Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
niedziela, 31 października 2010

Zniknęłam na dobrych kilka dni, pewnie już o mnie zapomnieliście.

A tak na poważnie, to miałam pilne tłumaczenie dokumentów medycznych, głównie wypisów ze szpitala i opinii lekarskich, które wiadomo - pisane przez jednych lekarzy dla drugich, gdzie pełno terminologii niezrozumiałej nawet po polsku.  Zgodziłam się przez telefon, kiedy zadzwonili do mnie z biura zajmującego się obslugą wszelkich sektorów medycznych, w tym tłumaczeń dla nich. Najpierw zrozumiałam, że to z angielskiego na polski, to byłoby łatwiejsze, wiadomo. Po otrzymaniu dokumentów pocztą okazało się, że to na odwrót, spociłam się z nerwów, kiedy przeczytałam treść; oni skontaktowali się ze mną w poniedziałek, wysłali i dostałam w czwartek, a chcieli na poniedziałek rano. Miałam chwile paniki, rozpaczy, złości, bezradności, ale brnęłam na przód i dzisiaj wieczorem skończyłam.  Dobrze, ze nie zostawiam niczego na ostatnią chwilę, bo bym się miała z pyszna, zarywałabym noce chyba.  Sami rozumiecie, że na pisanie na blogach nie miałam w ogóle czasu.

Taka święta nie jestem, zdołałam zmieścić w grafiku wyjazd do Annagry na film kubański.  Wiele sobie po tym wieczorze obiecywałam, chociaż przez skórę czułam, że to może być wtopa, bo miała przyjechać Ambasador Kuby w Irlandii. Pomyślałam, że to pewnie jakiś poprawny politycznie film, skoro ona będzie. A to oznacza, że propaganda będzie się unosić w powietrzu jak smród zgniłych jaj. Z drugiej strony mógł być to przecież jakiś piękny film o zyciu i miłości (a rano zrobimy jajecznicę). Niestety moje pierwotne przypuszczenia były słuszne. Dostaliśmy solidną dawkę, prawie zabójczą, gdyby nie dobre humory i dystans do sprawy, rewolucyjnej agitacji, o tym jak dzielni żołnierze Fidela Castro pojechali do Angoli i walczyli z oddziałami wspieranymi przez Amerykanów. Film nosił tytuł "Kangamba"

Sposób grania, może to w tamtej kulturze normalne, jakiś sztuczny i groteskowy, aktorzy maszerowali po pokojach, mówili do siebie jak na zebraniu kolektywu, recytowali właściwie, a jak się jeden żołnierz rzucił na szyję jednej takiej tubylczyni (tubylce?), to jej mało ust nie wyssał na amen. Do wszystkiego byla jakaś niedorzeczna muzyka, zupełnie nie pasująca do treści, a te wiadomo - jedynie słuszne. Już myślałam, że nie ma tak mocno zindoktrynizowanych miejsc na Ziemi. W ogóle to miałam wrażenie, że to strasznie stary film, z przełomu lat 60 i 70tych, a tu pani Ambasador wstaje i mówi, że to produkcja sprzed dwóch lat. Włosy mi dęba stanęly. Tym bardziej, że ludzie nie zdawali sobie sprawy, co oglądają. Przejęli się losem biednych żołnierzy, ale podłoża historycznego nie znali, Ambasadorka mówiła, co musiała mówić, a na drugą stronę medalu została spuszczona zasłona milczenia. O Fidelu Castro, o komunizmie na Kubie, mało kto tutaj wie. Wytłumaczyć nawet trudno, chociaż nie powiem, było kilka osób świetnie zorientowanych.

Potem była pogadanka tej kobiety, jak to dzielni żołnierze itp, poczęstunek (przed filmem zapiekanka, po filmie sery, krakersy, scones) i muzyka. Totalny misz masz, bo jedzenie irlandzkie, film kubański, a muzyka rodem z Afryki, z elementami irlandzkimi (dwóch gitarzystów) i azjatyckimi (klawiszowiec skośnooki, ale nie pytajcie mnie z jakiego kraju, bo ja nie odróżniam ludzi z Japonii od tych z Chin, Korei i Wietnamu itp).

Wieczór i tak byl udany, spotkałam trochę znajomych, byłam tam z córką i blogową Lottą, pojadłam, powygłupiałam się przy śpiewaniu durnych piosenek afrykańskich (a rikitikitiki, a fanafanana, ełe-ełe-ełe... tak nam kazał śpiewać wokalista), a wokół pląsały kobietki, te z gatunku, co tańczą do wszystko jedno jakiej muzyki, zawsze pierwsze na parkiecie. Strasznie mnie to zawsze bawi.

