Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
środa, 17 lutego 2010

Dostałam dzisiaj list od szwagierki. Wprawdzie rozwiodła się już z męzem, który ją moją szwagierką czynił, ale to tylko teoretycznie, bo ja uważam, że po tylu latach, to my będziemy rodziną, niezależnie od tego, czyją ona żoną będzie. Oni sobie mogą mieć powody do rozejścia, ja takowych nie mam, więc odmawiam kategorycznie więzów zerwania. No chyba, żeby chciała, ale na szczęście nie chce. To samo tyczy się siostry mojego męża, kiedyś mu powiedziałam wyraźnie, jeżeli mnie zostawisz, to ja i tak twoją siostrę odwiedzać będę, bo ją kocham jak własną, co jej nie mam, ale tak sobie wyobrażam posiadanie takowej.

List przyszedł grubaśny, w dużej kopercie i miał całe - uwaga - 9 stron pisane na kartkach formatu A4!

Sama nie wiedziałam, czy mam siadać, parzyć kawę, czytać od razu, stać, bo szkoda czasu... Zdecydowałam jednak, że nawet nie będę płaszcza ściągać, do lektury przystąpiłam natychmiast.
W dobie komputerów listy pisane ręcznie prawie zupełnie zanikły. Chyba jednak szkoda, bo może i szybciej wysłać maila, ale jest jakaś magia w listach przesyłanych pocztą, jakaś dodatkowa historia. Przecież on musiał byc przez autora zaniesiony na pocztę, w sortowni fruwał na taśmach, potem wygodnie w worku pocztowym usadowiony, z innymi kolegami - listami, rachunkami (to jednak niższa kasta), pocztówkami (niby Pani taka kolorowa, ale co tam tekstu, tyle co kot napłakał), ulotkami reklamowymi (z latawicą nie rozmawiam) - leciał sobie samolotem do Irlandii. A tu znowu przesiadka, do dużych zielonych wanów pocztowych, a potem jeszcze jedna, już ostatnia (ufff) do mniejszych też tego koloru i już, nareszcie w domu u nowego właściciela. Stoi sobie teraz z moimi tulipanami walentynkowymi i się do mnie śmieje.

Tym bardziej wyczekiwany, że mailem zaanonsowany, tym bardziej radosne to wydarzenie, że dobre wieści przyniósł. Takie lubię najbardziej. Beata - you made my day!

A na deser zadzwoniła Misia, moja córka i zakomunikowała, że nasze wspólne wysiłki w poszukiwaniu sklepu węgierskiego w Dublinie zaowocowały odnalezieniem tegoż i kupieniem - drrrrrrr tra ta ta (werble jakby ktoś miał wątpliwości) - oryginalnego salami węgierskiego. Mojego najukochańszego, najwspanialszego, w białej skórce i o niepowtarzalnym smaku. Z 10 lat nie jadłam. Już nie moge się doczekać. Na dodatek jest nadzieja, że moje dzieci kochane, bo chłopak mojej córki też jest dla mnie już jak syn, przyjada chyba już w czwartek.

Hop sa sa, taki radosny dzień dziś mam.

P.S. A raczej miałam, bo się właśnie kończy.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Wcięło mi wpis. Prawie cały miałam. Wkurzyłam się tak, że musiałam wyjśc na chwilę na zewnątrz, na mróz, żeby nie skonać przez samozapłon. Taka byłam z siebie dumna, myślałam, że wznisłam się na wyżyny intelektualne, a tu bach i moje wyżyny szlak trafił. A że na wyżyny to ja mogę maksimum raz dziennie, więc teraz będzie to, co bedzie.

Nie czuję tych całych Welentynek. I to nie dlatego, że jestem samotną, zgorzkniałą kobietą na krawędzi, nic z tego, nie dam nikomu tej satysfkcji - od 23 lat jestem szczęśliwie zakochana w tym samym facecie, który na dodatek jest moim mężem (czyli teoretycznie zaklepany) i ojcem moich dzieci (czyli faktycznie juz sie nie wywinie, no chyba, żeby jednak).  Nie dlatego też, że nie lubię miłości i mówienia o miłości i mam problem z wyrażaniem uczuć i jestem zimną suka. Co to, to nie. Pewnie dlatego, ze to swięto zawitało do nas stosunkowo niedawno i nie zdążyłam się do tego jakoś emocjonalnie ustosunkować.  Może dlatego, że wyjątkowo żałosne wydaje mi się wymaganie deklaracji miłosci w ustalony dzień, a do tego oczekiwanie, że te deklaracje będą publiczne, tak, żeby wszyscy wiedzieli, kto i jak mocno nas kocha. A już szczytem kiczu jest podprogowe wymuszanie (kobiety to potrafią) na osobie obdarowującej, żeby dowody w postaci ogromnych misiów lub bukietów kwiatów, dostarczać w miejscu pracy obdarowywanego.  Siedzicie sobie w restauracji, a tu nagle wjeżdża wielki bukiet róż i okazuje się, że wasza kelnerka dostaje go od narzeczonego, następuje wstrzymywanie łez, oh my God, I cannot believe i takie tam, a twoje zamówienie w lesie i nie wiesz, czy zjesz w tej dziesięciolatce.

A najsmutniej mi widzieć dziewczyny, które mają great expectations, a potem kicha. Rozpacz jak stąd do Zanzibaru.

My nie obchodziliśmy jakoś specjalnie Walentynek. Dla naszej rodziny każda okazja jest dobra, żeby sobie poświętowac, jesteśmy święto-holikami, w sensie takim, że zaraz organizujemy wyjście do kina i obiad out, żadnego gotowania.  To, że zeszłej nocy mieliśmy udany seks jest wynikiem tego, że tak wypadło, a nie, że tak wypadało.  Kupiłam mężowi fajne perfumy, ale to dlatego, ze w Lidlu była fajna oferta i trudno mi było przejść obok niej obojętnie, bo jednak to przyjemność również dla mnie, kiedy on ładnie pachnie.  Do kina mieliśmy iść i tak, a dziś akurat niedziela, czyli dzień, kiedy jeżdzimy do szkoły polskiej, a w tym samym mieście jest kino, bo pewnie trudno wam uwierzyć, ale w moim miasteczku tego przybydku nie ma.  Miał być Sherlock Holmes ale był Valentaine's Day, bo Sherlocka nie grali, akurat dziś. Nie żałuję, wyluzowałam się (kilka słów o filmie na moim drugim blogu Notatki Coolturalne), mąż miał okazję się zdrzemnąć, nihil novi.

