Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
piątek, 13 września 2013

 

Małżon wrócił z kraju, wypoczęty, bo tam bradziażył po plażach, nogami zamiatał na promenadzie nadmorskiej, po lasach na grzyby chodził, a teraz energii full i się rzucił do malowania. Powoli nasz dom przeobraża się w kompletną ruinację, zdjęte zasłony, obrazy, klosze z lamp, książki pracowicie poupychane we wszelkie kąty, teraz zostały wywleczone na światło dzienne (ona u nas chyba przez pączkowanie się rozmnażają - taki koment usłyszałam).

Jesssu, jak ja to przeżyję pytam się retorycznie!

Samo malowanie to pikuś, ale demontaż domu, przy takiej ilości niezbędnych durnostojek, książek i książek, to nie w kij dmuchał. Panny takiego rozpiździaju nie lubią, oj nie.

 

Miśka ma wreszcie aparat na zęby, prostowanie rozpoczęte. Pierwsze dni ciężkie będą, ale tyle czekała, cieszy się, więc wszystko przetrzyma. 

 

Kupiliśmy książkę o żywieniu według indeksu glikemicznego, mam nadzieję zmieć żywienie nas wszystkich na taki styl, żeby raz na zawsze było zdrowo i jednak chudnąco. Coś musimy robić źle, poza słodkimi wypiekami, że wyniki marne. 

 

Koszykówka - chodzę nadal, na drugi dzień bóle są już mniejsze, mam nadzieję, na kompletną ich likwidację po jakimś czasie. Chcę włączyć ćwiczenia domowe. Wolałabym chodzić gdzieś na siłownię z trenerami do wynajęcia, ale nie ma takich u mnie w miasteczku, szkoda. 

 

Czekam na rozpoczęcie pracy, już się cieszę na nią. Najpierw była panika, ale miałam czas ją przejść naturalnie i na spokojnie i już się tak nie boję. Panika na spokojnie - ale wymyśliłam, haha

21:19, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (12) »
piątek, 06 września 2013

Siedzę sobie w pokoju z muzyczką jazzową Dave'a Grusina i jest mi jak w niebie. Wczoraj sobie to puściłam, Pozytywne wibracje 4 + książka, cóż więcej, jeśli chodzi o przyjemności oczywiście, człowiekowi potrzeba do życia? Tak mi się ta płyta spodobała, znowu, że jej słucham non stop.

Taki lekki jazz, wokalizy jak z 07 zgłoś się, przypomina mi to dawne, bezpieczne, bo dziecięce czasy.

 

Mąż nadal wyjechany. Ciągle wiszę na telefonie, a to piszę smsy, a to dzwonimy, trudno nam się oderwać, odciąć, zresztą nie chcemy. Jednak nie da się żyć na dłuższą metę bez człowieka, z którym człowiek spędza każdy dzień od ponad ćwierć wieku. Nie bez kozery mówi się na męża/żonę druga połówka.

 

Ogród obrodził jak szalony, mieliśmy w tym roku idealny balans dni suchych i słonecznych z dniami mokrymi, sałata jest bezkonkurencyjna, pięknie pomarszczona, zieloniutka jakby ją kto farbą pomalował, jutro zdjęcie zrobię. Sałacie, haha. Mężowi poślę, będzie się siostrze chwalił.

 

W październiku zaczynam pracę na pół etatu w ośrodku dziennym dla dorosłych z niedostatkami w sferze umysłowej. Boję się, a jednocześnie jestem ciekawa. Jest też kilka osób na wózkach, upośledzonych kompleksowo. W takim ośrodku dziennym trzeba ich zająć różnymi aktywnościami rozwijającymi, czy po prostu żeby mieli coś z życia. Wychodzi się na kręgle, do kawiarni, na miejscu przychodzą muzycy, yoga jest, będę asystentką opiekunów. To praca, która na pewno będzie dla mnie wyzwaniem, ale też i wielką satysfakcją, jeśli się w tym odnajdę. Mam nadzieję, że tak, na razie jestem w panice. Szkoda, że to tylko połówka, bo pieniędzy wielkich nie będzie z tego, ale może kiedyś, jak się sprawy lepiej będą w kraju miały i będą mieli budżet na to, dostanę cały?

Jeśli nie chcę wyjechać z tego regionu, a nie chcę, bo mam tu dom i nawet siły brak na kolejne zmiany, muszę szukać nowych możliwości, a nie tego, co mi się marzy. Takie życie.

 

Jutro syna wiozę na imprezę urodzinową do kolegi. Będę sama wieczór i pół niedzieli, ale w niedzielę otwieram bibliotekę po wakacjach, więc już tak nie desperuję. Chociaż mam urodziny w niedzielę i jakoś tak łyso siedzieć samemu w ten dzień :-( 

Samemu w sensie w domu bez rodzinnego rozgardiaszu, urodzinowego śniadania itp. 

Trudno się mówi, duża jestem, przecież rozumiem. Ale łyso jest.

Tagi: praca rodzina
23:29, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 02 września 2013

Mąż w drodze do Polski, pojechał na tydzień zobaczyć rodzinę, swoją mamę głównie, bo coś ostatnio niedomaga i oczywiście ma nadzieje na wielkie grzybobranie, które się mu tu śni co rok o tej porze, a uprawiać się go tu nie da. Przynajmniej nie na taką skalę i nie takie grzyby, bo mąż rozbisurmaniony rodzinnymi lasami niczego poza prawdziwkiem nie uznaje.

Syn w Dublinie na koncercie Paramore, jego ulubionej kapeli. Mnie się też podoba, ale w spokojniejszych piosenkach, takiej jak ta

 

 

Cieszę się, że mógł pojechać, co nie byłoby możliwe, gdyby Michalina tam nie mieszkała, bo jak by wrócił do domu w nocy? Gdzie by się tam podział po koncercie?

 

Mąż pojechał na tydzień, syn wraca jutro, czyli dzisiaj jedyny dzień, kiedy nie muszę się w ogóle martwić o obiad, jestem sama sobie panią i będę się byczyć. Miałam 'niecny' plan zamówić chińczyka, czego zwykle nie robimy, bo jednak dla nas wszystkich to drogo, a w domu samemu można równie dobre danie chińskie ugotować, ale dzisiaj ma być treat dla mnie i taka była idea. Niestety mąż mi zostawił wczoraj dwa kawałki kurczaka i plan upadł, bo przecież nie wyrzucę.

Miałam tez plan kupić sobie coś niezdrowego słodkiego, kiedy nie będzie cerbera, ale nie pamiętam, co to ja chciałam, a poza tym nie będę przecież po to do miasta gnać, więc wykluczyłam ten pomysł.

 

Za to od rana przewalam się z łóżka na kanapę i z powrotem, z przerwami na blogowanie. Przeczytałam pół książki, obejrzałam program poranny, dwa odcinki Ostrego dyżuru, którego zaliczam 15. sezon i ciągle beczę na nim jak bóbr, bo albo ktoś umiera, albo ktoś wraca, więc chusteczki wszędzie i do tego Franek złodziej mi je rozwleka po kątach, po prostu jestem w niebie. Kawę sobie zaraz zrobię, będę czytać dalej. Albo sobie włączę Mr. Selfridge, albo Call the Midwife, albo Greys Anatomy, albo będę czytać.

 

A to wszystko tak cieszy, bo wiadomo, że mąż wróci niedługo, a syn jutro, więc ta samotność taka udawana, bo inaczej byłoby do pupy. Ale nie jest. Maż mi zostawił na stole groszek do suszenia,

 

 

a wczoraj jeszcze przeciągnął pod kilem, bo zarządził robienie ogórków i sałatki szwedzkiej według przepisu przyjaciółki Hani, najlepsza sałatka na świecie normalnie.

