory z puszki i gotować 10 minut. Dodać paprykę i cebulę, całość zmiksować. Na końcu przyprawić solą i pieprzem. Posypać uprażonymi pestkami dyni. 

A poza tym nie dzieje się nic. Nie jest tak, że piszę tylko o diecie, bo mi życie przesłania. Po prostu w tę pogodę siedzę w domu, nie słucham radia, nie oglądam wiele TV, a jeśli to filmy, co je na dvd dostałam,  czytam dużo i piszę takie tam, no to nic dziwnego, że nie mam nic od powiedzenia. No comments czyli :-) 

niedziela, 05 lutego 2012

Już o tygodnia wiedzieliśmy, że w polskiej szkole w tę niedzielę, po lekcjach, odbędzie się bal karnawałowy. A jak bal i rodzice, to mieliśmy poważne podejrzenia, chociaż może powinnam powiedzieć nadzieje, że będą domowe wypieki, bo u nas w szkole mamy potrafią piec pyszne ciasta.
Zbywałam te łakomczuchowe odczucia milczeniem i starałam się sama przed sobą nie dopuszczać do siebie tej świadomości.
Kto powiedział, że kobieta w Raju mężczyznę kusiła? To bzdura. Kształtami może tak, ale na pewno nie jabłkiem. Bo jabłkiem kusił Ewę Adam.
Mąż w środę, z iskrą w oku strzelił we mnie tekstem, jak kulą z bazuki - ale w niedzielę to sobie zjemy kawałek ciasta, rozpustę odstawimy. I mi w tyle głowy wyrwał ogromną dziurę.
Odchudzamy się razem, więc i on jest wystawiony na męki spowodowane odstawieniem od tego i owego.
Jak powiedział te słowa, życie już nie było takie łatwe. Liczyłam dni do niedzieli. Furtka do piekła się otworzyła, diabeł kusił.
Kiedy jechałam dziś do szkoły, miałam na uwadze, że zgrzeszę. Zawczasu wynajdywałam sobie usprawiedliwienia, że grzeczna byłam, że się stosowałam, że przecież od tego się nie umiera, nikogo nie krzywdzę, to w końcu nie hazard, nie alkohol i nie narkotyki.

Dopiero około 13 mogłam się dorwać do słodkości. Powstrzymałam się przed kremowymi ciastami i sięgnęłam po chudy placek z jabłuszkiem. Zjadłam mały kawałek i dumna z siebie zaczęłam zapominać o całej reszcie, górach dosłownie, pysznych ciast innego, cięższego kalibru.
Aż do momentu, kiedy mąż wparował do sali (w ogóle jakoś dziwnie innymi ściezkami chodziliśmy dzisiaj) z talerzykiem na którym piętrzył się kawałek kremowego ciasta z galaretką.  Pomyślicie - jeden, to jak się mógł piętrzyć. Ano mógł, był złożony z kilku warstw, galaretki, kremu, wieżowiec rozkoszy można rzec.
Nie było już dla mnie ratunku, udałam się do kantyny i też nałożyłam. Nie było już talerzyków, więc podano mi kilka serwetek i plastikową łyżkę.
Usiadłam przy szkolnym stoliku na stołówce i zaczęłam jeść. Z tej serwetki, ciasto było pyszne, z orzeszkami, makiem, ale zaczęło mi się mazać na tej serwetce papierowej i plastik mi przeszkadzał, wszystko było nie tak.
Wróciłam do sali bibliotecznej, czyli chemicznej zamienionej na bibliotekę, jak co niedziela, z poczuciem 'dobrze spełnionego obowiązku zaplanowanego zgrzeszenia' i mnie zdziwko chapło.
Przecież powinnam być mega szczęśliwa. Powinnam unosić się dwa centymetry, mimo wagi, hehe, nad ziemą. Powinnam, ale zamiast tego mnie zemdliło, wszystko było dla mnie za słodkie i miałam żal, że to było nie tak, jak się spodziewałam. Poza tym czułam się ciężko i dobre samopoczucie, jakie miałam po zjedzeniu lekkiego śniadania, bezpowrotnie zostało utracona. Wcześniej szłam korytarzem wyprostowana jak struna, jakby mi wreszcie przestał ciążyć brzuch, chociaż cudów nie ma, nie schudłam do szkieletu. Po zaledwie dwóch małych kawałkach ciasta, znowu się jakoś zgarbiłam i 'zaciążyłam'.
A wcześniej, jak typowy łasuch na słodkości, tylko bym palce oblizywała. NIGDY nie czułam się źle, po zjedzeniu czegoś z mąki i słodkiego.
Nawet głośno to znajomym powiedziałam, że jestem w szoku, ale nie wiem, za czym tak tęskniłam, za czym łzy jak grochy wylewałam? Mało tego, jeśli kiedykolwiek w przyszłości zdecyduję się zjeść kawałek ciasta, to będzie to na ładnym talerzu, w towarzystwie kawy w porcelanowej filiżance, widelczykiem i co najważniejsze mały kawałek, ale upieczony specjalnie dla mnie, przeze mnie, możliwie zdrowe, lekkie i mało słodkie.
Bo widzicie kochani, zwycięstwem  kończącym ten dzień klęski, było ostateczne przekonanie się, że mi ciężkie, słodkie ciasta do niczego potrzebne nie są. Tylko ci, którzy kochają słodkości, wiedzą, jak trudno w sobie tę świadomość wyrobić. Chociaż nigdy nie jadłam byle g... słodkiego, teraz się okazuje, że nawet pyszne domowe ciasta szkolnych mam,  już nie wszystkie dla mnie. I nie byle jak, na stojaco, bo to nie jest głodu zaspakajanie, tylko przyjemność i jako taka musi mieć oprawę.
Rzekłam.
A jutro dzień wspaniały, bo mamy w menu pastę z twarożku z makrelą i łososia wędzonego nadzianego twarogiem i warzywami. Nie mogę się nacieszyć.
Tych, którzy mają gdzieś takie dylematy przepraszam za kolejne wynurzenia, ale jak bum cyk cyk, dla mnie to była ILUMINACJA DIETETYCZNA. 