Potem zamówiliśmy do domu chińczyka i zasadziliśmy się do oglądania Last Chance Harvey (Ostatnia szansa Harveya), niespodziewanie dobrego filmu z Dustinem Hoffmanem i Emmą Thompson. Teraz siedzę przy komputerze, a mąż znowu drzemie.  Zmęczony jest, ma dużo pracy ostatnio.

Ktoś może powiedzieć, że powinnam sobie w łeb strzelić, takie to moje życie, a już Walentynki na pewno, nudne. Otóz mam takie zyczenie to biednego, przepracowanego Boga - zawsze chcę mieć takie Walentynki, chcę, żebyśmy zawsze się kochali, byli zdrowi, czuli się w swoim towarzystwie dobrze, oglądali razem fajne, wzruszające lub zabawne filmy (lub jedno i drugie) i żeby zawsze dostawała od męża, w 'ukryciu' żółte tulipany w glinianym naczyniu do kiszenia ogórków. Nic mi więcej Boże w ten dzień nie trzeba.

Tagi: Walentynki
00:18, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 lutego 2010

Leniwy dzień dziś mam. Nie umiem się lenić w leniwe dni, więc przeważnie spędzam je na wyrzucaniu sobie, że się lenię, a następnie rzucam się do porządków czy równie fascynujących czynności i tak to się kończy.

W leniwe dni rano oglądam Dzien Dobry TVN w łóżku, potem z poczuciem winy miotam się po domu, wstawiam prawnie, trzepię pościel itd, tak więc śniadanie przypada gdzieś około 12tej. W telewizji jest wtedy przeważnie Plebania.  Nie oglądam na bieżąco, więc zupełnie nie wiem, o co tam chodzi, ale oglądam jedząc, bo mój mózg też musi odpocząć, a nie lubię jeść sama w ciszy przy stole w jadalni.

Dzisiaj proboszcz pojechał do biskupa i sobie pogadali, na plebanii była para byłych małżonków, on ją przeprosił za lata bicia i poniewierania, dał pieniądze na dzieci i się zmył. Jakiś młody ksiądz ma dylemat, myśli, że kościół zmarnował mu życie uniemożliwiając karierę naukową. Poważne to wszystko, nadęte, ale życiowe. A mnie naszła pewna refleksja - dlaczego w kraju, gdzie ludzie borykają się wciąż z kryzysami, bezrobociem, niskimi pensjami i jak dożyc do pierwszego, twócy telewizyjny uważają za swój obowiązek serwować im poważne, smutne seriale? Dlaczego nie dać im wytchnienia? Ja wiem, że może poruszane są tam rzeczy ważkie, ale na miłość Boską (sic!), czy musimy seriale o księżach oglądać na kolanach?

Jednym z moich ulubionych seriali w telewizji irlandzkiej jest Father Ted (podobno leci też na którymś BBC w Polsce). To tak jak Hotel Zacisze lub Czy ludzie powiedzą, tyle, że dzieje się na plebanii na pewnej irlandzkiem wyspie. Uradziliśmy z dziecmi, że kupimy sobie to na dvd, wszystkie odcinki i ogladamy z uwielbieniem i na kolanach, ale ze śmiechu.  Perypetie księży, z humorem pokazane ich przywary, codzienne życie, nałogi, małe codzienne grzeszki, są pokazane z dystansem, słynnym humorem angielskim i na wielkim luzie. Po każdym odcinku mam nieźle wyćwiczoną przeponę, na życie patrzę z przymróżeniem oka, gubię gdzieś to polskie poczucie misji zbawienia świata (a już swojej rodziny to na pewno), bywa, że spojrzę innym okiem na swoje problemy, a jeżeli taki seans nic nie zmieni, to chociaż się wyluzuję i mam siłę do stawienia czoła różnym durnym przeciwnościom.  I zawsze, kiedy to oglądam, myślę, że nas by nigdy nie było stać na stworzenie takiego scenariusza o księżach na wesoło.  A przecież Irlandczycy nie przestali szanować swoich duszpasterzy (chociaz po tym aferach pedofilskich to nie wiem), nadal są bardzo wierzący, Father Ted nic nie zmienił w sposobie postrzegania facetów z koloratką.  Dlaczego więc my się tak boimy tykać podobnych tematów w lekki i komediowy sposób?

A tak w ogóle to nigdy nie wiem jakie tagi przypisywać do notek

wtorek, 09 lutego 2010

Ale się wkurzyłam. Dym puszczam z nosa jak smok wawelski, maszeruję między pomieszczeniami niczym lokomotywa w obłędzie – jak to się mogło stać, że mojemu synowi, pół godziny po załadowaniu 20 euro na konto w komórce, co zaowocowało kwotą 24 euro, bo coś tam w nagrodę dodają, zostało tylko 9?
- gdzie dzwoniłeś? Przyznaj się! – krzyczę na niego w bezsilności, bo ileż można wydawać pieniędzy na te komórki? – powiedz mi tu natychmiast, bo mnie zaraz szlak trafi.
Syn zna mnie na wylot, więc nie dostał zawału, tylko spokojnie powiedział, że nigdzie nie dzwonił, co można sprawdzić, a poza tym był cały czas z córką, swoją siostrą czyli, na spacerze z psem i ma świadka. Ochłonęłam chwilę i faktycznie muszę przyznać, że nijak nie było okazji, żeby ten kredyt zużyć, tym bardziej, że my wszyscy też w Vodafone, czyli rozmowy między nami mamy za darmo, to samo tyczy się syna znajomych.

I w tym momencie dostałam prawdziwego szału, bo zdałam sobie sprawę, że go mają, jak zrobili to raz, zrobią jeszcze jeden.  Zadzwoniłam do Vodafone, pani mnie poinformowała, że oni widzą rozmowy i ubytki kredytu u siebie dopiero po 24 godzinach, czyli trzeba dzwonić następnego dnia.  To znaczy, że przede mną cała doba próby cierpliwości, trudna sprawa.  Spałam tupiąc nóżką, bo nienawidzę odkładać załatwiania takich spraw na potem. Od rana byłam niespokojna, odliczałam czas i czyściłam broń.  Nadejszła chwila prawdy, dzwonię jeszcze raz, a operatorka na to, że syn jest w subskrypcji na trzech numerach telefonów, takich pięciocyfrowych 57coś tam, co za każdego smsa ściągają kilka euro, ale to niekoniecznie musi być jego wina, pewnie dostaje jakieś smsy od tych firm, gdzie jest napisane, że żeby się wypisać należy wysłać wiadomość STOP i oni wtedy przestają wysyłać te płatne. Hello! Człowiek powinien mieć wybór, żeby się ZApisać, a nie WYpisać, czyż nie? Syn oczywiście zignorował te smsy, myślał, że w ten sposób się odczepią. Otóż nie ma tak lekko tragarzu puchu, trzeba się namęczyć, żeby się uwolnić od subskrypcji. Pani z Vodafone powiedziała, że takie wiadomości nie mogą być zablokowane, że do mnie należy dochodzenie zrefundowania zabranych pieniędzy u tych, którzy je pobrali, mam natychmiast wysłać STOP, na numery, które ona mi właśnie wysyła na komórkę, a wraz z nimi normalne numery telefonów do tych firm, które się trudnią tym niecnym procederem. I jeszcze na koniec mi poradziła – nie się pani dowie dokładnie skąd oni mają jego numer?

