Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Kategorie: Wszystkie | Dziennik | Felietony bieżące | Felietony starsze | Kulinarnie
RSS

Felietony bieżące

środa, 13 lutego 2013

Kiedy byłam dzieckiem, strasznie bałam się księży. Zawsze wydawali mi się facetami z wiecznie marsowymi minami, wszystkowiedzącymi i napompowanymi swoją ważnością. Wielki ‘nauczyciel’ na piedestale, przedstawiciel Boga na ziemi, wszystko widzi i niechybnie ukarze, kiedy zgrzeszę. Oczywiście nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem grzeczną dziewczynką i moje grzechy są małej wagi, tak powszechne, że przepraszamy za nie na początku każdej mszy, bo nie ma takiego człowieka, który by w ciągu tygodnia czegoś takiego nie zrobił, jakieś drobne kłamstwa, złości, niesłuchanie mamy itp. Był też raz grzech nieczystości – mama kazała umyć zęby, a ja tego nie zrobiłam przed snem. Wybaczone mi to zostało, ale myślałam, że na zawał zejdę w konfesjonale.
Najgorzej bywało podczas wizyt duszpasterskich, czyli tak zwanych kolęd. Datę znaliśmy wcześniej, więc na tydzień przed miałam już objawy nerwicowe, mdłości, brak łaknienia, zawroty głowy, obniżenie nastroju. Nie mogłam spać, czekałam na ten dzień jak na sąd ostateczny. Gorzej, bo ten jest jeden i tyle, wszystko jasne, a kolęda co rok strach od nowa.
Moja babcia była bardzo kościelna. Właśnie tak, nie tylko wierząca, ale i fanka kościoła, obrzędów, grup różańcowych, księży i zakonnic. Podejrzewam ją o to, że jej marzeniem było służyć Bogu, a życie ułożyło się jej tak, że poszła inną drogą – rodzina, dzieci, wojna, wszystko nie tak. W kościele czuła się jak w domu, ja zawsze jak intruz, bo strach mnie blokował. Zakonnice też zawsze były strasznie ważne, wiecznie wrzeszczały, czepiały się, budziły grozę i zupełnie nie po bożemu, tłukły dzieci linijką, jak tylko te zapomniały słów jakiejś modlitwy. Babcia zawsze starała się u nas być, kiedy przychodził ksiądz, bo należeliśmy do tej samej parafii, co ona (o dziwo, bo to dwa końce miasta, ale jakoś dziwnie oba połączone z Katedrą) i znała tam wszystkich. Poza tym po prostu to lubiła. Wkraczała do naszego domu odpowiednio wcześniej i zaraz brała się za ćwiczenie jedynej wnuczki, czyli mnie, w kwestii znajomości pacierza, przykazań itd. Gdybym miała rodzeństwo, rozłożyłoby się to na kogoś jeszcze, wspieralibyśmy się, moglibyśmy odreagować ten stres, obśmiać, a tak, wszystko uderzało we mnie i znikąd pomocy. Moja mama był anty-klerykalna, ale umiarkowanie, nie manifestowała tego zawzięcie, babci pozwalała robić swoje we względzie ureligijnienia wnuczki, sama do tego ręki nie przykładała. Ojciec też zachował dystans. Tak, więc babcia przygotowywała wszystko do wizyty, krzyż, woda święcona, wnuczka wystrojona. Pierwszy dzwonek – ministranci – czy państwo przyjmujecie księdza? Niewinne pytanie, a ja najchętniej zakopałabym się pod ziemię saperką, niech no tylko mnie nie będzie widać, słychać i czuć, niech on przyjdzie i pójdzie. Nic z tego, trzeba było przejść przez wszystkie elementy kolędy – chodzisz na religię, a umiesz Ojcze nasz, a tu masz obrazeczek.
Wydawałoby się, że człowiek z takiego strachu wyrasta, ale nie, już mężata i dzieciata, kiedy tylko słyszałam ‘procesję’ na schodach, dostawałam rozwolnienia, brało mnie na wymioty, raz schowałam się w szafie, ale musiałam wyjść, bo pies stał przy drzwiach i drapał, zdradzając mnie tym. Głupie bydlę, nie mógł mi darować chociaż on? Mąż dostał ataku śmiechu, kiedy to pierwszy raz zobaczył. Zawsze opanowywała mnie w obecności księży głupawka – raz powiedziałam, ze się dopiero urządzamy i widzi ksiądz – każdy mebel z innej parafii. Innym razem dwóch księży nas odwiedziło, mąż wychodził z jednym pokojem, ja kuchnią z drugim księdzem, mąż myślał, że ja dałam kopertę z ofiarą, ja, że on, w każdym razie potem w ‘judaszu’ nomen omen, zobaczyłam, że nam czerwoną krechę stawiają w notesie. Tak mnie to zeźliło, że nie wyszłam za nimi z pieniędzmi. Skoro mam już krechę, to niech.
Co kraj do obyczaj, tak się mówi, ale ja bym to zawęziła – co region kraju, to inne zwyczaje. Przeprowadziliśmy się do Siedlec, a tam jest zasada, że jak ksiądz opuszcza dom, to jeden z gospodarzy odprowadza go do kolejnej rodziny, czy to do domu, czy do mieszkania, nawet, żeby to miało być naprzeciwko w tym samym korytarzu. Fajnie nawet, ale ja nie wiedziałam, więc ich zawsze puszczałam ‘samopas’, a to wielki nietakt. Ech, zawsze coś nie tak.
Od nerwicy klerykalnej uwolnił mnie paradoksalnie ksiądz. Spotkałam w tychże Siedlcach nauczyciela religii mojej córki, który był wtedy młodym wikariuszem. Ksiądz Artur swoją otwartością, normalnym podejściem do życia i wiary, do nauczania, uczłowieczył w moich oczach ród księży, zdjął z tej profesji ‘demoniczność’, która mnie pętała strachem, a wprowadził poczucie humoru i zdrowe podejście do wszystkiego. Bywał u nas prywatnie, graliśmy w Scrabble, zajdaliśmy się pizzą mojego autorstwa i dyskutowaliśmy o świecie. Fajne to były chwile.
Co nie zmienia faktu, że jak tylko ktoś wspomina o wizycie duszpasterskiej, natychmiast tężeję i robi mi się słabo. Pies Pawłowa wypisz wymaluj.



poniedziałek, 26 listopada 2012

Wpadłam na artykuł w Twoim Stylu o tym jak być lubianą? Pierwszy odruch – wymiotny. Nie lubię poradników, żadnych tego typu tekstów, nie mam cierpliwości tego czytać, ani tym bardziej rozwiązywać testów. Ale postanowiłam przeczytać, wyjątek taki, bo już od dłuższego czasu zastanawia mnie casus jednej z moich koleżanek, Irlandki, która gdzie się nie pokaże natychmiast jest uwielbiana, kochana, wszyscy chcą z nią rozmawiać i przy niej stać. Poznałyśmy się na kursie i mam szczęście być jedną z tych osób, które się z nią przyjaźnią, zatrybiło niemal metafizycznie – od pierwszego spojrzenia fascynacja obopólna. Toteż nie zazdrość mnie popycha do tych rozmyślań, a czysta, naukowa można by rzec, ciekawość, jak to działa w jej przypadku? Uznałam, że z tego artykułu się dowiem.
We wstępie dowiaduję się, że każdy chce być lubiany, ale nie każdy wie, jak to zrobić, stąd dobrze przeczytać książkę Tima Sandersa ‘Jak być lubianym’. W dalszej części artykułu jednak, podają nam tyle informacji, że myślę, że już można sobie darować czytanie tej książki, bo cóż można więcej na ten temat powiedzieć? Tim podaje nam receptę – na czynnik S, czyli bycie postrzeganym, jako osoba S-ympatyczna, składają się cztery elementy: przyjacielskość, istotność, empatia i autentyczność. Zdobyć przyjaciół od ręki, natychmiast, jest bardzo trudne i niewiele osób posiada tę wiedzę tajemną. Mam wrażenie, ciekawe czy je podzielacie, że Irlandczycy ogólnie mają wrodzoną zdolność pozyskiwania sobie ludzi i dlatego są postrzegani w Europie i nie tylko, jako jedni z najbardziej sympatycznych na kontynencie. Jak zaczęłam poznawać kolejne elementy czynnika S, to wrażenie się jeszcze pogłębiło, bo czyż to nie jest obraz przeciętnego Irlandczyka?
Element 1 – przyjacielem mi bądź – akceptuję cię takim, jaki jesteś; fajnie, że się spotkaliśmy; lubię z tobą być. Ofiarowanie przyjaźni, sympatii pociąga za sobą takie same sygnały zwrotne. Ale uwaga, działa też odwrotnie, czyli jeśli jesteś nastawiony sceptycznie do każdego nowo poznanego człowieka, inni też są najeżeni na poznanie i zaakceptowanie Ciebie. Handlowcy wykorzystują tę zasadę zasypując nas ofertami i gratisami od wejścia, wtedy czujemy się w obowiązku coś u nich kupić. Nie wiem, jak Wy, ale ja od pierwszego dnia tutaj spotkałam się z taką postawą Irlanczyków – ale fajnie, że tu przyjechałaś, widocznie podoba ci się nasz kraj, a jeśli tak, już cię lubię. W kontaktach są zawsze pogodni, uśmiechają się, a takich właśnie lubi się najbardziej. Zadają pytania, aktywnie słuchają, potakują, słownie przyznają rację; bardzo często oferują swoją pomoc, drobne przysługi, dla nich nic takiego, a nam często ratowały życie. Na dodatek często powtarzają imię rozmówcy, a nie od dziś wiadomo, że najmilszym słowem świata jest w naszych uszach własne imię – jak twierdzi Sanders. Pamiętam, jak mi powiedzieli, że nauczą się wymowy polskiej, bo moje imię, to moja tożsamość i nie im ma być łatwiej, a mnie przyjemniej słyszeć je w oryginalnym brzemieniu. Racja!
Element 2 – wspólne sprawy, ważne sprawy. Nie wystarczy uważać, że ktoś jest sympatyczny, to wszystko na nic, jeśli ten człowiek nic a nic cię nie obchodzi. Jak prezenter telewizyjny, fajny i co z tego?  Jeśli chcemy być dla kogoś istotnymi, musimy zlokalizować obszary wspólne. Czyli też mam córkę, wiem jak to jest, kiedy dojrzewa i zaczyna się co chwilę zakochiwać. Albo – mąż też lubi łowić ryby, kiedy jedziemy na spacer wyciąga wędkę i tyle go widzieli, siedzę z książką i czekam aż coś złowi. A jak zauważymy czyjeś potrzeby, jesteśmy w stanie je zaspokoić, ale tak, żeby nie wyszło, że wkupujemy się w czyjeś łaski – pożyczę ci tę książkę, widzę, że masz ochotę ją przeczytać. Syn wyrósł już z tej kurtki, jest jak nowa, miał ją na sobie ze dwa razy, a widzę, że twojemu się podoba, może zechciałabyś ją ode mnie przyjąć? Jeśli ktoś ma podobne hobby, jak na przykład to wędkowanie, można spytać, gdzie najlepiej łowić, gdzie kupić dobry sprzęt? To powoduje, że zostajemy wyróżnienie z tłumu innych, fajnych, ale nieistotnych ludzi. Czyż to nie jest irlandzka specjalność?
Element 3 – wczuj się w człowieka. Trochę empatii, spojrzenie na sprawy z punktu widzenia drugiej osoby, może wiele zdziałać. Wiele osób współodczuwa, ale nie potrafi lub wstydzi się to okazywać, a  jeśli pozwalasz uczuciom zagościć na twarzy, twoja mowa ciała wskazuje na empatię, wtedy druga strona widzi Twoje uczucia i czuje się komfortowo, bo jest zrozumiana. Irlandczycy nie mają z tym problemu, ich okrzyki, emocje wypisane na twarzy, do tego gesty i ‘I know what you mean’, może wydaje się egzaltowane, ale ile razy dawało nam poczucie tak potrzebnego zrozumienia?
Element 4 – bycie autentycznym. Tamte trzy są ważne, ale muszą łączyć się z uczciwością, szczerością i byciem prawdziwym. Nie da się tego wszystkiego udawać, są to narzędzia dla człowieka, który wierzy, że niezależnie od kraju, pochodzenia, wieku, wykształcenia, można znaleźć punkty styczne i się z kimś zaprzyjaźnić albo po prostu polubić. Trzeba być sobą, ale trzeba też pracować nad sobą, żeby być postrzeganym, jako osoba warta przyjaźni i uwagi. Takie proste, a takie trudne zarazem. Irlandczycy są jacy są, nie udają nikogo innego, są pogodzeni ze swoją karmą i to jest po prostu fantastyczne. Poczytałam i już wiem, jak to robi moja znajoma. Pytanie, czy i ja potrafię?