 

 

 

Zaskoczył mnie tymi słoikami, jak to Panna lubię wszytko mieć zaplanowane i być przygotowana, a on z głupia frant - dawaj no tutaj, będziemy przetwarzać. Do tego słoje z ogórkami, ale już upchał w spiżarni i nie wyglądają imponująco w sensie ilości, na zdjęciu tylko obfotografowałam jeden kąt, bo w miarę jasny. Ogórki pierwszy raz od założenia ogrodu w tym roku mamy, nasze osobiste gruntowe. Mówię nasze, bo konsumować będziemy wspólnie, ale sukces oczywiście męża, bo ręki do tego nie przyłożyłam.

 

 

 

 

Widzicie tam też porzeczki. W tym roku udało nam się uratować trochę przed rodziną szpaka. Ale o tym opowiem w kolejnym wpisie. O cholera, już tęsknię za mężem, bo o ogrodzie opowiadam :-)

Muszę teraz poważnie odpocząć po takim stresie słoikowym, po tej zaskoczce.

Co to ja miałam zrobić...

sobota, 31 sierpnia 2013

Syn prosił, prosił i uprosił - poszłam z nim na koszykówkę. W każdy wtorkowy wieczór odbywają się mecze towarzyskie kobiet, a potem mężczyzn. W lecie, kiedy ludzi ogólnie mniej, bo wyjazdy, bo jakieś tam prace na polach torfowych, gra mieszana drużyna. Ratuj się kto może. Od nastolatek i młodych kobiet, poprzez średnio wiekowe, do facetów walecznych sportowo i tych, co zapomnieli, jak się gra. Do wyboru do koloru.

W tym wszystkim ja - nie grałam w koszykówkę jakieś 28-30 lat, a mówić, że kiedyś ją trenowałam i byłam całkiem, całkiem, to nadużycie w takim wypadku. Przedawnienie może raczej.

Sama nie wiedziałam, czego się po sobie spodziewać. Nie wiedziałam nawet, czy trafię ręką w piłkę po jej odbiciu, haha, a co dopiero z nią biegać. Biegać bez patrzenia na nią, bo to za moich czasów był obciach. Za jakich czasów? Nie pamiętam kochaneczki, chyba jeszcze przed rewolucją październikową.

W każdym razie poszłam.

Syn dał mi trochę poodbijać, postrzelać, zaraz się zorientowałam, że zły stanik założyłam i co podskoczyłam do wbicia piłki do kosza, to mi cycki normalnie widoczność zasłaniały.

Zawsze miałam wytłumaczenie, dlaczego nie trafiam.

Na drugi dzień, nawet jeszcze tego samego wieczora, mogłam się przekonać, gdzie mam wszystkie mięśnie i ścięgna i że nogi może człowiekowi odjąć wcale nie z powodu nieszczęśliwego wypadku.

Do tego nogi wydają też dźwięki podczas chodzenia - auć, auć, auć...

We wtorek znowu idę. Spodobało mi się, mam nadzieję, że moje dawne urazy stawów skokowych się nie odezwą i będę mogła grać z nimi co tydzień. No i, ze wyjdę z domu w noc zimową grać, bo u nas ósma to już noc w grudniu.

 

W kwestii drugiej części tytułu, czyli chleba.

Kiedy Polacy tu zjechali, wszystko, co słyszałam wokół jeśli idzie o produkty spożywcze to, że chleb tutejszy, czyli taka wata i puch, jest nie do jedzenia.

Podczas pobytu w gminie kupiłam bochenek chleba w polskim sklepie, wszystkie wydawały mi się podejrzanie lekkie jak na rozmiar, ale pani powiedziała, ze ten, co trzymam w ręku to najpopularniejszy rodzaj, znika w mig.

 

Ale mieliśmy ubaw z mężem, kiedy go rozpakowaliśmy do jedzenia. Owszem znika w mig, ale chyba jak się na nim usiądzie. Wstaniesz i nic nie ma, biała plama. Lekki, bo w środku wata konkursowa, nawet Brits&Irish nie są w stanie takiego g... wyprodukować. Przylepia się do podniebienia, nie trzyma formy, ma smak wacików do zmywania makijażu i w ogóle jest do kitu. Najbardziej dziwi mnie jego popularność. Dziadostwo jakieś.

Paradoksalnie najlepszy chleb i przypominający nasz, sprzedaje Lidl. Jeden biały, drugi ciemny z ziarnami dyni. Ma też taki niskoglutenowy z ziarnami, ciemny. Całe szczęście.

Najlepszy jest swój, domowy, ale nie zawsze mam ochotę piec, to trzeba mieć wenę, nie lubię obowiązku wstawiania chleba co drugi, trzeci dzień, bo co, jak mam coś fajniejszego do roboty od pieczenia? Chleb zmuszany nie jest już taki magiczny.

 

Kupiłam też niedawno sok w sklepie irlandzkim, ale polska półka. Na opakowaniu napisane Garden, potem na dole 100% i coś jeszcze, ale nie dojrzałam. Założyłam, że sok pomarańczowy i grapefruitowy taki dobrótki, a on jakiś sztuczny, mąż wyczytał jakieś gumy tam, składniki dziwne, najmniej soku, a to 100% to było smaku z koncentratu, cokolwiek to ma znaczyć. I jeszcze zalecenie, żeby o otwarciu szybko wypić. Dwa litry!

 

Mąż polewał, dworował sobie z nas, że pić trzeba, bo napisali, że dobry, czuć tę gumę z dętki itp. Ukarał mnie, nie przeczytałam nalepki i mam za swoje.

19:01, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (10) »
wtorek, 27 sierpnia 2013

 

Rozjechałam się w szwach chyba, jakoś nie mogę się zmusić do żadnej aktywności, poza tą codzienną, czyli domowymi obowiązkami. Lato się skończyło, na nic zapowiedzi upałów, chyba juz ich nie zobaczymy. Bawię się z deszczem w ciuciubabkę, ja przegrywam. Co wywieszę pranie na zewnątrz, to zaczyna padać, jak zabieram do środka, słońce i tak w kółko.

Tydzień temu córka była w domu, obchodziliśmy spóźnione jej urodziny i moje wczesne, bo się okazało, że nikogo nie będzie w domu ósmego, kiedy ja będę je obchodzić.

E nie, syn będzie, ale reszta nie tylko poza domem, ale i poza krajem, czyli w Polsce. Mąż z córką jadą odwiedzić mamę męża. A syn wiadomo, przyjdzie, wybuczy - mamuśka wszystkiego naj i sobie pójdzie. Ciasta mi nie upiecze w każdym razie. No to obchody urządziłyśmy sobie cuzamen do kupy w sierpniu.

I jak zwykle, kiedy córka przyjeżdża, spędzamy cały dzień w kuchni, pieczemy, gotujemy. Obiecujemy sobie, że nastepnym razem zamówimy chińczyka i będziemy się byczyć, ale i tak zawsze wracamy do tego samego scenariusza, czyli wspólnego pichcenia.

Nie mogłyśmy się zdecydować na ciasto, więc córka mnie zakręciła, że jedno będzie dla niej, a drugie dla mnie, takie po i przed urodzinowe. Obie jesteśmy łasuchy, wiec ona zadowolona z wybiegu, ja udawałam, że się dałam nabrać, a chodziło tylko o to, że miałyśmy ochotę na oba i nie dało rady zrezygować z któregoś.

Potem się z siebie śmiałyśmy, bo wprawdzie nie było problemu z ich upieczeniem, ale strasznie pracochłonne były, szczególnie blaty bezowe kłopotliwe, bo nam blokowały piekarnik przez wiele godzin (niska temperatura ale wieki się suszą).

Obiad był iście królewski, bo mieliśmy polędwicę w grzybach leśnych, które podrobiłyśmy jednak trochę pieczarkami, gdyż grzybów u nas nie ma, a cały zapas suszonych zużyć mi się nie uśmiechało. Ale dosyć dużo ich dałyśmy.

 

 

To danie w całości pzygotowała Michalina, nawet nie wiem, jak. Byłam zajęta zmywaniem i wykańczaniem ciasta i siebie przy okazji, bo już na nos padałyśmy po całym dniu przy garach.

 

Ale ciasta wyszły przepyszne. Michalina zażyczyła sobie tortu bezowego z masą z mascarpone i kokosowego mleka, a do tego mus ananasowy z wiórkami kokosowymi.

