Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Kategorie: Wszystkie | Dziennik | Felietony bieżące | Felietony starsze | Kulinarnie
RSS

Felietony starsze

sobota, 17 grudnia 2011

Wiele lat temu, szukając sposobu na zarobienie dodatkowych pieniędzy w zimie, postanowiliśmy otworzyć stoiska z ozdobami świątecznymi.  Były to czasy raczkującego kapitalizmu, czyli początek lat 90-tych, o wielkich centrach handlowych nikt jeszcze nie słyszał, może widywaliśmy je w amerykańskich filmach, ale nie były one jeszcze naszą polską rzeczywistością. Handlowało się na bazarach w centrach miast, tak zwanych Manhattanach, albo w niedziele na specjalnych imprezach handlowych, w Koszalinie była to giełda na Hali Gwardii na przykład.  Znaleźliśmy dostawcę pięknych ozdób angielskich i amerykańskich, ręcznie malowane bombki, grube i puchate łańcuchy - złote, moje ulubione różowe z domieszką szarości (tak zwany francuski róż), granatowe, różne bałwanki, misiaczki i renifery, a poza tym kompozycje do ozdoby domu – wiszące kule, bukiety Bożonarodzeniowe do wazonów, koszyki na owoce czy cukierki, stroiki na stół i tym podobne. Wszystko w stylu anglosaskim, u nas w tamtych czasach niespotykanym, wyglądało wyjątkowo luksusowo i niecodziennie.  Postanowiłam sama stanąć do sprzedaży, bo zatrudnieni do tego ludzie byli onieśmieleni bogactwem oferty i jej, na tamte czasy, wyjątkowością, nie bardzo wiedzieli, co z tym począć, jak polecać i co odpowiadać na liczne pytania kupujących. Zostali, więc przesunięci do części stoiska z innym towarem, a ja zabrałam się do handlu ozdobami.
     Na drugi dzień stawiłam się ubrana w 200 swetrów, grubą kurtkę, opaskę na uszy (czapek nie uznaję, bo kiedy je ściągam, moje włosy wyglądają jak u traktorzysty z PGRu, w dodatku na czole zawsze mam czerwoną pręgę, jak po berecie, jakieś uczulenie czy co?),  do tego rękawice, ciepłe kozaki i dwie pary skarpet.  Tak ubrana, potoczyłam się jak bałwan, do pracy na stoisku.  Nie bardzo mi to pasowało, wolałabym wyglądać jakoś tak bardziej luksusowo, jak ten towar, co go miałam sprzedawać, a nie jak jakaś bazarówa okutana jak na Syberii.  Co było robić – „pecunia non olet”.  Przy -15 stopniowym mrozie, jakoś trzeba było przeżyć dziesięć godzin na świeżym powietrzu, o wyglądzie wiotkiej kobietki w cienkim futrze i na szpilkach nie było mowy.
     Stoję sobie na tym stoisku w centrum bazaru, rozglądam się wokół w wolnych chwilach - po drugiej stronie pan z choinkami (jak znalazł, bo ludzie po zakupie drzewka przychodzili oglądać ozdoby), na lewo sprzęt gospodarstwa domowego, za rogiem zadekował się jumak z perfumami i sprzętem HiFi (dla niezorientowanych jumak to określenie na chłopaka, który handlował towarem kradzionym ze sklepów w Niemczech, nazwa pochodzi od autobusu do Berlina o 15.10, który szybko został nazwany -  3.10 to Yumy), a zaraz obok zaparkowała wielka ciężarówka z basenem pełnym karpi w środku.  Z szoferki wysiadła wielka baba, okutana w waciak, z opaską na uszach i pudełkiem gumowych rękawic.  Wyjęła składany stolik campingowy, wagę uchylną, miskę plastikową, różową sztuk jeden i kilka odważników.  Rozstawiła stoisko i heja handlować.  Karpie + baba to nieodzowny, pożądany wręcz, widok przed świętami.  Ucieszyłam się, bo w takim otoczeniu, moje towary nabierały jeszcze większego blasku.  Przez dłuższy czas byłam bardzo zapracowana, zaczął się duży ruch, wszystko szło jak świeże bułeczki, szczególnie te karpie, czego nie omieszkałam odnotować w głowie, z lekkim ukłuciem zazdrości.  Kiedy tylko zelżał napór kupujących, odetchnęłyśmy, ja i baba od karpi, ona się rzuciła do wielkiego czerwonego termosu z żółtym, plastikowym kubasem oraz kanapek w papierze woskowym, a ja do kawy z kubka styropianowego i tacki z kiełbaskami, przyniesionymi przez pracownika z pobliskiego barku.  Kawa była wstrętna, z fusami, które, miałam poważne podejrzenia, ale zero możliwości, żeby to sprawdzić, na sto procent osiadły mi w przestrzeniach między zębowych.  Posilałyśmy się przez chwilę, zerkając na siebie nawzajem.  Miałam wrażenie, że ją skądś znam.  Miała okrągłą czerstwą twarz, ale to pewnie od tego mrozu, który już coraz bardziej dawał nam się we znaki.  Z przodu brakowało jej jednego zęba.  Nieee, jednak mi się wydawało.
      Skończyłam jeść, oczyściłam się z okruchów chleba i postanowiłam się trochę przejść dla rozgrzewki. Skierowałam się w stronę karpio-wozu, bo przy okazji postanowiłam  zakupić rybę na Wigilię.  Kiedy doszłam do stolika, sprzedawczyni zwróciła się w moją stronę z wielkim, szczerym uśmiechem i okrzykiem - Kaśka!!! Przyjrzałam się babinie z pewną trudnością, bo mi ta cholerna opaska zjeżdżała na oczy, nagle mnie olśniło – Kaśka?!?!, nie mogłam ukryć zdziwienia, toż to moja koleżanka z liceum, moja imienniczka,  stała przede mną!  A ona na to, waląc mnie jowialnie z plaskacza w plecy – nooooo, też się zmieniłaś!  Dyplomata czy pokerzysta byłby ze mnie kiepski, wywnioskowałam po tym, co powiedziała, bo zapewne była to odpowiedź na to, co miałam wypisane na twarzy.  Wróciłam w amoku na swoje stoisko i zwróciłam się do pracownika, osiemnastoletniego chłopaka, który właśnie opuścił  dom dziecka i u nas znalazł swoją pierwszą pracę – panie Przemku, zastąpi mnie pan na pół godzinki?  On na to, nie wiedzieć, czemu zadowolony jakiś – pani Kasiu, proszę mówić mi po imieniu, przecież mógłbym być pani synem (wtedy byłam od niego najwyżej 10 lat starsza).  Zmartwiałam w zgrozie, odwróciłam się na pięcie i podążyłam natychmiast na przeciwko, do faceta z choinkami, gdzie wiedziałam, że gościnnie rozlewa się wódeczkę do musztardówek.  Zdecydowanie musiałam się znieczulić.
     Wróciłam urżnięta i załamana do domu, opowiadam mężowi, co za okropność mnie spotkała, a on na to, miedzy atakami śmiechu – cóż chcesz, wyglądasz w tych bałwaniastych ciuchach jak „moja żona Zofia”, a chłopak po prostu za wszelką cenę chciałby mieć rodzinę.
W ramach puenty powiem Wam tylko, że od lat nie jem karpia.



środa, 13 kwietnia 2011


Znalazłam pierścień Claddah. Złoty i widać, że bardzo stary. Leżał sobie na parkingu przed sklepem. To była późna pora, żadnych samochodów wokoło, nie było, kogo popytać, czy jego? Co robić? Zastanawiałam się, czy mam prawo go wziąć ze sobą, czy powinnam go zanieść do sklepu? A jeżeli tak, to, do którego, bo to właściwie centrum handlowe, więc musiałabym zdecydować, gdzie było największe prawdopodobieństwo pytania o zgubę. A z drugiej strony, czy ta osoba będzie wiedziała gdzie zgubiła? Pytania kłębiły się w głowie, aż zdecydowałam go jednak zabrać. Pomyślałam, że jeżeli istnieje coś takiego jak przeznaczenie, to dotyczy ono również przedmiotów. Wierzę w to, że przedmioty mają „duszę”, nie zdecydowałam tylko czy wszystkie, czy tylko niektóre. Bo spójrzmy prawdzie w oczy, łatwo jest personifikować pierścionek, ale muszlę klozetową to już niekoniecznie, bo po co ona miałaby mieć „duszę”, a jeżeli tak, to zdecydowanie nie powinna być używana do tego, do czego jest. Bo chociaż „duszę” piszę w cudzysłowie, to jednak chodzi o coś, co nie tylko jest zlepkiem materii, ale czymś więcej. A może przedmiot nabiera znaczenia mistycznego, czegoś poza namacalnymi cechami, w zależności gdzie się znajduje, w czyim posiadaniu jest i to właśnie właściciel obdarza go tymi cechami poza irrelewantnymi, obdarza go wyjątkową energią i taki pierścień niesie za sobą wspomnienia poprzednich właścicieli, ale i gotowość przyjęcia na siebie emocji nowego właściciela?


A nie byle jaki to pierścień, bo Claddah. Przedstawia on dwie dłonie trzymające serce w koronie. Serce symbolizuje miłość, ręce – przyjaźń, korona – lojalność. Może być wręczony w imię przyjaźni, ale raczej był stosowany do wyrażania uczuć bardziej intymnych, jako zaręczynowy lub wręcz ślubny. Nie jest obojętne jak się go nosi - jeżeli na lewej dłoni sercem do siebie, dana osoba pozostaje w związku małżeńskim, jeżeli sercem na zewnątrz, jest zaręczona. Na prawej, sercem do siebie – mam partnera, sercem na zewnątrz – osoba otwarta na nowe związki, wolna.


