Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli

Wpisy z tagiem: polskie zakupy

sobota, 11 września 2010

W Polsce nigdy nie mieliśmy własnego kąta.  Wtedy nie dawali kredytów hipotecznych na prawo i lewo, w zasadzie w ogóle nie można było zapożyczyć się w banku, w posagu ani ja, ani mąż nie wnieśliśmy mieszkania, kupić go też nie mieliśmy za co, pozostało wynajmowanie.  Wprawdzie naszym warunkiem było, ze mieszkanie musi być puste, oprócz kuchni, zawsze wprowadzaliśmy się ze swoimi meblami, dywanami, wyposażeniem kuchni, durnostrojkami i kwiatami tak, więc gdziekolwiek byśmy nie mieszkali, było dokładnie tak jak chcieliśmy - miło, domowo, według naszego gustu i upodobania.
W Irlandii po trzyletnim okresie wynajmowania dostaliśmy kredyt i zaczęliśmy urządzać nasz pierwszy w życiu dom.  Na początku była w tym wielka niecierpliwość, chciałam natychmiast mieć wszystkie lampy i obrazy, meble i zdjęcia w ramkach i żeby usiąść i poczuć się jak w domu.  Ale tak się nie da.  Wszystko potrzebuje czasu, a dom, wprowadzanie w niego nowej energii, urządzanie tym bardziej.  Rzeczy kupowane naraz, żeby były, żeby już wreszcie mieć to z głowy, nie mają duszy, spełniają zadania użytkowe jedynie.  Poza tym nie zgadza się to za bardzo z moją filozofią – nie lubię dizajnerskich domów, gdzie wszystko jest takie dobrane i idealne, ale nie czuć ducha rodziny tam mieszkającej.  Taki dom, który pasowałby do każdego, kto tam się wprowadzi, piękny jest może na zdjęciach i do obejrzenia, ale mieszkać lubię raczej w takich, gdzie jest muszla z Mielna, maska z Wenecji, obrazek namalowany przez córkę na ścianie, pamiątka z wyjazdu do Gruzji, serwis z Kijowa, dzwonki z Francji, stojak na kwiaty zrobiony przez syna na zajęciach ‘wood work’ (wyrabianie przedmiotów z drewna), lampa zrobiona przez męża z konara znalezionego na plaży – wszystko, co ma duszę nam bliską, swoją obecnością przywołuje wspomnienia, zachwyciło nas na straganie ulicznym w Italii i teraz za każdym razem, kiedy na to spojrzymy, czujemy słońce i tamten czas.
A najfajniej jest mieć dom, bo można sobie wreszcie wydziwiać w kwestii przedmiotów montowanych na stałe, wcześniej nam było żal, bo w razie wyprowadzki wymarzone cudo musiałoby zostać.  Wreszcie będziemy mogli założyć zamki do drzwi przytargane z USA, a prośba o kupienie kranu, takiego fikuśnego wygiętego jak sprężyna, z ruchomą końcówką, przełączaną na prysznic, nie skończyła się znienawidzoną formułką – jak będziemy mieli swój dom, to ci kupię, tylko pytaniem – a dokładnie o jaki ci chodzi, żebyś potem nie płakała, że nie taki?
Wrócił mąż z Polski obładowany walizami, kilka butelek ulubionych trunków, książek co nie miara, a na dnie jednej z walizek mój wymarzony kran.  Imponujący, srebrny, akurat taki, jak chciałam.

Tego dnia mąż był zbyt zmęczony, ale zaraz następnego wziął się za montowanie go w kuchni.  Wprawdzie w instrukcji było napisane, że wymaga fachowca, ale on potrafi wiele zrobić i nie przejął się tą wskazówką.  Zaczął po 11, miało to trwać godzinę, może dwie. Zdjął nasz stary kran i od razu okazało się, że trzeba jechać do sklepu, po jest inny system połączeń tutaj i trzeba kupić złączki, które pogodzą irlandzki styl z kontynentalnym.  W sklepie okazało się, że mają to, co potrzebujemy, ale podczas przymierzania, czy to na pewno takie, okazało się, że jedna z rurek kranu nie ma nawierconego gwintu.  To musiało przydarzyć się nam, prawdopodobnie taki bubel był jeden na milion, a właśnie my musieliśmy kupić ‘ten los’.  Szkoda, że w lotto tak nie trafiamy.
Coś tam mąż poczarował, pokombinował, w każdym razie przyszedł z sheda do domu i mówi – będzie żył.  Już myślałam, że z nowego kranu nici, bo facet w sklepie powiedział, że nie da się tego bubla naprawić, a takich rurek nie mają, więc trzeba z powrotem słać.  A swoją drogą, jaki wstyd, sprzedawca zapytał, gdzie my to kupiliśmy, zgodnie z prawdą, bo ja nie bardzo umiem kłamać, odpowiedziałam, że w Polsce, a on spojrzał na mnie jakoś tak – „nic dziwnego, jak z Polski to musi być coś nie hallo”.  Wracając do montażu – mąż grzebał, grzebał, wreszcie wylazł szczęśliwy spod zlewu, puścił wodę, leci, wykonaliśmy taniec szczęścia.  Wodę wyłączyliśmy, kran kapie. Poszłam sobie w kąt, żeby z bezpiecznej odległości posłuchać jak mąż przeklina.  Kiedy znowu zajrzałam do kuchni, znowu wszystko rozkręcał, na górze, na dole, wszędzie – nie ma takiej opcji, żeby mi coś tu kapało – stwierdził i swego dopiął, bo faktycznie wynalazł, co było nie tak i skorygował. 
Zawsze tak jest, kiedy kupujemy coś w kraju, albo nam części do mebli nie włożą, albo zamiast góry i dołu są dwa doły, albo specjalny klucz potrzebny, a ktoś był łaskawy wyjąć z paczki.  Dopóki się człowiek za to nie weźmie, to nie wie, że coś nie tak.  No, bo czy przyszłoby wam do głowy sprawdzać czy są gwinty we wszystkich rurkach? Mnie nie.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!