Dzisiaj znowu ślęczałam nad tłumaczeniem, ale jestem zadowolona, bo udało mi się je skończyć. Mam nadzieje, że lekarze, którzy będą to czytać, nie pękną ze śmiechu.

sobota, 23 października 2010

Te testy to był mój pomysł. Taka byłam z siebie dumna, że mądra, zapobiegliwa, biorę sprawy w swoje ręce i takie tam bzdury.  A jak tylko przyszedł list z datą wizyty w klinice badań piersi, zaczęłam świrować z niepokoju – a co jeśli coś znajdą?  Może lepiej schować głowę za kotarę, jak robią to dzieci, i udawać, że piersi nie mam wcale.

O umówionej godzinie weszłam do szpitala.  Pani w recepcji spytała mnie o dane, potwierdzenie adresu i tak dalej, zwyczajowa procedura, a potem skierowała do przebieralni.  Rozejrzałam się po piętrze, gdzie mieści się Breast Care Clinic, zdziwiona skonstatowałam, że wszędzie widzę kolor różowy, wszystkie panie siedzą ubrane w takie pelerynki, jak u fryzjera. Rozmawiają, czytają, zaśmiewają się czegoś, też jak u fryzjera.  Jakby ten kolor wpływał na punkt widzenia sprawy. Żadna z kobiet, nawet te całkiem łyse, nie były smutne.  To był pierwszy szok.

Zostałam skierowana do przebieralni, poproszono mnie o całkowite rozebranie się do pasa, schowanie swoich rzeczy, włącznie z torebką, do szafki i wyjście do poczekalni.  Po chwili dołączyłam do grona Różowych.  Całkiem przypadkiem, bo przecież nie wiedziałam, że ten kolor będzie dominujący, miałam ze sobą książkę Magdy Witkiewicz ‘Milaczek’ (wybraną specjalnie na tę okazję, bo jest wesoła i nie dodaje zmartwień do i tak stresującego procesu), która była też różowa i to dokładnie w takim odcieniu, jak te wdzianka w stylu motyla.

Najpierw musiałam się widzieć z lekarzem, pierwsza rozmowa, ankieta, musiałam wymienić wszystkie kobiety w rodzinie dwa pokolenia wstecz i różne odgałęzienia, włącznie z moimi dziećmi. Potem badanie palpacyjne i chociaż nic nie zaniepokoiło lekarza, skierował mnie do drugiej części kliniki na mammografię.  Tam czekałam tylko chwilę, a i tak pielęgniarka co chwilę przychodziła do mnie i kilku innych pań, pytała, czy wszystko w porządku, uspokajała, że to bezbolesna procedura i uśmiechem dodawała odwagi, bo nam zaczęły miny rzednąć. Nie tylko pielęgniarki tak się nad nami trzęsły, lekarze też cały czas przemawiali do nas jak do dzieci, uspokajającym tonem, z szerokim uśmiechem, a główny konsultant to już w ogóle przechodził sam siebie, ogrzewał ręce przed badaniem, a głos modulował „na księdza”.  Już sama nie wiem, co wolę - polską obcesowość, czy te ich mówienie na przydechu, jak do ‘potencjalnie’ ciężko chorych?

Naczytałam się, że mammografia jest może i ‘bezkrwawa’, ale za to jednak boli, chociaż próbują wciskać kity, że nie.  Cała byłam oczekiwaniem na ten ból, nastawiałam się, że będę dzielna jak Wanda Wasilewska i łez moich nie zobaczą, po moim trupie, tfu, tfu.  Kazali mi zdjąć różowe skrzydła motyla, już któryś raz, zdejmij, załóż, przejdź dalej, zdejmij, załóż …. moja misternie układana fryzura poooooszła.  Podeszłam do maszyny, pielęgniarka z boskim uśmiechem przeprowadziła mnie przez badanie, omawiając, co będzie zaraz robić.  Potem ułożyła lewą pierś na talerzu i drugim (były na półce nakładki przyciskające różnych rozmiarów, dla każdego według potrzeb), zjechała na nią rozpłaszczając na papier, no może na karton.  Przyjemne to nie było, ale nie bolesne, niepotrzebnie panikowałam.  Tylko musiałam się pilnować, żeby na moją pierś nie patrzeć, bo wyglądała jak rozjechana przez TIR-a, bałam się, że nie wróci do poprzedniego kształtu.

Po wszystkim znowu założyłam pelerynę i pofrunęłam do poczekalni, gdzie mnie przekierowano (ha, komputer zmienia na przekserowano, może i tak?) znowu do lekarza i tu niespodzianka, zdjęcia będą opisane jeszcze tego samego dnia, a lekarz je ze mną omówi.  Chociaż w tej klinice roiło się od ludzi jak na lotnisku, pielęgniarki kierowały ruchem jak stewardesy, jedne pacjentki się przebierały do badań, inne do wyjścia, jeszcze inne czekały do lekarzy, wszystko było pod kontrolą, płynęło gładko jak walc wiedeński Maseraka.