Jak więc widzicie, bardzo możliwe, że miał wielkie znaczenie dla właścicielki. W Irlandzkiej kulturze nie wręcza się go byle komu, rzadko kupuje samemu sobie, często nosi z obrączką, a jeżeli szuka się partnera i jest osobą młodą, są piękne współczesne wersje tego pierścienia, w srebrze, platynie i białym złocie, wysadzane kamieniami i sportowe wersje (wzór zatopiony w obrączce). Irlandki uważają, że jeżeli wszystko układa się tak jak powinno, każda dziewczyna powinna w swoim życiu dostać pięć pierścionków – wishbone ring, Claddah właśnie, zaręczynowy, obrączkę ślubną i eternity ring. Bardzo te wszystkie symbole są dla nich ważne, szczególnie dla tych ze starszego pokolenia.


No właśnie, a „mój” pierścionek jest stareńki, to widać. Znoszony jest niemożebnie. Od razu wiadomo, że towarzyszył właścicielce na co dzień, mył z nią naczynia, przesadzał kwiaty, przewijał dzieci, prał skarpety zielone od trawy po grze w gaelic, obierał ziemniaki i sprzątał. Od razu wiadomo, że niejedno widział i słyszał. Siedzę sobie z nim teraz i próbuję wsłuchać się w historię, którą ma do opowiedzenia, ale za bardzo jestem rozedrgana, za bardzo osadzona w „tu i teraz i jaka jestem zmęczona”, a to trzeba wejść w drugi stopień podświadomości i dać się ponieść jego historii. Obracam go, więc w palcach i wymyślam własne wersje tego, kto go nosił i w jakich okolicznościach. Mam nadzieję, ze zapłakana właścicielka czuje pod skórą, że on znalazł szczęśliwy dom i będzie miał u mnie dobrze, a jeżeli nie? Jeżeli ona nie żyje, a spadkobierca należycie o niego nie dbał, może uśmiecha się teraz ze swojego raju (bo ja wierzę, że każdy ma taki, jaki sobie wymarzył, w moim siedzę w wielkiej bibliotece, a u stóp leżą moje psiaki, te, które już też odeszły i niech mi nikt nie mówi, że psy nie idą do nieba, bo to bzdura) i gratuluje sobie sprawienia, że to właśnie do mnie trafił. Kto wie, może w nim jest zaczarowany los kolejnych właścicieli i przyniesie mi szczęście? A może to kolejny znak, że pora coś zmienić, dostrzec drogę, podążyć w poszukiwaniu swojej legendy?


Czytam teraz 'Bridę' Paolo Coelho, zawsze mi się wtedy na mózg w tym stylu rzuca, ale coś w tym jest, że trzeba czasami zatrzymać się, rozejrzeć, otworzyć na te kanały percepcji, które normalnie, w codziennym biegu, są dla nas niewidzialne, niewyczuwalne. A kiedy uda nam się uchwycić tę chwilę, otwierają się w mózgu klapki i dostęp do tych korytarzy, które ukazują nowe możliwości, nowe drogi. A kiedy je już dostrzegę, pójdę w tamtym kierunku bez cienia trwogi.

Najwyżej umieściłam zdjęcie pierścienia Claddah, w środku wishbone ring, a najniżej, tu obok - eternity ring (pierścień wieczności, znak wiecznej miłości). Mam nadzieję go dostać na 25 rocznicę ślubu, czyli już za rok. Będę go nosić wraz z obrączką.

 

piątek, 24 grudnia 2010

Kobieta niespokojnie kręciła się po kuchni. Szykowała wieczerzę Wigilijną. Czas naglił, jeszcze tyle było do zrobienia, ale ona nie mogła się należycie skupić. Co chwilę podchodziła do okna, wyglądała męża i synów. Wypłynęli rano na ostatni w tym roku połów. Pogoda nie była najlepsza, mimo to postanowili spróbować. Potrząsnęła głową, wygładziła włosy, głęboko odetchnęła i wróciła do pracy, nie można poddawać się złym myślom, to wywołuje nieszczęście – skarciła siebie w duchu.

Dlaczego uparli się dzisiaj płynąć? Nie przelewało się w domu, to prawda, ale biedy też nie było. Mięso i ryby na zimę zasolone, mąka na chleb kupiona, przy odpowiednim gospodarowaniu powinno starczyć na długo.

Indyk w piecu pachniał zachęcająco. Jeszcze dwie godziny i będzie gotowy. Gdzież oni są? Zarzuciła chustę i wyszła z domu. Od rana wiatr przybrał na sile, czarne chmury zachodziły na niebo. Zapatrzyła się w horyzont, wielkie fale pieniły się złowrogo, nie wróżyły niczego dobrego. Zbyt dobrze wiedziała, co to oznacza, jej ojciec był rybakiem, mąż, synowie, wszyscy sąsiedzi też, wiele nieszczęścia widziała w życiu, zbyt wielu nie wróciło z morza, nie mogła się już dłużej oszukiwać, postanowiła udać się po pomoc.

W jedynym w miasteczku pubie było ciepło i gwarno. Kiedy weszła wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Jeszcze miała nadzieję, że zobaczy męża i chłopaków przy ladzie, popijających piwo po udanym połowie. Nie, nie ma ich. Mężczyźni byli zapewne zszokowani jej zuchwałością, kobiety nie przesiadywały w pubach, to było miejsce zarezerwowane dla nich, ale nic sobie z tego nie robiła, przecież tu chodziło o życie jej bliskich. Zwróciła się do najstarszego, miał posłuch, tylko on jej mógł pomóc. Kiedy opowiedziała, z czym przychodzi, zerwał się na równe nogi i zarządził wymarsz na nabrzeże. Jak zwykle w takich wypadkach zaczęli rozpalać ogniska wzdłuż linii brzegowej, w ten sposób wskazywali rybakom na morzu drogę powrotną.

W międzyczasie znacznie się ściemniło, zaczął padać rzęsisty deszcz. Ogniska gasły, mężczyźni walczyli zaciekle, ale niestety nie udawało im się utrzymać wysokiego ognia. Kobiety zebrały się w ciasną grupę, modliły się bezgłośnie poruszając ustami. Wpatrywały się w ciemną, wzburzoną taflę morza, zwykle tak piękne i szczodre, dzisiaj postanowiło pokazać swoja wielkość i grozę. Nie miały złudzeń, w walce z tym gigantem człowiek jest bez szans.

Kobieta przez chwilę jeszcze przyglądała się zmaganiom mężczyzn, ale widząc, że to wszystko na nic, odwróciła się nagle i odeszła zdecydowanym krokiem.

Droga do domu wydawała się trwać wieki, jak tylko tam dotarła, chwyciła bańki z naftą i zaczęła metodycznie oblewać ściany domu. Podpaliła. Zajęły się drewniane krokwie i słomiany dach, mimo deszczu w krótkim czasie paliło się aż miło. Nie czuła żalu, nic nie czuła, odwróciła się w stronę morza i czekała. Jak długo? Nie miała pojęcia. Stała tam na wzgórzu, z rozwianymi włosami, policzkami rozpalonymi od żaru i czekała. Jeśli istnieje Bóg, dojrzą ogień, skierują łódź w stronę brzegu i dotrą bezpiecznie z powrotem. Zwróciła modlitwy do Matki Boskiej, któż lepiej zrozumie matkę jak nie druga matka?

Nagle ich zobaczyła, szli machając do niej z daleka. Szybko policzyła sylwetki, raz, dwa, trzy, cztery, mój Boże, są wszyscy. Rzuciła się biegiem w dół wzgórza, po chwili dopadła do nich, objęli się wszyscy i zamarli w tym uścisku. Nie trzeba było słów.

Życzę Wam żebyście zawsze, bez względu na okoliczności, znaleźli drogę do domu.

Wesołych Świąt!

niedziela, 08 sierpnia 2010

Pozwólcie, że opowiem wam o Ritcie. 
Przyjechałam do Irlandii w czasach, kiedy było tu niewielu Polaków, a już na pewno nie było żadnych wielkich skupisk, czy środowisk widocznych na pierwszy rzut oka.  Według szacunków było nas 300 osób w całym kraju. Trudno sobie pewnie to teraz wyobrazić.  W każdym razie nie było nikogo, kto mógłby mi udzielić jakichkolwiek wskazówek, pomóc w zagospodarowaniu, czy zorganizowaniu szkoły.  Wiem, że wciąż powtarzam te martyrologiczne opowieści, ale bardzo chcę, żebyście mieli obraz sytuacji.  Ba, grozy nawet, bo jak nazwać okoliczności, kiedy ląduje się w obcym mieście, obcego kraju, gdzie wszyscy mówią angielskim, ale takim, że się zastanawiasz, czego cię w szkole uczyli, bo na pewno nie tego samego języka?  Niby wszystko można załatwić na telefon, ale jeszcze trzeba rozumieć, co do ciebie mówią.  Człowiek traci rozpęd, robi się taki trochę społecznie upośledzony.  Te ograniczenia czasem urastały do przeszkód wielkich rozmiarów, wiadomo było, że dzieci w Irlandii noszą mundurki, ale gdzie się je kupuje to już nie bardzo.  Wtedy bardzo pomocna okazała się Siobhan, ale to inna historia, nie będę jej teraz opowiadać.

Potem zaczęło się normalne życie, dla nas trochę ubogie towarzysko, bo kiedy nie bywasz namiętnie w pubach, bo dzieci małe, a poza tym i tak nie jestem fanką tego typu rozrywki, czasem i owszem, ale żeby każdego tygodnia godzinami przesiadywać w mieście, to nie dla mnie, to i przyjaciół nie poznajesz lawinowo i człowiek czuje się samotny.  Wtedy z propozycją przejażdżki po uroczych zakątkach okolicy wystąpiła mama najlepszego kolegi mojego syna ze szkoły.  Potem pojechaliśmy razem na Halloweenowe przyjęcie dla dzieci w parku rozrywki, potem były fajerwerki u nich w domu, gdzie miałam okazję poznać resztę rodziny, siostry i mamę – Ritę właśnie.  Wojtek i Cian bardzo się zaprzyjaźnili, zaczęli nocować u siebie w weekendy (okazało się, ze byliśmy pierwszym domem, gdzie pozwolono Cianowi przebywać, bo wcześniej mógł tylko u kuzynów i na imprezach zbiorowych), nie raz babcia Rita odbierała ich ze szkoły, częstowała obiadem, śmiała się wtedy często, że Wojtek to jedyny człowiek oprócz niej, który je warzywa.  Oddalony od rodziny, bez kontaktu codziennego z ‘dziadkami’, wdzięczna byłam jej bardzo, że chociaż tak Wojtek doznaje babcinej troski. Tak było od prawie 7 lat, aż wszystko nagle zmieniło się, można powiedzieć, w ciągu jednej nocy.