piątek, 03 lutego 2012

Ale się porobiło. Od dwóch dni mamy 'zamieszki' w radio, prasie, a może i w TV, ale nie oglądałam irlandzkiej, to nie wiem - o pewnej takiej 'Magdzie' (imię zmienione), która była bohaterką, a właściwie jedną z, artykułu w Gazecie Wyborczej, który to artykuł przetłumaczyli i wydrukowali w podobnej do GW gazecie irlandzkiej - Irish Independent. Problem w tym, że tłumaczenie było tendencyjne i nieakuratne i zrobili z niej babkę wysysającą system pomocy społecznej i żerującą na niej bezczelnie.
Najpierw Polacy się oburzyli, że jak ona mogła i jak to źle o nas świadczy. Ja też. Potem okazało się, że oryginalny tekst nie bardzo przypomina ten angielski i wszyscy się wkurzyli na taką zagrywkę.
Nawet Ambasador Polski w Dublinie wysłał list do wydawcy. Na drugi dzień niektóre media prostowały historię, nawet rzeczona Magda udzieliła wywiadu do radia, które ją poprzedniego dnia przeciągnęło pod kilem. Można go posłuchać TU

Głowa mi pęka od tego. Polacy muszą się tłumaczyć przed Irlandczykami, wciąż ktoś cię pyta o to i patrzą na nas jak na pasożyty. A niektórzy są życzliwi. I tak uważam, że mleko się wylało, większość tych sprostowań już nie usłyszała.

Jakby tego było mało, Wisława Szymborska zmarła. Przykro mi bardzo. Wydaje mi się, że nie zdajemy sobie sprawy, mimo, że niby tak, jak wielką była poetką. Z czasem jej wielkość będzie rosła. Mam nadzieję, że rozumiecie co mam na myśli.
I mała Magda się znalazła, niestety nie żyje. Tak mi z tym źle. Biedulka. Ale i matki mi szkoda. Pomijam kwestię tego, co zrobiła, czy w szoku, czy nie, czy zdawała sobie sprawę, czy nie - będzie musiała z tym żyć i to jest straszne. No chyba, że to nie był wypadek i zamordowała, to wtedy cofnę te słowa.
No i na koniec afera 'aborcyjna' z panią Marią Czubaszek w roli głównej. Wiem, że ona ma wielu fanów, ale ja niestety nie mogę przyklasnąć tym, którzy się tak za nią ujmują. I nie o jej wybory tu chodzi. Gdyby miała trochę przyzwoitości, nie mówiłaby o usuwaniu ciąży, to jej prywatna sprawa. Too much information. I czego ona chce? Oklasków? A pieski ze schroniska przygarnęła i im życie dobre podarowała. Ten wywiad pozostawił u mnie niesmak. Ma prawo do swoich wyborów, chociaż lepiej by było zapobiegać niż usuwać, ale nie musi o tym rozpowiadać. Bez przesady. I ta niechęć do dzieci, rozumiem, nie każdy musi lubić, ale ona tak o tym rozmawia, jakby to jakieś ohydne i niestosowne było je mieć i dzieckiem być. Żałosne to jakieś. Nie to, co mówi, a to jak mówi.