Bardzo mi ulżyło, kiedy dowiedziałam się, że nie ma niepokojących zmian.  Lekarz uradowanym głosem mi to oznajmił, co najmniej jakby to o jego piersi chodziło. Pożegnał się do ‘za 10 lat’ i tyle mnie tam chcieli.  Zabrali mi różowe skrzydła motyla i z uciechą pomachali na do widzenia, a raczej ‘żegnaj’, bo tam nikt nie chce widzieć swoich pacjentek znowu, chyba, że tak los postanowi.

Nie miałam powodu, żeby pchać się na te badania, po prostu sobie ubzdurałam, że powinnam, bo tyle moich znajomych zachorowało na raka piersi.  Wprawdzie na cytologię mnie listem poprosili, ale piersi, to inna rzecz, tych nie bada się profilaktycznie przed ukończeniem 50 lat.  Musiałam ponarzekać, że mnie strasznie bolą.  Ale jak się już tym GP zajął, od listu referencyjnego, do umówionego spotkania minęło niewiele ponad tydzień.  Błyskawicznie, biorąc pod uwagę czas oczekiwania na wizytę u specjalisty w tym kraju. Warto, wszystkie Was namawiam, i na mammografię, USG chociaż, i na cytologię. Gdyby coś znaleźli w pierwszym badaniu, zrobiliby jeszcze scan, jakby było trzeba, tego samego dnia tez biopsję cienkoigłową.  Wiadomo, w takich sytuacjach liczy się czas.  Przed rakiem nie da się schować, kiedy już nas dopadnie, ale można z nim walczyć, wielu wygrywa.

czwartek, 21 października 2010

Zniknęłam na chwilę. Strasznie ten tydzień byl stresujący. Trzy pierwsze dni spędziłam w szpitalu, z czego pierwszy w swojej sprawie, na tych badaniach piersi. Opiszę wkrótce, dzisiaj nie mam czasu, a to trzeba z sercem, dokładnie, żeby dziewczyny wiedziały, co je czeka, gdyby chciały sobie coś takiego zafundować.

Wciąż w biegu, zaglądam do was na blogi, ale nie miałam siły pisać notek. Kiedy już mam czas do was zajrzec, noc na niebie. Do tego ten irlandzki, co się go uczę. Trudny jak cholera. Wczoraj miałam kolejną lekcję, a poprzednie dni, w każdej wolnej chwili, powtarzałam słowka.
Tym razem nauczycielka dołożyła nam zwroty całe, typu lubię czytać książki i chodzić do teatru - a brzmi to tak (zapis fonetyczny) - Is mojlam eg lieł agus gol go dżi an ołerklan. A mieszkam w Dungloe idzie tak - Ta me mohoni An Clochan Liath (th nieme). Na powitanie mówimy tak - ona do nas - Dżija dicz, odpowiedź - Dżija es more dicz.
Telefiś to jest telewizja, haha

Czy już mnie ktoś podziwia, jakiego ja to się płamanego języka uczę? Pożałujcie mnie trochę :-)

Żartuję, przecież nikt mnie nie zmusza. Ja to sobie zawsze jakieś dziwne rzeczy wynajdę do roboty.
A kiedy zapominam, co mnie tak w tej kulturze urzeka, to sobie puszczam to (refren po irlandzku)

Ta muzyka ma w sobie coś pierwotnego, coś z tańca na łące w pełnię księżyca, czuć powiew wiatru znad Atlantyku, kiedy stanąć na klifie, śpiewy wróżek i uderzenia serca.

A taniec? Do tej pory pamiętam ten występ w 94 roku na Eurowizji. Zachwycił się nimi cały świat i chociaż są juz tak znani i koncertują od lat, nadal ludzie płaczą na ich występach, ze wzruszenia, emocji, nadal wstają po finale i oklaskom nie ma końca.

 

A tak w ogóle to zbliża się pełnia, a może już jest? Tradycyjnie nosi mnie po ścianach.