 



środa, 21 listopada 2012

Cały świat bankowy prześciga się w wymyślaniu nowych form płacenia bezgotówkowego. Młodzi ludzie nie wiedzą już jak wyglądają czeki, a już na pewno ich nigdy nie wypisywali. Może pracodawca im je wręczył raz czy dwa, ale zaraz konieczne było założenie konta i korzystanie z kart. Karty też się zmieniają; kiedyś trzeba było je kłaść na maszynce, przykrywać cienkim, bibułkowym papierkiem, jeździć ‘na szynach’ takim dynksem, podpis, sprawdzenie zgodności z oryginałem i było po zapłacie. Nic dziwnego, że ludzie woleli czeki wypisywać. Potem już było super nowocześnie, bo miały pasek magnetyczny i trzeba je było szuuuuu, przesunąć przez szparę, podpis, sprawdzenie z oryginałem, zapłacone. Już wydawało się, że dalej to nie zajdzie, bo cóż można jeszcze w tej materii zmienić, szybko, łatwo przyjemnie, ale nie, bankowcy zadbali, żeby było jeszcze łatwiej, szybciej i bezboleśnie, bo wiadomo, nie ma to jak ruch w interesie, w ich przypadku, gotówka musi fruwać i zmieniać właścicieli. Wymyślono karty z chipami, czyli wkładasz, kod-pin, już żadnego podpisywania, po robocie, zapłacone. Jest to na tyle łatwa i szybka operacja, że młodzież zaczęła płacić nawet za małe zakupy kartą, przestali nosić gotówkę. Przemysł ‘karciany’ znalazł sposób i na to, karty zbliżeniowe, nawet już żadnych pinów, ani kart wsadzania w jakiekolwiek dziury nie trzeba, tylko machnąć przed jakimś tam cyngwajsem i zakupy o wartości do 15 euro (u nas zbliżeniowo można tylko do tej kwoty) zrobione. Pomyślałam, że to już chyba koniec rozwoju, bo ileż można jeszcze w tej kwestii wymyślić, chyba, że przelewy uruchamiane siłą woli, intuicyjne. Tylko, że zapomniałam o rozwoju innej gałęzi przemysłu, o smartfonach. U nas tego jeszcze nie widziałam, ale w Polsce któraś z sieci już proponuje opłaty za pomocą zbliżenia do czytnika telefonu i dokonania transakcji bezgotówkowej w ten sposób. Czyli jak widać, wszystko zmierza do tego, żeby ludzie łatwiej wydawali, jak nie widać papierków i monet, lekką ręką robi się zakupy, przynajmniej tak ma większość ludzi. Dopóki mają wolny wybór, nie ma nic złego w rozwoju różnego rodzaju metod, bo jeśli ktoś woli, nosi po prostu gotówkę.  No właśnie, jeśli woli, a nie musi. Ja na przykład odzwyczaiłam się od tego i odkąd są karty płatnicze debitowe, nie tylko kredytowe, tym chętniej z nich korzystam. Ale chyba będę musiała się odzwyczaić od tego udogodnienia i przejść do czasów króla Ćwieczka, znowu zapełnić portfel gotówką i zacząć ją chować w skarpecie. Dlaczego? Widzę Wasze zdziwienie i już spieszę wyjaśnić.
Dowiedziałam się mianowicie w swoim banku, że wprowadzają opłaty za konto. To znaczy one niby były zawsze, ale odkąd jest bankowość internetowa można było je jakoś ominąć, a to ilością przelewów dokonanych online, a to innymi operacjami, byle były bezobsługowe i nie sterczeć w okienku, dali możliwość zejścia z haka płacenia za konto i to mi pasowało, bo ostatnimi czasy to ja za dużo kasy nie mam, a już na pewno nie tyle, żeby się nie przejmować dodatkowymi opłatami, wcale nie małymi, za konto w banku. Niedawno znajoma, która ma konto w AIB zaczepiła mnie, czy nie dostałam przypadkiem rachunku za usługi bankowe u siebie, bo ona nagle tak i jest zaskoczona, ale po wyjaśnieniach w banku dowiedziała się, że teraz już tak będzie i koniec. Pognałam, więc do swojego banku i oni mi powiedzieli to samo, niby inny bank, ale sprawa tyczy się wszystkich, a przynajmniej większości, że zaostrzają limity, które zwalniają z opłat i teraz jedynym sposobem na ucieczkę od nich jest kilka tysięcy na koncie przez cały czas. Opłaty głównie dotyczą transakcji bezgotówkowych za pomocą kart, nieważne, czy kredytowa czy debitowa, czy w bankomacie wypłatowym czy wpłatowym, czy w Internecie, za każdy machnięcie kartą, czy też jej wetknięcie w terminal, czy wpisanie numeru online, będziemy płacić i to niemało. Toteż pytam pani w bankowym okienku, jaki jest sposób na złagodzenie bólu, czyli zminimalizowanie kosztów? Ona mi na to – wypłacenie gotówki z bankomatu, jednorazowo dużo i operowanie nią. Trafił mnie szlag po prostu. Od tylu lat jesteśmy przyuczani do rezygnowania z używania gotówki, starszym ludziom tłumaczy się, jakie to wygodne i bezpieczne, a teraz migusiem wszystko wraca do starych metod? I to wtedy, kiedy naprawdę ludzie nie wyobrażają sobie życia bez swobodnego używania kart płatniczych wszelkiego rodzaju? To jest dopiero numer, cierpliwie kogoś do wygody przyzwyczaić, zaproponować im co raz to nowe rozwiązania, a potem powiedzieć – ale za to trzeba zapłacić, będzie ci dużo taniej obyć się bez tego, zapomnij. Tylko, że pewnych zjawisk już się odwrócić nie da, zakupy w sieci są faktem, więc koniec końców sytuacja jest taka, że mamy na głowie kolejne opłaty. A przecież ci, którzy obsługują działania bezgotówkowe już biorą pieniądze od sklepów za umożliwianie tychże. Banki widać znalazły sposób na zmniejszenie deficytów i to kosztem ludzi. Najpierw głupot narobią, a potem ten, co na końcu łańcucha pokarmowego, płaci. Do tego household charges, zaraz za wodę opłaty, za septic tanki, a może wrócą do starych sposobów obliczania podatków za domy – czyli za ilość okien i będziemy zamurowywać? Nie dość, że wieje, to wiecznie w pysk.



środa, 05 września 2012

Mijają wakacje. Nie żebym jakoś desperowała, akurat syn ma luźny rok przed sobą, bo zdecydował się robić Transition Year, ale będzie mi brakowało miłych poranków spędzanych z synem, naszych wspólnych śniadań, rozmów i wakacyjnego luzu, chociaż ja wakacji jako takich nie mam, bo przecież już dawno nie w szkole, a nauczycielką też nie jestem. Podczas jednej z naszych porannych rozmów syn mnie spytał – mamo, czy ty wolałaś, kiedy my byliśmy mali, czy bardziej lubisz być mamą teraz? Zaskoczył mnie tym pytaniem. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to odpowiedź, że zdecydowanie teraz, bo nie muszę biegać za dwulatkiem i uważać, żeby sobie czegoś do nosa, oka czy ucha nie włożył, żeby czegoś nie zniszczył, sobie krzywdy nie zrobił, żeby nie wpadł pod samochód, a Bóg mi świadkiem, że taki syn mój, to był nie tylko pełen energii nie do przerobienia przez dorosłego, ale do tego wielce wypadkowy, wciąż sobie coś rozbijał, a to głowę, a to stopę, a to szwy na czole.
Ale czy można dziecku powiedzieć, że kiedyś to była masakra, a teraz fajnie? Co ja mam mu powiedzieć, gdzie leży prawda?
Wspominam czasy, kiedy dzieci były małe i mi żal, że mi codzienne obowiązki czasem przesłaniały radość z obcowania z maluchami. Opieka nad nimi przy jednoczesnym braku pomocy, bo mąż w pracy, a ‘dziadki’ nie były moim przywilejem, zamartwianie się, że czegoś tam nie zdążyłam, a co innego trzeba koniecznie i na już, zabrały mi najwspanialszą przyjemność z bycia mamą we wczesnych latach. A i absurdalne żale, że siedzę z nimi w domu, że się nie realizuję, że powinnam gdzieś w kostiumie i na szpilkach brylować po biurach, też nie pomagały. Jaka ja głupia byłam. Ciągle zwrócona tam, gdzie mnie nie ma, zamiast intensywnie przeżywać chwile te, które były moim udziałem.
Widać nie dałam tak całkiem ciała, skoro moje dzieci teraz są dla mnie najwspanialszymi towarzyszami i przyjaciółmi, że nadal, a może właśnie teraz bardziej niż kiedykolwiek, mamy sobie coś ciekawego do powiedzenia, swoje żarty łapiemy w lot, wciąż jesteśmy ciekawi, co u którego się dzieje. Ale wisi nade mną ten żal i wstyd, że nie umiałam się wtedy bardziej cieszyć i przez to więcej im dać.
Wciąż przemyśliwam odpowiedź na pytanie syna. Wprawdzie powiedziałam, że każdy okres ma swój czar, że nie ma drogi na skróty - trzeba dać się osikać podczas kąpieli, potem nabiegać za ruchliwym i wszystkiego ciekawym dzieckiem, wytrzeć i uprać niezliczoną ilość plam, milion razy nie wyspać podczas choroby milusińskich albo z powodu koszmarów po obejrzanej bajce o łabędziu (kto by pomyślał, niby taki piękny i puchaty, a straszy, a tak wnikliwie dobierałam kreskówki), potem biegać do szkoły na wywiadówki, do dentysty z mleczakami, sprawdzać wady postawy u lekarza, urządzać urodziny, dmuchać balony, wozić do przyjaciół, przywozić potem, prowadzić do komunii, martwić się egzaminami, pierwszymi wyjściami na dyskotekę, niechcianymi ciążami czyhającymi za każdym rogiem, miłosnymi zawodami, mamo idziemy popływać, Jezu, jeszcze mi utoniesz, ile punktów potrzeba jej na wymarzony kierunek, czy on wie, co robi, ten zawód nie jest łatwy… - ale nie wspomniałam, że pewnego dnia masz dorosłe dziecko i to wszystko wydaje się jak sen jaki złoty. Dziecko wyfruwa z gniazda i już jego życie nie jest naszym życiem. Pooooszło!
Kiedyś, czasem zniecierpliwiona, myślałam, że nigdy nie przyjdzie dzień, kiedy będę mogła iść do toalety bez cienia dziecka za mną, że nigdy już nie będę mogła spokojnie poczytać książki na fotelu i zawsze w tym celu będę się musiała chować w wannie (pod pozorem natychmiastowej potrzeby kąpieli, jaka ja byłam wtedy wymoczona!), że nie nadejdzie dzień, kiedy będę mogła sobie swobodnie włączyć jakiś film, zamiast tego wciąż będzie rozbrzmiewać w domu piosenka z wciąż puszczanego od nowa Bałwanka Bulli – „Witaj nam księżycu, witaj jak się masz”. Wyjście do kina we dwójkę z mężem to była przebrzmiała pieśń wczesnych lat małżeńskich.
A teraz? Zastanawiam się, czy nadejdzie dzień, kiedy moje dzieci będą się w stanie zgrać ze mną i spędzić wspólnie czas? Czy moja córka będzie miała tyle wolnego w pracy, że zdoła przyjechać i z nami kilka dni pobyć; czy syn znajdzie dla mnie chwilę między swoim ważnymi sprawami i do tego nie będzie się nudził ze ‘starą’ matką? Bo na razie to lekko przegrywam. Zawołałam go kiedyś i pytam, czy by ze mną nie obejrzał katastroficznego filmu o inwazji kosmitów, a on na to – matka, czasu nie trać, widziałem z kumplami, to straszny gniot. Ja wybrałam specjalnie coś takiego, bo myślałam, że on jest nadal zafascynowany podbojem ziemi przez kosmitów, a ten mi migusiem wyrósł z takich produkcji, nawet nie zdążyłam zauważyć, kiedy?
W każdej wolnej chwili mogę się rozłożyć na kanapie z książką, jak się zapomnę i nie ugotuję obiadu, nic się nie stanie, nikt z głodu płakać nie będzie, marzyłam o tym dniu, a teraz jakoś mi z tego powodu smutno. Kurczę, to jaka jest właściwa odpowiedź na pytanie syna?



czwartek, 19 lipca 2012

Od dłuższego czasu, gdzieś tak z początkiem recesji, odmawiam sobie skutecznie, towarów luksusowych.  Nie jest to takie uciążliwe, jakby się wydawało. Jak wiecie ostatnio powtarzam z uporem maniaka - ‘less is more’, im mniej kupuję, wydaję na przyjemności, tym bardziej każda drobnostka mnie raduje. A prezenty to już w ogóle, z ołówka automatycznego wyjątkowej urody cieszę się, jak z firmowej pomadki powiększającej usta. Drobiazgi poprawiają humor, a rzeczy wielkie to już w ogóle potrafią wprawić mnie w stupor, tak jak na przykład wyjazd, spotkania i zakupy na targach książki, o których do tej pory rozmyślam z błogim i nieobecnym wyrazem twarzy.
Wkrótce idę na wesele do młodej Irlandki, z którą pracowałam, z jej matką zresztą też. Na moich oczach dojrzewała, wchodziła w dorosły świat pierwszej posady i stałego związku, a teraz – 10 lat później – będę świadkiem jej zamążpójścia. Jestem wzruszona, nawet bardzo, jakby to był ktoś bliski, ale uczucia nie mają nic do rzeczy, jeśli idzie o kupienie kreacji, zamurowało mnie, kiedy zobaczyłam ceny. Pomyślałam, że to jednak przesada, żeby kupować kieckę za setki euro, przecież to nawet nie moja rodzina. Pod tym względem to ja strasznie chytra jestem, nie ma mowy, żebym kupiła coś na raz, jeśli kiecka, to obskoczyłabym w niej wiele imprez, ale problem w tym, że ja nie chodzę ostatnio nigdzie, a jeśli, to na pewno nie na takie wydarzenia, żeby długa suknia, etola i takie tam bezsensowności. Oczywiście chciałabym być heroiną z papierosem w długiej lufce, z giętką kibicią w sukni bez pleców, ale ani warunki fizyczne nie te, ani finansowe, ani chyba czasy też niesprzyjające takiej postawie. Wyszłoby na to, że zgrywam się na kogoś, kim nie jestem, a to po prostu żałosne. Takie oto myślowe meandry pokonywałam, kiedy przechadzałam się między wieszakami w TK Maxx. A tam chłam pomiędzy cudeńkami lub odwrotnie, kto bywa w sklepach tej sieci, to wie. Znalazłam za grosze spodnie, tak piękne, powłóczyste, udające długą spódnicę, z jedwabiu w kwiaty, że aż się zacukałam, od razu stanęła mi przed oczami Rita Hayworth. Rozmiar S. Nigdy w życiu nie osiągnęłabym takiego rozmiaru, chyba, że w ciężkiej chorobie, a tego sobie, ani nikomu nie życzę. Mam nadzieję, że znajdą godną ‘nosicielkę’, bo były wyjątkowej urody i do tego za bezcen. Zaraz za nimi wisiała bluzka cudo, a że spodnie S, to myślałam, że ona też nie dla mnie. Tylko, że w TK Max jak w lumpeksie, wszystko jest wymieszane i teraz duże rozmiary wiszą z małymi, a do tego wiadomo, ludzie też porzucają ciuchy byle gdzie. I cud się stał owego dnia, bo rzeczona bluzka, w fantastyczne czerwone kwiaty przypominające mi maki, lejąca się, ściągnięta w biodrach i za małe pieniądze, była mojego rozmiaru i do tego tak elegancka, że może być nie tylko na wesele, ale i na jakieś mniej wyjątkowe wyjście, do teatru na przykład (chociaż szczerze mówiąc, dla mnie wyjście do teatru jest bardziej wyjątkowe niż na wesele).  Tak byłam szczęśliwa, że się ubrałam na czekającą mnie imprezę za małe pieniądze, że pognałam ‘w nagrodę’ na stoisko z torebkami, bo to moja choroba, nic tylko bym je kupowała. Oczywiście sobie obiecałam, że tylko popatrzę. Nie doszłam tam jednak, bo zatrzymałam się przy ścianie z okularami. Przymierzyłam chyba z 10 par, w każdej wyglądałam durniej od poprzedniej. Już tak mam, że albo mnie okulary upiększają, albo robią ze mnie spuchniętą pszczołę, pijanego traktorzystę, gapowatego księgowego lub oczadziałą małpkę kapucynkę. No dobra, przyznam się, specjalnie wybierałam takie niedorzeczne, żeby się trochę pośmiać. Aż tu zauważyłam piękne złotawo-rude okulary Sonii Rykiel, droższe od pozostałych, ale bez przesady, nie tak jakbym je kupowała w jej salonie za setki euro. Ale i tak wydawało mi się to lekką przesadą, okulary to okulary, po co od razu SR? Założyłam na nos i wszelkie logiczne argumenty - dlaczego NIE powinnam ich kupować - pozostały gdzieś w sferze niebytu. Nie dość, że oprawka konweniuje z moim kolorem włosów, nie dość, że wystarczyło założyć, żebym się poczuła wyjątkowo kobieco, to jeszcze wrażenia wzrokowe były takie, jakbym się naćpała. Nagle wydało mi się, że w sklepie jest słonecznie, jasno i do tego bardziej kolorowo.