Dzisiaj strasznie zimno, mam nadzieję, że zamiecie nas ominą i nie będzie śniegu takiego, jak zeszłego roku. 

Doniesienia w frontu walki 

Już mnie chcica na wszystko, co tłuste, dużo i słodko opuściła. Do następnego razu, hehe. Trzymam się. Dzisiaj na obiad był morszczuk (pysznego nam się udało kupić) z surówką z kapusty kiszonej, według przepisu z książki pani Magdy, fantastyczna. I pierwszy raz w życiu zrobiłam i zjadłam zupę krem selerową. Ja nigdy nie lubiłam selera. Wot siurpryza. Pani Magda zaleca branie Magnezu z witaminą B6, zmniejsza łaknienie, szczególnie na słodycze. Zresztą sami posłuchajcie.
Znalazłam w sieci rozmowy z autorką ksiażki, która jak się okazało, jest częstym gościem w Dzień Dobry TVN. Oto pierwszy link, gdzie jest filmik, kliknijcie w środek ekranu, zacznie się odtwarzać. Ciekawy i pouczający. Dzisiaj o podjadaniu 

środa, 01 lutego 2012

Znajoma Irlandka przyjechała z wakacji zimowych w Zakopanem i co przywiozła dla mnie? Kubek pięknościowy, z napisem Dla super koleżanki. Zakopane. Hehe, dobrze, że ciupagi nie targała przez całą Europę. A do tego CAŁA TORBA cukierków WAWEL!!! Moich ulubionych, Michaszki pomarańczowe (nie znałam), kawowe (nie znałam), z białą czekoladą (dane mi było spróbować), mieszankę krakowską z galaretką, Trufle, Krówki. Samo wymienianie mi sprawiło przyjemność. Oczywiście nie tknęłam, tylko mi dwie wpadły przypadkiem do ust :-) Nie miałam sumienia mówić jej, ze się odchudzam.

No, ale żeby nie było tylko o tym wagi zrzucaniu (chociaż kryzysy przychodzą i odchodzą i wciąż walczę z chęcią wtranżolenia buły z szynką i serem żółtym), poskarżę się Wam w sekrecie na inny temat.
Wiem, że młodziak nie jestem, ale bez przesady, bitwy pod Grunwaldem nie pamiętam. Ostatnio miałam dwie sytuacje, które mnie wbiły w podłogę. Koleżanka na wieść o zamówieniu przeze mnie pewnej książki do biblioteki, kiedy jej powiedziałam, że się strasznie cieszę, bo ta powieść dzieje się na przestrzeni czasów, od wojny z bolszewikami 1920, poprzez II wojnę, komunę, Solidarność i tak do współczesności, ona do mnie wypaliła - no tak, dla ciebie radocha, bo ty pamiętasz te czasy, Gomułki itd. Jest mi życzliwa, tego jestem pewna, więc to nie złośliwość, ani chęć dogryzienia, czyli co? Wyglądam na taką, co pamięta towarzysza Wiesława? Może jeszcze starsza od niego byłam? Oburzenie w rozmowie telefonicznej powstrzymałam, potem się z tego naśmiewałam, ale teraz, bo nie jem tej buły z serem, z żalu wyciągam takie kwiatki na 'warsztat'.
I drugi, równie 'bolesny', hehe
Koleżanka chwali się wspaniałymi Allegrowymi zdobyczami kryminałów Dominika Damiana - czyli Adama Bahdaja, który pod tym pseudonimem je pisał -  i mówi - nic nie wiedziałam, że on pisał takie powieści pod tym nazwiskiem, dla Ciebie to pewnie normalne, bo to Twoje czasy, ale ja nie. Czujecie, on je pisał w latach 1959-64, zanim mój ojciec poznał mamę, a tu dowiaduję się, że to moje klimaty, bo pewnie je czytałam na bieżąco (tak nie powiedziała, ale ja się nurzam w rozpaczy i sobie dopowiadam).
Czy ja o czymś nie wiem? Może ja Dorian Grey jestem, albo Benjamin Button?