Odbezpieczyłam karabin i dzwonię. Pierwszy numer połączył mnie z miłą Panią w Indiach, która ni w ząb nie rozumiała, co ja do niej mówię, ja nie pozostałam dłużna i też nie miałam pojęcia, co ona mi próbuje wytłumaczyć.  Po kilku minutach (zawsze mam problem, czy ja płacę za połączenie z Indiami, czy lokalne stawki?), przyzwyczaiłyśmy się do naszych dziwnych angielskich akcentów, przekonane oczywiście, że to ta druga brzmi skandalicznie źle, i usłyszałam, że oni potrącają pieniądze z kredytu syna, bo on wysłał do niech kilkanaście smsów ze słowem GAME.  Karabin wypadł mi z ręki, przeprosiłam panią uprzejmie, odłożyłam słuchawkę i ruszyłam zamordować syna. Taki wstyd! Syn zna mnie nie od wczoraj, nie salwował się ucieczką, tylko wziął mnie na klatę i spokojnie wytłumaczył, że co jak co, ale taki głupi to on już nie jest, żeby wysyłać smsy z taką treścią i niby jakim cudem, skoro postanowiliśmy nie doładowywać jego komórki w czasie świątecznego pobytu w domu i dopiero wczoraj kupiłam mu kredyt. Fakt.  Dumna z syna, ze się nie ugiął pod naporem matki furiatki, zadzwoniłam pod ten numer jeszcze raz i mówię:
- zastanawiam się, kto robi ze mnie głupka, Pani czy mój syn i jednak stawiam na Panią. Proszę mi natychmiast wytłumaczyć, skąd macie numer i nie powtarzać bajeczki o smsach, bo sprawdziłam i to niemożliwe. I proszę mówić tym razem prawdę, bo nie będę więcej wydzwaniać, od razu udam się do prawnika od spraw konsumenckich (wymyśliłam na poczekaniu). Pani na to, ze stoickim spokojem, pewnie medytująca buddystka, bo kto inny zgodziłby się na pracę w takim miejscu, powiedziała, że syn ściągał grę z sieci i w ten sposób wysłał się (sam?) ten sms.  Syn przezorny, zawsze ubezpieczony, siedział przed moim laptopem i od razu wszedł na rzeczoną stronę, gdzie jak byk napisane – free download. Pytam panią niespotykanie spokojną, co mnie z kolei doprowadza do szału (a jednak mam na tyle świadomości, żeby zanotować sobie w głowie skuteczność jej taktyki), skoro napisane free, to jakim cudem jednak płatna? Odesłała mnie na drzewo. Podała stronę internetową z dokładnymi informacjami, pożegnała się ładnie, coś tam jeszcze gadała i się rozłączyła. Wrrrrrr.  Ale to i tak lepiej, bo pozostałe dwa numery w ogóle nie odpowiadają, jedynie automatyczna sekretarka podaje informację, że trzeba zostawić numer komórkowy i nazwisko, oni oddzwonią.  Nie mogąc się na nich wyładować, normalnie myślałam, że umrę przez samozapłon.

Muszę się temu bliżej przyjrzeć, czy jest jakaś instytucja, gdzie można zgłosić takie niecne praktyki? W międzyczasie ostrzegam, przestrzegam i co tam tylko – nie dajcie się wkręcić w te smsy, wysyłajcie STOP to unsubscribe, a w najgorszym wypadku zmieńcie numer, tak jak my postanowiliśmy zrobić w przypadku syna, bo będziecie tracić pieniądze bez końca i to w taki sposób, że nawet nie będziecie wiedzieli kiedy.

poniedziałek, 08 lutego 2010

Czy macie czasem takie poczucie, że nie tak dzieje się w waszym życiu? Niby wszystko ok, niby pod kontrolą, rozwiązuję problemy w miarę jak się okazują, córka bezpiecznie wróciła z Maroka, syn zadowolony z życia konferuje z kolegami online, mąż zdrowy, pies szczęśliwy, a ja mam w sercu straszny niepokój, jakby coś wisiało w powietrzu, jakieś nieszczęście.

Dzisiaj zadzwonił telefon. Oczywiście nie wtedy, kiedy robiłam sobie śniadanie, nie wtedy, kiedy zalewałam herbatę, nie wtedy, kiedy siedziałam z wyciągniętymi nogami na fotelu i ją popijałam, zadzwonił dopiero wtedy, gdy wlazłam pod prysznic i do tego myłam głowę, więc miałam ograniczone możlwiości zareagowania na bodźce słuchowe, zresztą poważnie stępione poprzez szum wody. Drugi raz zadzwonił, kiedy stałam ociekając wodą na środku łazienki. A że nie lubię niedodebranych połączeń, bo mnie potem męczy kto dzwonił, pognałam goła jak święty turecki do telefonu. Ale mi się wyłączył, bateria. No to nadal nieubrana pognałam na piętro, do drugiej słuchawki, bo zadzwonił telefon raz jeszcze. Nie dobiegłam na czas. Odczytałam na ekranie elektronicznego wyświetlacza - OUT OF AREA. Co to do jasnej cholery ma znaczyć, z poza kraju, z poza kontynentu? Skąd ten telefon i dlaczego tak dzwoni i dzwoni? Zadaj pytanie, wykreaujesz własną odpowiedź, oczywiście popartą wizją tragicznych wypadków. No i jaki taki spokój szlak trafił, co ja mówię spokój, uczciwie przynać musze, że mam uczucie niepokoju właśnie od kilku dni, a ten telefon tylko to spotęgował.

Musiałam jechać do miasta, bo byłam umówiona na tłumaczenie w spotkaniu dyscyplinarno-odwoławczym i to też była raczej nieprzyjemna sprawa, więc mi się humor nie poprawił. Miałam nadzieję, że potem skoczę sobie do kina na seans przed 16, ale długie było to spotkanie, więc nici z kina. Nawet godzinna jazda samochodem mi nie pomogła, chociaż zwykle odpręża.