Tagi: Irlandia
17:33, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (22) »
niedziela, 17 października 2010

Dzisiaj w bibliotece. Jedziemy tutaj godzinę, dużo czasu na rozmowy. Córka z nami w tym tygodniu, opowiedziała co się dzieje w Dublinie ze sklepami z dopalaczami.  Ona nie ogląda polskiej TV, nie wie, co u nas się dzieje w tym względzie teraz, tak się jakoś zgadało o różnych zjawiskiach i o stolicy Irlandii, w której teraz mieszka.  Ona mówi, że oni też sobie nie mogą legislacyjnie poradzić z problemem, ale ludzie, nie wiemy, kto, ale przeciwnicy w każdym razie, nie chcą tych sklepów, nie chcą, żeby dzieci kupowały tam towar (a niestety jest bardzo popularny), wkurzeni na bezwolność rządu irlandzkiego, wzięłi sprawy w swoje ręce i co jakiś czas nękają właścicieli tych sklepów ... podpaleniami.  Nie tak, żeby cały budynek spłonął, ale wystarczająco, żeby sklep jeden z drugim, był zamknięty na jakiś czas lub przeniesiony. To musi być jakaś szeroko zakrojona akcja, bo nie dotyczy jednego, ale wielu i tych przenoszonych też, ergo wciaz trudno je znalezc, bo albo zamkniete, albo pod innym adresem. Sprytne.

Zrobilam spis książek, właśnie skończyłyśmy (córka pomagała kilka razy). JUż wiem, ile ich jest - 780. Jak na działanie społeczne, na żebranie i kupowanie za każdy grosik, zaskakująco dużo. Duża częśc to klasyka z przejętej biblioteki w Polsce, to jeszcze działanie mojej poprzedniczki Ewy, która to wszystko zaczęła. Potem musiała wyjechać i zostałam się sama. Mamy tyle fajnych pozycji, i dla dzieciaczków, i dla dorosłych, aż mi serce rośnie.

piątek, 15 października 2010

Dzisiaj Dzień Dziecka Nienarodzonego

Dowiedziałam się o tym dniu kilka lat temu i mi ulżyło. Może to wyda się niektórym śmieszne, ale urodzin takiego dziecka obchodzić nie sposobna, daty śmierci - tego bym nie zniosła i tak trudno mi było podnieść się po stracie, a taki dzień jak znalazł.

Mój syn miałby teraz 22 lata. Miałby, gdyby na początku ósmego miesiąca nie urodził się martwy. Chcę wierzyc, że dobry Bóg wiedział co robi. W zamian, za moją cierpliwość, nieustępliwość w dążeniu do urodzenia zdrowych dzieci potem, za pokorne pogodzenie sie z tym, czego zmienić nie mogłam, na co nie miałam wpływu, dał mi fajnego, mądrego jeszcze-nie-zięcia, który jest tylko o 2 lata starszy od syna w Chmurladnii. I tak, wraz z nim w naszym życiu, mogę mieć chociaż namiastkę tego, gdyby było nas w domu pięcioro, a nie czworo.

Miłego święta synku.

czwartek, 14 października 2010

Wkurza mnie, że jestem taka duża. Czas ponowić próbę odchudzenia. Kilka razy mi się udało, ale niestety zawsze, niepostrzeżenie, wracałam do punktu wyjścia. Wiem, wiem, znam te efekty i inne numery Bruner. Ale znam, nie znaczy, umiem temu zaradzić.  Odchudzić się chcę dla zdrowia, nie mam problemów z akceptacją, z partnerem itp. Swoimi oczami widzę się chutszą niż jestem, w tym też pewnie leży sedno.

Ponieważ mam problem z zakazami dietetecznymi, nawet żebym nigdy nie jadła konkretnej rzeczy, jak tylko jest ona 'wielkim NIE', śni mi się po nocach, chce mi się jej natychmiast i dostaję na jej punkcie obsesji. Nic na to nie poradzę. Postanowiłam tym razem nie odmawiać sobie niczego, poza oczywistymi rzeczami jak tłustości wszelkie, słodkości, czyli torty i ciasta precz, boczek i kiełbachy też (tego akurat i tak nie jem), za to zaatakować sprawę od strony ilości. Drastycznie zmiejszyć porcje. Do tego przyda  mi się talerzyk odchudzajacy. Tak sobie go nazwałam. Przyleciał do mnie wraz z innymi naczyniami od Blueberry, mojej dziennkowej koleżanki, która jest sprawna jak komandos i ma piękną figurę. Pomyślałam, że może przyniesie mi szczęście. Blue sprezentowała mi kilka talerzy i miseczek, bo podczas wizyty w Polsce strasznie się nimi u niej zachwycałam. Leciały do mnie z przygodami, część się niestety stłukła lub wyszczerbiła, tak to już jest, jak coś leci przez całą Europę. A ten ocalał. Pięknisty jest i ma wielką zaletę w czasie mojej diety - jest niewielki.

Jem na nim obiady i inne posiłki. Co się nie zmieści, nie jest zjadane. Oczywiście nie pakuję na niego piętrowo, jak ludzie sałatki w Pizza Hut. Jednowarstowo układam. Czyli odrobina ziemniaków, surówki najwięcej i kawałek mięsa. Jem częściej, a mniej. Hmm, zobaczymy, co z tego wyniknie.