Doniesienia z frontu odchudzeniowego

Po pierwsze musze się oduczyć gadać o tym do Was bez przerwy, przynajmniej w części pierwszej przemilczać. Po drugie, mam kryzys, stąd to gadulstwo, bo im więcej mówię, tym trudniej przestać dietowanie, bo obciach.
No i zdjęcia robię różniste, żeby sobie przypomnieć, że jedzonko proponowane w tej diecie jest pyszne i nie ma tragedii

Jednego dnia mieliśmy pyszną zupę pomidorowo-paprykową z prażonymi pestkami dyni
 (blue, poznajesz talerz? Uwielbiam go)


A to domowe chicken nugets obtoczone w płatkach kukurydzianych i pieczone w piecu, a do tego coleslaw z czerwonej kapusty z dodatkami (to jest jedna porcja, z 1 piersi, nie dałam rady zjeść, za dużo dla mnie było, a gdyby ktoś mi powiedział wcześniej - daj trochę, to bym myślała, że od ust odejmuję)

trochę ciemnawe to zdjęcie na dole, ale z góry para waliła mi w obiektyw - śniadanie w niedzielę jajecznica z polędwicą drobiową i sałatka z pomidorami, jedna kromka chleba z twarożkiem (nie było tegoż w spisie, ale zaszalałam).  To była uczta. Normalnie nie ma takiego wielkiego, przeważnie owsianki, czasem serek z pomidorami.


Także jak widzicie, tragedii nie ma, tylko moje łasuchowanie cierpi. Cukierki nie dla mnie i ciasto takie fajne z marcepanem nie dla mnie i bułka z szynką i serem nie dla mnie. A nie mówiłam, że ludzie na diecie są żałośni?
Zależy kto, mąż daje radę, twardy jest jak Azja :-)
No i schudliśmy, nie ważę się, ale widzę. 

piątek, 27 stycznia 2012

Kochane dziewczyny (zagląda tu jakiś chłop, chyba nie?)
Dzięki za wsparcie i za cierpliwość do mojego jęczenia.
Po komentarzach widzę, że muszę coś sprostować i do czegoś się jasno przyznać.
Sprostowanie - dieta, którą rozpoczęłam pochodzi z książki dietetyczki Magdaleny Makarowskiej 'Jedz pysznie chudnij cudnie' (uwaga będą zdjęcia z Merlina, proszę mnie nie zamykać do więzienia)

 


Nie jest to żadne czary mary z ducanowej stajni, ani plaż południowych, po prostu zdroworozsądkowe jedzenie, namawianie do zmiany zasad żywienia na lepsze, czego mi potrzeba. Po drugie, nie mam tu żadnej pomocy dietetyka, więc ta książka, gdzie są jadłospisy na pierwszą fazę odchudzającą i potem na kolejne fazy, bardzo mi pomaga, bo mam złe nawyki i sama nie umiałam sobie z tym poradzić. Od wieków babcie i mamy mówiły - to ci nie zaszkodzi, tamto też nie, a okazuje się, ze wyjątkowo zdrowy soczek z pomarańczy powoduje, że wypiłam ileś set kalorii bez sensu. Bardzo się staram, chociaż przechodzę teraz fazę odstawienia od chleba i ulubionych klusek i ryżu itp. Poza tym brak słodkiego mnie po prostu dobija, to też jest uzależnienie i odstawienie przechodzi się tak samo, jak od fajek czy alkoholu.
Pogoda mi nie pomaga, jest ciemno, szaro i deszczowo. Dzisiaj pogoda dopisuje, nadal zimno, ale przynajmmniej słonecznie, to i na wszystko patrzę z większym optymizmem. W lecie byłoby lepiej zaczynać, ale przecież nie będę czekać pół roku.
Nie jest mi łatwo, bo jestem łakomczuchem na dobre jedzonko, nie musi być tłuste, zdrowe też lubię, warzywa itp, jak nie mam zabronione, to nie myślę, a jak mi ktoś mówi - tego nie, tamtego nie, to mi się chce nawet takich rzeczy, których nie jadam częściej niż dwa razy w miesiącu jak na przykład frytki. Dużo i z majonezem, chociaz nie pamiętam, kiedy tak ostatnio jadłam.
Wczoraj byłam bardzo dzielna, bo poszłam na zakupy i z pogardą (powiedzmy) przeszłam obok wszelkich słodyczy, bułeczek (a pachniało tymi z jabłkami), chlebów (ten soda bread wyglądał tak apetycznie), udałam się do warzyw i jogurtów i na tym poprzestałam.
Poza tym chyba złapałam wirusa żołądkowego, bo mi niedobrze i s... dalej niż widzę, albo to ta dieta, nie wiem, może mnie czyści ze złogów? Muszę doczytać.
I już ostatnie poza tym - jedzenia jest strasznie dużo, ja tyle normalnie nie jem, co pewnie też było problemem. Mam takie wrażenie, że co skończyłam jeść, to już musze znowu.
A teraz ostateczne przyznanie się:
Moim ulubionym sportem jest czytanie ksiażek z psem w nogach.
Wiem, nie musicie grzmieć, błąd błędem pogania i jestem leniwa tłusta dupa (ewa już cię wyręczyłam), muszę się przemóc. A jak zacznę to już pójdzie. Kiedyś uprawiałam koszykówkę i siatkówkę, chodziłam na siłownię i ćwiczyłam pod okiem fachowca, lubiłam to, ale odkąd tu jestem i nie mam takich możliwości, to mi jakoś ochudło. Poza tym, jak się człowiek zapędzi w zapuszczaniu, to nie wie, kiedy przestać.
Kupię sobie polecane ćwiczenia, tylko mi powiedzcie, czy jest sens płacić za zestaw trzech, taniej, ale może ja ich nie potrzebuję, może ta jedna wystarczy i która, bo czerwone są dwie. Oto link do sklepu, gdzie chcę zamówić, powiedzcie proszę, tylko którą?
http://www.play.com/Search.html?searchtype=allproducts&searchsource=0&searchstring=cindy+crawford
Nic nie poradzę na to, że deszcz mnie odstrasza od wyjścia, nawet mój pies nie chce. Zahibernował się i śpi, chociaż energii zwykle ma za dwóch. Do tego nie pomaga nadwrażliwość piersi, jak wietrznie i zacina, natychmiast zaczynają mnie boleć. Kupiłam sobie koszulkę trzymającą ciepło, może coś pomoże? Co innego, kiedy słońce wyjdzie, wtedy będziemy wespół zespół maszerować, ja i Franiu. Teraz sytuacja przedstawia się tak:


Mnie spokojnie możecie dodać do tego obrazka, bo żyć mi się na razie nie chce i też bym się tak z łbem pod kocem położyła.
Wiem, że to koło zamknięte, ale jesteście moją grupą wsparcia i dzięki Waszym komentarzom, coraz bardziej mi głupio, że tak się dzieje i się biorę w garść, widzę to normalnie.
Nie będę Wam za bardzo jęczeć, w kolejnych wpisach będzie na dole sekcja z Frontu walki i kto będzie chciał, poczyta, a kto nie, to nie.
Dzisiaj miałam chleb razowy z twarożkiem na śniadanie, a zaraz mango (całe!!!), uwielbiam takie śniadanka pierwsze i drugie :-0 

czwartek, 26 stycznia 2012

No i się zesrało z tym rowerem, okazało się, że muszę zatankować olej do ogrzewania, więc pieniądze zebrane na niego, pójdą w rury, żebyśmy nie zamarzli, ale nie rezygnuję, mam zamiar zapłacić za niego w ratach, ale niestety w tym sklepie nie jest tak, że dostajesz rower i płacisz, ale najpierw płacisz, a odbierasz go wraz z ostatnią ratą. Wrrrrrr. Rower będę widzieć, za kilka miesięcy. Mam nadzieję, do maja się wyrobić. Trudno tak wszystko pogodzić, jak się nie ma pracy, a zlecenia dla wolnego strzelca raz są, raz ich nie ma.
Poza tym cały czas zbieram pieniądze na wyjazd do mamy. Jakoś mi smutno, że mnie tak na nic nie stać. Sprawdzam codziennie oferty pracy, nic.

Doniesienia z frontu diety (kto nie chce, niech nie czyta):
Po pierwsze, a propos tego wyżej, nie jest ona wcale taka tania, jak sobie we łbie wymyśliłam, bo je się inaczej, wcale nie mniej, nawet chyba więcej, do tego produkty dobrej jakości i takie, których wcześniej nie jadłam, jak na przykład avocado (brrr, nie lubię, zielone masło dla mnie).
Ale nie jest tak źle, jak pierwszego dnia, bo wczoraj i dzisiaj (to samo się je dwa dni), jest na obiad kurczaczek na szpinaku uduszonym z czosnkiem, przyprawami i pomidorami, a do tego chuda feta. Jakie to mniamuśnie, mówię Wam. Ale się wczoraj zajadałam. Na śniadanie za to mleko z płatkami owsianymi i jabłkiem. Ja bym wolała chleb, bo rano lubię kanapki piętrowe, czyli na dole chleb, może być czarny, ale na wierzch wędlina, ser, pomidory, papryka, rzodkiewka, dlatego piętrowe. Jem je nożem i widelcem. Brak mi takiego śniadanka. Do tego mogłoby być jajeczko na twardo, albo łyzka twarożku.