Rita przeszła planowaną operację wymiany biodra.  Wszystko poszło pomyślnie, rekonwalescencja postępowała bardzo dobrze, do tego stopnia, że przestała zupełnie brać leki przeciwbólowe.  Pojechałam ją odwiedzić, dostałam herbatkę i pyszne ciasteczka, pogawędziłyśmy, fajnie było. Kilka dni później Rita została zabrana do szpitala.  Nie będę wchodziła w szczegóły, wystarczy powiedzieć, że o 12 w nocy trafiła na stół operacyjny, otworzyli ją i zaszyli.  Rozległy rak, nieoperacyjny.  Przez to, że od lat brała silne leki przeciwbólowe na biodro, nie zauważono symptomów raka jelita grubego, bo nie odczuwała bólu, ani dyskomfortu.

Wszystko poszło błyskawicznie, siedem tygodni i Rita umarła. Szok dla wszystkich, nie tylko dla rodziny.  Siedziałam właśnie u fryzjera, kiedy dostałam telefon z wiadomością.  Ja tu z mokrym łbem, naokoło śmiechy i hałas, a gdzieś tam w przyciemnionej sali szpitalnej Rita wydała ostatnie tchnienie.  Zawsze w takich razach boleśnie uświadamiam sobie, jak kruche jest ludzkie życie i zastanawiam się, jak wiele jest ono warte, czy ważne jest to, co po nas zostaje? Czy wręcz odwrotnie -  do cholery z tym wszystkim.

Następne dni wystarczyły mi za odpowiedź.  W Irlandii, szczególnie w takich małych miejscowościach, jest zwyczaj czuwania przy zmarłym przez dwa dni, a na trzeci jest pogrzeb.  Pomagałam rodzinie w tym czasie, od tego są przyjaciele.  Do domu, gdzie jest wystawiona trumna, schodzili się żałobnicy, a my serwowałyśmy herbatę, kanapki, ciasteczka, dając w tym czasie rodzinie czas na żal i na pożegnanie się z matką.  Kiedy widziałam te tłumy ludzi, autentycznie przejętych jej śmiercią, pomyślałam, jakże to jest fantastyczne, że ona pozostawiła po sobie takie wrażenie, że ‘nie wszystek umrę’ ma jednak znaczenie, że tyle jesteśmy warci, ile pamięć po nas.
W miejscowym kościele, jak to się mówi po angielsku – there was no dry eye in the chapel – nie było ani jednego suchego oka w kaplicy; wszyscy, słuchając opowieści snutych przez księdza o Ricie, śpiewu chóru, którego była członkinią od 30 lat, toteż dla niej śpiewali szczególnie pięknie, chlipali w chusteczki i autentycznie przeżywali jej odejście. W pewnym momencie ksiądz powiedział, że Rita dotknęła życia tak wielu osób, niejednokrotnie pomagając im dyskretnie i z wrodzoną sobie bezinteresownością i za to ją wszyscy tak kochali i cenili.  Zdałam sobie sprawę, jak trafne jest to spostrzeżenie, że ona w jakiś sposób dotknęła i mojego życia, dając mi poczucie bycia osobą ważną i mile widzianą na tej ziemi.  I za to będę jej zawsze wdzięczna.

Farewell Rita!

czwartek, 03 czerwca 2010

Ci, którzy czytali lub oglądali „Kroniki portowe”, a także Ci, którzy urodzili się na wsi, prawdopodobnie wiedzą jak wygląda „a wake” (czyt. e łejk) czyli czuwanie przy zmarłym przed pogrzebem. Dawniej wierzono, że może się on wybudzić w ciągu trzech dni. To było wtedy, kiedy niewiele wiedziano o śmierci klinicznej, a wieczorami, przy darciu pierza na przykład, opowiadano historie o krewnych czy sąsiadach, którzy uważani byli za zmarłych, leżeli w trumnie, już opłakani przez rodzinę, bliscy pochowania, wstawali nagle ze zmarłych i powracali w chwale do życia. W chwale, bo było to tak nieprawdopodobne, że później uważano ich za bez mała świętych. Czasami historie były bardziej makabryczne i opowiadano o ludziach, którzy budzili się w trumnach, pod ziemią.

Toteż dla przedsięwzięcia środków ostrożności wprowadzono zwyczaj czuwania przy zmarłym. Trumnę ustawia się w domu - wersja małomiasteczkowa lub w domu zakładu pogrzebowego czy pogrzebowej kaplicy – wersja luksusowa, wielkomiejska.

Mnie przyszło mieszkać w małym irlandzkim miasteczku i jak to w takich miejscach sprawy śmierci traktuje się naturalnie i bez zbędnego zadęcia. Bo przecież jedyne, co jest pewne po naszym urodzeniu to fakt, że kiedyś umrzemy.

Dla Irlandczyków to czuwanie jest bardzo ważne. Kiedy umiera ktoś kogo znasz, lub bliski znajomej Ci osoby (koleżanki w pracy, sąsiadki, listonosza, nauczyciela lub koleżanek z klasy twoich dzieci), najwyższym nietaktem jest nie pójście na „a wake”. Pogrzeb jest dla rodziny, czuwanie dla reszty miasta.

Mój pierwszy raz miał miejsce trzy lata temu, umarł teść mojej koleżanki z pracy. Dziewczyny powiedziały, ze nie może mnie tam zabraknąć. Poszłam. Strasznie się denerwowałam. Nigdy nie widziałam martwego człowieka. Weszłam do domu pełnego ludzi, w rogu salonu stała trumna, a w niej człowiek, którego nigdy w życiu nie znałam. To i dobrze, było mi łatwiej. Natomiast Una siedziała w nogach trumny, cała w czerwonych plamach z przejęcia (opiekowała się teściem kilkanaście lat) i kiedy ją ujrzałam, zrozumiałam, dlaczego organizowane są te czuwania. Trzeba okazać rodzinie wsparcie. Uściskałam ją serdecznie, wyraziłam współczucie jej mężowi, a potem przyszedł czas na modlitwę przy trumnie. Starałam się na niego nie patrzeć, ale to potęgowało jeszcze bardziej mój strach, więc zaczęłam się na niego gapić. Wiedziałam, że za życia nie miał jednej nogi, zastanawiałam się, czy ją czymś zastąpili, dla wypełnienia nogawki, czy nie? Zawsze mi takie głupie myśli przychodzą do głowy, kiedy jestem w stresie. Jakaś samoobrona organizmu czy coś, na pogrzebie mojego taty zobaczyłam faceta w poczcie sztandarowym, który wyglądał jak Hitler (poważnie!) i dostałam ataku śmiechu.

No, więc stałam tam i się zastanawiałam, co zrobili, żeby nie było widać, że on nie ma tej nogi. Przypomniały mi się sceny z serialu „Sześć stóp pod ziemią”, gdzie główni bohaterowie prowadzili zakład pogrzebowy. Głupie co? Tak już mam, nic na to nie poradzę. Ale to nie koniec szokowania na pierwszy raz. Najbardziej mnie zdziwiło, ze po tej modlitwie, kiedy myślałam, że zbieramy się do wyjścia, wskazali mi krzesło, podali herbatę i kanapkę i wciągnęli do rozmowy o pogodzie, polityce, pracy i innych przyziemnych sprawach, a ten martwy człowiek cały czas z nami w pokoju. Przez pierwsze kilka minut myślałam, że zmysły postradam, ale z czasem przyzwyczajałam się do sytuacji, mało brakowało, a przed wyjściem z rozpędu pożegnałabym się z nieboszczykiem.

W zeszłym roku ja i reszta menadżerów, na zaproszenie właściciela naszego hotelu, bawiliśmy z wizytą w Szkocji. Pierwszego wieczora po wylądowaniu, siedzieliśmy wszyscy w kuchni jego domu, popijając powitalne winko i czekając aż dojdzie w piekarniku kolacja. W pewnym momencie nasze komórki, 8 - jedna po drugiej, oznajmiły otrzymanie smsa. Chwyciliśmy za telefony, zaskoczeni sytuacją, spodziewaliśmy się gigantycznych kłopotów w hotelu, skoro wszyscy dostaliśmy w tym samym czasie wiadomość. Po chwili padaliśmy ze śmiechu, wraz z naszymi gospodarzami, bo okazało się, że każde z nas zostało powiadomione, i to przez różnych nadawców, o śmierci znanej w mieście osoby i godzinie rozpoczęcia czuwania. Ja wiem, śmierć i te sprawy, ale taka była nasza reakcja, nic na to nie poradzę

Teraz jestem już stara wyjadaczka, przywykłam do tych spotkań, traktuję to tak samo naturalnie jak moi irlandzcy przyjaciele. A najbardziej podoba mi się to, i wzrusza jednocześnie bardziej niż sam pogrzeb, że kiedy wiozą już człowieka na pochówek, sklepy na trasie przejazdu są na tę chwilę pozamykane, wszyscy wychodzą na ulice i żegnają tę osobę. Miasto zamiera. Tutaj ludzi obchodzi jeszcze drugi człowiek. Dla takich chwil warto żyć w małym mieście, dla takich chwil nie tak strasznie umierać.

poniedziałek, 31 maja 2010

Ugryzłam się w język. Nie w przenośni, bo gadałam głupoty lub niemiłe rzeczy. Tak po prostu, bez przysłowiowych podtekstów. Mąż oczywiście, tonem karcącego rodzica, stwierdził – jak się je, to się nie gada, pies jak je, nie szczeka – wrrrr, nienawidzę takiego dziamgania po fakcie. Wydziobałam sobie całkiem pokaźną dziurę. Staram się go nie używać, nie jem, nie piję, nie mielę, nie używam końca za przewodnika, trzymam za zębami i się nie odzywam. A jak tak milczę to przed oczami przepływają mi obrazy z przeszłości. W ogóle tak mam dość często, że kiedy robię coś niewymagającego  angażowania umysłu, na przykład zmywam naczynia, nachodzą mnie wspomnienia, ale nie w formie opowieści filmowej, tylko napadających mnie nagle obrazów, jak fotek strzelanych przez reportera wojennego.