Kilka tygodni temu uparłam się, że lekarz powinien nas, mnie i męża, skierować na badania profilaktyczne jelita grubego, męża prostaty, moich piersi. Cytologię już zrobiłam. Mój GP lekarz rodzinny zdziwił się, co mnie tak nagle z tym jelitem grubym napadło, ale przyznał, ze faktycznie często rak wykryty jest za późno i umierają ludzie niepotrzebnie. Na kolonoskopię czeka się tu długo, poza tym pchanie rury w tyłek na właśne życenie średnio mi się podoba, pytam go więc, czy nie ma jakichś pośrednich badań, zanim skierowanie na kolonoskopię, na krew utajona słyszałam, że się robi, potwierdził (no dzięki, pacjencie lecz się sam) i napisał skierowanie na badanie. Tylko, że do tego trzeba było narobic w taką maleńką buteleczkę. Czyż oni się uwzięli na biednych ludzi? Dadzą taką plastikową rurkę i nasraj tam. Nasikać się nawet nie da, o czym się nie raz przekonałam. Najgorzej, ze u nas muszle klozetowe tak są zbudowane, że jak w toalecie siedzisz, czytasz sobie spokojnie gazetkę i PLUM, to leci gdzieś głęboko w wodę, nie ma tej takiej półeczki, co byla w komunistycznych kiblach. Tydzień nie spałam, tylko przemyśliwałam, jak ja w tę butelkę ten tego. Małżon zgrywał takiego, co się nie martwi i jakoś to będzie, ale też go to gryzło, przynał się później. Normalnie traumy sralniczej można się nabawić. Oszczędzę wam opisów, co ja dzisiaj w łazience wyprawiałam i jak w tę butelkę materiału badawczego napchałam. Powiem tylko - masakra.

W poniedziałek mam wizytę w klinice badania piersi. Nakłamałam, ze mnie bolą, inaczej czekałabym miesiącami.
Sama nie wiem, co mnie z tą profilaktyką napadło, ale ja już tak mam, jak sobie coś do łaba wbiję, to muszę, żeby skały srały, nomen omen.

A wieczorem następne przeżycie - pierwsza lekcja języka irlandzkiego (gaelickiego). Jessssu, ten język z twarzy jest podobny całkiem do niczego. Jedyny wyraz, jaki znam to Lúnasa (sierpień) i to tylko dlatego, ze podobny do tytułu sztuki Briana Friela (mojej ulubionej) Dancing At Lughnasa. Reszta to taki zbitek dziwnych dźwięków, trochę podobny do języków skandynawskich, że aż się zasępiłam, jak ja to urgryzę. Ale się zaparłam i mam nadzieję choć trochę go liznąć.

niedziela, 10 października 2010

Taka piękna data, do tego nasza dwudziesta trzecia rocznica ślubu. Od rana świętujemy. Na śniadanie koktail z krewetek 'na łóżku' z sałaty. Potem wyjazd do polskiej szkoły i moje posiedzenie w bibliotece. Zakupy w polskich sklepach, tudzież równie romantycznym Homebase, gdzie mąz zakupował seksowne żarówki, kable itp. Przed wjazdem do domu jeszcze Lidl, bo córka nadała z Dublina, że kaczki francuskie w zamrażalnikach tam leżą. Mamy więc teraz niezapomnianą, rocznicową kaczkę roztapiającą się na blacie w kuchni.

Po obiedzie, spacer nad morzem. Podoga dzisiaj jak drug. Wojtek znalazł kawałek filiżanki, moze imbryka? Zaraz ruszyła mi wyobraźnia, że to ze statku, który w dziewiętnastym wieku przewoził towary na handel, a na pokładzie rezydowało gościnnie kilka pań i to one popijały herbatę z rzeczonego. Rozmarzylam się.

Teraz mąż uprawia kuchenną twórczość impresjonistyczną, coś tam robi z owoców, jakiś mus, sałatkę z musem i lodami? Nie wiem, bo mnie tam nie wpuszcza.

Od córki i syna dostaliśmy piękna kartkę, oczywiście się popłakałam ze wzruszenia, bo ona tak pięknie potrafi pisać o nas, jako rodzinie i rodzicach i o uczuciach. Do tego magnes na lodówkę z buzią dziewczynki, która jest podobna do 'małej Misi' i ksiażka kucharska ze świetnymi przepisami. Co bym jeszcze większa była, aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa. Mam się odchudzać!!!