Mąż na mnie krzywo patrzył, kiedy się uparłam je kupić i wymieniłam wszystkie możliwe źródła dorobienia pieniędzy, żeby zrekompensować taki wydatek. Wyszliśmy na zewnątrz, pousuwałam te wszystkie wisiadła i nalepki, założyłam i mnie zatkało po raz drugi, zaraz dałam mężowi na nos i jego też zamurowało. Słońce w nich przestaje razić, ale paradoksalnie wrażenia wzrokowe są takie, jakby było bardzo słonecznie, kolorowo, bajkowo wręcz i nawet w cienistych plamach, gdzie kolory tracą na wyrazistości, w tych okularach wszystko wydaje się barwniejsze i piękniejsze niż jest; chociaż się nie umawialiśmy, co do tego, mąż też stwierdził, że tak muszą się czuć ludzie upaleni trawą. Nie oddał mi ich, tylko całą drogę prowadził z nimi na nosie. Co zwróciłam głowę w jego kierunku, widziałam faceta w damskich okularach i to mnie bardzo bawiło; kto by pomyślał, nie trzeba było ich nosić, żeby mieć dobry humor. Już mi nie straszne lekko pochmurne dni, z tymi okularami na nosie, mam swoje prywatne słońce non stop. 

czwartek, 15 marca 2012
Bilety do Polski kupione, polecę w maju, zanim się zacznie szaleństwo piłkarskie, zresztą nie byłoby mnie i tak stać w mistrzostw czas, a piłka interesuje mnie tyle, co uprawa amarantusa w Meksyku. Bardziej cieszy mnie możliwość odwiedzenia Targów Książki w Warszawie. No, ale tutaj nie ma co dyskutować, wszystko kwestia gustu i zainteresowań.
Za każdym razem, kiedy wybieram się do kraju, mam ambiwalentne uczucia.  Z jednej strony się cieszę, że zobaczę przyjaciół i znajomych, ale z drugiej przeżywam ogromny stres. Nigdy nie czuję się pozytywnie podekscytowana wyjazdem do Polski, na lotnisku zawsze mam gulę w gardle, a w samolocie z nerwów zasypiam. I to nie dlatego, że się boję latać, nic bardziej mylnego, uwielbiam. Poczytałabym sobie, ludzi po-podglądała, ale zamiast tego miętolę w nerwach kawałek bluzki i modlę się w duchu o rychły powrót. Bardzo zazdroszczę tym, którzy mają jasne i radosne układy rodzinne, na bieżąco latają w te i wewte do Polski i zawsze czynią to z radością.  Mój przypadek jest całkowitym przeciwieństwem niestety. Idę do samolotu, widzę ludzi zmierzających w przeciwną stronę do odbioru bagaży i wyjścia na dublińskie ulice i dodaję sobie otuchy – nie panikuj kobieto, za kilkanaście dni i ty będziesz szła tym korytarzem.  Po powrocie długo leczę nerwy. Przez długi czas myślałam, że jestem jedną z niewielu, jeśli nie jedyną, która tak ma, ale podczytuję blogi emigracyjne i ten problem nader często jest w nich poruszany, niezależnie od tego, czy to emigracja nowa, po przystąpieniu do Unii, czy dawna, w krajach Skandynawskich, Stanach Ameryki czy Wyspach. Tak to już jest, że niektórym nie jest łatwo. Dziwne te losy nasze.
I to nawet nie to, że odkąd tu jestem, odcinam się od kraju, bo to nie o Polskę chodzi, chociaż też, ale głównie o trudno rozwiązywalne problemy, które w kraju zawsze na mnie czekają, nie inaczej. A, że przy okazji okazuje się, że już się odzwyczaiłam od niektórych rozwiązań u nas, od piętrzenia problemów w urzędach, albo wręcz odwrotnie, boję się na zapas, a okazuje się, że coś poszło jak z płatka, od strasznego traktowania w szpitalach, jeśli tam muszę, a muszę prawie zawsze; zapomniałam jak chamskie i wrogie potrafią być ekspedientki, że bileter w kinie nawet bywa nieprzyjemny, a ja zupełnie się odzwyczaiłam od takich praktyk. A przecież żyję na co dzień sprawami mojego kraju, śledzę wiadomości, czytam komentarze, na bieżąco oglądam filmy i czytam interesujące mnie nowości wydawnicze oraz prasę. Polska jest we mnie cały czas i zupełnie nie rozumiem tych, którzy się całkiem odcinają od rodzimych produkcji, koncentrując się tylko i wyłącznie na zagranicznych. Z drugiej strony jeszcze bardziej nie rozumiem tych, którzy nic nie wiedzą o tym kraju, nie interesuje ich historia Irlandii, co się tu dzieje w kulturze czy sporcie, zależy co kto woli, co piszą w gazetach, programowo nie oglądają irlandzkich filmów, ani spektakli teatralnych. Wiem, że zwolennicy każdej z tych opcji mieliby dla mnie wiele argumentów, ale ja pozostaję przy swoim – złoty środek, czerpanie z obu kultur, jest najlepsze. Po co się ograniczać?
No właśnie, po co?  Posłowie i pracownicy polskiego Sejmu dostali iPady, ci to się na pewno nie ograniczają, 1.5 mln złotych wydano, żeby wyposażyć tych z lewa, prawa i w centrum, w tablety, które docelowo mają się zwrócić za dwa lata w mniejszych wydatkach na papier i drukowanie, a poza tym mają być dobrym przykładem ochrony środowiska.  Pierwsze, co sobie pewnie przeciętny czytelnik pomyśli to – ale farciarze, za darmola dostali, też bym tak chciał.  Ale nie wszyscy posłowie są zadowoleni. Wprawdzie tablety rozdają już od piątku 24go lutego, ale byli tacy, którzy wcale nie pobiegli kurcgalopkiem, żeby je odebrać. Poseł PSL Eugeniusz Kłopotek, wprawdzie nie narzekał, że nie będzie wiedział, jak to to używać, ale utyskiwał – „Nie odebrałem iPada. Bo po co mi to?. Jestem tradycjonalistą, nienawidzę tych wszystkich nowinek. Co to jest za czytanie gazety z internetu? Gazeta to musi być papier”. Poseł Biedroń za to, chociaż ma własny egzemplarz, był jednym z pierwszych do odbioru poselskiego, Kalisz podekscytowany używaniem nowinki, nie wiedział, gdzie dają?  Wierzy w to, że da radę, bo jak poradził sobie z innymi cyfrowymi urządzeniami, to dlaczego nie z iPadem? Poseł PO Jerzy Fedorowicz zauważa, jakbyśmy mieli wątpliwości, że należy do tzw. wyższej inteligencji – „Biorę takiego iPada i od razu wiem, o co chodzi, naciskam takie guziczki, a tam jest wszystko napisane”- chwali się. Wzrusza mnie to poruszenie. Jedni dają radę sami, inni poproszą dzieci i wnuki, jeszcze inni używają już od miesięcy i uznają wyższość urządzenia nad wydrukami papierowymi (z tym się nie da polemizować, można sobie wyobrazić, jakie tony papieru co roku zużywa się w Sejmie), ale mnie zastanawia – ile czasu minie zanim się dowiemy z gazet, programu Uwaga, albo od detektywa Rutkowskiego, że przetarg na tablety był przeprowadzony niezgodnie z zasadami i prawem? Mam nadzieję, że nigdy, ale jak tak śledzę aferę z zanieczyszczoną solą skierowaną do spożycia, to myślę, że wszystko jest możliwe.



sobota, 03 marca 2012
Yes, yes, yes, że polecę Marcinkiewiczem, nareszcie faceci poczuli, jak to jest być uprzedmiotowionym w reklamie.  Do tej pory w spotach nagminnie ‘rozbierali’ kobiety, ‘cyckami i tyłkami’ sprzedawali telefony komórkowe, porównywali kupno samochodu do dziewictwa i rozpusty jednocześnie (wiesz, że nie jesteś pierwszy), przykłady można by mnożyć bez końca.  Bezustannie robią z kobiet głupie kuchty, połączenie kury domowej i tłuczka do mięsa, u których mózgojad głoduje.  Chodzą takie na przyjęcia z płynem do prania i go zachwalają wyjmując z torebki, wypróbowują proszki i detergenty do mycia naczyń z głupkowatymi minami i zarzucaniem rąk na otwarte do okrzyku usta, a jeśli nie kobiety domowe, to obiekty seksualne, wydające seksowne odgłosy podczas mycia głowy pod prysznicem. Albo ‘dla stałych klientów warsztatu samochodowego lodzik gratis’ i kobieta z cyckami w niedopiętej bluzce, a najgorsze to - ‘laski piją za darmo’ i kobieta z białym czymś na ustach, dwuznacznie wyglądająca.  A jak już ani to, ani to, może chwyci zapyziała histeryczka w spocie telewizyjnym Media Markt. Ta sieć w ogóle przoduje w reklamach seksistowskich, ostatnio widziałam zdjęcie bilboarda kierującego kupujących do sklepu mieszczącego się w M1, strzałka między rozchylone nogi kobiety i napis – pięć minut do tego, co lubisz. To jest dopiero obleśne, bo nie dość, że obraża kobiety, to mężczyzn również, bo robi z nich napalonych neandertalczyków (jeśli ktoś mi nie wierzy, wszystkie podane przykłady są na tej stronie, obejrzyjcie Wideo 3)
Magdalena Środa mówi, w rozmowie dla DDTVN, że reklamy są żenująco głupie, jakby twórcy uważali, że cały świat składa się z posłów Suskich, czyli można powiedzieć, że obserwujemy suski-izację reklamy.  Rzadko kiedy twórcy ryzykują obecnie uderzenie w wartości religijne, czy korzystają ze stereotypu Żydów, jako gwarantu dobrego banku itp, bo wiedzą, że spotka ich za to jakaś kara. Natomiast, jeśli chodzi o stereotyp kobiety, ma miejsce uprzedmiotowienie, infantylizacja, już nawet nie chodzi o pokazywanie nas jako obiekt seksualny, tylko ukazywanie na przykład dwóch pięknych, sympatycznych kobiet zachwycających się płynem do czyszczenia dywanów, jakby to było nam, kobietom właściwe. Nie widać natomiast zrównoważenia w reklamach, że jak proszek, to pokazywać raz kobietę, raz mężczyznę, jak płyn do mycia naczyń, raz chłopak, raz dziewczyna, tak jak robi się to w innych krajach europejskich, na przykład we Francji.
Niedawno Komisja Etyki Reklamy otrzymała skargę na spot dezodorantu Old Spice ze słynnym Old Spice Manem. Komisja przychyliła się do opinii skarżącego, że przekaz dyskryminuje mężczyzn. A o co poszło?  Ano o to, że czarnoskóry, dobrze zbudowany mężczyzna, pół nagi dodajmy, mówi kobiecie – spójrz na swojego mężczyznę, potem na mnie, znowu na niego i na mnie, niestety nie wygląda on tak jak ja, ale może chociaż pachnieć tak jak ja. Potem jest ciąg śmiesznie niedorzecznych tekstów typu, patrz na mnie, jestem na statku, mam w ręku ostrygę, a w niej bilety na coś tam, potem one zamieniają się w diamenty, coś tam o zapachu Old Spice, a na końcu, ni stąd i zowąd - jestem na koniu. Jest tak głupia, że aż śmieszna. Tylko dlatego, że on wyskakuje z tym koniem na końcu, pamiętam, że chodzi o ten produkt, bo wszystkie babki o tym mówią, nawet wśród niektórych to jest kultowy tekst, kiedy nie wiadomo, co powiedzieć, albo ciągnie się długo temat bez sensu, można nagle skończyć – siedzę na koniu.
No, ale panowie się oburzyli. Autor protestu uznał, że taki przekaz - skierowany tylko i wyłącznie do kobiet - jest poniżający dla ich mężów, natomiast wszystkich normalnych mężczyzn - ciężko pracujących na rodzinę i niemających czasu na siłownię - wpędza w kompleksy i frustrację. „Proszę pomyśleć, co by się działo, gdyby to była kobieta seksownie poruszająca ciałem bez stanika itp. i mówiąca: porównaj mnie ze swoją żoną. Nierealne, żeby taka reklama została dopuszczona do emisji” - ocenił protestujący.  No nie wiem. Wszędzie pełno gołych kobiet ‘ściągających majtki’, żeby zareklamować warsztat blacharski, albo robiących za bezrozumne młotki, żeby usprawiedliwić kupno drogiego proszku, a panowie oburzyli się, bo na siłownię nie mają czasu, a tam taki zbudowany i nas pociąga.  I nawet jeden z drugim nie rozumie, że nas to wcale nie rusza, że kobieta ma jednak, (panowie pewnie powiedzieliby ‘o dziwo’), mózg i poczucie humoru, śmieje się z tekstów, z absurdalności tej reklamy, pamięta takie szczegóły jak wygląd butelki Old Spice’a, a nie podnieca się głupio obcym, czarnoskórym facetem.  A że zbudowany, no cóż, gdyby chciała wyjść za kaloryfera, to by sobie takiego poszukała. Kobiety kochają mimo wszystko, a nie za coś.  Jeszcze się panowie tego nie nauczyli?