Trzask! Siedzę w oknie w moim domu rodzinnym, mam kilka lat, pachnie latem, wybieramy się na plażę do Mielna, mama kręci się w kuchni, szykuje kanapki z jajkiem, kawę w termos, truskawki w pojemniki i mój najukochańszy bób. Będę sobie siedzieć na kocu, zawinięta w ręcznik i trzęsącymi rękami (bo godzinami bawiłam się w wodzie) obierać bób i zajadać go wraz z piaskiem, który oczywiście mam na rękach. Ludzie będą leżeć jeden obok drugiego, na kocach, ręcznikach, za parawanami, w koszach, będą grać w siatkówkę, kopać dołki, a facet z małpką przyjdzie zapytać, czy nie chcemy z nią zdjęcia? A potem pójdziemy do pani Władzi na frytki, w brązowej torebce, nakładane z aluminiowej miski, od lat tej samej. Ale póki co, siedzę przy oknie, z rozłożoną „Małą pocztą” (moja ulubiona zabawa, plastikowe pieniądze, druki przelewów, wpłat i wysyłek pocztowych, pieczątki i małe znaczki). Z adapteru leci bajka o kocie w butach, śpiewam w głos z autorami i bawię się w urzędnika pocztowego.

Trzask! Likwidacja domu, mama postanowiła go sprzedać, kilkadziesiąt lat życia – spłowiałe, zakurzone, w kartony lub na śmietnik. Boli!

Trzask! Idę ulicą Reytana, mam na sobie spódnicę w podłużne pasy, wściekle różowe skarpety i czarne skórzane botki wywalczone (dosłownie!) w sklepie firmowym „Chełmka”, pachnie późną jesienią, jestem nienaturalnie szczęśliwa, chyba zakochana, nie wiem, w kim, nie pamiętam, mam się spotkać z przyjaciółmi w „Maluchu”, taką mam ochotę na paschę, czuję zapach bakalii w masie serowej, mniam

Trzask! Zima w stanie wojennym, nie chodzimy do szkoły, całe dnie spędzam na lodowisku, a w przerwach stoję w kolejkach. Zapach parujących w ciepłym pomieszczeniu zawilgoconych od śniegu nakryć, Jedna śmietana w szklanej butelce na osobę, jedna kostka masła. Wieczorem idę pojeździć na łyżwach, będzie Zbyszek, a może to był Marek?

Trzask! Siedzę w fotelu w kratkę, w swoim pokoju, święta Wielkanocne, czytam „Czarodziejski ogród”, na talerzyku kanapki z szynką i ćwikłą, pokrojone w małe kawałki, żebym nie umazała książki. Okno otwarte na oścież, pachnie wiosną, ciepło, dzieci chodzą w białych podkolanówkach, po południu pójdę z Jolką Lew na trzepak na podwórku Pawła. Ale będzie fajnie.

Trzask! Bazar w Soczi, stosy owoców, uśmiechnięty sprzedawca podaje kawałek do spróbowania, słodki nieznany smak, nigdy go nie zapomnę. Potem, na plantacji herbaty, dostajemy konfiturę do gorącego naparu, tak jak Rosjanie lubią najbardziej, ona ma też ten smak, pytam o nazwę, obiecuję sobie zapamiętać. Pachnie kurzem plantacji, grillowaną w górach Kaukazu baraniną. Waldek złamał na niej ząb. Wieczorem w „Dagomysie”, hotelu dla obcokrajowców, pijemy przedni Gruziński koniak z grubych szklanic. Schyłek komunizmu, czuć powiew wolności. Cholera, nie pamiętam jak nazywał się ten pyszny owoc! Jego nazwa wraca do mnie w dziwnych momentach, a potem znowu umyka, jak spłoszony ptak.

Trzask! Jadę karetką do szpitala, słyszę rozmowy sanitariuszy, ludzie, ze mną jest naprawdę niedobrze, a wy tu o dzieciach, o wyjeździe na narty, sumienia nie macie?!

Trzask! Lunch w barku na pętli autobusowej w Warszawie, zabrał nas tam Jurek, chwalił kuchnię, pyszna sałatka z cykorii, ciepły wrzesień w stolicy, zapach przekwitających kwiatów na rabatkach i ogłuszający ruch uliczny, młoda jestem, poszukuję, niecierpliwie czekam na to, co przyniesie los, nie przeszkadza mi opętańczy rytm miasta.

Trzask! Kino Adria w Koszalinie, Konfrontacje – czyli przegląd filmów nagrodzonych na różnych festiwalach, codziennie jeden seans, kupuje się karnety i 10 dni z rzędu ogląda produkcje z różnych krajów, uwielbiałam to kino, atmosferę jeszcze sprzed czasów popcornowych, w barku były batony Studenckie, mieszanka Wedlowska (ach te bajeczne) i oranżada w butelkach szklanych. Na ekranie czeski film „Tysiącletnia pszczoła”, dlaczego właśnie ten pamiętam? Z tyłu, zawsze na tym samym miejscu (karnety były numerowane), siedział chłopak, który mi się podobał. Nigdy nie zamieniliśmy nawet słowa.

Trzask! Siedzimy całą rodziną u Chińczyka w Londynie na Trafalgar Square, na stołach fatalne, plastikowe obrusy, oczekiwaliśmy cudu kulinarnego wschodu, a dostaliśmy europejską podróbkę, przy stoliku obok jedzą curry i frytki, koszmar. Ale my się śmiejemy, trochę też z rozpaczy, że wśród kilkunastu restauracyjek, wybraliśmy właśnie tę, ale też, dlatego, że cieszymy się ze swojego towarzystwa.

Ocknęłam się, mogłabym tak bez końca, pisanie trwa dłużej niż przesuwanie się tych obrazów w głowie, czasami to lubię, czasami mnie to męczy, zależy, jakie wspomnienia mnie napadają, jakie obrazy dominują.

Zawsze towarzyszy im zapach, wspomnienie różnych aromatów związanych z sytuacją, miejscem lub porą roku. Do tej pory, kiedy jem orzeszki ziemne, przypomina mi się książka „Piotrek zgubił dziadka oko” Lucyny Legut, bo kiedy ją czytałam, wtranżoliłam całą ich puszkę, a w tamtych czasach to był rarytas. I odwrotnie, kiedy biorę do ręki stary, pożółkły egzemplarz tej powieści, czuję wyraźny zapach orzeszków, nie dlatego, że między stronicami są tam jakieś resztki, po prostu tak pachnie wspomnienie chwili, kiedy ją czytałam.

Czasami idę ulicą, jestem zajęta, rozmawiam przez telefon lub z osobą towarzyszącą i nagle, ni stąd, ni zowąd napada mnie zapach i zaraz za tym idące wspomnienie. I wtedy jest tak, jakbym żyła w różnych miejscach i czasoprzestrzeniach równocześnie, wtedy jest tak, jakby one nigdy nie przemijały. Magia.

sobota, 29 maja 2010

Jak ważny dla kobiety jest jej fryzjer, nie trzeba chyba pisać.  Od tego co ma na głowie, zależy jej samopoczucie, świadomość własnej wartości; kobieta, która ma zadbane, dobrze obcięte włosy, może zdobywać góry, od tego może nawet zależeć czy odniesie sukces, i towarzyski, i zawodowy.  Kolor włosów też jest ważny.  Czy woli naturalne, bez dotyku chemii? A może zmienia kolory wraz ze zmianą pór roku? A może zależy to od tego, czy jest w nastroju do walki, czy może odpoczywa po?  Ciemniejsze, ostre kolory wskazywałyby na osobę energiczną, albo taką, która musi podjąć się zadań szczególnych, trudnych i przywdziewa kolor jak zbroję.  Kiedy kobieta jest pewna swojej pozycji, kiedy umacnia ją na już raz zdobytym polu, może sobie pozwolić na pastele, blondy, ciepłe brązy i blond-rudości.  O ile oczywiście farbuje, bo są i takie aktywistki, które tolerują tylko surową naturalność, wtedy trudniej stwierdzić, czy ona jest w fazie zdobywcy, czy w fazie odpoczynku wojownika.  Jest nieobliczalna jak Wiking.  Albo po prostu ma piękne włosy, które szkoda by zniszczyć farbowaniem i jest pewna swojej wartości i bez podkreślania jej kolorem. Albo fleja, ale to już inna sprawa, bo takie to się zdarzają niezależnie czy w kolorze, czy au naturel.

Podziwiam kobiety, które nie przywiązują się do jednego fryzjera, tylko wybierają na chybił trafił, gdzie akurat jest wolne albo ‘bo właśnie przechodziły i im się lokal spodobał’.  Ja muszę się do swojego ‘oprawcy’ przyzwyczaić, wolę mężczyzn niż kobiety, wierzę w to, że dopiero, kiedy klient i fryzjer się poznają, następuje miła symbioza i pełne zrozumienie.  W każdym razie minimalizuje się możliwość ‘kto-ci-taką-krzywdę-zrobił’.  W Polsce miałam bardzo fajną dziewczynę, która rozumiała mnie jak nikt inny i miała świetną rękę do cięcia.  Bo to jest dla mnie najważniejsze – nożyczki, sprawne i dobre strzyżenie, włosy farbuję sobie sama, bo mnie najzwyczajniej w świecie boli, kiedy musze zapłacić straszne pieniądze za ich malowanie. Tutaj, po wielu nieudanych próbach, znalazłam, a właściwie oni mnie znaleźli, bo zjechali do naszego miasteczka i otworzyli zakład, dwóch gejów z Londynu via Hiszpania.  U nich kobieta była zaopiekowana jak nigdzie indziej, otoczona miłą atmosferą i atencją, kiedy wchodziło się do zakładu rzucali ci się na szyję i ‘darling’ oraz ‘my love’ nie było końca.  No i byli dobrzy.  Zniknęli po czterech latach, tak nagle jak się pokazali, widocznie taki mają styl, włóczykije.