Siedzę teraz i się zamartwiam - co ode mnie chceli ci ludzie z OUT OF AREA, może to coś niedobrego, może powinnam być gdzie indziej, coś działać?  I tak się boję, że jak mnie jakaś wiadomosć pieprznie w łeb, to się nie pozbieram.

W ogóle od czasu udaru mózgu mojej mamy i zajść później z tym związanych, boję się dźwięku telefonu.

piątek, 05 lutego 2010

Poszłam do sklepu po kabel do TV, sami podłączyliśmy Sky do trzech telewizorów, zaoszczędziliśmy €160. Hopsasa, skaczę po kuchni ze szczęścia. Tak tak, tyle kosztuje fachowiec w Irlandii. Pamiętajcie, nie opłaca się zupełnie, jeżeli tylko możecie coś zrobić sami, wszystkimi siłami omijajcie korzystania z wszelkiego rodzaju usług, bo są, moim zdaniem, horrendalnie drodzy, pewnie dlatego, że wciąż ich za mało.

Ale, ale, nie o tym miało być, to taka przydługa dygresja, z których, kiedy w emocjach, jestem znana. No więc, stoję przy ladzie w oczekiwaniu na sprzedawcę i co widzę przed sobą? – górę świec. Co przypomniało mi, że już w piątek Matki Boskiej Gromnicznej, czyli Candle Mass. Z tej właśnie okazji kupuje się świece, jak każe tradycja koniecznie z wosku pszczelego. Ilość tych świec zależy od potrzeb, bo trzeba Wam wiedzieć, że mają one wielkie znaczenie w codziennym życiu Irlandczyka, a raczej w jego nadzwyczajnych momentach.

Mój mąż upiera się, że u nas jest ten sam zwyczaj, ale ja o tym nie słyszałam. A mianowicie, ilekroć dzieje się coś niezwykłego, coś wymagającego wstawiennictwa Matki Boskiej, kiedy dzieci zdają egzaminy, kiedy ktoś nam bliski lub miły jest chory lub w połogu, kiedy mąż musi jechać gdzieś samochodem, a jest okropna pogoda, kiedy ktoś umiera, a śmierć niech mu lekka będzie - we wszystkich tego typu przypadkach pali się świece.

Kiedy przypominam sobie moje uczestnictwo w zeszłorocznej mszy, pękam ze śmiechu.

Tamtego dnia pracowałam, bardziej uroczysta msza była rano, ja z oczywistych względów nie mogłam na niej być, więc postanowiłam wybrać się do kościoła wieczorem. Mąż pracował dłużej, miał samochód ze sobą, dzieci nie było, zapakowałam świece do płóciennej torby, jakiegoś pieniążka na tacę, latarkę i w drogę, na piechotę. Mieszkam w środku miasta, ale mój domek stoi na wzgórzu, przede mną w dole miasto, za mną piękna dolina, tak więc jest trochę tak jak bym mieszkała na wsi. O tej porze roku, zresztą dzieje się tak przez prawie ¾ roku, biegają niczym nie skrępowane i bez strachu jelenie i dzikie króliki. Pięknie to wygląda, jak na obrazach czasami (jelenie na rykowisku haha), ale pod warunkiem, że siedzi się w domu. Kiedy trzeba iść gdzieś piechotą, strach, bo spotkane na drodze, nie uciekają, a wręcz przeciwnie, przyglądają się z ciekawością. No więc zabrałam ze sobą wielgachną latarkę, coby mnie widziały zawczasu i, taką miałam nadzieję, umknęły w popłochu (no z tym popłochem to może lekka przesada).

Do kościoła weszłam lekko spóźniona, zanim się rozsiadłam, zorientowałam czy wszystko mam i gdzie, bo ze strachu przed tymi nieszczęsnymi jeleniami leciałam po tej drodze jak po ogień, na granicy histerii, zdałam sobie sprawę, że ksiądz już ruszył między ławki z kropidłem i modlitwą na ustach. Zaczęłam grzebać w popłochu w torbie w poszukiwaniu świec, a nie było to łatwe. Miałam ze sobą taką zgrzebną torbę z surowego płótna, którą dostałam na targach książki w Warszawie na stoisku Zysk i Ska. Uwielbiam ją, bo jest niezniszczalna i niesie za sobą miłe wspomnienia (miałam chandrę emigracyjną i mnie mąż wysłał na te targi specjalnie, żebym sobie humor poprawiła, osiem godzin buszowania w książkach, rozmów z pisarzami i wydawcami, ach to se nie wraci). Ksiądz się zbliża, ja nadal grzebię w coraz większej panice, ksiądz już tuż tuż, mam, w ostatniej chwili wyciągnęłam, uff, podnoszę do góry i co widzę? – LATARKA!!!

Ksiądz twarz blacha, poświęcił latarkę. A ja siedzę w ławce i łzy mi lecą z wysiłku, żeby się nie zacząć śmiać i tarzać po podłodze kościoła. Oni wszyscy tolerancyjnie kiwają głowami, widać w Polsce taki zwyczaj, żeby latarki święcić.

Kiedy się księdzu, po mszy, ze wstydem przyznałam, ,że świece nadal zaplątane w torbie, nie poświęcone leżą, uśmiał się serdecznie wraz ze mną, zaprosił do Zakrystii i poświęcił.

Morałów z tego kilka – nie spóźniać się na msze, nie targać toreb płóciennych w takich razach, brać ze sobą więcej chusteczek higienicznych, żeby mieć się w co wyśmiać i z tego śmiechu wysmarkać, a najważniejszy to taki, żeby mieć do wszystkiego dystans.

A jeżeli chodzi o świece, lżej jest na duszy, kiedy człowiek ma w domu coś, co daje namiastkę modlitwy i połączenia z tymi w Niebiesiach.

Bycie bezrobotnym jest wielce zajmujące i człowiek jest zajęty od przysłowiowego rana do wieczora. Doprawdy nie wiem, jak się te wszystkie ważne sprawy, które są do załatwienia na już, obywały beze mnie, kiedy jeszcze miałam posadę?  Od pierwszych dni pobytu na Zielonej Wyspie pracowałam na pełen etat, od 9-5, ani nie miałam mniej dzieci, ani nie byłam singlem, wszystko niby to samo, więc jak to jasnej ciasnej, dawałam sobie przedtem radę?