 

 

 

A ja miałam ochotę na lekkie, puchate ciasto z owocami, z pianą budyniową i malinami, na kruchym spodzie i z kruchą posypką

 

 

W niedzielę mąż robił obiad, a myśmy się haniebnie obijały grając w Garibaldkę

 

 

Mąż trochę utyskiwał, że mu nic nie pomagamy, ale nie mogłyśmy się zmusic do kucharzenia, a do tego ta gra nas tak wciągnęła, że się nie mogłyśmy oderwać. Oczywiscie od ciasta i kawy też :-)

Czas zbyt szybko mija, kiedy jesteśmy wszyscy razem, a ciągnie niemożebnie, kiedy czekamy na kolejny taki weekend. Dla mnie taki czas to prawdziwe święto

sobota, 17 sierpnia 2013

Od jakiegoś czasu blogger nie jest kompatybilny z Mozzilla Firefox. Nic nie mogę zrobić, ani umieścić nowego postu, ani edytować starych. Obraz mi zjeżdża w dół i jest 'niedotykalny'. Myślałam najpierw, że problem z samym bloggerem, ale dochodzę powoli do wniosku, że jednak nie. Tydzień mi zajęło, żeby się zorientować, że z Chrome mogę wpis umieścić.

Chrome nie używam, bo przedtem nie mogłam dodawać komentarzy, nie logowałam się do Goole, co mnie niepomiernie dziwiło, bo przecież to jedna rodzina.

Nic to, mało o tych sprawach wiem, najważniejsze, że jakoś się tu dziurą w płocie dostałam.

Zasada jest taka, ze na bloggerze umieszczam wpis tego samego dnia, co tutaj, więc nie mogłam ani tam, ani tu.

 

Właśnie, czyli susząc włosy około pierwszej w nocy, wypatrzyłam pająka pod sufitem. Chciałam go przetransportować gdzie indziej, ale kurczę muchę sobie złapał i tam ma. Przecież mu obiadu nie będę przerywać. Muchy mnie bardziej wkurzają od pająków, tych nie boję się wcale.

Co innego gdyby tu był wąż, rwałabym przez ścianę na zewnątrz, maleńskim okienkiem duży tyłek bym przecisnęła, nie byłoby rzeczy niemożliwej.

 

Wczoraj byłam w kinie na The Lone Ranger (w Polsce to chyba przetłumaczyli Jeździec znikąd). Wojtek miał w oddalonym od domu mieście trening koszykówki, coś trzeba było z czasem zrobić, więc wybrałam się na film, innego w tym czasie nie grali. Lubię westerny współcześnie kręcone, ale że to jest film dla dzieci raczej, to nie bardzo mnie ucieszyło. No, może przesadzam, dla młodzieży bardziej, ale tak czy siak nie dla baby 40+. Do tego dwie i pół godziny. Umęczyłam się strasznie, spokojnie mógł mieć godzinę mniej. Momentami nawet dowcipny, ale zdecydowanie nie dla mnie, za stara już jestem. Co innego gdybym była z dziećmi, wtedy tak. Ale ja byłam na sali całkiem sama :-)

 

Za to dzisiaj widziałam świetny Marigold Hotel, z plejadą gwiazd w starszym wieku, świetnie zagrany, dowcipny, życiowy, kolorowy, wzruszający, pokazujący starość bez dramatyzmu, ale nadal prawdziwie i w jakimś sensie nadal dramatycznie. To tylko pozornie masło maślane.

 

W czwartek córka obchodziła urodziny. Nie mogę uwierzyć, ze ma już 23 lata. Właśnie przyjechała do domu, mąż ją odebrał z autobusu. Jutro będziemy piec i świętować. Tak się cieszę, że mam ją na weekend.

Za to Wojtek wybył, prawie go nie będzie, bo na wyspie obok zaczął się festiwal rockowy i spędzi tam trzy dni pod namiotem, będzie promem przypływał na dwie, moze cztery godziny i z powrotem. Było z tym dużo zamieszania, bo nie chciałam się zgodzić, myślałam, że będzie na noc wracał, ale ostatecznie się zgodziłam, przecież ma prawie 18 lat, przed światem go nie zamknę. Pogoda nie za dobra, pewnie dostanie w kość, ale i tego musi się nauczyć. Matka, czyli ja we własnej osobie, całą młodość spędziłam na obozach harcerskim i biwakując z klasą, też nie raz mokra chodziłam, ale nie pamiętam, żebym się skarżyła.

 

Późno jest, a ja jeszcze 'na chodzie'. To chyba ekscytacja przyjazdem/wyjazdem dzieci.

 

A jutro festiwal piosenki rosyjskiej, będę oglądać



02:06, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (10) »
piątek, 09 sierpnia 2013

Powariowali w tych liniach lotniczych z ograniczeniem do jednej sztuki bagażu. Dziwię się, że sklepy wolnocłowe, co dla nas już nie takie ‘wolno’, nie protestują, bo jednak wcześniej można było nakupować u nich po odprawie, a teraz kicha, chyba, że ktoś ma wolne miejsce w podręcznym. Ja nigdy nie mam, bo do Polski wlokę prezenty, a z powrotem książki i różne takie ‘gorzkie’ dla jeszcze nie zięcia i ślubnego, bo zagustowali. To już nawet nie chodzi o to, że potrzebuję miejsca na zakupy, szczególnie ogniste, o nie, mam żal o to, że kobiety są pozbawione swojego podstawowego atrybutu – torebki. Ktoś tam chyba oczadział, żeby nam odbierać rzecz absolutnie podstawową, bez której tracę tożsamość, nie wiem, gdzie się podziać z tymi drobiazgami, które są niezbędne, muszą być pod ręką.
Paczka chusteczek zawsze. Do tego oczywiście klucze, komórka, portfel, na lotnisku też dokumenty i bilety. To pewnie miałaby w torebce normalna kobieta. Niestety ja normalna nie jestem, mąż mówi o mojej ‘granatnik’, bo taka ciężka i czasem grzechocze. Na co dzień można coś jeszcze wyjąć, ale w podróży musi być tam mała butelka wody, może jakieś jabłko czy kanapka, przecież w samolotach podają plastik udający jedzenie. Książka! Ale kto wie, na co będę miała ochotę, więc nie jedna, ale kilka możliwości – mp3 z wgranymi audiobookami, do tego Kindle, bo tam można mieć setki i zdecydować ad hoc. A może tablet lepiej? Film sobie obejrzeć w czasie lotu? Jakaś gazetka też by się przydała. Do tego kosmetyczka ze wszystkimi szaher macher upiększaczami, bo jak bez szminki, kredki, pudru, do tego jakieś tabletki przeciwbólowe ze 4, środki higieniczne różne, ja na przykład zawsze mam pojedyncze mokre chusteczki do rąk. Długopisów sto, bo lubię, bo ciągle komuś zabieram, poza tym ołówek automatyczny, zostało mi z czasów, kiedy zawsze miałam papierową książkę i trzeba było coś zakreślić natychmiast, już, zaraz. Ktoś mógłby rzec, że to chyba wszystko i aż nadto. O nie! A kalendarzyk? Kiedyś koniecznie ‘Domu Książki’. Byłam jego wielką fanką, moja kochana Joanna Chmielewska też, co mnie dodatkowo zachwycało. Niewielki był, a oprócz miejsca na notatki i telefony miał milion informacji - odległości z Warszawy do Kielc na przykład, albo zamiana wag i miar z jednego formatu na drugi, człowiek zajrzał i od razu wiedział ile to jest 6 stóp wzrostu. Smartfony teraz załatwiają sprawę, ale kiedyś trzeba było mieć w głowie. Albo w kalendarzyku DK. Dawno go już nie produkują, a i głód wiedzy u mnie chyba mniejszy, noszę więc w to miejsce Moleskine. Już trzeciego wykańczam.
Oprócz tych wszystkich najpotrzebniejszych na świecie rzeczy, mam też mniej ważkie, chociaż kto wie? Noszę jednorazową maskę do oddychania usta usta. Jakby co, ratować życie mogę. Wprawdzie już nie pamiętam, ile ucisków na klatkę, na dwa dmuchy, ale to szczegół, bo zawsze mi ktoś może w Smartfonie sprawdzić, a maski mi telefon nie zastąpi. Mam też torbę na zakupy, która zwija się do takiego malutkiego pakuneczku i wcale, a wcale nie zajmuje miejsca. A przydać się może. Okulary do czytania od biedy mogę wyjąć, bo Kindle ma ustawianą wielkość czcionki. Chociaż jakby gazetka, to już by były jednak potrzebne. Do lądowania i startu przydałyby się też cukierki do ssania, drzewiej, czego pewnie już nikt nie pamięta, stewardesy roznosiły je przed, na tacach. Ale teraz biegają ze zdrapkami i szykują taśmę z oklaskami, szans żadnych na cuksa nie ma. Grzebień by się też przydał, ale lepiej nie ryzykować, że go za broń wezmą, więc zostawiam.
No i jak tu bez torebki? Wszystko każą człowiekowi do podręcznego włożyć, ten idzie na półkę i zostajemy jak sieroty bez ręki, czyli bez torebki, niezbędnika naszego. Próbowałam przechytrzyć system, nawet mi się udaje, ale nie wiem, czy to litość stewardes, w końcu też kobiety, czy po prostu im wszystko jedno. A mianowicie pakuję, co mogę do kieszeni kurtki, a tę zawsze w podróż zabieram taką, żeby była nie tyle urodziwa, co pojemna. Jakby dwa w jednym, tym lepiej, ale trzeba przyznać szczerze, że duże kieszenie wykluczają elegancję jednak. Szczególnie jak się naładuje tam te wszystkie ‘przydasie’, każdy wtedy wygląda jak Cygan ze spalonego wozu. Albo jak szmugler z okupowanej Warszawy. Ta metoda w sumie sprawy nie załatwia, bo kurtkę trzeba sobie zwinąć, gdzieś wetknąć, a jak to zrobić, kiedy ona naładowana jak torba? A jak się powyciąga, to gdzie to wszystko trzymać? Wpadłam na pomysł zapakowania do kieszeni reklamówki złożonej w kostkę. Siadam i wszystko z kieszeni przekładam, kurtka idzie nad głowę, a ja siedzę z siatą. Jak przekupa. Mnie samą to razi, więc siedzę zła, tak nabzdyczona i zestresowana, że w rezultacie zasypiam i budzę się przed lądowaniem. Te wszystkie Kindle, tablety, gazety, okulary, woda i kanapki przydają mi się jak psu parowóz. Wywlekam się z podręcznym i siatą, a potem w domu, czy w hotelu (zależy, w którą stronę lecę), zastanawiam się, co zrobić z tymi kanapkami, których nie zjadłam, bo kiedy, skoro spałam? Za każdym razem obiecuję sobie wtedy, że to już ostatni raz tanimi-ciasnymi lecę. Aż do bukowania następnego biletu, cena ma jednak siłę przekonywania. Torebka? Po co torebka, wrzucę sobie do kieszeni.