Teraz włosy obcinam u Polki i jest świetnie, ale podczas pobytu w Dublinie coś mnie podkusiło, zaszaleć chciałam (dla mnie to sam szczyt szaleństwa) i udałam się do fryzjera chińskiego.  Wiele o nich słyszałam, że mają styl inny od wszystkich w Europie, że kiedy zaczynają śmigać nożyczkami, to powstaje fryzura najbardziej oryginalna od wszystkiego, co miałaś kiedykolwiek na głowie.  Hmmm, to prawda, tylko nie jestem pewna, czy w takim tego stwierdzenia znaczeniu, w jakim się spodziewałam.

Już samo mycie głowy odbywa się zupełnie inaczej, leży się z głową w zlewie, ale na kwadracie obleczonym skórą robiącym za swego rodzaju myjkową poduszkę. Przyjemnie jest i miękko, a do tego fryzjer robi masaż.  Nie wiem jaki, ale po wyglądałam jak rastafarianin na haju, słowa mojej córki, która mi towarzyszyła i obserwowała te wszystkie ablucje. Potem posadzono mnie na fotelu i padło sakramentalne pytanie, którego tak naprawdę nienawidzę – jak tniemy?  Pokazałam panu zdjęcie Ewy Kasprzyk w absolutnie fantastycznym krótkim cięciu i poprosiłam, że ja bym chciała tak samo.  Czego fryzjerzy naprawdę nienawidzą? – pokazywania stylizowanych gwiazd i oczekiwania takiego samego efektu.  No, ale skąd brać inspiracje jak nie z magazynów?  Zawsze w takich wypadkach się śmieję, że wiem, że nie będę taka ładna, ale chociaż może tak ładnie obcięta?  Pan fryzjer nie uśmiał się ze mną, jakiś ponurak pomyślałam, bo mi do głowy nie przyszło, że jego angielski jest słabiutki.  Jestem z Donegalu, my tu dużo gadamy, ze wszystkimi.  No, więc tokuję to tego swojego fryzjera, czy trudno wyjechać było z Chin, czy oni tam mają paszporty w domu i przepraszam, że tak pytam, ale my kiedyś nie mieliśmy, a przecież tam nadal komunizm i to taki raczej hard-corowy, ale on może ze mną o tym gadać, bo ja z Polski, więc towarzysz w niedoli jeszcze do niedawna i tak gadam i gadam, aż się zorientowałam, że on ani słowa nie rozumie, ni hu hu. Czy on zrozumiał, co ja na tym moim biednym łbie chciałam mieć?  Spojrzałam na jego ręce i od razu wiedziałam, że robi, co mu się żywnie podoba, nie bacząc na zdjęcie aktorki, na moje chcenia-nie chcenia.  A włosy coraz krótsze i wyglądam co najmniej dziwnie.  Michalina mówi, że miałam panikę i rozpacz wypisane na twarzy, ale już było późno, żeby zatrzymać ten proces pozbywania mnie włosów.  Spojrzałam w lustro na Chinkę za moimi plecami, która sobie tam coś układała, złapała moje spojrzenie, podniosła kciuk do góry i zakiwała się do przodu i do tyłu w akcie aprobaty.   Jedyne, co mi przyszło do głowy to – ale się wpakowałam w g…. (i nie było to tak łagodnie powiedziane jak tu).  Postanowiłam przyjąć to na klatę.  Sama się pchałam, trzeba się teraz wykazać ‘godnościom osobistom’.  Nagle pan fryzjer zarządał – otworzyć oczy (bałam się, że postradam zdrowe zmysły), patrzeć jak układam, w domu robić tak samo;  krótko dobzie, długo niedobzie, równo też niedobzie,  nierówno dobzie dobzie (miał na myśli, że niesymetrycznie jest dobzie, tfu dobrze).  Mnie niesymetrycznie? Przecież ja jestem maniaczką symetrii, ratunku!!!  Postawił mi sto kogutów na głowie i usatysfakcjonowany efektem końcowym, zdjął ze mnie fartuch i ukłonił się dwornie.  Ja chyba zwariuję, pomyślałam, jak ja teraz na ulicę wyjdę?  Moja córka utrzymywała, że wyglądam świetnie,  postanowiłam, dla higieny psychicznej, jej uwierzyć.  Cały dzień bacznie unikałam wszelkich luster czy okien wystawowych.  Luuudzie, ja  chciałam zaszaleć, a nie oszaleć!

sobota, 01 maja 2010

Ale mi się rok zaczął, nie ma co. Najpierw grypa, jak to grypa długa, obezwładniająca i odbierająca witalność na długie tygodnie po. Walczyłam najpierw babcinymi sposobami, ale jednak musiałam się poddać i wziąć antybiotyk. Kiedy już wszystko w miarę wróciło do normy, Wojtek miał wypadek w szkole.

Tak to już jest z naszym synem, że od dziecka był bardzo żywy i wszystkiego ciekawy, co jest w sumie dobre dla niego, bo poziom poznania świata nie ma dla niego limitu, ale dla rodziców to horror. Po pierwsze dlatego, że nie ma sposobu, żeby takie dziecko upilnować. Mimo oczu wokół głowy, dwóch par nóg szybkich jak u Strusia Pędziwiatra, i tak zdarzało się, że mieliśmy więcej szczęścia niż wpływu na sytuację. Inna sprawa, że było to niejednokrotnie szczęście w nieszczęściu, bo Wojcieszonek, oprócz swojej żywej, wszędobylskiej natury, miał też pecha. Trzeba mu to przyznać. Bo zupełnie nie jego winą było, że pośród pięciuset osób brodzących w Zalewie Siedleckim, to on właśnie wszedł na szkło i rozciął fatalnie stopę.  Jak natomiast wytłumaczyć fakt, że będąc dziesiątym dzieckiem w kolejce do huśtawki typu „waga uchylna”, czyli jedno dziecko w górę, drugie na dół, to właśnie on po ześlizgnięciu się z niej na mięciutki piasek, walnął głową w wystający kawałek metalu (zakopana- miało-być -głęboko, noga tej huśtawki), tak nieszczęśliwie, że rozciął sobie ją na dwa centymetry i trzeba było szyć? Był to nasz pierwszy pobyt w szpitalu, ale niestety nie ostatni. Od tamtego fatalnego dnia przyszło nam nie raz bywać na urazówkach, i to w różnych miastach, a nawet krajach. W tamtym czasie mieliśmy kolegę pielęgniarza pracującego w zakładzie karnym, który to szczęśliwym zrządzeniem losu mieszkał piętro wyżej, i to on właśnie opatrywał co pomniejsze urazy - nacięte małżowiny uszne (rzut klockiem na odległość, ulubiona dyscyplina przedszkolna, czasem tak się kończy), wspomniana stopa, łokieć, palce po samodzielnych próbach kucharzenia; po jakimś czasie Wojtek wyglądał całkiem jak osadzeni, którymi opiekował się sąsiad.

Już myśleliśmy, że wyrósł z tego i mamy za sobą czasy ran ciętych i tłuczonych, kiedy przyjechali do nas przyjaciele. Wojtek tak się cieszył z ich wizyty, że zaczął tańczyć po całym domu, skakać i brykać, czego efektem było rozcięcie głowy o framugę drzwi. Syn był już tak oswojony z podobnymi sytuacjami, że kiedy poinformowałam go, po oględzinach, że niestety znowu musimy jechać do szpitala, odpowiedział ocierając krew z czoła, no to jedźcie, a ja tu poczekam grzeczniutko. Nie ma tak łatwo Winnetou, pojechaliśmy na szycie, a zamiast wieczoru spędzonego z przyjaciółmi, których nie widziałam dwa lata, zafundowano mi całonocną obserwację w szpitalu (normalny protokół w takich przypadkach). Potem akcja przyspieszyła jak na rollecosterze,  okazało się, że po powrocie do domu syn zaczął wymiotować, z powrotem na oddział, tomografia, bo przecież to musi być coś z mózgiem, nic nie widać, konsylium, nerwowe oczekiwanie na diagnozę, proszę się nie martwić, jutro powtórzymy tomografię, nic nie widać, ale trzeba szukać, trzeba obserwować, trzeba mieć nadzieję, że to nic takiego, łzy, wyrzuty, że powinnam go przykleić budaprenem do dywanu i trzymać na jednym miejscu, ty masz chyba ADHD cholerniku jeden, ja przy tobie zwariuje…, a po dwóch godzinach cały oddział chirurgiczny wymiotuje i za przeproszeniem robi pod siebie. Wirus. To nie głowa, to tylko grypa żołądkowa. Hura! Na oddziale, w kwarantannie, spędzamy tydzień. Wojtek jak pasza w łóżku, a ja na materacu na podłodze.

Do Irlandii przyjechaliśmy z końcem sierpnia. We wrześniu Wojtek poszedł do szkoły. Mąż odebrał go po południu, chciał go trochę rozerwać, odstresować, zaczęli grać w piłkę na boisku szkolnym. Wojtek wykonał ślizg, upadł na plecy, walnął głową o asfalt i stracił przytomność. Mąż biegł przez miasto, niosąc go na rękach, modlił się, żeby syn odzyskał przytomność. Potem, już w szpitalu, okazało się, że to nic takiego, nie ma potrzeby szyć, dosyć szybko doszedł do siebie. Ja za to miałam okazję zwiedzić kolejny szpital i zapoznać się z tamtejszymi warunkami, różnicami oraz podobieństwami do polskich placówek. Wątpliwa przyjemność.