piątek, 04 listopada 2011
Wiem, że telewizja sprzedaje bajkę, pomijając oczywiście filmy dokumentalne, reszta jest po to, żeby ludzie zapomnieli o bożym świecie i się zrelaksowali. No, chyba, że ktoś włącza głównie stacje informacyjne, wtedy o relaksie nie ma co mówić, co najwyżej można się wrzodów nabawić. Ale ja nie o tym. Uwielbiam programy kulinarne, jeść powinnam coraz mniej, a najlepiej wcale, bo coś nie mogę schudnąć, to sobie przynajmniej pooglądam. Kuchenne rewolucje są zabawne, czasem straszne, bo jak się widzi tych wszystkich właścicieli restauracji, którzy jakby się uparli rozłożyć swoje lokale na łopatki, to się krzykaczka włącza i chciałoby się wydrzeć na cały regulator – skąd te młotki mają pieniądze na takie restauracje!!!???
Inaczej ma się sprawa z programem Ugotowani, bo tam nie ma specjalistów i ludzi, którzy żyją z gotowania, a domorośli kucharze, którzy wierzą we własne siły i chcę wygrać kilka złotych. Nie jest to suma zmieniająca życia, bo zaledwie 5 tysięcy, ale można sobie za to zmienić coś w kuchni, czy kupić upragnionego robota kuchennego za niemożliwe do wypowiedzenia bez zgagi pieniądze. Czyli warto.
Widzowie w każdym odcinku oglądają cztery osoby z jednego miasta, każda gotuje jednego dnia dla innych, a ci oceniają po kolacji smak potraw i atmosferę wieczoru. Najlepsze w tym jest to, że mamy do czynienia z ‘prawdziwkami’ -  ludźmi, którzy na co dzień robią inne rzeczy, a gotować po prostu umieją i lubią. To jest istota programu - normalni ludziaszkowie, mógłby to być nasz sąsiad.
I tu mam zagwostkę. W jednym z odcinków, a konkretnie piątym tej serii (z Krakowa) wystąpił chłopak, który wydawał mi się wielce interesujący, taki intelektualista, trochę ‘nerd’ czyli kujon, ale z polotem, lubi fotografować jedzenie. On pierwszy przygotowywał kolację, miał wszystko rozrysowane jak powinno wyglądać na talerzu, kiedy inni to zobaczyli (w kuchni leżało), zaczęli sobie z niego dworować, ale zaraz ich zgasił, że on lubi tak mieć wszystko zaplanowane i już. Oglądałam na luzie, bawiłam się nieźle, trochę mnie wkurzało, że tak się mądrzy i krytykuje innych, a to, że smak nie ten, a to, że nie wygląda apetycznie, w sumie czepiał się pierdół i moim zdaniem nie tego, co faktycznie było źle, a tego, co może mu zagrozić.  Ale po co?  Przecież i tak decydują inni uczestnicy zabawy, a nie widzowie?
Program się skończył, chłopak wygrał i tyle go widziałam…. No, niezupełnie.
Innego dnia, podczas szykowania się do wyjścia z domu, jednym okiem oglądałam Dzień Dobry TVN, a tam Ania Szarmach, która wygrała pierwsze Gotuj o wszystko opowiadała o swoim biznesie, który polega na tym, że ona wymyśla menu, wszystko to rozpisuje na kartkach, dokładnie co zrobić, jak połączyć i tak dalej, do tego dołącza się zakupy na ten zestaw obiadowy i wszystko dostarcza się do czyjegoś domu, gdzie gospodyni nie musi się już martwić o to, co ugotować, jak ugotować, a jedynie o to, kiedy (no i o portfel, bo ta usługa jednak kosztuje). Opowiada rzeczona Ania o produktach pierwszej jakości, o tym jak zdobywa coraz to nowych klientów, a ja stoję i podziwiam, jaka to mądra dziewczyna, że potrafi swoją pasję przekuć w biznes i to z sukcesem. Nagle widzę bohaterkę tej historii ze swoim chłopakiem, który robi zdjęcia, cali szczęśliwi i uchachani, a tym młodzieńcem jest nie kto inny tylko tenże sam z Ugotowanych, nasz pan-lubię-mieć-wszystko-rozpisane. Wtedy mi coś tylko zaświtało w głowie, ale w sobotę była powtórka programu o tym gotowaniu i znowu mogłam zobaczyć jak on się w kuchni zachowywał. Czujnym okiem przyglądałam się jak sobie radzi i miałam nieodparte wrażenie, że nie za bardzo, trzęsły mu się ręce, był niepewny, a skóry na kaczce niczym nie mógł pokroić, bo wszystkie noże były nieostre (taki komplet, co ma prawie każdy w domu, a używa jednego ulubionego, kupionego kiedyś na bazarze od Ruskich). Te noże wyglądały na takie, co ich ręka ludzka nie tknęła od czasu wypakowania z pudełka, może jestem złośliwa, ale już nabrałam podejrzeń i trudno, nie da się tego odwrócić. Pomyślałam, że jego dziewczyna, czyli pani Ania, rozpisała mu wszystko po kolei, jak swoim klientom, co robić, jak mieszać i co po kolei dodawać, nawet jak podać na talerzach, a on to zrobił i wygrał. Teraz mają narzędzie marketingowe – z moimi wskazówkami możesz nawet wygrać program kulinarny, zamów menu na miesiąc, a tydzień dostaniesz za darmo. Tak mi to wygląda. Może to nieprawda, może go krzywdzę, ale nic na to nie poradzę, że mam jakiś żal, czuję się oszukana, a tak się cieszyłam, że wygrał, bo podczas programu były o nim różne zdania, taki był jakiś krakowsko-mieszczańsko-przemądrzały. Ja akurat nie mam nic ‘naprzeciwko’, jak mawiała moja koleżanka, dla mnie był naprawdę interesujący. To w czym problem? Ano sama nie wiem. Pewnie jak w tym kawale – po urodzinach w domu jubilata ginie wielkiej wartości pierścień rodowy. Podejrzenie pada na jednego z uczestników imprezy, przyjaciela domu. On się wzbrania, zaklina – to nie ja, jak możecie tak mówić, przecież jesteśmy przyjaciółmi. Oni nadal obstają przy swoim, że tylko on mógł, bo nikt inny nie wiedział, gdzie leży pierścień. Po kilkunastu dniach jubilat dzwoni do przyjaciela i mówi – pierścień się znalazł, przepraszam. Na to ten z ulgą – cieszę się, że tak się stało, możemy nadal być przyjaciółmi. Na to jubilat – wiesz, nie bardzo, sprawa się wyjaśniła, ale niesmak pozostał. 
No właśnie.



środa, 02 listopada 2011
Czy możecie powiedzieć, że znacie się na ludziach? Brawo dla tego, kto powie, że nie. Przynajmniej jest szczery i zna swoje ograniczenia. W przeciwieństwie do mnie. Jakiś czas temu byłam tak zadufana w sobie, że myślałam, że nic mnie nie zaskoczy, jestem taka mądra, doświadczona i ‘wiekowa’ (w cudzysłowie, kobieta nigdy nie przyznaje się do wieku), że po kilku spotkaniach wiem, kto jaki jest, mam rentgen w oczach po prostu. Życie weryfikuje takie durne myślenie, czasem boleśnie, czasem śmiesznie. Przypominam sobie o tym w różnych sytuacjach.
Weźmy reality show. Wcześniej Big Brothera, Bar (widziałam tylko pierwszy), Agenta czy ten na bezludnej wyspie, jak mu tam było, nie pamiętam?. Oglądałam je, może nie namiętnie, ale z wielkim zaciekawieniem. Jeśli już zaczęłam, konsekwentnie każdy odcinek. A dlaczego? Nie dla podglądactwa w czystym tego słowa znaczeniu, a raczej dla prywatnych badań nad naturą ludzką. Oglądając można było bezkarnie ćwiczyć rozpoznawanie dobrych i złych. Wtedy to właśnie odkryłam, że chociaż mam mniemanie, że dużo wiem, okazuje się, że nie wiem, że nic nie wiem. Wszyscy ludzie, którzy na początku tych programów wydawali mi się świetni, zabawni i interesujący, okazywali się młotkami wcielonymi i do tego bez klasy. A cisi, z pozoru nudni, wydawało się nijacy, z czasem nabierali kolorów i okazywali się prawdziwkami. Zawsze mi wtedy było wstyd. Pamiętam to, jak siedziałam czerwona jak piwonia obserwując swoich ulubieńców, którzy robią z siebie durniów, a czerwieniłam się jeszcze bardziej, kiedy ci przeze mnie niedoceniani okazywali się wręcz fantastyczni. I to nie w znaczeniu zabawiaczy i show menów, ale w takim czysto ludzkim.
W życiu realnym, ileż to razy myślałam, że dałabym sobie rękę uciąć, że ta czy inna osoba zachowa się tak a tak, że jest świetna, że jest lojalna, że ona to nigdy w życiu, sto procent gwarancji i takie tam inne żenujące oświadczenia. Wtedy mąż mój osobisty zwykle mówi, że moja naiwność nie zna granic. Zawsze się wtedy denerwuję, ale fakty mówią same za siebie -  wielokrotnie nie mam racji. Zatrważająco wielokrotnie. Albo ja jestem do niczego, jeśli chodzi o znawstwo natury ludzkiej, albo ludzie są aż tak nieprzewidywalni.
Najgorzej rzecz się ma, kiedy przyjaciel zawiedzie. Nie miałam jeszcze takiej sytuacji, jeśli idzie o tych najstarszych, najbardziej wypróbowanych (chyba bym zeszła na zawał), ale kilka osób, których zbyt pospiesznie uznałam za przyjaciół, bliskich znajomych powiedzmy, tak mnie sromotnie zawiodło, albo zachowali się tak skandalicznie wobec kogoś innego, że mi klapki z hukiem spadły z oczu i nasze relacje uległy nieodwracalnej degradacji. Z drugiej strony, równie bolesne jest, kiedy ktoś mało nas znający, ale powiedzmy z kręgu znajomych znajomych, działa przeciwko nam, nie mając żadnej wiedzy czy przesłanek opartych na faktach, do psucia komuś opinii i brużdżenia. Znacie to? Doświadczyliście? Jeśli tak, łączę się w bólu, a jeśli nie – wszystko przed Wami, statystycznie każdemu musi się to, chociaż raz w życiu przydarzyć.
Oczywiście są większe i mniejsze tragedie, czasem aż się nie chce wspominać, a czasem huczy o tym prasa. Jak na przykład przypadek agenta Tomka, który rozkochiwał w sobie kobiety, omotał je, a potem okazywało się, że jest funkcjonariuszem czegoś tam. Niby jego praca, ale z punktu widzenia ludzkiego – zdrada. Ałć, boli. A do tego trzeba cierpieć na oczach setek tysięcy ludzi. Albo sprawa Krzysztofa Piesiewicza – ok, dziwnie wygląda ten biały proszek wciągany nosem na zdjęciach, faktycznie głupio trochę, że gdzieś tam go widzieli przebranego w babskie ciuchy, ale nie zmienia to faktu, że każdy ma jakieś tam swoje dziwactwa, jeśli robi coś niezgodnego z prawem, ustalą to odpowiednie organa, a zdrada jest zdradą. Strasznie go musiało boleć, że to kobieta, którą darzył atencją czy może jakiś dobry znajomy wpędzili go w kłopoty. I pewnie bolało na równi z żalem za utraconą reputacją albo i bardziej.
Tak to już jest, że jeśli wszystko w porządku w rodzinie, jeśli mamy oparcie w przyjaciołach, to wszystko inne dajemy radę jakoś pokonać i przezwyciężyć. Ale jeśli coś zaczyna szwankować na tym polu, jeśli wkrada się fałsz albo nielojalność, rani jak cholera i trudno nam się po tym pozbierać. Inna rzecz, że czasem źle oceniamy ludzi z naszego otoczenia, czyli wracam do paragrafu pierwszego. Ileż to razy nie doceniamy jednych, przeceniamy innych, a pomyłki szybko wychodzą na jaw i człowiek zostaje z tą wiedzą zaskoczony i ogłupiały – jak na morzu kołek. Cała mądrość polega na umiejętności oddzielania ziarna od plew. I na ograniczonym zaufaniu do ludzi i do swoich osądów. Nie bez kozery mówi się, że beczkę soli trzeba zjeść, żeby kogoś poznać, a biorąc pod uwagę, że sól niezdrowa, trzeba jej mało używać, wieki to zajmuje. Może być, że idziesz, idziesz i nigdy nie dojdziesz.



niedziela, 04 września 2011

Wiadomość o samobójstwie Andrzeja Leppera dała mi wiele do myślenia. W ogóle takie akty są dla mnie szokujące i nie mogę się potem otrząsnąć przez wiele tygodni. Wciąż i wciąż rozmyślam i prowadzę rozmowy z tymi, co już w zaświatach – cóżeś uczynił człowieku, dlaczego, jak bardzo samotny byłeś, jak bardzo nie widziałeś nie tylko wyjścia z sytuacji, ale nawet ludzi, którzy by ci pomogli? O czym myślałeś w ostatniej godzinie, kiedy zawiązywałeś sznur pod sufitem, kiedy piłeś ostatnią kawę czy drinka?
Potem zaraz przychodzi pytanie, a co rodzina na to, jak oni przyjęli wiadomość o samobójczej śmierci? Tak bardzo, bardzo mi ich żal. Śmierć sama w sobie jest okropna, człowiek na tę chwilę, niezależnie jak wiele ludzi jest wokół, jest sam, nikt nie jest w stanie przejść z nim na drugą stronę. Mówią, że jeśli ktoś umiera z choroby, w wyniku wypadku, wysyłają po niego anioły, jeszcze inni mówią, że wysyłają bliskich, którzy odeszli przed nim. Dlatego niektórzy ludzie patrzą w ostatnich chwilach w kąt pokoju i porozumiewają się z kimś, kogo my nie jesteśmy w stanie zobaczyć, ale oni już tak. Chciałabym w to wierzyć. Kiedy myślę o tych, którzy targnęli się na swoje życie, zastanawiam się – czy i oni mieli anioła, czy decyzja przyszła za szybko i nikt nie zdążył na czas? A może za karę, bo to przecież grzech odbierać sobie życie, idą w jasność sami. Wtedy jeszcze bardziej mi żal i chwytam się za głowę w rozpaczy – dlaczegoś człowieku to zrobił?
Niedawno trafiłam w sieci na taki oto wpis na blogu „Inspiration and Chai” – Bronnie Ware, która zajmowała się umierającymi opisuje swoje rozmowy z nimi, pięć podstawowych i najczęściej wymienianych rzeczy, których żałują, pięć życzeń, co by zmienili, gdyby mogli. Oto one – żałują:

  1. Tego, że nie mieli odwagi przeżyć życia tak jak oni chcieli, a zamiast tego robili to, czego od nich oczekiwali inni – tego najczęściej. Kiedy patrzyli za siebie na życie, które minęło i orientowali się ileż to marzeń nie zostało spełnionych z powodu wyborów, jakich dokonywali lub nie dokonywali, podkreślali jak ważne jest próbować dogonić marzenia dopóki jest się zdrowym, bo zdrowie niesie wolność takich poczynań, kiedy go brak, już jest za późno.
  2. Tego, że pracowali za ciężko – prawie każdy mężczyzna to przyznał. Że nigdy ich nie było w domu, kiedy dzieci dorastały, kiedy ich partnerki ich potrzebowały, że nigdy nie mieli pełnego życia rodzinnego. A wystarczyło nie gonić tak za pieniędzmi, ocenić, co koniecznie musimy posiadać, a z czego możemy zrezygnować, wtedy powstałaby przestrzeń nie tylko na rodzinę, ale i może na inne ciekawe rzeczy czy wyzwania
  3. Tego, że nie miałem odwagi wyrażać swoich uczuć – wiele osób dusi w sobie prawdziwe uczucia, gdyż nie chcą urazić innych ich wyrażaniem. Przez to skazują się na mierną egzystencję i nigdy nie są tymi ludźmi, którymi mieli zdolności zostać. Za to wyhodowali sobie różne choroby wywodzące się z rozżalenia i zgorzknienia. Nie możemy kontrolować reakcji innych ludzi, kiedy powiemy otwarcie i szczerze, co nas boli, w pierwszej chwili mogą zareagować w przykry sposób, ale potem wasze relacje wejdą na z goła inny, lepszy poziom. Jeśli z tego powodu jednak się rozluźnią czy rozpadną, tak czy tak wygrywacie po zyskujecie zdrowe relacje lub pozbywacie się toksycznych ze swojego życia.
  4. Tego, że nie utrzymywali przyjaźni, że nie poświęcili tym najstarszym i najlepszym właściwej uwagi. Zadziwiająco wielu umierających mówiło o swoich przyjaciołach, których gdzieś zagubili w młynie życia, a kiedy umierali nie było możliwe ich odnalezienie. Kiedy umierasz próbujesz zrobić porządek w swoich finansach, ale tak naprawdę to, co w tych ostatnich tygodniach najważniejsze to uporządkowanie swoich stosunków z najbliższymi, najczęściej jednak jesteś już za słaby, żeby sobie z tym dać radę. Miłość i przyjaźń – to się najbardziej liczy w obliczu śmierci.
  5. Tego, że nie pozwoliłem sobie być bardziej szczęśliwym. To jest zaskakująco powszechne – wiedza przed samą śmiercią, że szczęście tak naprawdę jest kwestią wyboru. Ludzie pozostają zamknięci w swoich przyzwyczajeniach i działają według ustalonych schematów, komfort tego, co znane przeważył nad emocjami i ich życiem fizycznym. Strach przed zmianami kazał im pozostawać w utartych szlakach, podczas kiedy oni znowu chcieli śmiać się głośno i robić niemądre rzeczy.