Od jakiegoś czasu jestem bez pracy.  Wydawałoby się, że mam dużo czasu na porządki, mogę teraz gotować obiady z trzech dań, spotykać koleżanki na kawę o 11 przed południem, czytam jedną książkę na tydzień najmarniej, oglądam filmy pakietami i generalnie siedzę z nogami do góry i mam wszystko zrobione na wczoraj.  Nic bardziej mylnego.  Bywają dni, że stronę w kalendarzu mam całą zapisaną i sama nie wiem, w co najpierw ręce włożyć.  Koleżanki dzwonią i pytają kiedy możemy spotkać się na ploty, a mnie ciężko znaleźć czasem lukę. Bywa, że prasowanie czeka, a ja jestem dwa, trzy dni w rozjazdach, i żeby to w jakiś ważnych sprawach, co mi odmienią życie, ależ skąd! Poczta, lekarz, odebrać leki, wysłać podanie o granta na studia córki, zajrzeć do szkoły Wojtka, bo tam coś do podpisu na mnie czeka, wysłać płytę z filmem do koleżanki, sprawdzić wpisy na blogu, dorobić klucz, bo syn zgubił, znaleźć krawcową, bo mu się spodnie popruły, aaaa i jeszcze odebrać zasiłek na poczcie i zajrzeć do sklepu, bo mają rybę w specjalnej ofercie, a jak już będę w mieście, to może mam czas zajrzeć do koleżanki, bo coś jej komputer szwankuje, a jak nie umiem naprawić, to może znam faceta od tych rzeczy, a jak znam i trzeba tam pojechać, to może mogłabym, bo i tak przecież mam full czasu, bo nie pracuję.  W czwartek otwarte biuro HSE, podanie o kartę medyczną trzeba by zanieść, a tam bagatela kilka godzin w kolejce odstać, uff będzie czas książkę poczytać, telefon od koleżanki – potrzebuje pomocy w wypełnieniu formularzy, kurczę właśnie mi się przypomniało, że w domu leżą formularze na granta, tym razem na ocieplenie domu, umówić się z facetem od certyfikatów, niech powie, co trzeba zrobić (wizyta tegoż niespodziewanie trwa 4 godziny), umówić się do dentysty i syna też, bo coś mu tam się ukruszyło, zadzwonić do VEC – dlaczego nie ma córki granta studenckiego, dostałam list na darmową cytologię, umówić się na cytologię, o jessssu, przecież recepty się skończyły, telefon do lekarza po raz drugi, sprawdzić loty do Polski, bo tam przecież mama chora czeka, kurczę jutro zebranie u syna w szkole, pół dnia mi to zajmie.  Włosy sterczą jakoś dziwnie nad uszami, kiedy może przyjąć mnie Edyta? (tym razem przezornie nie mam w planach chińskiego fryzjera). Znalazłam ogłoszenie z interesującą pracą, trzeba napisać CV, cover letter, kurczę pomysłów mi już brakuje, co napisać, żeby im zaimponować? Kolega maluje mieszkanie, czy mogę gdzieś się dowiedzieć jak się nazywa specyfik do wywabiania grzyba ze ściany (kolega nie zna angielskiego), nie ma sprawy, w samochód i do sklepu, niech poradzą, potem jeszcze sms do kolegi, bo pracuje i jest baaaardzo zajęty, odebrać nie może; sms jest kilometrowy, bo trzeba dokładnie wyjaśnić czym się różnią specyfiki i jak je używać.

Przyszło potwierdzenie, że przyznali nam granta na docieplenie domu i wymianę pieca. Dopiero zaczyna się kołomyja, bo trzeba znaleźć fachowca, umawiają się i nie przychodzą, trzeba dzwonić, wreszcie się zjawiają, obiecują wysłać list z proponowaną kwotą za wykonanie usługi, czekam, czekam, nie ma, sto telefonów - jest, można się wreszcie zdecydować na któregoś, niełatwo oj niełatwo, nie chcą gadać z babą, ale cóż począć, skoro mąż w pracy do późna, trudno panowie, musicie się ugiąć.  Trzeba jeszcze pojeździć poszukać pieca i termostatów i regulatorów, bo może byłoby taniej kupić samemu (a ile przy okazji benzyny wypalone, może jednak byłoby taniej, gdyby kontraktor kupił?

Lekarz wzywa na umówioną cytologię, dentysta chce się wwiercić w zęba (wtorek pasuje?), nauczyciel Wojtka chce porozmawiać o dodatkowych lekcjach gry na gitarze (trzeba umówić terminy i opłaty), znajoma potrzebuje kogoś z angielskim, żeby pójść z nią na wywiadówkę, bank czynny tylko do 4, dentysta też, jak sobie radzą ludzie, którzy pracują? Jak ja sobie kiedyś radziłam?

Nie wiem, czy to nie jest przypadkiem tak, że kiedy pracujemy, nie mamy czasu na pierdoły i wiele rzeczy czeka, czeka, aż się rozwiązują same, albo przy okazji, poza tym pewnie łatwiej komuś odmówić przysługi, bo jak pracujesz to masz prawo.
Kiedy dowiedziałam się, że jestem bez pracy, zastanawiałam się, co ja będę cały dzień robiła z czasem?  No to już wiem.

wtorek, 02 lutego 2010

Być matką w Irlandii to nie lada wyzwanie. Szczególnie taką matką jaką ja chciałabym byc.

Po pierwsze, według standartów anglosaskich, tych współczesnych, jestem za sroga, za pryncypialna, nie mam względu na potrzeby moich dzieci, odmawiam im niezbywalnego prawa do swobodnego picia, również upijania się do nieprzytomności w ukryciu i późniejszego wymiotowania na chodniku, ku uciesze przechodniów, palenia, noszenia nieprzyzwoitych rzeczy (za krótki spódniczek, dekoldów do pępka itp), nie podoba mi się sypianie u swojego chłopaka w domu w wieku 16 lat i wiele wiele innych rzeczy.  Kiedy mojej córce nie pozwoliłam pojechać na dyskotekę w wieku 15 lat (w nocy do miesta odległego o godzinę jazdy przez góry, niby bezalkoholowa, ale tajemnicą Poliszynela jest, że piją w autobusie), matki innych dziewczyn namawiały mnie, żebym się złamała. I okazywały dezaprobatę, kiedy mówiłam stanowczo NIE.  Córka zaczęła wychodzić wieczorami dwa lata póżniej, nigdy nie wróciła pijana, nie jest w ciąży chociaż ma już prawie 20 lat i udało nam się jakoś uniknąć różnych niebezpieczeństw młodości. Ja czuję się wygrana, ale jakże zmęczona, że musiałam stawiać opór nie tylko jej zachciankom, bo inne dziewczyny to już od dawna to czy tamto, ale też i matkom, które dokładnie wiedziały, czego moje dziecko potrzebuje najbardziej.