Tagi: podróże
21:19, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (26) »
sobota, 27 lipca 2013
 

Ostatnimi czasy nie mieliśmy za dużo burz i ulew, jakie to dziwne, człowiek nie widzi deszczu przez miesiąc i zapomniał. Jak dziś lunęło, oczywiście drogowcy dali się zaskoczyć. Nie dość, że błoto waliło masowo ze wszystkich wzgórz, to jeszcze zalało mi samochód, bo go, jak zwykle (łatwo się do upałów przyzwyczaić) zostawiłam z otwartymi oknami, drzwiami tylnymi i bagażnikiem.
Czy to studzienki zapchane zielskiem, czy to rowy odpływowe kamieniami, czy po prostu te deszcze za ulewne na możliwości pochłanialne tej wyspy (zwykle niespożyte, ale jak widać limit jednak jest), dość powiedzieć, że strumieniami ulice spłynęły.
Do tego tęcze w różnych miejscach, bo słońce momentami przebłyskuje, do tego grzmi i błyska.
Niby nic, ale prawda taka, ze ja się strasznie burzy boję.
Zazdroszczę mojemu psu, że może bez wstydu siedzieć pod stołem, w gorszych momentach pod łóżkiem i pierdzieć ze strachu do woli.
Ja udaję chojraka, ale burza i wichura od zawsze budziły we mnie poczucie zagrożenia i nic na to nie poradzę.
Wczoraj skorzystaliśmy z oferty 'kup jedną, drugą dostaniesz za darmo' i kupiliśmy farbę do wymalowania wszystkich pomieszczeń w domu.
O jeżu, czeka mnie totalna rozpierducha, smród farby, którego nienawidzę, pewnie kolory dobrałam złe, bo wiadomo, na papierze wygląda coś na łososiowy krem, a po pomalowaniu okazuje się wściekłą pomarańczą i człowiek potem musi z tym żyć. Co zapalisz światło, to zawał oczu.
Zobaczymy.
Nienawidzę remontów i malowań, tapetowań oraz innych takich. Po już tak, ale w trakcie czuję się jak człowiek w podróży z torbą pełną śmieci. Ani zawrócić, ani zignorować.
Jak znam życie to w trakcie malowania najpewniej zacznie się pora deszczowa i dom będzie cuchnąć wilgotną, wolno schnącą farbą. Zawsze mnie mdli od tego.
O kurczę, znowu zaczyna się burza chyba, a ja sama w domu. Chyba sobie Ostry dyżur puszczę, mam jeszcze dwa ostatnie sezony do obejrzenia. 


20:28, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 22 lipca 2013

Jestem, żyję, podczytuję, ale nie komentuję u Was, bo jakoś pustka we łbie totalna. Przemyśleń wiele, ale impulsu, żeby o tym pisać nie ma. 

Poza tym nie pisałam, bo co będę jęczeć, nie ma sensu. 

Trochę próbuję się odstresowywać naturalnymi metodami, leki odstawiłam, dumna jestem, bo przez ostatni tydzień wzięłam tylko pół najniższej dawki raz jeden jedyny. No, ale tydzień przed godziną zero się zbliża, więc pewnie tak 'o suchym pysku' całkiem nie wyrobię. A może?

Naturalne metody wyglądają tak

 

 

Wieczorne spacery z Franiulem, moczenie nóg w wodzie, naturalny peeling stóp, szum, który niezawodnie i zawsze uspokaja. Staram się. 

 

A teraz coś wesołego, zdjęcie znalazłam, to Wam opowiem. Mąż ogrodnik na oknie sobie sadzonki sam hodował. Pięknie wszystko w pudełeczka specjalne powsadzał, zamknął, i postawił. Imponująco rosło, w jednym i drugim pudełku. Pewnego dnia z jednego pudełka wszystko zniknęło. To znaczy doniczki są, ale roślinki jakby wyparowały. 

Kto wie dlaczego? 

 

Zwykle, to się brzydzę, ale musiałam tym razem uwiecznić, bo mi skubaniec zaimponował, że się tak pięknie zadekował i w sprzyjającym momencie wpierdzielił wszystko, jak leci. 

Trzeba brać przykład ze ślimaka, niby taki wolny (mit), ale jak nikt nie widzi, popierdala aż się kurzy :-) i nie głoduje, o nie. 

 



02:38, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 15 lipca 2013

Tak mi powiedział lekarz, do którego poszłam z bólem w klatce. Jeszcze starałam się ignorować symptomy, udawać, że jestem w sumie silna i dam radę, a on do mnie - pamiętaj, jesteś tylko tak silna, jak Twoje najsłabsze ogniwo. I mnie tym rozłożył.