Ktoś mógłby pomyśleć,że co to za świętowanie, same nudy, ani kolacji w super restauracji (gdyby tutaj była Yamamori, to pewnie byśmy poszli na sushi, ale tradycyjne steki i indyki to mi się nie chciało), biżuterii (chociaż to nieprawda, bo ta kupiona na urodziny była tak droga, że zaliczyłam ją od razu na poczet prezentu rocznicowego), ani spektakularnej podróży... Kochani, dla mnie najwspanielszym prezentem jest to, że jesteśmy razem, wciąż w sobie zakochani, że jest w domu spokój, mąż teraz na kanapie czyta książkę, w nogach pies gryzie kość, córka nadaje przez telefon, co u nich, a syn na górze zaśmiewa się z kolegami, grając w jakąś grę online. Nic lepszego nie mogłabym sobie wyobrazić. No dobra, może rejs statkiem w jakieś ciekawe rejony świata, ale to jeszcze nie teraz, poczekam aż dzieci się wykształcą, znajdą dobrą pracę i mi zafundują, hihi.

Tyle już lat po ślubie. Młoda byłam, kiedy wychodziłam za mąż, ale stara duchem. Właściwie bardziej byłam mloda po ożenku, niż przed, bo przed musiałam sama o siebie dbać, być poważną młodą osobą, żande tam szaleństwa, tańce, badziańce.

Kiedyś moja mama powiedziała, że ja mialam urodzić się mężczyzą.  Potem małżon mnie spytał - co by było, gdyby faktycznie się tak stało? Nie bylibysmy razem? Eeee, nie, po prostu bylibyśmy gejami :-)

Małżon jest prawdziwym mężczyzną - potrafi o mnie zadbać, sprawić niespodziankę, naprawić pralkę, przesadzic/zasadzić kwiaty/warzywa (specjalnie dla mnie bób, kalarepę, buraki, koper), trzasnąć pięścią w stól, kiedy trzeba, przytulić, kiedy pocieszenia potrzebuję. Dzieciom ojcuje idealnie. Mam tylko nadzieję, że jestem dla niego prawdziwą kobietą i też mam chociaż trochę żoninych zalet.

Tagi: rocznica
20:51, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (32) »
piątek, 08 października 2010

Podróże, wyjazdy, zwiedzanie - wszystko, co dobre, niestety szybko się kończy. Człowiek wraca do domu i zastaje go szara, a czasami nawet okrutna rzeczywistość. Nie ma lepszego sposobu na powrót na właściwe, to znaczy codzienne tory, jak powrót do domowych obowiązków.  Pierwsze, co postanowiłam zrobić, to dopieścić rodzinę jakimiś kulinarnymi dziełami, tudzież wypiekami. W pierwszym odruchu chciałam ruszyć do komputera i wyszukać coś w Internecie, coś nowego, zaskakującego, świeże spojrzenie na tego samego kotleta (kurczę, chyba się za dużo naoglądałam Kuchni TV). Usiadłam sobie z kawką na chwilę zadumy, bo prawda, nie bójmy się tego słowa – naga prawda jest taka, że gotować lubię, ale wymyślać menu na tydzień, czy chociażby tylko na następny dzień, to istna mordęga. Znacie to? No właśnie, więc czujecie mój ból.                                                                                                                                                          Kiedy wyszłam za mąż, nie umiałam gotować ni w ząb. Zaczęłam od naleśników, przeszłam do racuchów drożdżowych, pierwszą zupę warzywną gotowałam z książką kucharską w ręku przez 4,5 godziny bez przerwy stojąc przy kuchence, a następnie zdecydowałam się na barszcz czerwony z krokietami,  bo jak każdy nowicjusz, rzucałam się w meandry kulinarne bez zahamowań, bez strachu, bo nie wiedziałam, jakie tam czyhają zasadzki. Czy wy macie takie same wrażenie, że książki kucharskie pisane są dla ludzi, którzy potrafią bardzo dobrze gotować? Ja głupia myślałam, że Ci, którzy już coś umieją, nie korzystają z takich pomocy, że to jest dla takich jak wtedy ja, początkujących. Na wstępie zostałam zarzucona terminami typu szumowanie, zaciąganie, zasmażka, redukcja, duszenie, blanszowanie i tym podobne, teraz dla mnie oczywiste, ale wtedy zastanawiałam się, a były to czasy, kiedy o Internecie jeszcze nikt nie słyszał, a w telewizji były tylko dwa kanały (wypraszam sobie, to wcale nie znaczy, że jestem taka stara, jest tylko dowodem rewolucyjnych zmian w krótkim czasie), gdzie można znaleźć tłumacza do tych książek? Babci ani mamy pod ręką nie było, telefonów komórkowych też nie, trzeba było sobie jakoś radzić, a najczęściej odbywało się to na zasadzie nauki na własnych błędach. Wspomniany barszcz czerwony gotowałam pół dnia, dumna byłam, że jako tako mi idzie, cieszyłam się, że mój mąż, świetny skąd inąd kucharz, będzie ze mnie dumny, pozostało dosypać tylko trochę majeranku. Sięgnęłam po torbę z Herbapolu, w której było go chyba z pół kilograma, i jak jakiś głupek, żeby nie nasypać na podłogę, zaczęłam ją otwierać nad garnkiem z zupą. Torba była nieźle zabezpieczona przed zawilgoceniem ziół, miała w środku folię czy coś w tym rodzaju, trudno mi było ją rozerwać, a kiedy już mi się udało, przerażona stwierdziłam, że pół jej zawartości wylądowało w garnku z barszczem; w taki oto sposób jednym ruchem durnej ręki, a raczej durnej właścicielki ręki, miałam zupę majerankową o kolorze czerwonym. Mąż przybył, zjadł krokiety, zachwycił się, bo w tamtych czasach miłość czyniła go ślepym na wszystko, kolorem i klarownością (kolejne „trudne” słowo kulinarne) rzeczonego barszczu-nie-barszczu i cała zawartość garnka popłynęła do zakładu oczyszczania ścieków.