Mój syn nie jeździ jeszcze na dyskoteki, ale często zaprasza kolegów do domu, równiez na noc. To jest dopiero gehenna. Wkurza mnie, że nie mówią dzień dobry i dziękuję, strasznie świnią przy stole, a najgorsze jest to, ze nie jedzą normalnego jedzenia, domowej kuchni, tylko muszę im serwować jakieś śmiecie typu chicken nuggets, frytki, ketchup (nikt tu nie rozumie tej nazwy, a ja durna myślałam, ze międzynarodowa, tutaj mówią red sauce, czyli czerwony sos). Pół biedy, kiedy wiem, że ktoś przychodzi, ale czasem jestem brana z zaskoczenia i wtedy moje klopsiki w sosie grzybowym, nadziewane polędwiczki z ziarnami i orzechami (Aniu dzięki za przepis), gołąbki, zupy wreszcie, powodują odruchy wymiotne u dzieciaków. Wyjmuję więc frytkownicę i smażę to dziadostwo. Nie, zebym nigdy frytek nie jadła, czasem fakt, nie mam obiadu i ratuję się czymś takich, ale żeby wciąż to samo? I nie chceć zjeść prawdziwego jedzenia, tylko wrzucać kotlety mielone pod stół (pies przyjmie wszystko)?

Koledzy syna to fajne chłopaki, nie ich wina, że rodzice fundują im wciąż to samo - wspomniane smażone gotowce, spagetti bolognese (z frytkami) i ziemniaczane wafle, a w najlepszym wypadku chińczyka czy hinduskie jedzenie z take away'a. Robią też zupy, ale mielone na kremy, więc moje z ziemniakami i kawałkami warzyw wygladaja na niedokończone.  Dziwię sie tylko, że nie uczy się już dzieci zachowania przy stole, jedzenia nożem i widelcem, siedzenie prosto i trzymania łokci przy sobie. Kiedy patrzę na te dwumetrowe jamochłony, zapowiedź przyszłych mężczyzn, na to jak siedzą jacyś poskręcani przy stole, trzymają widelec w taki sposób, że nie potrafiłabym tego nawet naśladować, noża nie uzywają w ogóle, a przy tym to naprawdę inteligentne i fajne chłopaki, o ile wyjdą poza ten mrukowaty styl, to mi włosy dęba stają, jakie to pokolenie dziwaczne rośnie. I takie niezadbane i zapuszczone przez dorosłych, w sensie tak zwanej kinder sztuby. Jak ci ludzie pójdą w świat?

23:15, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 lutego 2010

Jestem w domu sama. Po miesiącu czasu, kiedy dom od rana tętnił życiem, wszystko wróciło do normy. Do mojej obecnej normy, bo wcześniej było inaczej. Odkąd córka na studiach, a syn już na tyle duży, że mnie nie potrzebuje w każdej minucie życia, a właściwie odkąd poszedł do Secondary School to prawie w żadnej minucie życia (mąż się zrzyma na takie gadanie, mówi - potrzebuje wiedzieć, że jesteś obecna, ale już tak na tobie nie wisi, to chyba dobrze?), moja norma zmieniła się o 180 stopni i musze się do tego jakoś przyzwyczaić. Kiedyś wydawało mi się, ze nigdy już nie przyjdzie taki czas, kiedy będę mogła spokojnie ugotować obiad, poczytać książkę nie ukrywając się w toalecie, a teraz myślę, że przyszedł za szybko. Mąż upomina - nie jęcz tylko ciesz się wolnością, zaraz przyjdą wnuki i znowu będziesz miała dom "pełen ludzi". Ma rację, ale co z tego?

Miesiąc pobytu Michaliny w domu to było dla mnie święto, tym bardziej, że i Wojtek miał wolne z powodu pogody.  Święta wiadomo, to co u wszystkich, obżarstwo i lenistwo, a potem, chyba przez ten zalegający śnieg i wolniejsze tempo życia z tego powodu, dalsze lenistwo i same przyjemności. Gotowałyśmy razem, piekłyśmy, oglądałyśmy zaległe filmy i seriale, chodziliśmy wszyscy razem na spacery z pieskiem Frankiem, a kiedy młodzież spędzała czas na górze grając w gry, czy oglądając filmy nie dla zgredów, ja czytałam na dole książkę lub surfowałam po internecie.

A teraz jak ten kołek, jak palec albo coś tam, siedzę, słucham konkursów TV, bo mi się nie chce przełączyć kanału i włosy z głowy sobie rwę. A pani na ekranie podekscytowanym głosem tokuje - gramy dalej, nie ociągamy się, nasz program zmierza ku końcowi... No i niech sobie zmierza, myślę.

Jakieś dziwne uzależnienie człowieka dopada, kiedy już na taki program trafi. Nie może oglądać, nie daje rady tego słuchać - proszę zobaczyć, 100 złotych, 100 złotych! za imię żeńskie kończące się na literę A.  Krzyczę na całe gardło, przecież wszystkie kończą się na literę A. I słucham dalej. Na szczęście trafia mi się to mniej więcej raz na miesiąc, a tylko raz na pół roku nie mam siły ani ochoty przełączyć. Więc to chyba jednak jeszcze nie uzależnienie od durnowactwa.  Przełączam kanał i ide robić śniadanie - smaruję chleb i słyszę, że para warchlaków kosztuje w niektórych regionach 200 złotych. Baaardzo ciekawe.

A moja córka w Maroku ze swoją grupą ze studiów, robią zdjęcia i szkice do projektów, przy okazji się przy tym bawią.  Cieszę, że żyjemy w czasach, że takie ciekawe życie jest jej udziałem. Ja na to nie miałam żadnych szans.

Rzuciłam się do robót domowych, bo mnie ta katatonia dobija. Dzieci poszły w świat (prawie, ale tak sobie mówię, żeby się powoli przyzwyczajać), a ja? - gramy dalej, nie ociągamy się...

12:38, kasia.eire , Dziennik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 stycznia 2010

Nieźle nam się zima dała we znaki, nieprawdaż? Nie, nie dołączę do grona krytyków irlandzkiego podejścia do tego żywiołu, nic z tego.  Stoję na stanowisku, że skoro w tym kraju nie ma nigdy zimy, a najgorsza ewentualność to jakiś tydzień odcięcia od świata, bo ulice pokryte białym puchem, taką marną odmianą śniegu, budzą u ludzi strach i wolą się wycofać z ruchu ulicznego i pieszego, ale zanim ktoś się przejmie na dobre wszystko topnieje i problem znika sam; skoro ostatnie takie nawałnice miały miejsce w 1962 według jednych, a w 1963 roku według innych, i miały charakter incydentalny, czyli nie powtórzyły się w takim stopniu aż do zeszłego grudnia, jeżeli nawet kontynentalna część Europy, która jest bardziej przecież do zim przyzwyczajona, poddaje się pod naporem zimy, to jakże możemy krytykować rząd irlandzki za opieszałość?