Wysłał do szpitala na badania, dostałam tabletki, pojechałam. A w szpitalu młyn, bo to piątek wieczór. Wzięli mnie nawet szybko, bo jak bóle w klatce piersiowej, to nie trzymają w nieskończoność. EKG, badania krwi, jakieś tam jeszcze czary mary, rozmowa z kardiologiem, wywiad czyli, potem czekanie na wyniki. Nawet czytać nie mogłam, a pewnie bym ze dwie książki machnęła, na pewno jedną skończyła i jakąś drugą nie za grubą zaliczyła też. Gapiłam się na ludzi, na ich cierpienie, myślałam, że jak się napatrzę na 'prawdziwe' tragedie, to moja okaże się tylko głupim wymysłem i wszystko puści. 

Nie puściło, ale okazało się, że serce pracuje normalnie, a te bóle to stres.

Tez, sama to wiedziałam, a tak siedziałam tam osiem godzin, wróciłam dopiero o 3 nad ranem, mało się nie rozbiłam samochodem, bo wjechałam w gęstą mgłę, jak wata, spać mi się chciało i tak z drogi zjechałam, ze mało bym w rowie, albo głębiej wylądowała. 

No nic, żyję, wzięłam kilka tabletek, trochę odpuściło. Tylko senna jestem więc muszę przestać, bo to nie jest dobre do codziennego funkcjonowania.

Ale jak z nich zejść, skoro ciągle niedobre wiadomości przychodzą, a bezsilność mnie po prostu powala?

Rzeczy ważne kuleją, ale i takie gówniane też. Chciałam sobie poprawić humor kupnem książki lub dwóch, bo córka mi zakup zrobiła w Matrasie i dostała od nich kupon rabatowy na 20% zniżki na zakupy w sieci u nich. Piękna ulotka rabatowa, do tego przypięty paragon, informacja, że mam czas do 30 lipca. Ucieszyłam się, planowałam, czy tę kupię, a może tę. Dzwonię i dowiaduję się, że nici z zakupu z rabatem, bo mój paragon jest wystawiony w lipcu, a warunkiem rabatu były zakupy w czerwcu. Tłumaczę, że ja przecież dostałam w księgarni, przypięty paragon itd, a pani w słuchwce, ze jej przykro, ale nie bo nie. Matras tak załatwia sprawy, nieważne są prawa konsumenta, oni mają swoję wytyczne, dyskusji nie ma.

Jeżu, jakie upokorzenie, mam kupon, ale coś im tam nie zagrało, pracownik nie wiedział, albo nie zrozumiał, albo olał, a ja wyszłam na kombinatora jakiegoś i mnie odesłali jak dziada z kwitkiem. 

I tak to jest, wszędzie kicha. 

Aż się wierzyć nie chce

 

Właśnie odebrałam maile i znowu złe wiadomości. Czy to się kiedyś skończy? Panie Boże, zlituj się nade mną. Tatku przestań w brydża w tym niebie grać, zwróć uwagę, że córka nie daje rady. A może któraś z babć wysłała by mi piórko szczęścia?  Oni kurcze chyba zajęci witaniem mojej cioci Marysi, bo zmarło jej się niedawno, pogrzeb był w zeszłym tygodniu. 

 

A ja chyba sobie wezmę tabletkę, już miałam nie, ale może pół chociaż, bo znowu mi ręce latają

 



19:42, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (6) »
piątek, 12 lipca 2013

Całkiem za friko dostałam w prezencie od losu jeden z najgorszych dni w moim życiu. Stres jest tak wielki, że mam na stałe zaciśniętą obręcz wokół klatki piersiowej. Jutro idę do lekarza, coś muszę przedsięwziąć, żeby mnie szlag nie trafił, bo jeszcze dzieci osierocę. 

Nie piszę tego, żebyście mnie żałowali, ale po to, żebym pamiętała, że taki dzień był, żebym ceniła każdy taki, który przyniesie lepsze wieści. 

Nie radzę sobie ze stresem, nic a nic, życie mnie przerasta. 

A poza tym oduczyłam się chodzić po trawie na boso. Gdzieś po drodze straciłam w tej kwestii ufność, niewinność, odwagę - boję się wszystkiego, co mam lub mogłoby się znaleźć pod moimi stopami. Mąż mnie namówił, zmusił prawie, żebym zdjęła buty i przeszła się po świeżo skoszonej trawie. Specjalnie trzyma ją lekko dłuższą, kosi na wyższym stopniu, żeby była jak dywan i dawała wytchnienie stopom, a kontakt z matką Ziemią odstresowywał. Tyko, że ja nie umiałam brykać na boso po trawie, ostrożnie stawiając stopy przeszłam zaledwie kilka metrów w jedną, a potem tyle samo z powrotem do butów. Napięta jak struna. Gdzie się podziałam ja, kobieta krocząca odważnie przez łąkę z butami w rękach?

Przygnębiające.

00:15, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 08 lipca 2013

Mam takie wrażenie, że jak tylko poczuję się odrobinę szczęśliwa, to zaraz koniecznie, żebym sobie nie myślała - jeb między oczy, jakaś trudność, przykrość lub wręcz nieszczęście. 

Za wszystko muszę zapłacić stresem.

Wczoraj pojechaliśmy na plażę. Była taka dziwna pogoda - rozpoczynał się przypływ, ocean i okoliczne wzgórza zasnuły się mgłą, taką gęstą, mleczną, nieprzezroczystą. Ale było ciepło, nawet bardzo i lekko wietrznie, tyle, żeby nie zatykał upał (jak na nasze warunki dwadzieścia kilka to już upał). Usiedliśmy sobie na plaży, Franio znalazł jakiegoś piesiołka do zabawy, więc hasali wokół nas, a my tak zastygliśmy w zachwycie dla przyrody. Nawet nic nie rozmawialiśmy.

Ostatni tydzień jesteśmy sami, dzieci w Polsce. Dobry był ten czas, próba przed zostaniem całkiem bez nich, najpierw na czas studiów syna, a potem już na zawsze, a przynajmniej do czasu wnuków. A dobry, bo mieliśmy okazję się przekonać, że lubimy razem spędzać czas, a to sobie gadamy, dyskutujemy czasem zawzięcie o książkach, przeważnie historycznych (mąż skończył niedawno Wielką trwogę Zaremby i mi zaraz całą opowie, zanim zdążę sama przeczytać), a czasem milczymy, coś oglądamy lub czytamy obok siebie. Nie boję się starości z moim mężem, obyśmy zdrowi byli. 

Taki miły, szczęśliwy dzień. 

A wieczorem od razu telefon - syn ma 39 stopni gorączki, dreszcze, a raniutko wyjazd na lotnisko. I gonitwa po aptekach, dobrze, że u przyjaciół byli (medyczne korzenie), więc zaaplikowali leki, ale potem Michalina pojechała do domu z synem i całą noc czuwała, czy mu nie gorzej. A ja tu też bezsennie, od razu ze ściskiem w klatce piersiowej (jak imadłem pod lewą piersią, a potem mrowienie, dziwne uczucie i puszcza). Nerwy, jak dojadą, czy mu się nie pogorszy, czy przetrwa lot jako tako?

Rano kilka innych informacji, między innymi ta, że nie dostałam kolejnej pracy. 

Już powoli godzę się z tym, że jestem całkiem do niczego. 

I znowu duży wydatek mnie czeka, nie planowany, ale konieczny, a kasy ni mo. 

I tak to się plecie, jedna przyjemność, a potem muszę natychmiast za nią 'odpokutować'. 

Oko za oko cholera

czwartek, 04 lipca 2013

Siedzę i oglądam sobie Kobrę z Cybulskim. Czarno-biała, wszystko dzieje się w jednym pomieszczeniu, uwielbiam. Zestarzała się z wyglądu, ale poza tym to nie. Nadal ciekawa i napięcie trzyma. Aż dziw. 