Minęło dużo czasu od tamtych wydarzeń, teraz kiedy chcę coś ugotować najczęściej sięgam do zapisanych własnoręcznie, na szlaku tropienia wyśmienitości kulinarnych, zeszytów z przepisami. Tam przez wszystkie te lata zapisywałam stare rodzinne receptury, wyszarpane lub wyłudzone podstępem, przekupstwem, walką wręcz, jakkolwiek, sami sobie dopowiedzcie, od swoich i nie swoich ciotek, babć, matek, koleżanek, kucharzy, kucharek i wizjonerów tej sztuki. Jest to kilka zeszytów skarbnicy wskazówek, jak ugotować czy upiec coś fajnego. Nigdy nie przypisuje sobie ich autorstwa, zawsze wraz z nazwami, figurują też nazwiska czy imiona osób, które mi zdradziły swoje sekrety. Są tam też przepisy autorskie, zazdrośnie przeze mnie strzeżone, w myśl starej zasady z piaskownicy - co twoje to moje, a co moje, to nie rusz.                                                                                                                       Otworzyłam niedawno tę skarbnicę pomysłów i bardzo się wzruszyłam. Bo wraz z receptami na udany obiad wróciły wspomnienia, dokładnie pamiętam dzień, czas, aurę, atmosferę, osobę wreszcie, które złożyły się na akt dokonania każdego z tych wpisów. Kiedy przewracam kartki tych zeszytów, czuję zapach wanilii pomieszany z zapachem ziół. Bywa, że owiewa mnie letni powiew z nutą truskawek i botwiny, kilka stron dalej pachnie babim latem - leczo i sałatki robione w słoiki – warzywa, warzywa i jeszcze raz warzywa śmieją się w każdym kącie kuchni, a zaraz potem mrozi mnie tchnienie zimowego powietrza, zakwasu bożonarodzeniowego,  ciężkich zimowych potraw takich jak grochówka czy kapuśniak. Sięgam po te wskazówki, a przed oczami stają mi osoby – tort babci Doroty, którą musiałam najpierw upić podczas urodzin jej wnuczek, a moich chrześnic, przemówić do serca, że jak ja chrzestna to całkiem jak rodzina, więc może mi spokojnie zdradzić sekret wyśmienitego tortu z bitą śmietaną; barszcz czerwony Honoraty (podałam ten przepis w zeszłe święta Bożego Narodzenia), świetnej kucharki starej daty; parówki Bożenkowe, ulubione danie moich dzieci, proste, a jednocześnie super smakowite; pączki pani Warszawskiej, kochanej kobiety, mamy mojej przyjaciółki, z którą niejedną herbatkę wypiłyśmy w jej kuchni i niejeden swój sekret kulinarny mi zdradziła ; krupnik Audrey, który przywrócił mnie do żywych pewnego dnia; sałatka szwedzka Hani, wklejona kartka zapisana jej ręką, wyśmienita, zawsze, kiedy otwieram słoik myślę o niej; szarlotka Asi, nigdy mnie nie zawiodła, już tylu Irlandczyków nią uwiodłam. Ci wszyscy ludzie i jeszcze więcej, są ze mną cały czas, zaklęci wraz z ich przepisami w tych zeszytach. Za każdym razem, kiedy kosztuję „ich” potraw, czuję ich obecność, zawsze wtedy wzdycham - jak dobrze mieć was tutaj!

 

Tagi: gotowanie
01:07, kasia.eire
Link Komentarze (21) »
środa, 06 października 2010

Trzy dni, a właściwie dwa i pół, spędzone w Dublinie na chodzeniu na luzie, bez obowiązków, a to kino, a to japońszczyzna, kawa pita w piękną pogodę przy stoliku na tarasie, z gazetką w ręku, spotkanie z dziećmi, teatr oczywiście (o tym piszę tu), October fest na Grant Canal....