Wkurza mnie takie podejście. Gorączka biała mnie bierze, kiedy czytam komentarze w sieci lub słucham wszystkowiedzących rodaków gdzieś przy okazji, w sklepie, czy kościele, jak to tutaj nikt nie może sobie dać rady ze śniegiem, jak to śmieszne nam się wydaje, że brakuje tego, czy tamtego, że brak dostaw wody to nieudolność odpowiednich służb, że u nas nigdy by się to nie zdarzyło.  Tak?  A ja sobie właśnie słucham TVN24, gdzie reporterzy w Polsce docierają do wiosek odciętych od świata, gdzie nie ma prądu, wody i poprzewracane drzewa odcinają drogę do większych miast.  Bydło nie pije wody, ergo nie daje mleka, rury pękają i nic na to nie można poradzić.  W miastach podstawiają cysterny z wodą, bo muszą ją wyłączać, żeby usunąć usterki.  Pociągi spóźniają się godzinami, nie ma w nich ogrzewania, autobusy są odwoływane i nawet zwrotu pieniędzy nie można wyegzekwować, niedoszli pasażerowie będą musieli się upominać później.  A to wszystko w Polsce wyjątkowo do zim przyzwyczajonej przecież.

Mojej przyjaciółki mąż zajmuje się na tym terenie wodą, utrzymywaniem stałych dostaw, remontowaniem sieci itp.  W drugi dzień świąt, kiedy mój mąż odkrył nieobecność wody w kranie, pojechał do sklepu, zakupił wodę pitną, z jeziora pobrał wodę do toalet i po powrocie (niecałą godzinę go nie było), zasiadł do przerwanej lektury trzeciego tomu świetnej serii Millenium Larssona, kiedy ja z dziećmi i jeszcze-nie-zięciem popijając grzane winko graliśmy w Tysiąca, jej mąż od świtu zapieprzał na tym mrozie i śniegu i naprawiał szkody powstałe z powodu pogorszenia warunków pogodowych.  Kiedy my ze smakiem zajadaliśmy obiad, on zasuwał nadal na zewnątrz próbując przywrócić dostawy wody, kiedy my oglądaliśmy film na dvd, on dopiero wracał do domu. A była to 2200.  Jak się to zaczęło dwudziestego szóstego, tak trwa aż do dziś, bo szkody powstałe z powodu takiego długiego mrozu są wielkie.  Starają się utrzymać stałe dostawy, ale jest to niemożliwe, bo trzeba wyłączać, żeby się dało dokonać napraw.  Wszyscy to rozumieją, każdy się przejmuje, cierpliwie znosi, że tak nas dopadło i usuwanie szkód potrwa nie wiadomo ile, a Polacy?  Też się przejmują, przeraźliwie werbalnie, głównie krytykują, wyśmiewają i każdy, ale to każdy ma na ten temat wiele wiedzy i wyrobione zdanie, najczęściej, że rury położone za płytko - fakt, ale tak się tu robi, kto wie dlaczego, może dlatego, ze łatwiej naprawiać, może dlatego, że głębiej jest przeraźliwe błoto, może dlatego, że na przeważającej połaci kamienie, a może dlatego, że kopanie głębiej drożej kosztuje?  Fakt, że rury nie izolowane, ale po co, skoro nie było nigdy tak zimno?  I takie mnie myśli w tym względzie nachodzą, jeżeli jesteśmy tacy doświadczeni i przygotowani w kwestii mrozów i zimy, to jak to się stało, że drogowcy w Polsce dali się znowu zaskoczyć, jak to się stało, że w tych głęboko położonych zaizolowanych, polskich rurach, nie płynie woda?

No dobra, nie będę się już tu wywnętrzać, tak mnie jakoś złapało po wysłuchaniu kilku uwag gdzie niegdzie wygłoszonych.  Na szczęście nie musieliśmy nigdzie daleko się przemieszczać samochodem, woda wróciła, a rury okazały się całe.  Za to mieliśmy nieoczekiwany powrót do dzieciństwa, zjeżdżanie na czym się dało z górki na pazurki, spacery na ‘chrupiącym’ śniegu, pies brykał jak oszalały, zaskoczony i rozbawiony.  W białej aurze książki czytało się szczególnie przyjemnie, ogień w kominku nabrał dodatkowego znaczenia i uroku, makowiec popijany kakao smakował jak kiedyś, w schronisku górskim podczas wyprawy na narty.  Wróciły dawno zagrzebane głęboko wspomnienia, a wszystko to wraz z uczuciem szczypania mrozu w zziębniętych stopach i widoku zaczerwienionego nosa wystającego spod czapki. I chociaż zima jest fajna tylko dla dzieci, a dla dorosłych głównie kłopotliwa, szczęśliwa jestem, że właśnie tak zaczął się 2010 rok.  Z pewnością będę pamiętać to długo.

No i po świętach. Uff, nareszcie. Dłużej bym nie wytrzymała tego jedzenia. A że nas zasypało zupełnie, a pod śniegiem był lód, i tak padało cały pierwszy dzień świąt, nigdzie nie wyjechaliśmy na żaden spacer, tylko kilka minut z psem w dół drogi i z powrotem, jeszcze mi życie i całe biodra miłe. Siedzieliśmy w domu całe święta, każdy robił na co miał ochotę – czytaliśmy książki i jedliśmy, graliśmy w karty i jedliśmy, oglądaliśmy filmy i jedliśmy.  Mąż jak w Wigilię zaczął czytać trzeci tom sagi Millenium Larssona, przepadł bez wieści w tym fikcyjnym świecie (a to prawie 1000 stron) i go odzyskaliśmy dopiero pod koniec drugiego dnia świąt.  W nocy też czytał, ale tego to ja już nie wiem, bo wprawdzie jestem molem książkowym, ale jak się okazuje, nie aż takim.

Jak zwykle okazało się, że nagotowałam za dużo jedzenia. Nie wiem jak to się dzieje, że nic mnie nie nauczyły lata poprzednie, zawsze ten sam scenariusz - kiedy gotuję mam obłęd w oczach, że nie wystarczy, nie dam nikomu nic zjeść tłumacząc, że to z powodu postu, ale fakt jest taki, że mam wrażenie, że wyjedzą i nie będzie.  Męczę się, ciasta próbuję tylko dlatego, żeby się przypadkiem nie okazało, że jest zakalec i nie zjadliwe, no więc sprawdzić trzeba, ale reszty nie ruszam. Mąż mnie pyta – jeden półmisek ryby na zimno? Ja na to oczywiście, że dwa. I tak według tego samego wzoru wybieram większy kawałek piersi indyczej do upieczenia, schab też kawałek, którym można by wykarmić pułk wojska, sałatki warzywnej jak na kompanię wojska, ciasta to już chyba na jednostkę wojskową.  Przez resztę czasu dryl też wojskowy – najpierw rozkaz nie jeść, potem rozkaz wpieprzać ile wlezie, bo się zepsuje.  Na dodatek widzę śmieszność sytuacji i własną głupotę i to mnie jeszcze bardziej denerwuje.