Prawie 8 lat później, tydzień temu, Wojtek wykonuje ten sam numer, dokładnie taki sam scenariusz, wcześniej koledzy łamali sobie nogi i ręce na szkolnym asfalcie, bo po deszczu robi się tam ślisko i niebezpiecznie (jak na każdym asfalcie zresztą), ale nic nie dają tłumaczenia dzieciom, że powinny przenieść się gdzieś indziej. Znowu to samo, badania, obserwacja (mąż całą noc budził się co godzinę, żeby sprawdzić jego funkcje życiowe i czy jest „sobą”), nerwy i strach, że tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia. Nie mogli go przyjąć do szpitala z powodu braku łóżek (grypa wymiotująca znowu, jakieś fatum czy co?), nie chcieliśmy siedzieć całą noc na korytarzu, stąd ta akcja w domu.  Jakimś fuksem, znowu skończyło się tylko na strachu.

Błagałam syna – przystopuj, uważaj, przecież mnie do więzienia zamkną, kiedy zobaczą ile ty masz blizn i szram, pomyślą, że cię molestuję! Obiecuje, przysięga na wszystko, że już nigdy i masz babo placek, znowu to samo. Taka już jego natura. Pozostaje mi tylko modlić się nieustannie, o to, żeby wreszcie z tego wyrósł. Jedno jest pewne, nigdy się z nim nie nudzimy

 

piątek, 30 kwietnia 2010

Niestety nie ma złotego środka na to, jak sobie radzić w ciężkich czasach. Różnie się dzieje, a to ktoś zarabia mniej, bo mu obniżyli pensję, albo obcięli godziny; a to stracił pracę całkiem; a to ma jej za dużo, bo wszystkich innych zwolnili, a jemu dołożyli obowiązków i oczekują wyników takich samych lub jeszcze lepszych (wiadomo kryzys, wszyscy musimy się starać podwójnie). W każdej z tych sytuacji pewnie jest jakieś wyjście. Tylko jak je dostrzec? W trudnych chwilach, takich jak obecna recesja,  zdajemy się na swoje imponujące CV, a jak to nie podziała, wtedy na łut szczęścia, na znajomości, na przyjaciół, na urok osobisty. Próbujemy wszystkiego po trochu. Wszelkie sposoby warte są uwagi i wypróbowania. A jak zawiodą, albo potrzebujemy dodatkowego wsparcia, może warto sięgnąć po siły nadprzyrodzone, niezbadane rzesze sojuszników, dobre duchy, anioła stróża szturchnąć, niech się bierze do roboty? Kochani, wszystko dobre, byle nie tracić ducha walki i wiary w zwycięstwo.

Wczoraj robiłam na obiad kurczaka, ugotowałam go najpierw w wywarze z warzyw i przypraw, a potem rozebrałam delikwenta do rosołu, na potrawkę. Podczas procesu oddzielania kości od mięsa, wpadła mi w ręce, dosłownie, bo jej nie szukałam, nie pamiętałam o jej istnieniu i nie taki był cel grzebania w zezwłoku, kość z angielska zwana „wish bone”. Nie wiem, czy jest odpowiednik polski tej nazwy, bo nigdy o niej wcześniej nie słyszałam. Dopiero po przyjeździe do Irlandii, usłyszałam o magicznej mocy pierścionka w takim kształcie i o tym, że każda młoda dziewczyna, która wchodzi w dorosłe życie, powinna mieć taki na palcu. Kość ta wygląda trochę jak różdżka radiestety. Z jednego punktu zaczepienia wychodzą w kształcie trójkąta dwie części kości, trochę jak dwuzębne grabki, lekko zagięte, można by nimi grzebać w pasku, jak kura pazurem.

Jakiś czas temu poznałam wróżkę. Pisałam Wam o niej przy okazji nocy Świętej Brygidy. Kto czytał „Bridę” Paulo Coelho wie, o jaki rodzaj wróżki, czy też czarodziejki, czy też może dobrej odmiany czarownicy (tak zwanej białej), mi chodzi. Nie mówi o sobie wiele, o tym jak się objawia fakt bycia „ferry” też. Informacje przeciekają przy okazji innych opowieści, trzeba to sobie wszystko składać jak puzzle, być czujnym, bo w, z pozoru niewinnej informacji, kryje się czasami cała prawda, lub jej większa część o tym, co robi. Kiedy dowiedziała się, że straciłam pracę, zadzwoniła do mnie zapytać o adres, a po kilku dniach dostałam list w kopercie bąbelkowej, a w środku pudełeczko z wish bone z instrukcją, że w noc pełni księżyca (i tu data oraz godzina najbardziej odpowiednia), mam wyjść na zewnątrz, pomyśleć życzenie (nie można prosić o pieniądze, ani życzyć komuś źle), potem złamać kość na pół i zagrzebać głęboko w ziemi. Taka jest metoda na głoda -  jeżeli pragniesz zmiany, pragniesz poznać partnera na całe życie, szukasz nowej pracy, chcesz zakląć los, żeby wydarzyło się coś wyjątkowego, żeby odwróciła się zła moneta, chyba nie zaszkodzi wyjść w noc pełni i spróbować zaczarować przeznaczenie.

Zrobiłam, co było przykazane. Nie stał się cud następnego dnia, ale też i nic się nie pogorszyło. Nie jest cudnie, ale nie jest i tragicznie. Czasami i to musi wystarczyć. Ale nie można zaprzestawać wysiłków – pomyślałam sobie, kiedy po raz kolejny znalazłam wish bone w kurczaku. Wyczucie momentu było wręcz idealne, bo już dziewiątego lutego nastąpiła pełnia, więc byłam zwarta i gotowa na wypowiedzenie życzenia i zaprzęgnięcie do pomocy wszystkich mocy, jak wiadomo w kupie siła, dobrze jest mieć wsparcie dla swoich działań.

Kiedy tylko „nadejszła wiekopomna” chwila i księżyc w całej swojej pełni wystąpił na nieboskłon, wywlekłam się z domu (zimno, mroźno i śnieżnie u nas było), uprosić obsługę koła fortuny o przychylne zakręcenie nim na moją korzyść. Pomyślałam życzenie, złamałam kość i, nie bez pewnych trudności, przystąpiłam do jej zagrzebywania. Wracając do domu, minęłam się w otwartych drzwiach z moim niezwykle energicznym piesiołkiem. I teraz mam problem – czy on czasem tej szczęśliwej kości z ziemi nie wykopał? Bo on uwielbia takie zabawy w zakopywanie i odkopywanie i zawsze bezbłędnie wie, gdzie ziemia była dopiero co ruszona. Wszystkie psy w okolicy boją się o bezpieczeństwo swoich zakopanych trofeów, robią co mogą, żeby je ukryć, a Franek i tak wciąż przychodzi z jakimś znaleziskiem. Mam nadzieję, że żaden z sąsiadów nie zakopie zamordowanej żony w ogrodzie, bo by mi pies mój któregoś dnia z ręką do domu przyszedł.

No tak, żarty żartami, ale zasiałam w sercu moim wątpliwość, czy ta kość się uchroniła, a jeżeli nie, to czy moja wróżba nadal działa? Kurczę, muszę znowu kupić kurczaka, wygrzebać tę kość i powtórzyć proces od nowa za miesiąc (księżycowy). Wierzyć w to, czy nie wierzyć? Nie wiem, ale niech lepiej moc będzie ze mną. Hawk!

czwartek, 08 kwietnia 2010

Oglądałam wczoraj w nocy program dokumentalny o Poznaniu’56, kiedy to pracownicy Cegielskiego, znękani złą sytuacją ekonomiczną, umęczeni pracą za marne pieniądze, wyszli na ulice żądając chleba i równości.

Przepłakałam prawie godzinę, kiedy uczestnicy tych czerwcowych zajść opowiadali o krwawym stłumieniu demonstracji, o tym, jakie mieli warunki pracy i w jakiej nędzy żyli.

A straszne to były czasy, Bierut dopiero co umarł, ale zanim to się stało, zdążył wykończyć tysiące ludzi, po nim rządził Cyrankiewicz, ale Gomółka miał wkrótce nastać – indoktrynacja, wszędzie konfidenci i długie ręce partii (w tym kontekście brzmi prawie tak samo jak mafii, czyż nie?) - terror ideologiczny.

W pewnym momencie programu, goście opowiadający o tamtych zajściach zaczęli rozważać, co dla nich znaczy patriotyzm? Jeden z mężczyzn dosyć dosadnie powiedział, że patriotyzm to zostać w swoim kraju na dobre i na złe, a nie wyjeżdżać, jak teraz co drugi robi. Twierdził, że szczególnie wtedy, kiedy jest ciężko, należy zostać i pracować wytrwale i uczciwie na rozwój swojej Ojczyzny, a nie cudzej.

Kiedy to usłyszałam – jakbym w pysk dostała! Moje myśli zaczęły galopować w zawrotnym tempie. W zasadzie zgadzam się „z przedmówcą”, szczególnie, że uważam, że on akurat miał prawo to powiedzieć, gdyż naprawdę walczył żeby Polska była Polską, a nie kolejną republiką radziecką, a teraz mu pewnie serce krwawi, ze ten jego trud powoli, sukcesywnie zostaje zaprzepaszczony i kraj pustoszeje, ale w tym momencie tak mnie to jakoś ubodło, tak mnie w serce dźgnęło, że aż poczułam fizyczny ból. Bo dobrze pamiętam reakcje niektórych ludzi, kiedy dowiedzieli się o naszym wyjeździe. Jak to każdy czuł się w obowiązku mnie poinformować, że to głęboko nie patriotyczne (a było to ponad pięć lat temu, wielu z nich pewnie wyemigrowało po nas), że gdyby każdy tak, to ostatni gasi światło i walka naszych przodków, z kosami na Moskala i te sprawy, nie miała sensu. Te słowa bardzo bolały, ale jakoś zdołałam wyprzeć je z pamięci, aż tu ta wypowiedź Poznaniaka (kogoś innego pewnie by mnie wcale nie obeszła).