No, ale trzeba się trzymać. Tylko teraz mam to mleko, a jutro serek z rzodkiewką i jedne chlebek, a w niedzielę, tadam, jajecznica z 2 jaj z drobiową wędliną, sałatą, pomidorem i razowcem. Normalnie raj.
Wszyscy mówią - bez ruchu nie ma spadku wagi. Ja wiem, ale naprawdę nie mam gdzie pod dachem, więc muszę najpierw nauczyć sie lubić deszcz, po u nas leje codziennie. Uwierzycie? CODZIENNIE! A jak nie leje, to się zanosi. Ja się od razu robię najeżona, jest mi z tą wodą z nieba nieprzebraną źle, nawet jak w domu, a jeszcze wyjść? Muszę się zmotywować.
Cholera, nawet ciekawa książka w słuchawkach nie pomaga, bo deszcz i książka mi zupełnie, wcale, ale to wcale nie konweniują.
Basenu nie mam, siłowni nie mam, jest w szkole u syna cały czas zawalona pakerami i wyrostkami, wiadomo, jaki tam zapach, delikatnie mówiąc - testosteronu. A powierzchnia jakieś dwa metry kwadratowe, hehe.
Pozostaje chodzenie i rower, co go jeszcze nie mam.
No to się wyżaliłam. 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Słowo stało się ciałem, mam nadzieję, że coraz mniejszym w rozmiarze - odchudzanie rozpoczęte.
Trochę niefortunnie, bo w jadłospisie dzisiaj ryba, a ja nie za bardzo miałam ochotę na nią. Próbowałam się zmusić, ale skończyło się tak, że się spłakałam jak bóbr nad talerzem z warzywami z wody, rybą, na widok której mnie cofało, tak długo się zbierałam do jedzenia, ze mi te warzywa wystygły, ryby i tak nie ruszyłam i skończyło się na vegetariańskim posiłku posolonym łzami. Do tego w sałatce lanczowej miałam mozzarellę light, która też mi ostatnio nie podchodzi (nie, że light, ale mozzarella ogólnie). Nauczka taka, ze trzeba w tej diecie jednak rezygnować z tego, co nam nie podchodzi, mogłam sobie te warzywa zrobić inaczej i rybę odstawić zupełnie.
No nic, nie rezygnuję, taka głupia to nie jestem, ale radosne odchudzanie to chyba oksymoron jednak.

Wczoraj kupiłam sobie rower. Właściwie zarezerwowałam,  a teraz kombinuję, skąd pieniądze, wprawdzie przeceniony o połowę, ale jednak.  Taki dokładnie jak na zdjęciu.  W stylu vintage, siodełko i rączki w brązowej skórze.  Jak widać kolor pastelowo niebieski, ma brązowe esy floresy, jakby kwiaty narysowane, a błotniki, tego nie widać, kolor waniliowy. Pięknisty jest.
Nie jeździłam od hm,hm -dziestu lat, mam nadzieję, że sobie rąk i nóg nie połamię. Mam natomiast zamiar rozsmakować się w przejażdżkach rowerowych z mężem i synem oraz psem prowadzonym przy rowerze. Franek, pies mój zwariowany,  ma niespożyte pokłady energii, nie będzie miał nic przeciwko temu.
Ale najpierw muszę się od nowa nauczyć jeździć na rowerze. Podobno tego się nigdy nie zapomina. Zobaczymy.

Córka w domu, ale już jedzie w środę. Dziesięć dni przeleciało nie wiadomo kiedy. Wiadomo, kiedy nie chcemy, czas zapieprza jak szalony. 

piątek, 03 czerwca 2011

Koniec rumakowania. Jęczeć nie będę, może troszeczkę. Czytam o diecie, która dla mnie będzie najbardziej właściwa. Trzeba wziąć wszystko pod uwagę, także żeby zakończyć dyskusję o Dukanie oświadczam, że nie mogę przejść na dietę proteinową wykluczającą węglowodany i już. Z lekarzem rozmawiałam, z dietetykiem też, nic do tej diety nie mają, to znaczy mnie nie mówili o żadnych zastrzeżeniach, poza jednym, że nie dla mnie, ani dla mojego męża też nie. Walka trwa, próbuję znaleźć fajne przepisy na niskotłuszczowe, niskocukrowe, ale zbalansowane posiłki, a nie wykluczajace jedną czy drugą składową. Na razie poległam, bo stron w internecie tysiące, a ja nie mam czasu godzinami tego czytać. Próbuję, ale wyników w sensie ułożonego menu jeszcze nie ma. Znacie jakieś fajne przepisy to mi może podrzućcie, bo ja naprawdę teraz to najchętniej bym w ogóle do kuchni nie wchodziła, taki mam kryzys. Wszystko mi się wydaje nie dla mnie do jedzenia. Wiem, że tak nie jest, ale się boję normalnie cokolwiek jeść.
Poza tym dostałam urlop jeszcze na tydzień. Nie będę leniuchować, bo nie mogę. Ułożyć mi trzeba plan ćwiczeń, wdrożyć w życie no i mam jeszcze jedno miejsce, gdzie muszę troszkę popracować. I dobrze.
Paradoksalnie im mniej jem, tym mam więcej energii. Roznosi mnie normalnie, mam nadzieję, że to nie tylko dzisiaj. Może też dlatego, ze córka przyjeżdża dzisiaj, a nie widziałyśmy się miesiąc. Dłuuuuugo. Kocham te moje dzieci jak wariat i lubię je mieć blisko, wszystkie cuzamen do kupy.
W dzień dziecka byliśmy z synem na Kacu. W kinie :-) Wkrótce umieszczę tu felieton na temat naszej wyprawy, więc się dzisiaj rozpisywać nie będę.
A tak w ogóle to widzę wyjście z doła, boleć mnie przestało, tak zmęczeniowo jeszcze tak, ale nie od rana do nocy. A poza tym trzeba byc twardym nie miętkim i się nie dać temu całemu odchudzaniu, to w końcu ja muszę kontrolować życie, a  nie ono mnie. Rzekłam 

