|
Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Wpisy z tagiem: kosmetyczka
środa, 26 maja 2010
Dostałam dzisiaj szału. Takiego klasycznego, najpierw się popłakałam, potem wywrzeszczałam cały żal małżonowi, bo zapytał, dlaczego płaczę (ryzykant jeden), straciłam głos z tego wrzeszczenia, a potem zasnęłam z nerwów i to w okolicznościach conajmniej dziwnych. Ale od początku. Rano małżon zapytał Po południu zadzwoniła córcia, miała pomysł, żeby pójść na spotkanie z Katarzyną Grocholą, opowiedziała juz o tym wcześniej, kupic mi książkę, zdobyć autograf, kilka dni temu napisalam do niej smsy, co koniecznie ma pisarce ode mnie powiedzieć. Specjalnie wysłałam, żeby wiedziała i się nie denerwowała, ze nie ma pojęcia, co ta porąbana matka chciałaby przekazać. A ona dzwoni i pyta - to co ja mam powiedzieć? Na szczęście przerwało nam rozmowę, bo już we mnie fala zbrodni narastała. Tak mnie zaćmiło z powodu ogarniającego mnie szalu, ze nie dawałam rady nadziewać cannelloni szpinakiem, wypadało mi, nie trafiałam w dziurkę, poważnie ciemno w oczach miałam. A dlaczego mnie tak ruszyło? Bo ja nienawidzę powtarzać w kółko wciąż tych samych rzeczy, tych samych zdań, instrukcji, próśb, informacji. Uważam, że tylko aktywne słuchanie ma sens, jeżeli nie, proszę powiedz - nie mów do mnie teraz, zeczony jestem, mam dużo na głowie - sama nie wiem jaka tam jeszcze wymówka/usprawiedliwienie dobre. Ale nie można zmuszać innych, zeby powtarzali wciaż to samo, tylko dlatego, ze ktoś nie ma siły/ochoty/na tyle szacunku/pojemności w mózgu (niepotrzebne skreślić), żeby to zapamiętać. Czyz nie mam racji, że przez 23 lata możnaby się już nauczyć, jakie jajka lubi żona? (zbereźności rodzą sie w uchu słuchacza). To nie, zamęczy mnie wciąż tą samą sytuacją, jak w Dniu Świstaka - a jajecznica mieszana czy białka osobno, scięta, czy luźna. Luuuudzie, trzymajcie mnie. I to nie dotyczy tylko mojej rodziny, ludzie generalnie nie słuchają, co się mówi i pytają o to samo wciąż i wciąż. A z tego wszysktiego, to ja wciąż mówię o tym samym, bo mi się wydaje, że ludzie nie słuchają, więc trzeba powtarzać.... błędne koło. Wychodzę na nudziarę. A po załamaniu nerwowym zasnęłam w... samochodzie, bo zaraz po wybuchu pojechałam do salonu kosmetycznego, zaparkowałam przed i usnęlam na 10 minut. Obudziłam się zregenerowana, a wizyta już zupełnie poprawiła mi humor, bo wreszczie znalazłam taką kosmetyczkę, która profesjonalnie usuwa takie wkurzające białe prosaki, które mi się czasami robią na powiece. Tu, pisałam już o tym, robią rózne czary mary z głaskaniem gąbkami po twarzy, ale takich rzeczy prawie nikt. A tu prosze, znalazłam. I tylko mnie taka reflekcja naszła, po spojrzeniu na niebo nocą, czy ja miałam rację, czy to pełnia księżyca przeze mnie przemawiała?
czwartek, 13 maja 2010
Dzisiaj byłam u kosmetyczki. Postanowiłam wreszcie wykorzystać voucher, który dostałam na urodziny. Długo nie mogłam się zdecydować - iść nie iść, bo jakoś nie mam zaufania do tutejszych kosmetyczek. Nie zwykłam krytykować zjawisk w Irlandii, ale jak coś jest nie tak, to nie ma co udawać, że jest świetnie. A akurat usługi kosmetyczne w tym kraju, te przeciętne, bo w jakimś drogim SPA nie byłam, są na dziadowskim poziomie. Inna rzecz, że ja nie jestem niewolnicą zabiegów upiększających, nie używam stu kremów, nie pilinguję, nie złuszczam, nie nawilżam i nie odżywiam bez opamiętania. Nie sprawdzam bez przerwy gdzie mi wystaje, gdzie zwisa, a gdzie nie jest wystarczająco jędrne. Nie podchodzę do tych wszystkich ablucji z nabożeństwem, nic na to nie poradzę. Starczy mi tylko cierpliwości na to, żeby się porządnie umyć, a potem zaczynam się strasznie spieszyć, bo film czeka, bo dobra książka zostawiona w połowie rozdziału, bo nowy „Twój Styl” i aromatyczna herbata czekają w kuchni. Mam wieczny niedoczas, więc przekonywanie mnie, że powinnam poświęcić codziennie pół godziny czy 40 minut na czyszczenie, smarowanie i wklepywanie jest bezcelowe. Ale jednak nie byłabym kobietą, gdybym co jakiś czas się powiedzmy nie opamiętała i postanowiła wpaść w doraźną histerię pod tytułem – zmarszczki atakują, pora stawić temu czoła, w pełnym słowa tego znaczeniu. Umówiłam się na 11, kosmetyczka, Carla już czekała w drzwiach. Zaraz mnie zaprowadziła do