Dało mi to do myślenia. Wreszcie do tego mojego zakutego, idealistycznego, a raczej idealizującego rzeczywistość i ludzi, łba dotarło, że jest teraz w Polsce taki TRYND, że powtórzę za moim ulubionym satyrykiem Jerzym Dobrowolskim, żeby emigrację ostatnich lat w czambuł potępiać.

Dzień wcześniej obejrzałam „Plac Zbawiciela”, wstrząsający film Krauzego. Opowiada on historię rodziny, takiej jak tysiące jej podobnych, która w wyniku niesprzyjających okoliczności, takich, które mogłyby przydarzyć się każdemu, ulega totalnej destrukcji. Cały dzień, wykonując rutynowe czynności, myślałam o tej opowieści, przeżywałam ją w kółko i w kółko i zastanawiałam się, co musiałoby się stać, czyja pomocna dłoń uchowałaby ich przed tragedią?

Z jednej strony rodzina, która wpada w pułapkę kredytową, ofiary nieuczciwego dewelopera, niemoc wymiaru sprawiedliwości i w konsekwencji zrujnowane niejedno życie, a z drugiej wielki patriotyzm, walka, duma narodowa i słowa wielkiej wagi, wypowiedziane do kamery – kto wyjeżdża nie może mówić o patriotyzmie.

I zaraz nasunęła mi się trawestacja zdania wypowiedzianego przez amerykańskiego prezydenta – nie pytaj, co Polska mogła zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla Polski? Ok., nie powinnam była pytać, co Kraj dla mnie, to się zastanowiłam co mogłabym uczynić dla Kraju….i zabrałam dwójkę dzieci i siebie samą, nagle bezrobotną, bo miejsce gdzie pracowałam przestało istnieć, precz z tego kraju, bo już miałam dosyć nieustannej walki o zapłacenie rachunków w terminie, a tu buty na zimę, podręczniki w cenie diamentów we wrześniu, nowa lodówka w miejsce popsutej kosztuje tyle, co miesięczna pensja i wciąż jakieś nowe wydatki. No, więc postanowiłam nie przeszkadzać mojemu Krajowi w jakże ważnych sprawach, aferach, przekrętach i oszustwach, a wszystko przeciwko swojemu Narodowi, obniżyć wskaźniki bezrobocia i odejść, jak się odchodzi od niewiernego kochanka.

Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy ruszyła fala emigracji do Niemiec, Skandynawii i USA, ówcześni wyjeżdżający mogli sobie przynajmniej doprawić etykietkę walki z komuną. A ja, z kim mogłabym udawać, że walczyłam – ze swoimi? Przecież mamy demokrację i wolne wybory! No to i wybrałam.

Tylko ja wiem, jak bardzo to wyrwanie korzeni bolało i jaką cenę za to zapłaciłam. I wiecie co „Polacy patrioci jedyni słuszni”? Wara wam od mojej decyzji.

środa, 03 marca 2010

Od młodzieńczych lat wydawało mi się, że nie powinnam być zbyt dziewczęca, gdyż inni nie będą mnie traktować poważnie, a za wszelką cenę chciałam być uważana za mądrą osobę (czyli takie ni to ni owo, nie dziewczyna, nie chłopak, tylko właśnie osoba ), za partnera w dyskusji, a nie głupawy ozdobnik imprezy. Do głowy mi nie przyszło, że to chłopaków problem jak mnie będą postrzegać, czy tylko przez pryzmat hormonów, czy też moich komórek mózgowych i miłego usposobienia. Krótko mówiąc padłam ofiarą stereotypów rozsiewanych przez mężczyzn, z którymi za nic w świecie nie chciałam się identyfikować.  Za Chiny nie przyznałabym się do jakiejkolwiek słabości.  Na wykopkach wzięłam na siebie najgorszą robotę, bo było mi wstyd, że dziewczyny dwoma paluszkami, krzywiąc się ostentacyjnie, wrzucały po jednym ziemniaku do koszyka, wlazłam na przyczepę ciągnika i wraz z jednozębnym  traktorzystą odbierałam skrzynki z ziemniakami. Osiągnęłam tyle, że przez tydzień nie mogłam ruszać rękami i miałam prawdziwego adoratora w osobie pracownika PGR-u (nawet zaproszenie na zabawę w remizie dostałam).

Pojechałyśmy z przyjaciółmi na narty do Zieleńca, nie przyznałam się, że słabo jeżdżę (zaraz by gadali, że z babami to tak zawsze...), pługiem wstyd było jeździć, nie było więc wyjścia - władowałam się na szczyt góry i ze śmiercią w oczach, jak mi się wtedy wydawało stylem alpejskim, zjechałam ( że ja wtedy zawału serca nie dostałam to cud).

Mój instruktor prawa jazdy całkiem osiwiał od moich pytań i gestów rozpaczy. Biadoliłam, że ciągle jestem nie dość dobra, a on mi wciąż  tłumaczył, że jestem przeambicjonowana, że to trzeba powolutku, krok po kroku, ale ja nie mogłam znieść, że ktoś mógłby myśleć o mnie jak o nieudacznej babie za kierownicą , aż dziw , że nie ścięłam włosów i nie zaczęłam żuć tytoniu.

Kiedyś mój kolega postanowił mi zaimponować i zabrać na wycieczkę maluchem taty, a ten grat się zepsuł i do tego zaczęło padać. Tenże koleś wpadł w rozpacz nie wiedząc co robić, a ja wysiadłam i w szpilkach, w ten deszcz zaczęłam pchać tego malucha (jeszcze wtedy nie umiałam prowadzić, więc  uważałam, że muszę ja, bo on jest kierowcą). Tak mnie ta sytuacja rozbawiła, że ryczałam ze śmiechu na samą myśl o tym jak wyglądam, natomiast do głowy mi nie przyszło, żeby się dąsać i zrzędzić „po babsku”, a trzeba było, bo chłopak się mnie przestraszył i więcej nie zadzwonił. Teraz wiem, że to był palec Boży, bo się okazał beznadziejny, ale wtedy byłam podłamana.

I tutaj w Irlandii, tak bardzo chciałam udowodnić w pracy, że nie jestem jakąś ograniczoną babeczką, której ulubioną odpowiedzią na wszelkie pytania jest „I don’t know, sorry about that”, że nie zważając na konsekwencje, robiłam nawet te rzeczy, które wcześniej zwyczajowo były przypisane tutaj mężczyźnie, jak na przykład drobne naprawy różnych urządzeń, dokręcenie gniazdka na ścianie, naprawa wtyczki przy lampie, drobiazgi, dla których nie warto ganiać za jakimś facetem, żeby swoim „mądrym” okiem na to spojrzał. I co? Wcale mnie z tego powodu nie szanują, raczej wyśmiewają, że się pcham do męskiego świata. Bo tutaj mężczyźni wprawdzie wpuścili kobiety do pubów, ale nadal nie lubią, kiedy zapominamy, gdzie nasze miejsce. Na początku próbowałam z tym walczyć, aż wreszcie doszłam do wniosku, że to nie ma sensu, że już mi nie zależy na udowadnianiu moich racji.

Trzeba mi było posunąć się w latach, żeby zrozumieć, że być kobietą to wielka zaleta, a mężczyzna, który próbuje z tego zrobić wadę, ma po prosu kłopoty ze swoją męskością. Nie wstyd mi, że jestem ostrożnym kierowcą, bo to ja rodziłam dzieci, które są potencjalnymi ofiarami wypadku drogowego i mam prawo do odrobiny bujniejszej wyobraźni za kierownicą. Beczę oglądając reklamy świąteczne i ckliwe filmy obyczajowe, czytuję dobrą gatunkowo literaturę kobiecą, oglądam „Na dobre i na złe” i inne polskie seriale (do latynoamerykańskich się jeszcze nie zniżyłam i pewnie mi to nie grozi – tak mi dopomóż Bóg i wszyscy Święci), kocham muzykę soul i już nie udaję, że przepadam za Metalicą w jej wczesnym okresie. Pokochałam nawet tytuł moich felietonów – „Z babskiej perspektywy”, chociaż pomysłodawcą, dawno dawno, jeszcze w Polsce, był kolega redakcyjny i na początku byłam oburzona takim pomysłem. Tę przemianę można by  spuentować kawałem, który niedawno opowiedział mi mój przyjaciel psychiatra – „jeden psychiatra pyta drugiego, czy nie zająłby się osiemnastoletnim chłopakiem, który się moczy, a którego on nie jest w stanie, mimo wielu sesji, wyleczyć. Tamten podjął się zadania, spotykają się na jakimś sympozjum za rok i jeden pyta drugiego, czy mu się udało wyleczyć tego młodzieńca, na co on odpowiada, że nie, nadal się moczy, ale z tą różnicą, że teraz jest z tego dumny”. Otóż ogłaszam, że nadal jestem kobietą, a nawet babą, jeżeli panowie wolą to tak nazywać, z tą różnicą, że teraz jestem z tego dumna.

piątek, 05 lutego 2010

Poszłam do sklepu po kabel do TV, sami podłączyliśmy Sky do trzech telewizorów, zaoszczędziliśmy €160. Hopsasa, skaczę po kuchni ze szczęścia. Tak tak, tyle kosztuje fachowiec w Irlandii. Pamiętajcie, nie opłaca się zupełnie, jeżeli tylko możecie coś zrobić sami, wszystkimi siłami omijajcie korzystania z wszelkiego rodzaju usług, bo są, moim zdaniem, horrendalnie drodzy, pewnie dlatego, że wciąż ich za mało.

Ale, ale, nie o tym miało być, to taka przydługa dygresja, z których, kiedy w emocjach, jestem znana. No więc, stoję przy ladzie w oczekiwaniu na sprzedawcę i co widzę przed sobą? – górę świec. Co przypomniało mi, że już w piątek Matki Boskiej Gromnicznej, czyli Candle Mass. Z tej właśnie okazji kupuje się świece, jak każe tradycja koniecznie z wosku pszczelego. Ilość tych świec zależy od potrzeb, bo trzeba Wam wiedzieć, że mają one wielkie znaczenie w codziennym życiu Irlandczyka, a raczej w jego nadzwyczajnych momentach.