P.S Przeczytajcie o mojej jednodniowej pseudo popularności TU, śmieszne.

wtorek, 31 maja 2011

Poszłam dzisiaj do lekarza i poprosiłam o zwolnienie do końca tygodnia, do tego mam wizytę konsultacyjną z fizjoterapeutą i może prześwietlenie, ale to dopiero po tej pierwszej. Może coś się wyjaśni, może coś poprawi? Na razie wciąż mam dyskomfort na wysokości łopatek, a do tego straszne napięcie ramion i karku, bo się staram tak trzymać pozę, żeby mnie nie bolało. Poszłam z tym zwolnieniem do pracy, czułam jak mi się wrzody robiły z nerwów, ze muszę to pokazać. K-mać, jak pracowałam, to nigdy nie mieli dla mnie nic konkretnego do zrobienia, musiałam sobie wyszukiwać sensowne zajęcia, a teraz jak mam problem zdrowotny i naprawdę powinnam odpuścić na trochę, to się okazało, że na mnie ta firma stoi i beze mnie to cienko przędą. No żesz... Miny szefowa robiła, poprosiłam, żeby rozpatrzyła wysłanie mnie na urlop, który mi się należy, dwa tygodnie, to bym sobie podleczyła kręgosłup, poszła na kilka sesji fizjo, a ona, że zobaczymy, że mam do niej zadzwonić i tak dalej. Zwariuję.
Dziewczyna w kafejce też nabzdyczona, bo jak byłam już na wolnym, to wymyślili gotowanie zup, pieczenie panini, sałaty z krewetkami i inne uje-muje, a do tego stoliki nakryte ceratą. Bon ton, bułkę przez bibułkę w barze mlecznym. Jeszcze jak im przyjdzie do głowy ubrać mnie w biały fartuch z 'firanką' na głowie, to chyba udaru dostanę. No nic, postanowiłam twardą być nie miętką i nie dałam się 'zgwałcić' na powrót przed poniedziałkiem, w końcu muszę zając się tym kręgosłupem i 'zabezpieczyć jakoś tyły'.

Stwierdziłam, że uwielbienie dla słodkości może być takim samy uzależnieniem, jak palenie, czy picie. Normalnie przechodzę teraz syndrom odstawienia, aż mi się czasem ręce trzęsą do słodkiego. Jak mogę (mogłam) jeść, to nie wpierdzielam non stop, ale jak sobie powiedziałam, że nie, bo się odchudzam i w ogóle muszę ograniczyć już na zawsze, to mam takie napady, że aż się sama siebie boję. Detox cukrowy przechodzę i źle mi strasznie. Cukierki i czekolada nie tak, ale ciast bym pojadła w każdej postaci, naleśników, placków itp. I powtarzam, zwykle tak wiele tego nie jem, piekłam ostatnio na Wielkanoc, a kupować nie ma gdzie. Ech, radość życia normalnie straciłam. Tym bardziej, że dieta już wprowadzona i na razie nic mi nie smakuje. Bo nie dość, że ma być niezmiernie zdrowo i chudo, to jeszcze niesłono, niesłodko i w ogóle chciałam oświadczyć, że życie jest do dupy.