Kiedy jesteście na łożu śmierci, mówi Bronnie Ware, to, co myślą o was inni jest dla Was najmniej ważne. Jakże pięknie byłoby, gdyby każdy odpuścił i znowu śmiał się jak za młodu, na długo przed tymi ostatecznymi dniami. Życie jest wyborem. To jest Twoje życie. Wybieraj świadomie, mądrze i szczerze. Wybierz szczęście - mówi autorka bloga.

 



czwartek, 21 lipca 2011

Tak się pławiłam w zachwytach, ochach i achach jak to fajnie jest, kiedy dzieci już duże, aż do przeczytania wywiadu w lutowym Twoim Stylu (bo ja zapóźniona jestem w prasówce) ze słynną trendsetterką Li Edelkoort. Od trzydziestu lat przepowiada nie tylko, co zmieni się w modzie, designerze, ale przy okazji też, jakie zmiany zajdą w społeczeństwach, w zachowaniach ludzkich. Ma jakiś siódmy zmysł, bo już wiadomo, że nawet najbardziej nieprawdopodobne jej wizje, jednak się urzeczywistniały. Jak ta o światowym kryzysie, o nad-konsumpcjoniźmie, który między innymi doprowadził do tego. Tym razem ‘wieszczy’ o roku 2050 – „…średni wiek ludzi żyjących w krajach wysoko rozwiniętych przesunie się z 26 lat do ponad czterdziestu. Ludzkość starzeje się w nieznanym dotąd tempie. Wpłynie to oczywiście na kształt kultury. Zaniknie wszechobecny dziś kult młodości. Znów ceniona będzie dojrzałość, zmieni się nasze wyobrażenie o pięknie. Kwestię „jak się nie zestarzeć” zastąpi pytanie „jak zestarzeć się dobrze”, czyli twórczo i aktywnie. Dojrzałość stanie się cechą pożądaną w kulturze. Rynek dzisiaj zorientowany przede wszystkim na potrzeby młodych ludzi, dostrzeże gigantyczną grupę docelową, jaką będą ludzie w wieku 50+, 60+, 70+”.
Najpierw się ucieszyłam – ale fajnie, to ja będę w tej grupie docelowej. Ale zaraz przyszła świadomość, że jednak nie bardzo, że wielce prawdopodobne jest, że ja w ogóle tego roku nie dożyję, że tu jest mowa raczej o moich dzieciach, które najbardziej skorzystają, a ich mama najzwyczajniej będzie już w piachu. To się stropiłam. Po raz pierwszy w życiu okazało się coś poza zasięgiem mojej długości życia. Przedtem wszystko było możliwe. Kiedy w latach siedemdziesiątych mówiło się o roku 2000, dla jednych science –fiction,  dla mnie to była moja po prostu przyszłość, której co najwyżej mogłam być ciekawa i dążyć do jak najlepszego spełnienia marzeń. Do dziś cały czas mi to wrażenie towarzyszyło – tyle jeszcze przede mną, sky is the limit. Otworzyłam Twój Styl przy śniadaniu i między jedną kanapką, a drugą dowiedziałam się, że limit owszem ma związek z niebem, ale w tym kontekście, że pewnie już tam będę (mam nadzieję), kiedy przepowiednie Li Edelkoort będą się się ziszczać. O żesz kurna, normalnie śmierć zajrzała mi w oczy.  Okropne to jest wrażenie, takie nagłe przejście z ‘wiecznie młody’ na ‘wkrótce martwy’, bo dla mnie 40 lat, to wkrótce, żeby nie powiedzieć ‘nigdy’. Jakoś dziwnie czas przyspieszył, rok wydaje się miesiącem, miesiąc dniem, pstryk i już jest lato, za drugim pstryknięciem już będzie Boże Narodzenie. Ledwo rozbiorę choinkę, już będę malować jajka, a zaraz potem płot w lecie, ledwo się obrócę już będę chować skrzynki z okien na jesień. Kiedyś koleżanka, która była za mną tutaj w Donegalu, przyznała mi rację -  mimo, że powinien czas tu płynąć wolniej, płynie błyskawicznie, myk myk, gnają dni jak rącze konie. I pomyśleć, że kiedyś kolejne daty przychodziły wolno jak ślimaki. A może to było tylko wrażenie? Bo przecież ślimaki też nie są takie powolne, jak nam się wydaje. 

czwartek, 14 lipca 2011

„Byłam rozpieszczoną gówniarą urodzoną na francuskiej ziemi, miałam prosty i obiecujący start.  Matkę Francja onieśmielała i pozbawiała własnej tożsamości.  Dorośli, którzy się tutaj przenieśli tak jak ona, tęsknili za ojczyzną i kojarzyli mi się z liśćmi, którymi wiatr miota po ulicach tam, gdzie zawieje.  Inaczej było ze mną, z Gają i Karlą.  My byłyśmy stąd.  Nie umiałyśmy śmiać się z „Misia” czy „Alternatywy 4”, które wałkowano na TV Polonia, ponieważ nie znałyśmy polskich problemów. Nie obchodziły nas zjazdy polonii ani żadne ‘wieczory polskie’, które organizowano co wtorek i na których jedzono chleb ze smalcem, kiszone ogórki, tańczono polkę i omawiano kolejny numer „Kultury” Giedroycia.  Giedroyc nas nie obchodził, wolałyśmy czytać pisma francuskie, najlepiej jak najbardziej kolorowe.  I nie chodziłyśmy do kina podczas „dni kultury polskiej”, ponieważ polskie filmy były ciężkie i nudne – wołałyśmy pójść na amerykański hit z Johnnym Deppem lub Bradem Pittem.”
Tak pisze Małgorzata Warda w swojej nowej powieści „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…”. Przeczytałam to, zamknęłam z hukiem książkę, co zawsze robię, kiedy coś trafnego przeczytam, zerwałam się na równe nogi i zakrzyknęłam – tu jest pies pogrzebany. Uderzyła mnie trafność tych słów.  Dziewczynka będąca narratorką powiedziała to, co pewnie myśli sobie większość naszych dzieci – dosyć już tej martyrologii emigracyjnej, nas to nic, a nic nie obchodzi, my mamy życie tu i teraz i nie mamy pojęcia, dlaczego ryczycie ze śmiechu na ‘Rejsie’, dlaczego płaczecie słuchając ‘Autobiografii’ i Kazika, Małysz nas nie wzrusza i nie mamy pojęcia, ba – mało nas to obchodzi, jak wygląda Kaczyński?

A rodzice na takie dictum uderzają w lament – dziecko, jak to, siadaj tutaj, oglądaj ‘Zemstę’, ‘Pana Tadeusza’, ale już, bez dyskusji. A kiedy groźby nie działają, czas na błagania – co powie babcia i ciocia Lusia?  Miej litość.  I gnają ich do polskiej szkoły, zbierają Encyklopedię Polską z Newsweeka, ciągną Mickiewicza w walizach przez pół Europy, niech dziecko zna swoje korzenie. A wieczorami – znieczuleni białą wodą rozmowną, płaczą nad frazami Stepów Akermańskich (Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu…) – to ci z humanistycznym rodowodem. Ci o umyśle powiedzmy ścisłym, nie mylić z za ciasnym, śpiewają ‘wyrwij murom zęby krat’ albo Majteczki w kropeczki (no co, też nasz folklor, o międzynarodowym zasięgu można powiedzieć) i pouczają dzieci po stokroć – nie zapominaj skąd twój ród, nie rzucim ziemi, przejdziem Wisłę…

I krytykujemy – e tam, angielskie programy to są do niczego, co oni pokazują w tej irlandzkiej telewizji? Te ich seriale jakieś takie, nie to, co nasze ‘Na Wspólnej’. Szpitale, pożal się Boże, dentyści nic nie umieją, jedzenie do bani, kto wymyślił taką kuchnię, tylko bekon, kapusta i ziemniaki.
Wieczny żal za pozostawionymi rodziną i przyjaciółmi, wieczna tęsknota za ‘piękna Polska nasza cała’, wieczne rozdarcie i rozedrganie. A dzieciaki patrzą na nas i nie mogą ukryć wyrazu politowania na twarzach – starzy znowu desperują, kiedy im to przejdzie? Po co oni wyjeżdżali, po co tyle zamieszania, żeby teraz popadać w doły z powodu wyjazdu?

To nie wina naszych dzieci, że tu zamieszkały. Również nie ich, że starym nie wychodzi, albo wychodzi, ale tęskno, że gdzieś tam by było lepiej, ale nie ma co, trzeba tu trwać, bo tu jest kasa, tu jest praca. Najlepsze, co możemy dzieciakom podarować, to nasze pogodzenie się z rzeczywistością, nasze zdolności, a co najważniejsze, chęci asymilacji. Nawet, jeśli w planach mamy powrót do kraju za jakiś czas, nie możemy tu i teraz robić wszystkiego na odwal się, bo w ten sposób dajemy dzieciakom poczucie tymczasowości i życia na niby. A to szacunku nie budzi i może się odbić czkawką w przyszłości.

Ja nikogo nie oceniam, co najwyżej przeprowadzam wiwisekcję swojego tutaj życia, swojej postawy.  Przez tyle lat, od pierwszych dni na Wyspie, miałam stres i obawy – czy ja słusznie urządziłam dzieciakom taką rewolucję? Czy zrobiłam im większą krzywdę, czy przysługę? Czy fakt, że tylko w części czują się Polakami (bądźmy szczerzy), trochę Irlandczykami, a najwięcej Europejczykami, czyni z nich pozbawionych uczuć patriotycznych kosmopolitów, czy po prostu nowoczesnych członków europejskiej wspólnoty? Czy one mi kiedyś podziękują, czy naplują w twarz? Pytania galopują w oszałamiającym tempie, poczucie winy goni poczucie dumy, bo one sobie świetnie dają radę w międzynarodowym towarzystwie, nie odstają od dzieci polskich, nie odstają od żadnych dzieci, te przemiany dały im siłę do zdobywania coraz to nowych obszarów, bez strachu, bez chęci cofania się do bezpiecznego kąta. A dlaczego? Bo myśmy nie chwiali się na emigranckich nogach, nie uprawiali szpagatów w rozkroku między dwoma krajami, po prostu postanowiliśmy wieść życie gdzie indziej, klamka zapadła i od tej pory nie było już przy dzieciach pytań czy, tylko jak? Co nie znaczy, że kiedyś zdania nie zmienimy, ale to pytanie będzie stawiane i rozpatrywane wtedy, kiedy się pojawi taka potrzeba, a nie każdego dnia do imentu.



środa, 15 czerwca 2011

Kiedy słyszę w telewizji polskiej debaty o In vitro, o tym, że finansować to nie, a tak w ogóle to nieetyczne, bo tylko naturalnie to jest dobre, a te procedury do wymysł siły nieczystej i ingerencja w dzieło Boże, w Jego decyzje, której matce się dziecko należy, a której nie – nóż mi się w kieszeni otwiera.
Wprawdzie nie znałam nigdy żadnej kobiety, która by się poddała zabiegowi In vitro, ale tak po ludzku, po prostu, jako kobieta i matka, osoba, która wie, co to znaczy nosić dziecko, urodzić, wychowywać, opiekować się, protestuję przeciwko takiemu pojmowaniu sprawy. Ciasne umysły niektórych ludzi tym bardziej mnie przerażają, odkąd poznałam kobietę, która o możliwość zajścia w ciążę i urodzenia dziecka walczy od wielu lat.

Nazwijmy ją Marie, znamy się od wielu lat, do tej pory miałam ją za niezwykle rzutką bizneswoman, co to ‘kulom się nie kłania’ i nawet w tej recesji sobie radzi, mało tego, trzyma dom żelazną ręką, wszystko na czas, posprzątane, a i niespodziewanych gości potrafi przyjąć obiadem z trzech dań. Przy tym wesoła, życzliwa, nigdy żadnych much w nosie, zadbana, drobniutka – idealna kobieta. Jej mąż świetny facet, razem prowadzą biznes, kochają się, odnoszą do siebie z szacunkiem, niepijący, niepalący, niedawno wybudowali piękny dom. I tylko dzieci brak. Wcześniej tego nie zauważyłam, bo znałam ją tylko z kontaktów klient-dostawca, ale z czasem się zaprzyjaźniłyśmy i zaczęło do mnie docierać, że ona jest niezwykle dobrą ciotką dla swoich bratanków i siostrzenic (stąd dom pełen dzieci), ale z jakiegoś powodu własnych nie ma. Myślałam – ma czas, młoda jeszcze, ale i to okazało się złudzeniem, bo młodo to może i wygląda, ale tak naprawdę, to właśnie jej stuknęła 40-tka.