Mój mąż upiera się, że u nas jest ten sam zwyczaj, ale ja o tym nie słyszałam. A mianowicie, ilekroć dzieje się coś niezwykłego, coś wymagającego wstawiennictwa Matki Boskiej, kiedy dzieci zdają egzaminy, kiedy ktoś nam bliski lub miły jest chory lub w połogu, kiedy mąż musi jechać gdzieś samochodem, a jest okropna pogoda, kiedy ktoś umiera, a śmierć niech mu lekka będzie - we wszystkich tego typu przypadkach pali się świece.

Kiedy przypominam sobie moje uczestnictwo w zeszłorocznej mszy, pękam ze śmiechu.

Tamtego dnia pracowałam, bardziej uroczysta msza była rano, ja z oczywistych względów nie mogłam na niej być, więc postanowiłam wybrać się do kościoła wieczorem. Mąż pracował dłużej, miał samochód ze sobą, dzieci nie było, zapakowałam świece do płóciennej torby, jakiegoś pieniążka na tacę, latarkę i w drogę, na piechotę. Mieszkam w środku miasta, ale mój domek stoi na wzgórzu, przede mną w dole miasto, za mną piękna dolina, tak więc jest trochę tak jak bym mieszkała na wsi. O tej porze roku, zresztą dzieje się tak przez prawie ¾ roku, biegają niczym nie skrępowane i bez strachu jelenie i dzikie króliki. Pięknie to wygląda, jak na obrazach czasami (jelenie na rykowisku haha), ale pod warunkiem, że siedzi się w domu. Kiedy trzeba iść gdzieś piechotą, strach, bo spotkane na drodze, nie uciekają, a wręcz przeciwnie, przyglądają się z ciekawością. No więc zabrałam ze sobą wielgachną latarkę, coby mnie widziały zawczasu i, taką miałam nadzieję, umknęły w popłochu (no z tym popłochem to może lekka przesada).

Do kościoła weszłam lekko spóźniona, zanim się rozsiadłam, zorientowałam czy wszystko mam i gdzie, bo ze strachu przed tymi nieszczęsnymi jeleniami leciałam po tej drodze jak po ogień, na granicy histerii, zdałam sobie sprawę, że ksiądz już ruszył między ławki z kropidłem i modlitwą na ustach. Zaczęłam grzebać w popłochu w torbie w poszukiwaniu świec, a nie było to łatwe. Miałam ze sobą taką zgrzebną torbę z surowego płótna, którą dostałam na targach książki w Warszawie na stoisku Zysk i Ska. Uwielbiam ją, bo jest niezniszczalna i niesie za sobą miłe wspomnienia (miałam chandrę emigracyjną i mnie mąż wysłał na te targi specjalnie, żebym sobie humor poprawiła, osiem godzin buszowania w książkach, rozmów z pisarzami i wydawcami, ach to se nie wraci). Ksiądz się zbliża, ja nadal grzebię w coraz większej panice, ksiądz już tuż tuż, mam, w ostatniej chwili wyciągnęłam, uff, podnoszę do góry i co widzę? – LATARKA!!!

Ksiądz twarz blacha, poświęcił latarkę. A ja siedzę w ławce i łzy mi lecą z wysiłku, żeby się nie zacząć śmiać i tarzać po podłodze kościoła. Oni wszyscy tolerancyjnie kiwają głowami, widać w Polsce taki zwyczaj, żeby latarki święcić.

Kiedy się księdzu, po mszy, ze wstydem przyznałam, ,że świece nadal zaplątane w torbie, nie poświęcone leżą, uśmiał się serdecznie wraz ze mną, zaprosił do Zakrystii i poświęcił.

Morałów z tego kilka – nie spóźniać się na msze, nie targać toreb płóciennych w takich razach, brać ze sobą więcej chusteczek higienicznych, żeby mieć się w co wyśmiać i z tego śmiechu wysmarkać, a najważniejszy to taki, żeby mieć do wszystkiego dystans.

A jeżeli chodzi o świece, lżej jest na duszy, kiedy człowiek ma w domu coś, co daje namiastkę modlitwy i połączenia z tymi w Niebiesiach.

Bycie bezrobotnym jest wielce zajmujące i człowiek jest zajęty od przysłowiowego rana do wieczora. Doprawdy nie wiem, jak się te wszystkie ważne sprawy, które są do załatwienia na już, obywały beze mnie, kiedy jeszcze miałam posadę?  Od pierwszych dni pobytu na Zielonej Wyspie pracowałam na pełen etat, od 9-5, ani nie miałam mniej dzieci, ani nie byłam singlem, wszystko niby to samo, więc jak to jasnej ciasnej, dawałam sobie przedtem radę?

Od jakiegoś czasu jestem bez pracy.  Wydawałoby się, że mam dużo czasu na porządki, mogę teraz gotować obiady z trzech dań, spotykać koleżanki na kawę o 11 przed południem, czytam jedną książkę na tydzień najmarniej, oglądam filmy pakietami i generalnie siedzę z nogami do góry i mam wszystko zrobione na wczoraj.  Nic bardziej mylnego.  Bywają dni, że stronę w kalendarzu mam całą zapisaną i sama nie wiem, w co najpierw ręce włożyć.  Koleżanki dzwonią i pytają kiedy możemy spotkać się na ploty, a mnie ciężko znaleźć czasem lukę. Bywa, że prasowanie czeka, a ja jestem dwa, trzy dni w rozjazdach, i żeby to w jakiś ważnych sprawach, co mi odmienią życie, ależ skąd! Poczta, lekarz, odebrać leki, wysłać podanie o granta na studia córki, zajrzeć do szkoły Wojtka, bo tam coś do podpisu na mnie czeka, wysłać płytę z filmem do koleżanki, sprawdzić wpisy na blogu, dorobić klucz, bo syn zgubił, znaleźć krawcową, bo mu się spodnie popruły, aaaa i jeszcze odebrać zasiłek na poczcie i zajrzeć do sklepu, bo mają rybę w specjalnej ofercie, a jak już będę w mieście, to może mam czas zajrzeć do koleżanki, bo coś jej komputer szwankuje, a jak nie umiem naprawić, to może znam faceta od tych rzeczy, a jak znam i trzeba tam pojechać, to może mogłabym, bo i tak przecież mam full czasu, bo nie pracuję.  W czwartek otwarte biuro HSE, podanie o kartę medyczną trzeba by zanieść, a tam bagatela kilka godzin w kolejce odstać, uff będzie czas książkę poczytać, telefon od koleżanki – potrzebuje pomocy w wypełnieniu formularzy, kurczę właśnie mi się przypomniało, że w domu leżą formularze na granta, tym razem na ocieplenie domu, umówić się z facetem od certyfikatów, niech powie, co trzeba zrobić (wizyta tegoż niespodziewanie trwa 4 godziny), umówić się do dentysty i syna też, bo coś mu tam się ukruszyło, zadzwonić do VEC – dlaczego nie ma córki granta studenckiego, dostałam list na darmową cytologię, umówić się na cytologię, o jessssu, przecież recepty się skończyły, telefon do lekarza po raz drugi, sprawdzić loty do Polski, bo tam przecież mama chora czeka, kurczę jutro zebranie u syna w szkole, pół dnia mi to zajmie.  Włosy sterczą jakoś dziwnie nad uszami, kiedy może przyjąć mnie Edyta? (tym razem przezornie nie mam w planach chińskiego fryzjera). Znalazłam ogłoszenie z interesującą pracą, trzeba napisać CV, cover letter, kurczę pomysłów mi już brakuje, co napisać, żeby im zaimponować? Kolega maluje mieszkanie, czy mogę gdzieś się dowiedzieć jak się nazywa specyfik do wywabiania grzyba ze ściany (kolega nie zna angielskiego), nie ma sprawy, w samochód i do sklepu, niech poradzą, potem jeszcze sms do kolegi, bo pracuje i jest baaaardzo zajęty, odebrać nie może; sms jest kilometrowy, bo trzeba dokładnie wyjaśnić czym się różnią specyfiki i jak je używać.

Przyszło potwierdzenie, że przyznali nam granta na docieplenie domu i wymianę pieca. Dopiero zaczyna się kołomyja, bo trzeba znaleźć fachowca, umawiają się i nie przychodzą, trzeba dzwonić, wreszcie się zjawiają, obiecują wysłać list z proponowaną kwotą za wykonanie usługi, czekam, czekam, nie ma, sto telefonów - jest, można się wreszcie zdecydować na któregoś, niełatwo oj niełatwo, nie chcą gadać z babą, ale cóż począć, skoro mąż w pracy do późna, trudno panowie, musicie się ugiąć.  Trzeba jeszcze pojeździć poszukać pieca i termostatów i regulatorów, bo może byłoby taniej kupić samemu (a ile przy okazji benzyny wypalone, może jednak byłoby taniej, gdyby kontraktor kupił?

Lekarz wzywa na umówioną cytologię, dentysta chce się wwiercić w zęba (wtorek pasuje?), nauczyciel Wojtka chce porozmawiać o dodatkowych lekcjach gry na gitarze (trzeba umówić terminy i opłaty), znajoma potrzebuje kogoś z angielskim, żeby pójść z nią na wywiadówkę, bank czynny tylko do 4, dentysta też, jak sobie radzą ludzie, którzy pracują? Jak ja sobie kiedyś radziłam?

Nie wiem, czy to nie jest przypadkiem tak, że kiedy pracujemy, nie mamy czasu na pierdoły i wiele rzeczy czeka, czeka, aż się rozwiązują same, albo przy okazji, poza tym pewnie łatwiej komuś odmówić przysługi, bo jak pracujesz to masz prawo.
Kiedy dowiedziałam się, że jestem bez pracy, zastanawiałam się, co ja będę cały dzień robiła z czasem?  No to już wiem.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!