Moje dzieci są nad morzem u rodziny. Na plażę pojechali do Darłówka. Po wylegiwaniu się na słońcu zamarzyli sobie o rybie z frytkami i surówką, tak jak dawniej rodzinnie jadaliśmy. Ryba nad morzem smakuje zupełnie inaczej. Poszli więc, zamówili, ceny oczywiście podane za 100g, dopiero po zważeniu wiadomo, ile człowiek zapłaci. Jakie było ich zdziwienie, kiedy za dwie porcje zapłacili 75zł. Córka mówi, że najgorsze to, że ani standard tej smażalni, ani sama ryba, nawet frytki, które trudno spieprzyć, sami przyznacie, nie były dobre, nawet do średnich było hen hen. W każdym razie nie było warto tyle zapłacić w takich warunkach i za to, co dostali do jedzenia. Szkoda mi ich, bo dla nas takie rzeczy to spełnienie marzeń letnich, czekali długo na taki wypad po wspomnienia. 

Muszę spytać, czy jedli lody maczane w gorącej czekoladzie, zawsze lubili. Ta czekolada na lodach zastyga w cieniutką skorupkę, pyszne są. 

Właśnie dostałam wiadomość, że córka z synem pojechali na rowerach do sklepu, syn nagle zahamował i córka wpadła na niego, rozwaliła kolano. To już taka nasza rodzinna tradycja, że dzieci mają jakieś wpadki-wypadki na wakacjach, hyhy. Jak nie jedno, to drugie. Pewne rzeczy są u nas niezmienne :-)

 



22:04, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 01 lipca 2013

Mija tydzień od powrotu z Polski, a ja do tej pory nie mogę zebrać myśli, jakoś ich uporządkować, a przede wszystkim zebrać się do kupy i coś napisać. Dzisiaj już potraktowałam to zadaniowo, bo zależy mi na tym blogu, na Was. Cały dzień wykonywałam jakieś dziwne ruchy, aż sobie pomyślałam, że jak nie teraz, to mnie chyba szlag trafi przez tą blokadę. 

Wyjazd o kraju był trudny, to już wiadomo, nihil novi. 

Ale też miły, dzięki przyjaciołom, którzy mnie przytulili do siebie, to wielka wartość i tego nie powinnam deprecjonować swoimi prywatnymi demonami. 

W Polsce czuję się obco. Nie, nie na ulicy, nie że nie mogę się odnaleźć w sklepie czy banku, ale mentalnie zaczęłam odstawać i nic na to nie poradzę. Nie chcę tu wywoływać dyskusji, w komentarzach się z tego tłumaczyć, ale nie chcę też omijać szerokim łukiem - zaatakowało mnie od samego początku chamstwo, nieokrzesanie może raczej i nieuprzejmość rażąca, oraz smród niemytych ciał. I to nie w samolocie, czy nawet na lotnisku (gdzie ludzie czasem kilkanaście godzin w podróży), ale w autobusie miejskim czy sklepie na przykład. 

Też nie jest to tak, że wszyscy tacy, ale wystarczająco dużo, żeby zauważyć. Oczywiście mogłabym mnożyć przykłady, ale nie chcę, bo to żałosne. Pojechała baba do swojego kraju i się skarży. Co poradzę jednak, że właśnie tak było. Prywatna firma przewozowa, która ma stronę internetową, zapisałam numer, dzwonię i tłumaczę, że nie mam dojścia do internetu, czy mogą mi podać godziny odjazdu. O 7.30 było dla mnie za wcześnie, poprosiłam o następną, nasłuchałam się inwektyw, na końcu rzucono słuchawką. W urzędzie panie miłe nawet, ale niektóre niepotrzebnie wyniosłe i niepomocne. Niektóre podkreślam. 

Za to w sklepach, w kinie, transporcie miejskim ludzie, którzy powinni być służbowo naznaczeni uprzejmością (co oni sobie prywatnie myślą, to ich sprawa) - nie są. Co gorsza to często właściciele. Powiem to, bo się uduszę - mam wrażenie, że w Polsce niektórym ludziom się w dupach poprzewracało, nawet Ci, a może nawet głównie ci, którzy mają nieźle, są roszczeniowi, chamscy i ciągle narzekają. Natomiast ci ludzie, którzy widać cienko przędą, biedniejsi lub starsi, są uprzejmi i pomocni. 

I żeby było jasne, nie miałam nie wiadomo jakich oczekiwań, nie obnosiłam się łańcuchami złotymi, których nie mam, nie zachowywałam się głośno, nie wychodziłam z żądaniami, wręcz na odwrót - byłam umęczona psychicznie, cicha, z opuszczonymi uszami i wdzięczna, aż za bardzo, za każdy przejaw uprzejmości. Może dlatego? 

Nie stać mnie było na taksówki, wszędzie jeździłam autobusami, a najczęściej per pedes. Podczas jednego z rajdów przez miasto, zauważyłam kątem oka na wystawie jubilera anioła. Takiego niepozornego, ale wołał do mnie i ja go zauważyłam. Potrzeba mi było pocieszenia, chociaż takiego. Wchodzę do sklepu. Wielki jak dupa słonia, pusty. Na samym końcu pan sprzedawca, ale wiem, że też właściciel. Pytam go, gdzie ma anioły, bo wypatrzyłam takiego fajnego na wystawie i bardzo bym go chciała kupić? On pokazuje na gablotę za swoimi plecami. Stoję i grzecznie czekam, aż się przesunie i mi da zobaczyć, czy jest tam ten 'mój'. Ale on sterczy i plecami zasłania całą gablotę. Zajęty strasznie, coś tam dłubie. Akurat tam, w tym miejscu, w tym momencie nie mógł przerwać, chociaż miał klienta, który wyrazem twarzy, całym sobą manifestował potrzebę zakupu anioła. Powoli schodził mi z twarzy uśmiech, potem zaczęła mnie pokrywać jak mżawka rozpacz czarna, że ja tego anioła mieć nie będę, nie mogę dłużej czekać, a on się nie przesunie, już to wiem. Odwracam się na pięcie i odchodzę, idę długim sklepem, wzdłuż gablot - zegarki, pierścionki, łańcuszki i żadnego klienta. I ja z poczuciem, może bezsensownym, ale co poradzę, że tak się czułam, poniżenia, upodlenia konsumenckiego. Już wychodząc usłyszałam jego głos, coś tam mówił, żebym nie odchodziła, że on się teraz już odsunie. I tak było wszędzie. W kiosku, gdzie się po prostu ucieszyłam na widok książki (o zakupach papierowych więcej w Notatkach Coolturalnych), im bardziej to manifestowałam, tym bardziej pan był nabzdyczony. 

W cukierni, wraz ze słodkimi wypiekami, sprzedaje się dobry nastrój. Tak zawsze myślałam. Ale nie, w naszej Poznańskiej panie są nie wiedzieć czemu strasznie sztywne i na granicy srogiego, wojskowego drylu. Zamawiaj, płać (wcale niemało) i spadaj. I to niezależnie od pory dnia i szerokości mojego uśmiechu.

Ach, miałam nie podawać przykładów, a jednak mnie poniosło. 

I niech mi nikt nie mówi, że zdziczałam, czepiam się itd. Chowałam się w tym kraju, w tym mieście, pamiętam czasy, kiedy robiło się zakupy w spożywczym za rogiem, mama pisała listę i dawała pieniądze oraz siatkę. Jak się zapomniało z domu portmonetki, pani dawała sprawunki, a płaciło się potem. Dzieciaki zawsze dostały cukierka, dobre słowo albo ścierką przez łeb, w zależności, co się tam wyprawiało. Można było stać z nosem przyklejonym do szyby, gdzie stał baranek wielkanocny albo inne fajne rzeczy były i nikt nie krzyczał, ze się tę szybę brudzi. Sąsiedzi doglądali dzieci na ulicy, w zależności, gdzie się one bawiły. Wszyscy się znali, kłaniali się sobie i zawsze zamienili kilka słów. Sąsiedzi w bloku byli sobie życzliwi, a ci heterowaci w mniejszości i legendy sobie o nich opowiadano, taki folklor. Teraz też jest za rogiem sklep, ale pani nie wiedzieć czemu zła jak osa. Nie tylko dzieci się jej boją, ale i dorośli też. 

W ogóle nie rozumiem, dlaczego ludzie u nas są tacy śmiertelnie poważni. Jak się człowiek zaśmiewa i zagaduje, to spotyka go mur - kuloodporny i dźwiękoszczelny. 

