Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli

Wpisy z tagiem: salami

środa, 17 lutego 2010

Dostałam dzisiaj list od szwagierki. Wprawdzie rozwiodła się już z męzem, który ją moją szwagierką czynił, ale to tylko teoretycznie, bo ja uważam, że po tylu latach, to my będziemy rodziną, niezależnie od tego, czyją ona żoną będzie. Oni sobie mogą mieć powody do rozejścia, ja takowych nie mam, więc odmawiam kategorycznie więzów zerwania. No chyba, żeby chciała, ale na szczęście nie chce. To samo tyczy się siostry mojego męża, kiedyś mu powiedziałam wyraźnie, jeżeli mnie zostawisz, to ja i tak twoją siostrę odwiedzać będę, bo ją kocham jak własną, co jej nie mam, ale tak sobie wyobrażam posiadanie takowej.

List przyszedł grubaśny, w dużej kopercie i miał całe - uwaga - 9 stron pisane na kartkach formatu A4!

Sama nie wiedziałam, czy mam siadać, parzyć kawę, czytać od razu, stać, bo szkoda czasu... Zdecydowałam jednak, że nawet nie będę płaszcza ściągać, do lektury przystąpiłam natychmiast.
W dobie komputerów listy pisane ręcznie prawie zupełnie zanikły. Chyba jednak szkoda, bo może i szybciej wysłać maila, ale jest jakaś magia w listach przesyłanych pocztą, jakaś dodatkowa historia. Przecież on musiał byc przez autora zaniesiony na pocztę, w sortowni fruwał na taśmach, potem wygodnie w worku pocztowym usadowiony, z innymi kolegami - listami, rachunkami (to jednak niższa kasta), pocztówkami (niby Pani taka kolorowa, ale co tam tekstu, tyle co kot napłakał), ulotkami reklamowymi (z latawicą nie rozmawiam) - leciał sobie samolotem do Irlandii. A tu znowu przesiadka, do dużych zielonych wanów pocztowych, a potem jeszcze jedna, już ostatnia (ufff) do mniejszych też tego koloru i już, nareszcie w domu u nowego właściciela. Stoi sobie teraz z moimi tulipanami walentynkowymi i się do mnie śmieje.

Tym bardziej wyczekiwany, że mailem zaanonsowany, tym bardziej radosne to wydarzenie, że dobre wieści przyniósł. Takie lubię najbardziej. Beata - you made my day!

A na deser zadzwoniła Misia, moja córka i zakomunikowała, że nasze wspólne wysiłki w poszukiwaniu sklepu węgierskiego w Dublinie zaowocowały odnalezieniem tegoż i kupieniem - drrrrrrr tra ta ta (werble jakby ktoś miał wątpliwości) - oryginalnego salami węgierskiego. Mojego najukochańszego, najwspanialszego, w białej skórce i o niepowtarzalnym smaku. Z 10 lat nie jadłam. Już nie moge się doczekać. Na dodatek jest nadzieja, że moje dzieci kochane, bo chłopak mojej córki też jest dla mnie już jak syn, przyjada chyba już w czwartek.

Hop sa sa, taki radosny dzień dziś mam.

P.S. A raczej miałam, bo się właśnie kończy.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!