Przez ten śnieg i pogodę święta były wyjątkowo spokojne i rodzinne.  Nie było latania ‘po kominach’, jak mówią na wschodzie o odwiedzaniu różnych domów, nie było gorączkowego przyjmowania gości, kiedy to człowiek się nabiega, naszykuje, potem zmywa i przyjemność wprawdzie jest, ale okraszona stresem, czy wszystko będzie na tip top.  A tak pełen luzik – cały dzień bez planów, bez stresu, bez nacisków – to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. No i mnóstwo czasu dla dzieci, które już w takim wieku, że możemy oglądać razem wszystkie filmy i grać w gry karciane czy planszowe dla starszych, a nie w dziecięce (chciałam napisać dla dorosłych, ale to jakoś pornograficznie brzmi).  Jest wtedy czas na fajne rozmowy o życiu, można się wiele od młodych nauczyć, jeżeli człowiek chce słuchać, a nie jest nastawiony tylko i wyłącznie na prawienie kazań.

Miałam wiele czasu na czytanie blogów i pisanie swojego. Zrobiłam zdjęcia mojego stosika książkowego od Mikołaja i umieściłam jeszcze Wigilijnej nocy. Myślałam, że będę pierwsza, ale okazało się, że już kilka podobnych wpisów na blogach czytelniczych było. Och my biedne mole książkowe, nawet w święta nie możemy powstrzymać się od chęci podzielenia się informacjami o zdobyczach i wrażeniami z lektur. Przez następne dwa dni zaglądałam do dobrze już znanych towarzyszy internetowych, bez końca dyskutowaliśmy, co nowego ukaże się w 2010 roku, jakie powieści kto czyta w ten świąteczny czas i w ogóle o książkach, bo nam nigdy o tym dość.  Kiedy tak siedziałam w środku nocy, cały dom pachniał grzanym winem z suszem owocowym, ciastem, wanilią i żywym świerkiem, ciepło biło od kominka, a za oknem padał śnieg – miałam poczucie bezgranicznej harmonii i szczęścia.  Nigdy nie zapomnę tego czasu.

W noworoczną noc miałam na pięterku bandę składającą się z czterech trzynastolatków.  Syn uprosił nas, żebyśmy pozwolili mu zaprosić kolegów, córka wyszła z chłopakiem na party, my nie jechaliśmy nigdzie. Jeszcze na głowę nie upadłam, żeby się gdzieś przez zaspy przebijać tylko po to, żeby się napić wódki, jakoś w tym roku mnie to w ogóle nie bawiło.  Natomiast rum z colą, dobry film na dvd i coś pysznego na zakąskę – to było to.  Zgodziliśmy się na syna prywatkę, a sami spokojnie, cieplutko i ujutnie weszliśmy w 2010 rok, bez fajerwerków może, tylko w telewizji, ale za to w miłej atmosferze. Dużo zamieszania to ja już miałam w zeszłym roku, w nadchodzącym zależy mi głównie na świętym spokoju i żeby wszystko jakoś do normy wróciło.  Co nie zależy tylko od nas, bo oczywiście zadajemy sobie pytania, jak wszyscy pewnie, kiedy ten kryzys się już skończy, ile jeszcze będzie straszenia cięciami we wszystkich dziedzinach, kiedy w pracy, o ile się ją ma, skończy się ta panika i obciążanie ludzi coraz to większymi obowiązkami za tę samą lub obciętą płacę i kiedy wreszcie ci, którzy płatnego zajęcia nie mają, znajdą je?  Tyle pytań, i jeszcze więcej nasuwa się z nadejściem nowego roku.  Ciekawe na ile z nich znajdziemy odpowiedzi? I czy się nam spodobają?

sobota, 30 stycznia 2010

Ten nad-tytuł moich felietonów, a teraz i bloga, wymyślił lata temu Krzysztof Strzelecki, sekretarz redakcji Tygodnika Siedleckiego.  W pierwszym momencie strasznie się w samotności nabzdyczyłam

- jak to z babskiej - buntował się mój mózg o płci damsko-męskiej (sprawdziłam testem po przeczytaniu książki Płeć mózgu) - przecież to nie z babskiej, to z nijakiej perspektywy, po prostu zdrowo rozsądkowej perspektywy!

Kiedy już się przestałam nabzdyczać i wróciła mi jasność myslenia, przyznałam mu rację, bo niby z jakiej by to miało perspektywy być, jestem kobietą, mogę być nawet babą, nic mi to nie przeszkadza.

I tak pisałam sobie pod tym szyldem, dostawałam wiele sygnałów, i to przekazywanych osobiście, bo internet nie był wtedy jeszcze tak powszechny, że i mężczyźni mnie czytają, ich żony, matki, bracia żon itd. Pan magister w aptece powiedział nawet kiedyś, tubalnym głosem niestety, że musi mi ten krem na hemoroidy gdzieś zdobyć, bo go żona prześwięci, że tego nie zrobił, jak się dowie, kogo obsługiwał. Hmm, uroki małych miast, wszyscy cię znają, albo myślą, że znają.

Po kilku latach przmieściłam się do Irlandii, zaczęłam pisać dla polonijnego tygodnika Polska Gazeta. Piszę też dla belgijskiego miesięcznika. Z tym samym szyldem, mam nadzieję, że Krzysztof nie strzeli mnie między oczy za przywłaszczenie sobie tego na całkowitą własność.  Zresztą - nie ma takiej drugiej baby, będzie musiał wymyślić co innego, jeżeli mu się jakaś inna trafi (za świętej pamięci profesorem Gruchałą powtarzam - zbereźności rodzą się w uchu słuchacza!).

W Irlandii mieszkam w małym miasteczku, moimi przyjaciółmi są głównie Irlandczycy, z nielicznymi wyjątkami polskimi.  Brakuje mi możliwości 'pogadania' z przyjaciółmi, mam nadzieję, że ten blog nie pozwoli im o mnie zapomnieć. Może nie tylko oni będą tu zaglądać?

To tyle. Zapraszam!

21:05, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (2) »
1 ... 21 , 22
 
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!