przytulnego pomieszczenia i wręczyła ręcznikowe wdzianko. Poleciła się rozebrać, zawiniąć w ten ręcznik-nie ręcznik i czekać. Rozebrałam się, stwierdziłam, że wdzianko za małe (też mi niespodzianka), ubrałam się, bo przecież nie mogłam goła czekać aż wróci, poinformowałam o problemie (jejku, jak ja nie lubię takich sytuacji), otrzymałam ręcznik, który nie był dłuższy tylko szerszy, więc niewiele zmienił, ale znalazłam wyjście z tej sytuacji, władowałam się na kosmetyczną leżankę i zamarłam. Czułam się jak na katafalku, a półmrok w pomieszczeniu kojarzył mi się z grobowcem. To wrażenie potęgowały wszędzie porozstawiane świece zapachowe, zaczęło mnie mdlić. Wróciła Carla, rozpoczęła gadkę pod tytułem, będę mówiła, co robię, masz się nic nie martwić, rozluźnić itp., a mnie się to od razu skojarzyło z dentystą, więc się spięłam. Poza tym nie podobała mi się atmosfera, bo ja komunistyczne dziecko jestem, chadzałam do kosmetyczek, gdzie światła waliły w gębę, radio grało na całego, serwowali herbatę, a czasami nawet coś mocniejszego (dla przyjaciół królika), odchodziły ploty i wymiana informacji, to było bardziej spotkanie towarzyskie, a nie aromatyzowany relaxing. A tu z magnetofonu leci świergot ptaków i jakiś pianista chałturnik zapodaje na fortepianie jakąś niesprecyzowaną melodię, niepokojąco deliryczny zbiór dźwięków, wkurza mnie to, Vivaldiego by mi lepiej puścili, a nie tę chałę. Zaczyna się aplikacja różnych maści i kremów, żeli i musów, a wszystko to ma mnie wygładzić, upiększyć i uspokoić. Czyszczenie twarzy – spodziewałam się, tak jak za króla Ćwieczka, czyli mojej młodości, że kosmetyczka będzie ryła w mojej twarzy jak na roli, a tutaj pani mnie trochę pogłaskała w okolicach nosa, zdjęła z siebie, to co przedtem założyła - rękawiczki, maseczkę, fartuch ochronny i po wszystkim. A ja się zastanawiałam, po co jej to było zakładać? Kiedy przeszła do polerowania mojej twarzy jakimś mini przyrządem, skojarzyło mi się, że jestem jak stara komoda w trakcie renowacji. Bardzo mnie to ubawiło. W sumie było mi tam za cicho, za ciemno, za nudno, a w głowie buzowały myśli, no i ten ręcznik cały czas się zsuwał, więc wcale się nie wyluzowałam. Bo ja się relaksuję podczas rozmowy z interesującym człowiekiem, podczas słuchania dobrej muzyki, a nie samym leżeniem w pachnącym (czyt. śmierdzącym) ciemnym pokoju z gównianą pseudomuzyczką. Potem jeszcze miałam zamówiony pedicure, wymasowali mi stopy, tyłek i plecy (specjalny fotel), spodziewałam się, że mi oskrobią stopy nożem (jak drzewiej bywało), a tu delikatny pilniczek, pogłaskanie paznokietków, lakier i dziękujemy. Zabronili mi założyć z powrotem buty, dali jednorazowe klapki z folii piankowej i taneczno-posuwistym ruchem przeniosłam się do innego pokoju. Po seansie kosmetycznym zrobiono mi jeszcze scan twarzy, żeby pokazać mi, co mam beznadziejnego, gdzie za tłusto, a gdzie za sucho. Oj za mało wody pijemy, za mało – pani dobrotliwie mnie karci. Potem mnie straszy, że trzeba coś z tym zrobić, bo w krótkim czasie będę stara i brzydka, jednocześnie, z wymownym wyrazem twarzy, popycha mnie w stronę półki z produktami sprzedawanymi przez salon. O nie ze mną takie numery Bruner. W domu mam świetny krem Dr Ireny Eris (komputer zmienia mi na Eros), czyścić gębę też mam czym, a reszty i tak nie będę używać, z powodów wymienionych na początku wpisu. Doświadczona kobieta tym się różni od „początkującej kobiety”, że już nie ma złudzeń i wie, że nawet, jeżeli na początku wpada w amok i sobie wiele obiecuje, i tak wie, że tych obietnic nie dotrzyma. Nie kupuję, więc żadnego produktu, zadowalam się próbkami, z tego powodu ani kosmetyczka, ani właścicielka, nie są zadowolone ze mnie. Widzę to po ich minach. Chyba z zemsty nakazują, dokładnie tak, nakazują mi jechać do domu w tych piankowych, jednorazowych „japonkach”, bo cała robota pójdzie na marne, a ja, jak jakiś głupek, zgadzam się na to, co mało nie skutkuje wypadkiem samochodowym. W pogoni za urodą o mało nie straciłam życia, chyba na mózg mi padło. Jak widać doświadczenie, nie zawsze idzie w parze z mądrością. Oj Kaśka, Kaśka. |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi
Notatki Coolturalne ![]() Wypromuj również swoją stronę Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
|