Któregoś dnia sama zagaiła o tym, że ma problem z zajściem w ciążę. Właśnie sięgała po mleko do kawy do lodówki, a tam bateria leków – złapała mojej spojrzenie i poczuła w obowiązku wyjaśnić. Nie może zajść, a jak zajdzie, nie może utrzymać, już raz była dość daleko w ciąży, jednakże w trzecim miesiącu straciła i już nigdy jej się nie udało tak daleko zajść. Kilka poronień, kilka prób In-vitro, możliwości zaczynają się kurczyć, już prawie żadna klinika nie chce podejmować się kolejnych prób. Ni stad, ni zowąd poprosiła mnie o to, bym pojechała z nią do Belfastu, bo tam jeszcze zgodzili się przeprowadzić badania i kolejną próbę, czy dwie. Jakże mogłam jej odmówić?

Do kliniki zajechałyśmy wcześnie rano, zostałyśmy przyjęte przez niezwykle przyjazną i taktowną recepcjonistkę, skierowała nas do poczekalni, a tam na ścianach same zdjęcia matek i dzieci. Nie wiem, czy to jest właściwe, żeby tak ludzi bombardować niemowlętami, kiedy oni mieć ich nie mogą, ale z drugiej strony może to taki sygnał – z nami masz na to szansę? Nie wiem, nie mnie oceniać. Bez zbędnego oczekiwania i nerwów zabrali Marie do gabinetu, gdzieś tam w czeluściach budynku, a ja zajęłam się sobą i swoimi myślami. Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, że posiadanie dziecka to błogosławieństwo i wielki przywilej. Trochę kłamię, bo straciłam swoje pierwsze i to pod koniec ciąży, ale chyba wypieram ten fakt, bo to jednak duża trauma była. Potem jednak urodziłam córkę i cudem, bo lekarze nie dawali szans na drugie (a jednak) – syna. Czuję się kompletna, ale wtedy naszło mnie nagłe olśnienie - jakbym w łeb obuchem dostała – kobieto, ale z ciebie szczęściara. Niestety najtrudniej zdać sobie sprawę z rzeczy oczywistych. Spojrzałam na kolejne pacjentki, które doszły do poczekalni, na mężczyzn, którzy boją się już mieć nadzieję, na te dziewczyny, które mają walkę wypisaną na twarzy i to mocne przekonanie widoczne w całej ich postawie – uda się, nie ma innej opcji! Szacun, nie wiem, czy byłabym taka zdeterminowana przy jednoczesnym braku oznak depresji, czy załamania wiary w to, że się uda.

Marie wyszła cała blada. Okazało się, że lekarz nie jest zadowolony z kuracji, bo trzeba wam wiedzieć, że to nie tylko czary mary rąk lekarskich i probówki, ale wiele tygodni, jeśli nie miesięcy przygotowań przed godziną zero. Marie ma tabletki, jakieś zastrzyki, poza tym trzyma swoje łono cały czas w ciepłym kokonie (butelka z gorącą wodą i koc), do tego jakieś masaże stóp u chińskich specjalistów, jakieś zioła, pite rano na czczo, suplementy czegoś tam, a to wszystko wstrętne w smaku, bolesne, w najlepszym wypadku niewygodne i niepraktyczne. Bo ona cały czas pracuje, a te wysiłki nie mogą poczekać na koniec pracy, tylko w trakcie lata i popija tabletki, zawija się w ciepłe i cuda wyprawia, żeby tylko mieć dziecko. Zasugerowałam jej w pewnym momencie, że może powinna adoptować. Ona na to, że owszem, jeszcze dwa razy i koniec, potem skoncentruje się nie procedurze przysposobienia. Już ma wypełnione dokumenty i jakieś obserwacje psychologiczne zaliczone. Czyli nie zasypia gruszek w popiele. Dzielna Marie. Spojrzałam na nią i się zawstydziłam, że sobie tak żyję jak pantofelek i wszelkie dobroci natury przyjmuję jak rzecz oczywistą.
Panowie politycy, etycy, księża i panie z trójki kościelnej – wara wam od łona kobiety, która szuka wsparcia w zdobyczach współczesnej nauki i medycyny. Gdyby Bóg nie chciał zapłodnienia In vitro,  nie dałby ludziom takiej wiedzy.



poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Pakując się dzisiaj do pracy, zadumałam się nad moją torebką. Czy ty naprawdę nie możesz mieć mniejszej? – zapytałam siebie w duchu i zaraz się usprawiedliwiłam – za stara jestem na zmiany, widocznie taka moja natura.


Od dziecka lubiłam duże torebki.  Moje koleżanki, uczesane w warkoczyki, odziane w sukienki i białe podkolanówki, nosiły w zgięciu łokcia różowe maleństwa, a ja posuwałam po mieście, w ślad za rodzicami, z dziecięcą walizeczką, a w niej książka z bajkami, garść długopisów i ołówków, nie wiedzieć, czemu nożyczki i tysiąc innych szpargałów, w zależności od chwili – a to sztuczne pieniądze z ‘Małej Poczty’ (dla małych dziewczynek, które marzą o pracy w tej instytucji, wydano dziecięcą wersję dorosłej – druki, pieniądze, pieczątki, przelewy, znaczki, koperty, pocztówki itp.), szydełko i kłębek wełny, bo strasznie chciałam się nauczyć robić półsłupami spódniczki dla lalek oraz notesy, bo obok innych skrzywień uwielbiałam materiały biurowe. Nawet mnie kiedyś zatrzymali na lotnisku, bo mama w ferworze pakowania swoich walizek nie sprawdziła, co ja nawkładałam do mojej. Tak dzwoniło, że się całe komando antyterrorystyczne zleciało (był to czas, kiedy chętnie porywano samoloty w celu ucieczki na zachód, wiem, że niektórym trudno w to uwierzyć, ale nie mieliśmy w domu na stałe paszportów i nie było jeszcze na świecie Ryanaira). 
-   Pokaż dziewczynko, co masz w tej walizeczce – powiedział sympatyczny pan z obłudnym uśmiechem, ale żelaznym uściskiem, całkiem jakby się spodziewał, że dziecko odziane w kożuch z Zakopanego (byłam w nim trzy razy większa niż w rzeczywistości), ma pod nim bombę i jest zamachowcem samobójcą. Nie miałam oporów przed pokazywaniem zawartości, a tam ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich z moją mamą włącznie, leżały sobie oprócz wszystkich wymienionych wcześniej rzeczy, nie jedna para nożyczek, ale trzy – gigantyczne nożyce (musiałam je włożyć na wierzch i na ukos), a do tego średnie i małe. I jak tu wyjaśnić panu oficerowi, że dziecko ma fazę na narzędzia ostre? Puścili nas, ale nożyce poszły do kosza i nigdy już ich nie zobaczyłam. Tęsknię do dziś. Moje torby zawsze były nie tylko duże, ale również pełne i ciężkie. Mąż nazywa je do dzisiaj granatnikami.  Mam taki imperatyw, żeby natychmiast zapełniać wolne przestrzenie, i w domu, i w torebce. Jak mam jakiś wolny kąt, to zaraz stawiam tam lampę, stoliczek lub regalik na książki. To samo z torebkami – żeby miała sto kieszeni, dla każdej znajdę przeznaczenie. Na dodatek lubię mieć wiele rzeczy przy sobie.  I tak, w mojej torebce zawsze mam, poza oczywistymi rzeczami jak klucze do domu, portfel, okulary i kosmetyki - specjalną saszetkę na drobiazgi takie jak leki, ołówek do oczu, do ust, lusterko, plaster z opatrunkiem i miliony innych maleństw; szczotkę do włosów, bo przy takich wiatrach jej brak to masakra; plastikowy pojemniczek na herbaty (przeważnie owocowe), bo w pracy mamy tylko Lyons, a dla mnie to za mało; słodzik do napojów gorących, bo się boję, że gdzieś nie będzie, a lubię jednak słodkie; długopisy i czarnego Moleskina na notatki ‘na zawsze’, czyli nie terminy, bo na to mam oddzielnie kalendarzyk, ale na cytaty, przepisy, książki do kupienia, filmy do obejrzenia, a od tyłu na terminy zasłyszane, przeczytane lub nowe słówka przydatne tłumaczowi. Do tego jednorazowa maska w przypadku potrzeby wykonania sztucznego oddychania obcemu na ulicy, obrazek świętej, który mi się spodobał w kościele, klucze do sali polskiej biblioteki, do szafy polskiej biblioteki, do domu koleżanki, bo czasem wykonuję dla niej prace zlecone i muszę mieć dostęp. Ponadto USB memory key, mp3 i słuchawki, bo nigdy nie wiadomo, kiedy będę mogła posłuchać audiobooka, zawsze mam ze sobą książkę, którą aktualnie czytam, w zimie rękawiczki, w lecie okulary przeciwsłoneczne, pudełeczko z dwoma pomadkami, czasem krem do rąk, bywa, że perfumy, kiedy wiem, że mnie długo w domu nie będzie; zawinięte w woreczek plastikowe sztućce na wypadek konieczności jedzenia poza domem (w markecie można kupić sałatkę, bułkę i szynkę, albo sałatkę owocową, ale sztućców nie dają, o czym się boleśnie kilka razy przekonałam), nie chcę jeść w Fast foodach, muszę więc nosić ze sobą ‘oprzyrządowanie’. Mam też zawsze paczkę chusteczek i kilka nawilżanych pakowanych pojedynczo, a ponieważ przezorny zawsze ubezpieczony, mam też sprytnie zwiniętą dużą torbę na zakupy (takie maleństwo zapięte w mały tłumoczek, a jak się rozłoży, to pół Tesco można tam spakować). A w bocznej kieszeni – komórka. Ufff. To jest moje absolutne minimum, które targam ze sobą dzień w dzień. Sama się zdziwiłam, że tyle tego.Wiele razy chciałam zaprzyjaźnić się z maleńką torebeczką, ale kończyło się na tym, że nosiłam ze sobą dodatkowo reklamówki, a to już był obciach. Kilka razy zrobiłam też czystkę i powyjmowałam rzeczy, które uznałam za nieprzydatne, ale zaraz tego samego dnia okazywało się, że właśnie te wyjęte, były mi niezbędne. Przestałam walczyć.  W końcu torebka podobno świadczy o naturze kobiety, a tej nie zmienisz, choćby nie wiem, co.  I tak jestem dzielna, nie noszę już nożyc.