Dzisiaj zrobiliśmy dorsza zapiekanego w pieczarkach, według książki dietetycznej i cały obiad spędziłam na koncentrowaniu się usilnym, żeby nie zwymiotować (mąż się zajadał, syn też talerz wymiótł). Wiem, że to jeszcze pewnie i psychiczne, że się muszę przestawić, i że to koło zamknięte, bo nie mam radości jedzenia, to nie mam też radości gotowania, zero pomysłów - zero pomysłów, nie gotuję nic ciekawego, to i nie mam radości jedzenia.  Właściwie to chyba bym wolała w ogóle nie jeść. Chyba na tą stołówkę Kosmosu przejdę.
Zeby jakoś się na duchu podnieść, ukroiłam sobie plasterek brie niskotłuszczowego i dwie truskawki do tego. Jadłam powoli, smakowało jak nigdy.
I tylko sie zastanawiam - kiedy ja znajdę nową drogę w tym kulinarnym życiu i nauczę się gotować tak, żeby zupełnie z tej rozpaczy nie oczadzieć? 

piątek, 04 lutego 2011

Czy jeśli Wam powiem, że jestem tak zagoniona, że już własnego ogona nie widzę, to będzie coś nowego? No, nie, ale raportuję, że nic się w tym względzie nie zmieniło, a nawet robi się coraz szybciej i przez to widoczność mi szwankuje. Wiecie, jak w japońskim pociągu szybkobieżnym, świat zaczynam widzieć w rozmazanym stanie.
Wczoraj uczestniczyłam w comiesięcznym zebraniu Platformy Interkulturowej, nawet mi sie trochę nudziło, przez pół spotkania żałowałam, że tam w ogóle pojechałam, bo takie mam fajne ksiażki na tapecie, a tu siedzę i słucham pierdół. Ale potem mieliśmy spotkanie ze świetną babką z County Council, a jeszcze potem, ani się obejrzałam, jak mnie wybrali do reprezentowania platformy na Media Conference, na której to mam strzelić przemówienie, jak to media źle traktują obcokrajowców, źle o nas piszą i wpływają przez to na opinię publiczną, niepotrzebnie podbijając bębenek w tych trudnych czasach. No żesz ty, kiedy to się stało, kiedy oni to uradzili, że ja będę najlepsza? Przysnęłam chyba. Wprawdzie się wypowiedziałam dwa razy płomieniście na tym spotkaniu, ale emocje brały się bardziej z tego, że się kawy nażłopałam (jak nie wina, to kawy) i mi ciśnienie skoczyło, a temat rozmowy podwyższył adrenalinę i 2 do 2 = z iskrą (kofeinową) w oku coś tam powiedziałam. Po czym mi opadło i straciłam koncentrację, myśli zaczęły dryfować, i wtedy oni uchwalili, żeby mnie posłać. Na szczęście jedna taka Amerykanka, którą już od dawna chciałam bliżej poznać (wielka Murznka w stylu Woopie Goldberg), obiecała, że mi pomoże z przemówieniem. Ja chciałam improwizować, ale oni to wszystko na poważnie - napisać, timing ustalić, bo się trzeba zmieścić w czasie. Też mi coś, jakbym tam wlazła, to by mnie już, przed końcem fazy mówiącej, nie zdjęli. 
Dzisiaj wprawdzie nie pracowałam, tylko 3 godziny, ale było wiele zaległych spraw, zakupy do zrobienia, a to wszystko w akompaniamencie ulewnego deszczu i wichury, która teraz przechodzi przez nasz region. Buczy i wyje, że aż groza człowieka ogarnia. Zmokłam chyba ze 3 razy.
Do tego dałam ciała. Odebrałam syna ze szkoły, blisko ma, ale przecież nie będzie drałował w ten deszcz, w samochodzie miałam awizo na przesyłkę na poczcie. Niczego nie zamawiałam, żadne wydawnictwo się nie anonsowało z książką do recenzji, ale ja durna sobie wbiłam do łba, że to musi być coś w tym stylu. Wysłałam Wojtka. A on wyszedł z poczty z .... gitarą i wzmacniaczem w dwóch wielkich pudłach (kolega mu pomagał nieść), które były kupione w WIELKIEJ TAJEMNICY na jego urodziny. Jakbym miała saperkę, to bym się nią palnęła w czoło. Michalina mi wprawdzie powiedziała, że gitara jedzie, ale DHL-em, a to kurier przecież, nie sądziłam, ze na poczcie będzie czekać. Poza tym spodziewaliśmy się jej dopiero w przyszłym tygodniu. Teraz syn wie, że dostał gitarę, ale rozpakować nie pozwoliłam, niech czeka do 18-go, przynajmniej będzie ciekaw, jak wygląda.
Wieczorem kolejne lekcje photoshopa, wybrałam szybszy sposób na odchudzanie, za kilka tygodni będę wiedziała, jak zmienić zdjęcia tym programem i jak się 'odchudzić' o 20 kilo :-)  Czyż ja nie jestem genialna?

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!