Oczywiście było też dużo miłych zdarzeń, ale te powinny być w zdecydowanej większości, a nie w niezdrowym balansie 1:1.

Nawet wyrzucałam sobie za-ostrość spojrzenia. Nic bliskim nie mówiłam. Dzisiaj moje dzieci pojechały do Polski i pierwsze, co usłyszałam, to, że straszna nieuprzejmość i smród w autobusie. Haha, lato panie, lato!

I pomyśleć, że jak napisał o tym Meller, o czym przypadkiem dowiedziałam się dzisiaj (o tym waleniu spod pach), szukałam czegoś innego i mi felieton wpadł na ekran, to go zjedli na surowo. Dziwne, przecież wszyscy to muszą widzieć i czuć, to powinno być raczej brane na wesoło, a nie walić kogoś między oczy, że się odważył o tym napisać. 

Paradoksalnie zdałam sobie też sprawę, jak bardzo tęsknię za Polską, za codzienną prasą, która moim zdaniem jest bardzo ciekawa. Za przyjaciółmi, za polskim stylem życia. Gdyby tylko dało się połączyć dwa światy, tamten i ten, byłoby po prostu idealnie. 

Przepraszam za te jęki, ale przelewało mi się z lewa na prawo i nie umiałam tego w sobie utrzymać. A ponieważ słowa same są czasem bezsilne, dodam tylko, że to powyżej jest w tonie żałości, nie złości

 



22:47, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (18) »
niedziela, 09 czerwca 2013

Nie piszę, nie czytam, trochę mi się życie na łeb zwaliło, przed ścianą postawiło, muszę się jakoś ogarnąć z problemami. Do tego wyjeżdżam do Polski na dwa tygodnie, komputera mieć nie będę, więc tym bardziej nie napiszę.
Przepraszam, ale czas mam teraz taki okropny, że mi kamień osiadł w piersiach i zmusić się nie mogę do czegokolwiek.
Trzymajcie kciuki


00:09, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (18) »
czwartek, 30 maja 2013

Piękny dziś był dzień, może nie upał, ale przynajmniej słonecznie. Do tego wietrznie, czyli jak tu mówią - dobra pogoda na pranie. Toteż i zrobiłam.
Kolekcjonuję wyjątkowe chwile, chcę żyć świadomie, zauważać je - miłe gesty różnych ludzi, miłe słowa ode mnie, dla mnie, zapachy. Wieszam pranie, zapach kwiatów, trawy, bo sąsiad kosił, zdecydowanie letni i wręcz upaja. Cisza, w oddali jedynie szczekanie psa, wyjątkowo nie mojego. Franiu hasa wokół karuzeli do wieszania prania, co chwila sprawdza, czy jestem w zasięgu wzroku. Jak dziecko.
Czasem lubię odgłos tramwajów, miasta w biegu, mam wtedy w pamięci czas, kiedy mieszkałam w Warszawie, pierwsze lata małżeństwa, ale dzisiaj wyjątkowo zachwyciła mnie ta cisza i odgłosy wsi. Pewnie dlatego, że jestem w trakcie czytania Wytwórni wód gazowanych, wiejskie i małomiasteczkowe klimaty, leniwe popołudnie skorelowało mi się z książką. Leniwe jak leniwe, wysprzątałam dom, u nas zwykły dzień pracujący, ale już po, to wieszanie prania, a przy tym zawieszenie na chwilę w tamtej chwili, zwiastowało zbliżający się wieczór z książką i odpoczynek.
Wszystko wydaje się dziać w zwolnionym tempie, prostuję bluzki, skarpety... zaraz zaraz, a gdzie moja druga skarpeta, ta ulubiona, z miękkimi piętami, do chodzenia? W koszu? Nie ma. A może gdzieś powiesiłam? Nie, jest tylko jedna. Została w pralce. Nie ma, cholera, gdzie znowu zniknęła latarka? Dawaj! Świecę do wewnątrz bębna, macam, ale prawda jest taka, że im bardziej tam zaglądał, tym bardziej go tam nie było. Biega, szuka pan Hilary! Wkurzyłam się, płaczę do męża - jak to możliwe, włożyłam dwie, jest jedna. Pralka chyba naprawdę zjada skarpety.
Mąż pyta, czy na pewno włożyłam dwie? Lecę więc do kosza, gdzie zostały jeszcze nieuprane kolory, grzebię, trzepię, szukam, nie ma. Wracam i już naprawdę płaczę, bo to moje najulubieńsze skarpety do kijkowania, dzięki nim nie bolą mnie pięty. Odwaliłam taką histerię, że by się sama Eichlerówna nie powstydziła. Mąż czyta sobie gazetkę i spokojnie mówi - w łazience wiszą czarne uprane, może tam jest. Biegnę tam - faktycznie, między morzem czarnych skarpet wisi jedna, jedyna, moja biała z szarą miękką piętą. Ale się ucieszyłam.
Mnie naprawdę wiele do szczęścia nie trzeba :-) 

22:36, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 27 maja 2013

 

Biedny ten mój syn. Nie ze swojej winy przecież mieszka w małym miasteczku, do tego w dobie dużej recesji. Poszedł szukać pracy, wiem, że marne jego szanse. Tutaj młodzi zarabiają mniej na godzinę, więc letnie prace są dla nich i dla pracodawców atrakcyjne. Młodzież w Irlandii jest nauczona pracować, kończą 16 lat, jak się uda nawet wcześniej i już szukają zajęcia. Norma, to pracujący nastolatek z własnymi pieniędzmi. Tak było kiedyś. Moja córka miała 14 lat, kiedy zaczęła pracę w hotelowej restauracji. Teraz jest kicha, po prostu nie ma tylu miejsc, co kiedyś. Puby tną załogę, hotel zamknięty przez bank, sklepy też zmniejszyły ilość pracowników do minimum, gdzie się da pracuje rodzina, żeby taniej i zostało między swojemi.
Szkoda mi go, bo jeszcze zielony, jeszcze nie ma odporności, a już będzie miał swoje pierwsze niepowodzenia. Już dostał list z sieci sklepów, że nie mogą go zatrudnić. Boże, gdzie te czasy, kiedy rano szło się w miasto i po południu zaczynało pracę?
Ja też nadal bez, ale mój casus to co innego, bo mnie by trzeba było płacić pełną stawkę, poza tym dorosłego zatrudniać trudniej. Młodzi, z założenia, robią co im się każe, kosztują mniej i nie dyskutują.


Tagi: dzieci praca
13:39, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (33) »
piątek, 24 maja 2013

 

Lubiłam pochody pierwszomajowe. No, co? Taka prawda czasu, prawda ekranu. Siedzę sobie i rozpaczam, że nie byłam na targach książki, co zawsze kojarzy mi się z pierwszym maja i wspominam.  Teraz pierwszego grille i tasiemcowe przerwy w pracy, a kiedyś to był obowiązek wobec ojczyzny, stawić się na pochód. Listę obecności sprawdzali, wyjścia nie było. Takie komunistyczne przykazanie – dzień świąteczny święcić - to wersja oficjalna, a mniej obowiązująca po prostu taka, że była to okazja pokazać się Markowi, czy jakiemuś innemu Leszkowi, na oczy w stroju gimnastyczki, wymachując szarfą, a potem szło się na lody czy jakieś tam lemoniady, laba po prostu.