czwartek, 17 lutego 2011

Moje dziecko, które już niestety nie jest dzieckiem, wraz ze swoim irlandzkim chłopakiem strasznie lubią podróżować.  Cały rok planują, gdzie też oni pojadą w czasie swojego urlopu. Wymagania mają duże, bo musi być ciekawie, dużo zabytków, galerii, ale i fajne knajpki i miejsca do relaksu.  Dopiero się dorabiają, o ile można tak powiedzieć, bo córka jest studentką, a jeszcze-nie-zięć na początku drogi zawodowej, stąd dodatkowe utrudnienie w klasyfikacji – ma być na ich kieszeń. Z wielkim zainteresowaniem przyjęli informację, że pod koniec stycznia w Dublinie odbywają się targi turystyczne – Holiday Word Show.   Córka nie mogła się doczekać, kiedy tam pójdzie i nazbiera folderów, miała też nadzieje na specjalne oferty.  Wiadomo, nie ma to jak załapać się na upusty, rabaty i vouchery, chociaż dobra i rzetelna informacja jest chyba więcej warta, bo co komu po darmowym obiedzie w hotelu, jak i hotel, i miejsce, jest do kitu. Zadzwoniłam do niej na drugi dzień i zażądałam relacji. Najpierw były same zachwyty:
-   Mamuś, najlepsze było stoisko Słowacji.  Dwoili się i troili, jeden przedstawiciel nas dorwał i najpierw wyciągnął z nas, co najbardziej lubimy, a kiedy usłyszał, że Mark uwielbia piesze wędrówki, zaraz wyciągnął foldery ze szlakami turystycznymi, zasypał nas informacjami, zdjęciami, dołączyła do niego hostessa z tacami jedzenia i wyjaśnieniem - to serwujemy w górach, tamto w gospodach, tak wygląda zakąska do piwa, a piwo kosztuje tyle i tyle… No mówię ci, świetni byli.  Obok mieli sklepik i sprzedawali te pyszne rzeczy – wcale się nie zdziwiłam, że ona o tym mówi tak entuzjastycznie, bo oboje z Markiem, gdziekolwiek nie pojadą, uwielbiają biesiadować i próbować wciąż to nowych potraw i smaków, szczególnie kuchni regionalnej.
-   A potem poszliśmy do stanowiska reklamującego Saint Lucia.  Przedstawicielka biura turystycznego była tak przekonująca, że gdyby na miejscu sprzedawali wycieczki, pewnie byśmy nerkę przehandlowali, żeby tylko tam pojechać – kontynuowała zaaferowana – to jest maleńka wyspa karaibska, wiesz, w sumie nic tam nie ma, przyjechali ‘sprzedać’ Irlandczykom plaże i pola golfowe, to chyba tylko pogoda mogłaby ich tam przyciągnąć, chociaż też pewnie za gorąco, zaraz by wszyscy podostawali udarów i tyle by mieli z wypoczynku. A do tego ta cena! Tak nas zaczarowała, że przez chwilę myśleliśmy, że nic lepszego nas nie może spotkać niż podróż na tę wyspę – perorowała uhahana. Faktycznie wyobrażenie sobie Wyspiarzy, całych czerwonych od słońca, nas zresztą też, bo po tylu latach tutaj, wcale się nie różnimy w tym względzie, było wyjątkowo śmieszne.Potem opowiedziała mi ze szczegółami o stoisku reklamującym campery, bo wie, że to jest męża i moje marzenie, żeby podróżować gdzie nas oczy poniosą, takim właśnie domem na kółkach. Tak się rozmarzyłam, że zupełnie nie byłam przygotowana na uderzenie w dumę narodową, tak to nazwijmy, które córka wyprowadziła znienacka.
-   Ale wiesz mamuś, stoisko polskie to był straszny obciach.  Wiesz, jaki Mark jest napalony na podróże do nas, jak tylko zobaczyliśmy biało-czerwone barwy, od razu pognaliśmy w tym kierunku. A tam dwie znudzone i nabzdyczone babki, siedzące przy jakimś chybotliwym stoliczku, obok wielki facet z wąsami - nasza polska specjalność, pomyślałam, ale postanowiłam powstrzymać się od komentarzy – a na stojakach jakieś przedpotopowe foldery i ulotki, no mówię ci, jak za komuny. Skąd oni je wytrzasnęli? Kiedy byliśmy w Krakowie, w każdej restauracji i innych miejscach uczęszczanych przez turystów, leżały dużo lepsze, na kredowym papierze z pięknymi, kolorowymi zdjęciami, mapkami, aktualną informacją o cenach, transporcie, również prywatnym, zresztą nie tylko o samym mieście, ale i o Polsce.  Na tym stoisku nic się nie dowiedziałam, poza tym, że polskie linie lotnicze to LOT. Moje dziecko nie ma pojęcia jak było za komuny, a to, co sobie wyobraża, to nuda, szarość, nadęcie sprzedawców i ogólna beznadzieja. Kiedy, więc mi powiedziała, że tam było całkiem jak za tamtych czasów, włosy mi dęba stanęły, bo niby co, nic żeśmy się nie nauczyli, nadal jakaś izba turystyczna wysyła ‘członka z ramienia’ i dwie niemowy?  Mamy w kraju setki szkół wyższych proponujących kierunki dotyczące promocji turystyki, reklamy i marketingu, młodzież aż się rwie do pracy i wykazania nowych umiejętności, a jak przychodzi co do czego, to na takie imprezy nadal wysyłamy dwie ‘panie Jadzie z kolegą Ziutkiem’. Luudzie, to już nie te czasy, kiedy enerdowcy przyjeżdżali na wczasy z przydziału, czy chcieli, czy nie, tu trzeba zawalczyć o klienta.  Tym bardziej, że jeśli idzie o pogodę, daleko nam do Saint Lucii, ale z drugiej strony, jeśli idzie o atrakcyjność zabytków i świeżość destynacji dla eksplorerów z zachodu, których znudziła się już Barcelona i Rzym, mamy nie lada ofertę do zaproponowania. Tylko musimy przemóc niechęć do pokazywania się od jak najlepszej strony.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Siedzę sobie przy choince (podoba mi się, że tu drzewka stroi się wcześniej), wsuwam baklavę i planuję święta.  Dobrze mi.  Lubię ten czas, może nawet bardziej niż same święta.  Rozmyślanie o prezentach najpierw wpędza mnie w panikę, co roku mam wrażenie, że tym razem nie ujdzie mi na sucho i nie dostanę, tego, co sprawiłoby radość najbliższym. To jest masochizm jakiś, bo przecież wiem, że zawsze mi się to udaje, ale w tym roku doszła świadomość, że powinnam bardziej oszczędnie to jakoś urządzić, więc moje zamartwianie się, nie jest takie pozbawione sensu. No, właśnie – recesja, obcinanie wydatków, a przede wszystkim umiar, umiar i jeszcze raz umiar. W Dublinie tego nie widać, sklepy pękają w szwach od ilości towaru i szturmujących je klientów.  Co prawda to był weekend, więc może wtedy wszyscy wylegli z domów na zakupy? W Donegalu pustki, w sklepach spożywczych i tych innych też.  To znaczy towar jest, tylko ludzi jakoś niet.  To wszystko pewnie dlatego, że od nas jest blisko do Irlandii Północnej, gdzie spadły znacznie ceny i to tam się teraz robi wszystkie zakupy, z rozpędu od czasu, kiedy stosunek funta do euro był dużo lepszy.  W Republice pusto, a w Derry czy Strabane, gdzie jest Asda, ludzie muszą czekać na wpuszczenie do sklepu, takie tłumy.  Sądząc po wielkości zakupów, wyładowanych koszykach i fakcie, że największym powodzeniem nadal cieszą się towary luksusowe – telewizory, konsole do grania, biżuteria, albo ciężkie czasy jeszcze nie nastały, albo ludzie nie mają rozumu.
Nienawidzę zakupów. Kupować lubię jak każdy, ale nienawidzę przemieszczania się ze sklepu do sklepu, przymierzania, ignorancji obsługujących i faktu, że czasami daję się zmanipulować poprzez umiejętne działanie na moją podświadomość.  Lubię myśleć o sobie, że jestem silna i opiniotwórczo niezależna, ale uczciwie muszę przyznać, że oferty typu – kup jedno, drugie za darmo, dwa za tyle i tyle, 30% extra, half price, 3 za 2 itp., czasami mnie kuszą i kupuję absurdalne ilości szamponów, proszku, papieru toaletowego, tudzież ketchupu.  Umieszczanie towaru na odpowiednich półkach, techniki polegające na przemieszczaniu towaru z jednego końca sklepu na drugi, płacenie ludziom za chodzenie wśród klientów z wypchanymi wózkami  (co nam daje hint-hint, że nasz powinien być równie pełny jak nie pełniejszy), wspomniane oferty, tyle zachodu, a wszystko po to, żeby nas skołować, podziurawić mózg i wydrenować z pieniędzy.  Wiem o tym, a jednak czasem się daję. Zakupy, to co innego niż kupowanie.  Zakupy to łażenie, macanie, pocenie się w kurtkach w ogrzewanych marketach, moknięcie podczas ładowania tego wszystkiego do bagażnika i mozolny powrót do domu.
Dzięki Bogu za Internet i zakupy online, bez tego fizycznego zaangażowania i zamieszania.  Siedzę z kawką w ulubionym kubku, laptop na kolanach i surfuję – gładko wpływam do działu z książkami (moje ulubione strony), Michalina potrzebuje nowych Martnesów, niechętnie porzucam wirtualne przeglądanie nowej powieści Patricii Scanlan i jednym szusem przemieszczam się na stronę z obuwiem.  Już wiem, jakie kolory, wzory, rozmiary i ceny, pozostaje jeszcze uzgodnić z nią, czy to te właściwe.  Może iść do sklepu, zmierzyć byle jakie tego samego typu, sprawdzić, jaki potrzebuje rozmiar, a potem zamówimy, bo cena dużo lepsza.  Wojtkowi popsuł się monitor, w sklepach niby 50% obniżki (pierwszy raz przed świętami!), ale i tak daleko tym cenom do tych na stronach w sieci. Monitor już jedzie DHLem, a ja mam przynajmniej stówkę w kieszeni, gdybym chciała kupić taki sam w sklepie, a jeżeli zdecydowałabym się na mniejszy o 5”, i tak przepłaciłabym przynajmniej €50, w stosunku do tego większego.
Wypływam, więc na bezkresny przestwór oceanu wirtualnego i to, co mogę, kupuję w sieci. Dzielnie pomaga mi w tym karta kredytowa.

Trzeba wiedzieć, jak jej używać, nigdy na niezabezpieczonych stronach (na dole, po prawej na pasku, musi być kłódka), najlepiej zarejestrować się na płatności systemem PayPal, tak znacznie bezpieczniej, gdyż w ten sposób dane z karty nie są znane przy transakcji, no i kontrolować te wydatki, bo kiedy nie widać pieniędzy, łatwo myśleć, że się nic nie wydało. I o jeszcze jednym warto pamiętać – kiedyś przyjdzie dzień, kiedy będzie trzeba tę kartę spłacić. Jest takie stare porzekadło, że OKAZJA jest tylko wtedy, kiedy cię na nią stać.

 

sobota, 23 października 2010

Te testy to był mój pomysł. Taka byłam z siebie dumna, że mądra, zapobiegliwa, biorę sprawy w swoje ręce i takie tam bzdury.  A jak tylko przyszedł list z datą wizyty w klinice badań piersi, zaczęłam świrować z niepokoju – a co jeśli coś znajdą?  Może lepiej schować głowę za kotarę, jak robią to dzieci, i udawać, że piersi nie mam wcale.

O umówionej godzinie weszłam do szpitala.  Pani w recepcji spytała mnie o dane, potwierdzenie adresu i tak dalej, zwyczajowa procedura, a potem skierowała do przebieralni.  Rozejrzałam się po piętrze, gdzie mieści się Breast Care Clinic, zdziwiona skonstatowałam, że wszędzie widzę kolor różowy, wszystkie panie siedzą ubrane w takie pelerynki, jak u fryzjera. Rozmawiają, czytają, zaśmiewają się czegoś, też jak u fryzjera.  Jakby ten kolor wpływał na punkt widzenia sprawy. Żadna z kobiet, nawet te całkiem łyse, nie były smutne.  To był pierwszy szok.

Zostałam skierowana do przebieralni, poproszono mnie o całkowite rozebranie się do pasa, schowanie swoich rzeczy, włącznie z torebką, do szafki i wyjście do poczekalni.  Po chwili dołączyłam do grona Różowych.  Całkiem przypadkiem, bo przecież nie wiedziałam, że ten kolor będzie dominujący, miałam ze sobą książkę Magdy Witkiewicz ‘Milaczek’ (wybraną specjalnie na tę okazję, bo jest wesoła i nie dodaje zmartwień do i tak stresującego procesu), która była też różowa i to dokładnie w takim odcieniu, jak te wdzianka w stylu motyla.

Najpierw musiałam się widzieć z lekarzem, pierwsza rozmowa, ankieta, musiałam wymienić wszystkie kobiety w rodzinie dwa pokolenia wstecz i różne odgałęzienia, włącznie z moimi dziećmi. Potem badanie palpacyjne i chociaż nic nie zaniepokoiło lekarza, skierował mnie do drugiej części kliniki na mammografię.  Tam czekałam tylko chwilę, a i tak pielęgniarka co chwilę przychodziła do mnie i kilku innych pań, pytała, czy wszystko w porządku, uspokajała, że to bezbolesna procedura i uśmiechem dodawała odwagi, bo nam zaczęły miny rzednąć. Nie tylko pielęgniarki tak się nad nami trzęsły, lekarze też cały czas przemawiali do nas jak do dzieci, uspokajającym tonem, z szerokim uśmiechem, a główny konsultant to już w ogóle przechodził sam siebie, ogrzewał ręce przed badaniem, a głos modulował „na księdza”.  Już sama nie wiem, co wolę - polską obcesowość, czy te ich mówienie na przydechu, jak do ‘potencjalnie’ ciężko chorych?

Naczytałam się, że mammografia jest może i ‘bezkrwawa’, ale za to jednak boli, chociaż próbują wciskać kity, że nie.  Cała byłam oczekiwaniem na ten ból, nastawiałam się, że będę dzielna jak Wanda Wasilewska i łez moich nie zobaczą, po moim trupie, tfu, tfu.  Kazali mi zdjąć różowe skrzydła motyla, już któryś raz, zdejmij, załóż, przejdź dalej, zdejmij, załóż …. moja misternie układana fryzura poooooszła.  Podeszłam do maszyny, pielęgniarka z boskim uśmiechem przeprowadziła mnie przez badanie, omawiając, co będzie zaraz robić.  Potem ułożyła lewą pierś na talerzu i drugim (były na półce nakładki przyciskające różnych rozmiarów, dla każdego według potrzeb), zjechała na nią rozpłaszczając na papier, no może na karton.  Przyjemne to nie było, ale nie bolesne, niepotrzebnie panikowałam.  Tylko musiałam się pilnować, żeby na moją pierś nie patrzeć, bo wyglądała jak rozjechana przez TIR-a, bałam się, że nie wróci do poprzedniego kształtu.

Po wszystkim znowu założyłam pelerynę i pofrunęłam do poczekalni, gdzie mnie przekierowano (ha, komputer zmienia na przekserowano, może i tak?) znowu do lekarza i tu niespodzianka, zdjęcia będą opisane jeszcze tego samego dnia, a lekarz je ze mną omówi.  Chociaż w tej klinice roiło się od ludzi jak na lotnisku, pielęgniarki kierowały ruchem jak stewardesy, jedne pacjentki się przebierały do badań, inne do wyjścia, jeszcze inne czekały do lekarzy, wszystko było pod kontrolą, płynęło gładko jak walc wiedeński Maseraka.

Bardzo mi ulżyło, kiedy dowiedziałam się, że nie ma niepokojących zmian.  Lekarz uradowanym głosem mi to oznajmił, co najmniej jakby to o jego piersi chodziło. Pożegnał się do ‘za 10 lat’ i tyle mnie tam chcieli.  Zabrali mi różowe skrzydła motyla i z uciechą pomachali na do widzenia, a raczej ‘żegnaj’, bo tam nikt nie chce widzieć swoich pacjentek znowu, chyba, że tak los postanowi.

Nie miałam powodu, żeby pchać się na te badania, po prostu sobie ubzdurałam, że powinnam, bo tyle moich znajomych zachorowało na raka piersi.  Wprawdzie na cytologię mnie listem poprosili, ale piersi, to inna rzecz, tych nie bada się profilaktycznie przed ukończeniem 50 lat.  Musiałam ponarzekać, że mnie strasznie bolą.  Ale jak się już tym GP zajął, od listu referencyjnego, do umówionego spotkania minęło niewiele ponad tydzień.  Błyskawicznie, biorąc pod uwagę czas oczekiwania na wizytę u specjalisty w tym kraju. Warto, wszystkie Was namawiam, i na mammografię, USG chociaż, i na cytologię. Gdyby coś znaleźli w pierwszym badaniu, zrobiliby jeszcze scan, jakby było trzeba, tego samego dnia tez biopsję cienkoigłową.  Wiadomo, w takich sytuacjach liczy się czas.  Przed rakiem nie da się schować, kiedy już nas dopadnie, ale można z nim walczyć, wielu wygrywa.

sobota, 11 września 2010

W Polsce nigdy nie mieliśmy własnego kąta.  Wtedy nie dawali kredytów hipotecznych na prawo i lewo, w zasadzie w ogóle nie można było zapożyczyć się w banku, w posagu ani ja, ani mąż nie wnieśliśmy mieszkania, kupić go też nie mieliśmy za co, pozostało wynajmowanie.  Wprawdzie naszym warunkiem było, ze mieszkanie musi być puste, oprócz kuchni, zawsze wprowadzaliśmy się ze swoimi meblami, dywanami, wyposażeniem kuchni, durnostrojkami i kwiatami tak, więc gdziekolwiek byśmy nie mieszkali, było dokładnie tak jak chcieliśmy - miło, domowo, według naszego gustu i upodobania.
W Irlandii po trzyletnim okresie wynajmowania dostaliśmy kredyt i zaczęliśmy urządzać nasz pierwszy w życiu dom.  Na początku była w tym wielka niecierpliwość, chciałam natychmiast mieć wszystkie lampy i obrazy, meble i zdjęcia w ramkach i żeby usiąść i poczuć się jak w domu.  Ale tak się nie da.  Wszystko potrzebuje czasu, a dom, wprowadzanie w niego nowej energii, urządzanie tym bardziej.  Rzeczy kupowane naraz, żeby były, żeby już wreszcie mieć to z głowy, nie mają duszy, spełniają zadania użytkowe jedynie.  Poza tym nie zgadza się to za bardzo z moją filozofią – nie lubię dizajnerskich domów, gdzie wszystko jest takie dobrane i idealne, ale nie czuć ducha rodziny tam mieszkającej.  Taki dom, który pasowałby do każdego, kto tam się wprowadzi, piękny jest może na zdjęciach i do obejrzenia, ale mieszkać lubię raczej w takich, gdzie jest muszla z Mielna, maska z Wenecji, obrazek namalowany przez córkę na ścianie, pamiątka z wyjazdu do Gruzji, serwis z Kijowa, dzwonki z Francji, stojak na kwiaty zrobiony przez syna na zajęciach ‘wood work’ (wyrabianie przedmiotów z drewna), lampa zrobiona przez męża z konara znalezionego na plaży – wszystko, co ma duszę nam bliską, swoją obecnością przywołuje wspomnienia, zachwyciło nas na straganie ulicznym w Italii i teraz za każdym razem, kiedy na to spojrzymy, czujemy słońce i tamten czas.
A najfajniej jest mieć dom, bo można sobie wreszcie wydziwiać w kwestii przedmiotów montowanych na stałe, wcześniej nam było żal, bo w razie wyprowadzki wymarzone cudo musiałoby zostać.  Wreszcie będziemy mogli założyć zamki do drzwi przytargane z USA, a prośba o kupienie kranu, takiego fikuśnego wygiętego jak sprężyna, z ruchomą końcówką, przełączaną na prysznic, nie skończyła się znienawidzoną formułką – jak będziemy mieli swój dom, to ci kupię, tylko pytaniem – a dokładnie o jaki ci chodzi, żebyś potem nie płakała, że nie taki?
Wrócił mąż z Polski obładowany walizami, kilka butelek ulubionych trunków, książek co nie miara, a na dnie jednej z walizek mój wymarzony kran.  Imponujący, srebrny, akurat taki, jak chciałam.