Zresztą, co roku był inny program, już od początku kwietnia ustalało się, w jakim charakterze, kto idzie w pochodzie. W sekcji gimnastyczek poszłam raz, bo im kogoś brakowało do pary, to zrobili wewnątrzklubowe roszady i mnie do nich dodali, a że ja zawsze chciałam i od dziecka w czas mistrzostw pląsałam przed telewizorem z plastikową łyżką do koktajli i przywiązaną do niej kokardą metrów kilka, to i pięć nocy nie spałam z emocji, że chociaż raz w życiu poudaję kogoś, kim nie jestem. Skąd miałam wiedzieć, że to specjalność tamtych czasów – udawać, nie przyznawać się, nie wychylać i robić na gwizdek wszystko to, czego się nie umie, ale to szczegół, najważniejsze nie podpaść. Wtedy nic takiego nawet mi nie przyszło do głowy, to była szkoła podstawowa, wszystko wokół wydawało się niewinne i dobre.
Innego roku szłam już ze swoją drużyną siatkówki, a jeszcze innego z drużyną harcerską. Raz nawet wśród członków drużyny kierującej ruchem drogowy, co po prostu wprowadziło mnie w euforię. Dostałam białe plastikowe nakładki na nadgarstki z wymalowanym znakiem STOP na nich, do tego  lizak  do kierowania ruchem na drodze, takiego policyjnego, otok na rogatywkę i pasek z jedną szelką na ukos zakładaną, też białe. Wyglądaliśmy jak policja - wróć – milicja - harcerska, do tej pory nie mogę uwierzyć, że nam się to tak podobało. W klasie być wybranym do tej grupy to było największe marzenie i zaszczyt.
W Kurierze Mławskim znalazłam taką fotografię, dokładnie tak wyglądaliśmy :-) Aż się wzruszyłam. Oczywiście to nie my na tym zdjęciu jesteśmy, ale dla przykładu przywołuję.

 

Maszerowaliśmy ulicą Zwycięstwa, trybuny, dumni rodzice wśród gapiów (powiedzmy, że dumni, tak w każdym razie sobie wyobrażaliśmy), a po wszystkim szliśmy na lody Bambino, koniecznie ze sreberka, jedzone drewnianym patyczkiem, i festyn. Głównym punktem programu była wyprawa na kiermasz książki. Do tej pory mam dreszcze z emocji, jak o tym pomyślę. Nic przecież w księgarniach nie było, chyba, że ktoś miał znajomości. Książki dosłownie rzucali i leżały na ladzie kilkadziesiąt minut, góra dwie godziny. A na majówce stoiska z rożnych księgarni czy wydawnictw, zależy od miasta i pełno doskonałych tytułów, specjalnie chyba na ten czas w magazynach przetrzymanych.
Potem, kiedy już w żadnym sklepie nic nie było, takie majowe festyny to był po prostu sposób na zrobienie zapasu rajstop, kremu Nivea, kiełbasy powąchanie, bo dzielili po ileś tam na osobę, czasem jakieś buty, raz nawet było stoisko z porcelaną. Mam nawet zdjęcia z końca lat osiemdziesiątych, na jednym jego końcu mąż w ogródku piwnym Żywca, popija bursztynowy płyn ze szklanki (taka nowość, byliśmy pamiętam zachwyceni takim pomysłem, że stoliki na placu zamkowym wystawione), a przeciwległym rogu ja w wielokrotnie zawiniętej, wężowej kolejce po ‘Przeminęło z wiatrem’ stoję. Poznałam się po włosach i garsonce, w którą się na okazję pierwszego maja odstroiłam.
Moje dzieci dziwią się, że znajdują u mnie w sekretarzyku pachnące gumki chińskie (do ścierania ołówka takie, a nie to, co myślicie) oraz długopisy ze złotą skuwką, tej samej produkcji. Aż chyba sprawdzę na Allegro czy Ebay ile by kosztowały, może ja samochód mam w tych szufladach? Zdobyłam z takim trudem, że potem używałam jeden długopis, a jak pękł to go sobie skleiłam, a nowe na gorsze czasy zostawiłam. Mogły być gorsze? Podobno zawsze mogą. W każdym razie do tej pory mi zostało chomikowanie i nieużywanie tych najbardziej ulubionych przedmiotów. 
Udało mi się wtedy kupić to ‘Przeminęło z wiatrem’, a rok później już nie było tak jak zawsze, maszerowały dwa pochody, jeden oficjalny, drugi Solidarnościowy. Robiliśmy zdjęcia, potem trzeba było uciekać przed milicją. Ormowiec nas shaltował na Marszałkowskiej, bo niefortunnie naszego Malucha zaparkowaliśmy i coś tam wygrażał. Ale nikt się dziadem nie przejmował, w powietrzu było już czuć euforię z powodu nadchodzących zmian. Za młoda byłam, żeby być w opozycji, żeby zrozumieć, co się dzieje, przeszłam marszowym krokiem przez komunę, machając chorągiewkami i szarfami w grupie gimnastyczek. Potem wiecznie zakochana w coraz to innym chłopaku, martwiłam się jedynie o oceny w szkole średniej, a jak poszłam do wyższej, to bardziej martwiło mnie to, że po śmierci ojca jest nam ciężko, że trzeba o wszystko walczyć. Wyszłam za mąż i zaraz skończyła się komuna. Ani się obejrzałam, pod każdym supersamem stał facet z pieńkiem i rąbał mięso, kartek nie trzeba było (Sanepid tam też chyba nie zaglądał), a obok niego z łóżka polowego sprzedawali kasety magnetofonowe, książki i jeszcze dalej klapki letnie. Wolna Polska, wolny handel, wolni my.



22:38, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (14) »
sobota, 18 maja 2013

...o was nie zapomniałam. Po prostu dzieje się źle w państwie duńskim. A jęczeć Wam nie chcę, bo mi to macie za złe. Po prostu nie panuję nad życiem, jak coś się chrzani, to nie mam albo narzędzi, albo pieniędzy, albo możliwości, żeby natychmiast reagować skutecznie. Coś się tam miotam, próbuję, wydzwaniam, ale to i tak na nic.
Egzamin z życia pewnie obleję. 

15:43, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (27) »
wtorek, 07 maja 2013

To już jest przegięcie pały - zimno, mokro - taki maj!?
Nigdy nie wiem, czy najpierw stawia się wykrzyknik, a potem znak zapytania, czy na odwrót?
Chyba mam początki reumatyzmu, taki suprajz nadmorski irlandzki, haha. Bonus.
Wykręca mnie w korkociąg, kości bolą, ręce czasem kolana. Nie jest jakoś tragicznie, nie żebym nie mogła chodzić czy pracować, ale wkurza. No i martwi.
O razu mi się kawał przypomina o facecie,który idzie szyć garnitur. Krawiec wziął miarę, uszył, zawołał klienta na przymiarkę, tamten zgłosił uwagi, poprawki, ostateczny odbiór garnituru, a ten - tam za długi, tam za krótki, gdzieś się ciągnie. Krawiec mówi do klienta - a pan wyciągnie rękę w tył, a teraz się pan pochli, no i przekręci lekko w prawo - widzi pan jak pięknie lezy. Facet zaplacił i idzie taki powykręcany do domu. I co słyszy - jeden z przechodniów ogląda się za nim i mówi do żony - patrz jaki pokręcony, ale garnitur to ma cacuś skrojony. 
Była córka, jeden dzień dłużej, bo u nas bank holiday. Poszłyśmy sobie do wiejskiego teatru, czyli sceny w szkole podstawowej wynajętej na ten wieczór dla amatorskiej trupy teatralnej. Jakie to jest fajne, babki znane na co dzień ze sklepu, restauracji czy banku, wystawiają sztukę. Spotykają się wieczorami, próbują, przy okazji świetnie się bawią. Potem zbiera się towarzystwo z całego miasteczka, dwa/trzy przedstawienia i tyle. Pieniądze z biletów będą na zwrot kosztów scenografii i kostiumów, pieniądze z losowania numerków poszły na jakiś cel charytatywny, my mamy ubaw, bo to przeważnie jakieś lżejsze sztuki, chociaż tym razem było i wesoło, i poważnie, bo o przemocy fizycznej chłopaka wobec przyszłej zony, a ktoś potrzebujący się ucieszy. Grała tam koleżanka z pracy męża, tym bardziej powinnam była pójść. Najpierw mi się nie chciało, ale potem byłam zadowolona. Nie jakiś szczyt gry aktorksiej, ale też obciachu nie było i gładko się oglądało. Sala pełna, a podobno za tydzień ma być jeszcze więcej ludzi.
Córka wróciła dzisiaj do Dublina i donosi, ze tam pogoda jak drut. Typowe 

00:51, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (13) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!