Tego dnia mąż był zbyt zmęczony, ale zaraz następnego wziął się za montowanie go w kuchni.  Wprawdzie w instrukcji było napisane, że wymaga fachowca, ale on potrafi wiele zrobić i nie przejął się tą wskazówką.  Zaczął po 11, miało to trwać godzinę, może dwie. Zdjął nasz stary kran i od razu okazało się, że trzeba jechać do sklepu, po jest inny system połączeń tutaj i trzeba kupić złączki, które pogodzą irlandzki styl z kontynentalnym.  W sklepie okazało się, że mają to, co potrzebujemy, ale podczas przymierzania, czy to na pewno takie, okazało się, że jedna z rurek kranu nie ma nawierconego gwintu.  To musiało przydarzyć się nam, prawdopodobnie taki bubel był jeden na milion, a właśnie my musieliśmy kupić ‘ten los’.  Szkoda, że w lotto tak nie trafiamy.
Coś tam mąż poczarował, pokombinował, w każdym razie przyszedł z sheda do domu i mówi – będzie żył.  Już myślałam, że z nowego kranu nici, bo facet w sklepie powiedział, że nie da się tego bubla naprawić, a takich rurek nie mają, więc trzeba z powrotem słać.  A swoją drogą, jaki wstyd, sprzedawca zapytał, gdzie my to kupiliśmy, zgodnie z prawdą, bo ja nie bardzo umiem kłamać, odpowiedziałam, że w Polsce, a on spojrzał na mnie jakoś tak – „nic dziwnego, jak z Polski to musi być coś nie hallo”.  Wracając do montażu – mąż grzebał, grzebał, wreszcie wylazł szczęśliwy spod zlewu, puścił wodę, leci, wykonaliśmy taniec szczęścia.  Wodę wyłączyliśmy, kran kapie. Poszłam sobie w kąt, żeby z bezpiecznej odległości posłuchać jak mąż przeklina.  Kiedy znowu zajrzałam do kuchni, znowu wszystko rozkręcał, na górze, na dole, wszędzie – nie ma takiej opcji, żeby mi coś tu kapało – stwierdził i swego dopiął, bo faktycznie wynalazł, co było nie tak i skorygował. 
Zawsze tak jest, kiedy kupujemy coś w kraju, albo nam części do mebli nie włożą, albo zamiast góry i dołu są dwa doły, albo specjalny klucz potrzebny, a ktoś był łaskawy wyjąć z paczki.  Dopóki się człowiek za to nie weźmie, to nie wie, że coś nie tak.  No, bo czy przyszłoby wam do głowy sprawdzać czy są gwinty we wszystkich rurkach? Mnie nie.

czwartek, 05 sierpnia 2010

Bardzo mnie cieszy fakt, że w Irlandii każdy dom ma kącik jadalny, a w nim wygodny, nierzadko rozłożysty stół, służący nie tylko do jedzenia, ale stanowiący często centrum życia rodzinnego, gdzie odrabia się lekcje lub czyta gazety, bo tam światło najlepsze i najłatwiej dużą płachtę rozłożyć.

Przyznacie, że dla niejednego Polaka taki mebel to widok niepospolity.  Stoły, wyparte na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z powodu ciasnoty „nowoczesnego budownictwa”, zabrały ze sobą nie tylko wygodne miejsce do spożywania posiłków, ale wiele, wiele więcej.

Czymże bowiem jest taki duży, wygodny stół ? Człowiek praktyczny, racjonalista powie pewnie, że są to kawałki drewna, obrobione i umiejętnie ze sobą połączone.  Serweta, kwiaty, niedzielne obiadki i tyle.  Dla mnie każdy stół ma duszę kameleona, jest taki jak jego właściciel, czasami uporządkowany i lśniący, czasami zawalony papierami i wycinankami dzieci, a jeszcze innym razem poważny - koronkowy lub wesoły - złocisty, cały w kratę. Mogłabym powiedzieć - pokaż mi swój stół, a powiem ci, kim jesteś.  Zdarza się, że kiedy myślę o pozostawionych w moich rodzinnych stronach przyjaciołach i bliskich, tęsknię do ich stołów właśnie, do wspólnych wieczorów pełnych śmiechu, fantastycznego jedzonka, dobrego wina, a nade wszystko do rozmów (czasami zażartych dyskusji) i do nocy zarwanych z powodu gry w karty lub Scrabble.  Wszystko to właśnie przy tych stołach się działo i doprawdy lepszego miejsca na takie spotkania nie ma.

Kiedy zaraz po ślubie wynajęliśmy kawalerkę w Warszawie, ku naszej radości znaleźliśmy w niej duży okrągły stół.  Właściciel przepraszał za ten „nieporęczny mebel” na środku pokoju i zaproponował, że natychmiast, z pomocą mojego męża, wyniesie go do piwnicy. Pokój był malutki, z wnęką na łóżko i drugą na kącik kuchenny.  Mimo to gwałtownie zaprotestowaliśmy.  Pozostawienie stołu zmusiło nas do przyjęcia zasady poruszania się pojazdów mechanicznych na rondzie (może dlatego później, jako jedyna na kursie prawa jazdy, nie miałam z tym problemu), ale w takiej klitce nic nie było łatwe, a stół załatwiał wiele spraw - przy nim jedliśmy, pracowaliśmy i przyjmowaliśmy gości .

Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że pierwszym meblem w życiu, który kupiliśmy na własność, był stół.  Duży, owalny, w razie potrzeby rozsuwany.  Wynajęcie kolejnego mieszkania zależało od tego, czy znajdziemy dla niego miejsce.  Po każdej kolejnej przeprowadzce, najważniejsze było rozłożenie łóżek i ustawienie stołu, wszystko inne mogło poczekać.  W trakcie urządzania można na nim było rozpakować książki, bibeloty i szklanki, w przerwach zjeść posiłek, a wieczorem dla odpoczynku postawić pasjansa.

Po przyjeździe do Irlandii byłam bardzo szczęśliwa widząc, ze wszędzie, gdziekolwiek nie poszliśmy oglądać domu do wynajęcia, były wygodne stoły.  W każdym takim wynajmowanym locum, według mojej teorii kameleona, przejmowały one moją osobowość, oblekały się w kolorowe obrusy, przyjmowały na swój blat bukiety polnych lub ogrodowych kwiatów, cierpliwie znosiły odrabianie lekcji z dziećmi, z wdzięcznością towarzyszyły nam przy posiłkach,  by zakończyć dzień na czytaniu prasy z dorosłą częścią domowników lub na ostatniej filiżance herbaty i uspokajającym pasjansie.  Z czasem musiały się pogodzić z novum – czarnym, lśniącym laptopem, który łączył rodzinę ze światem.

Po podpisaniu kontraktu o kredyt hipoteczny, po nużącym okresie formalności i oczekiwania na klucze do wymarzonego, własnego (powiedzmy) domu, co zrobiliśmy najpierw?  Pognaliśmy do sklepu i znaleźliśmy piękny, rozłożysty, miodowo-złocisty stół z sześcioma wygodnymi krzesłami.  I ten mebel właśnie wjechał do nowego domu jako pierwszy.  Towarzyszy nam do dziś, a wieczory spędzone przy nim, na rodzinnym graniu w karty, będą już zawsze, choć nadal się odbywają, ale już to wiem, najwspanialszym, najukochańszym wspomnieniem do końca moich dni.

Wiem, że personifikacja przedmiotów czy mebli może być potraktowana jako objaw infantylności lub nadwrażliwości emocjonalnej, ale dla mnie moje otoczenie to nie rezultat działalności projektantów wnętrz lub jedynego słusznego, narzucanego nam przez czasopisma, modelu urządzania mieszkań, ale przede wszystkim wynik wypadkowej osobowości wszystkich domowników, ich oczekiwań i marzeń o własnym kąciku. Nie jest mi wszystko jedno, na czym siedzę, gdzie jadam, gram w karty i piszę listy.  Popatrzcie na mój stół, a dowiecie się, jaka jestem.

niedziela, 01 sierpnia 2010

Kiedy byłam mała, w swoim pokoju miałam kaktusa.  Mama postawiła go na parapecie przy łóżku, dokładnie nad moją głową.  Nie wiem, dlaczego tam, jakby innego, lepszego miejsca nie było?  Za każdym razem, kiedy po przebudzeniu wyciągałam ręce do góry, moje dłonie napotykały kolce.  Wyobraźcie sobie – budzisz się, cieszysz na nowy dzień, jak to dziecko czy nastolatek, żadnych lub prawie żadnych problemów, w szkole czeka na ciebie paczka przyjaciół, chłopak, który ci się podoba, właśnie wpisał ci się do pamiętnika wierszykiem, który jednoznacznie sugeruje, że ‘cię kocha’, myślisz – życie jest cholernie piękne – i nagle jeb – reality bites – rzeczywistość wali cię kolcami w palce i daje znać, że niezupełnie jest tak idealnie.  Cały ranek będziesz wisieć przy oknie, kiedy matka będzie próbowała pincetą wyciągnąć włoskowate kolce, które może i prawie niewidoczne, ale za to cholernie kłują.

I tak przez lata, bo nikomu nie przyszło do głowy, żeby tego kaktusa przestawić lub wyrzucić.  A właściwie przyszło, mnie samej, przecież nie miałam skłonności masochistycznych, ale jakimś dziwnym trafem, wciąż lądował on nad moją głową przy łóżku.  Ja go na szafkę lub drugie okno, szłam na obiad, potem lekcje, spotkania z koleżankami, wracałam, kaktus z powrotem na swoim miejscu.  Nie miałam natury buntowniczej, pogodziłam się z rolą kaktusa w moim życiu.

Jestem już dorosła.  Borykam się z życiem i staram się jak mogę, żeby moje dzieci budziły się rankiem i nie miały żadnych lub prawie żadnych problemów.  Ale też bez przesady, pod kloszem ich nie trzymam.  Wszystko musi być zrównoważone, nie chcę, żeby się obudziły pewnego dnia i stwierdziły, że o dziwo - life is brutal and full of zasadzkas.  Uczestniczą w naradach rodzinnych, kiedy coś się dzieje niedobrego, trzeba rozwiązać jakieś omsknięcie z drogi wiecznej szczęśliwości, nie mówimy z mężem o problemach szeptem, a kiedy się kłócimy, to się kłócimy, a nie „milczymy wymownie”.  Wprawdzie im kaktusów nad głową nie stawiam, ale zdrową porcję igieł muszą zaliczyć, to ich tylko zahartuje.

I ja też, wciąż czuję obecność tego kłującego (nie)przyjaciela.  Zawsze, kiedy już myślę, że nastał w moim życiu taki słoneczny, bezproblemowy, wreszcie-się-skończyły-problemy dzień, jeb – jakiś telefon, jakiś list, wiadomość mailowa lub na gg i już wiem, że znowu przyjdzie mi wisieć, Bóg jeden wie ile, przy oknie i wydłubywać kolce z serca czy głowy, rozwiązywać węzły, wydawałoby się Gordyjskie, na które czasem trzeba też wyjąć miecz.

Czasem gorycz mnie zalewa i zadaję sobie pytanie, dlaczego ja mam zawsze pod górkę, dlaczego innym tak dobrze się układa? Mają dobrą pracę tu, rodzinę, która dba o ich potrzeby z kraju, wysyła paczki, leki, kiedy potrzeba, gazetki ukochane, fajki pakuje w pakiety (nie żebym paliła, ale mnie mogliby co innego w te pakiety wkładać), mama przyjeżdża, ba czasem nawet 90-letni dziadek zapakuje się w samolot i przyleci, życie rodzinne wre.  A ja wiecznie sama jak palec albo coś tam, a jeżeli słyszę o rodzinie to wyłącznie w kategorii – co się znowu skiepściło?  To znaczy swoją podstawową komórkę społeczną to ja tu mam, ale mówię o rodzicach, ciotkach, wujkach itp.

Z drugiej strony, kiedy już się unormuje pokiełbaszona sytuacja, kiedy już węzeł rozwiążę lub przetnę, mam jednak takie dni, kiedy się budzę i kaktusa nad głową nie ma.  I wtedy moje szczęście jest wielkie, radość nie zna granic. Wtedy się zastanawiam, czy to nie jest przypadkiem tak, że ten kaktus musi wracać co jakiś czas na miejsce, musi nam czasami bolesne kolce w palcach zostawiać, bo gdyby go tak całkiem zabrakło, jakbyśmy wtedy wiedzieli, że jesteśmy szczęśliwi?

Wiele rzeczy, kiedy wszystko układa się dobrze, traktujemy jako normę, tutaj się mówi – we take it for granted.  Dosyć szybko uznajemy, że tak musi być, ze to wynik naszego geniuszu, naszej zaradności, urody, inteligencji, sami sobie dopowiedzcie, czego jeszcze.  Może kaktus jest po to, żeby przypominać, że czasem szczęście jest kruche i trzeba się cieszyć każdym dniem, kiedy ono przy nas jest, bo wcale nie ma gwarancji, że pozostanie na zawsze? A jeżeli będzie nam dopisywać długi czas, to niech nam chociaż ten kłujący ‘strażnik’ przypomina o jego ulotności i kaprysach losu, tak dla hartu ducha.  I niech wszyscy mają pod ręką pincetę, dla spokojności.

 
1 , 2
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!