A teraz muszę wrócić do rzeczywistosci. Znowu do pracy, znowu obiady, sprzątanie, a to wysłać korespondencję, to zadzwonić do lekarza, dentysta syna w piątek, nie  zapomnij...

Wiem, że nie ma co się skarżyć, to nie jest koniec świata, nie można mieć święta caly czas, bo byłaby to nużąca rzeczywistość, ale tak mi brak takiego oddechu częściej. Raz czy dwa w roku to przecież nie jest rozpasanie.

Idzie zima. Mam duża fajnego czytania (jakbym kiedykolwiek nie miała :-), torf do kominka złożony za domem, nowy piec działa super, nawet się cieszę na wyciszenie jesienno-zimowe.

Trochę się zaczynam izolować od ludzi, nie od wszystkich oczywiście, ale dobór staranny przeprowadzam. Bo mnie różne piekiełka towarzyskie brzydzą i męczą.

A w ogóle to nie mam energii. Czuję się jak przekłuty balon. Nie mam złego humoru, nie jest mi smutno, tylko nie chce mi się z łóżka wstawać, o ósmej dzwoni budzik, a już o ósmej piętnaście marzę o momencie, kiedy będe mogła znowu się położyć. Jestem okropnie zmęczona. Wkurza mnie to, to zupełnie jak nie ja. Jakiś magnez powinnam brać, czy co?

sobota, 02 października 2010

Wczoraj wyladowalam w Dublinie, ledwo dojechalam z lotniska do corki mieszkania, a juz musialysmy wychodzic do miasta, bo stolik w Yamamori byl na 7. Corka wszedzie chodzi piechota i kiedy mi tlumaczy, czy to daleko, czy nie, zawsze, ale to zawsze mowi, ze jakies 10 minut piechota. A ze to prawie godzina, to juz szczegol. Zreszta moze dla niej 10 minut, dla mnie dluzej, bo mnie ostatnio cos nogi reumatycznie bola. Doszlysmy na czas. Ja przez cale popoludnie tlumaczylam sobie, ze juz mnie zoladek nie boli, nie ma to jak skuteczna afirmacja. A ze nie jadlam przez dwa dni i nawet wczoraj bylam na sucharach i kislu, nie wiem, czy dzieci zrobily dobry interes zapraszajac mnie na kolacje, bo bylam glodna jak wilk. Tym razem postanowilam dac sobie czas na wybranie odpowiedniego dania, sluchalam porad Michaliny, zrezygnowalam z pierwotnego planu zamowienia sushi lub norimaki, a na main course czegos z kurczaka. W zamian wzielam sobie gyoza z porkiem i warzywami (takie smazone japonskie pierozki z biala rzepa w wiorkach), bo na zoladek po przejsciach surowizna mogla byc za duzym obciazeniem, a na glowne danie grillowane steki z tunczyka polane sosem teriaki na podlozu z warzyw z woka, z gotownym ryzem i salatka. Najpierw myslalam, ze salata z vinegarem do warzyw z woka, czyli takiego stir fry to niedobry pomysl, ale okazalo sie ze swietnie lamala ona smak slodkiego teriaki, a ryz dal kubkom smakowym odpoczac od tego slodko-kwasniego duetu, tak wiec wszystko razem okazalo sie daniem FANTASTYCZNYM. Udalo sie nie dac ciala z zamawianiem. Steki z tuny sa moim ulubionym jedzonkiem, bede je tak robila od tej pory. Mam w domu kilka butelek sosu teriaki, bedzie jak znalazl. Do tego wszystkiego pilismy sliwkowe wino, pycha.

Potem przeszlismy piechotka (nogi mi juz w dupe wchodzily) nad rzeke, gdzie odbywal sie October Fest. Byla piekna pogoda, stoly na zewnatrz, jakis koncert. Serwowali kielbasy z grila, niemieckie przysmaki - precle, paczki, jakies wafle, placki ziemniaczane, frytki z czyms tam. Nie jedlismy, bo bylismy obzarci, ale piwko, dlaczego nie?

A dzisiaj od raniutka na nogach. Pognalam na 10.50 do kina na Eat, Pray, Love (zaraz napisze o tym na blogu Notatki Coolturalne). Ale przedtem jeszcze obowiazkowa wizyta w Chapters, grzeczna bylam, kupilam tylko 4 ksiazki, z tego 1 dla Marka ('Poland' Michenera - nasza historia napisana przez Amerykanina jak powiesc, od czasu przed chrztem Polski do Solidarnosci i sierpnia) O drugiej bylam umowiona z Misia na lunch w Munchies, gdzie pracowala w lecie, a dzisiaj wlasnie obok miala konferencje grafikow, wiec spotkalysmy sie tylko na male co nie co, zobaczymy sie dopiero wieczorem na przedstawieniu Teatru Rozmaitosci  T.E.O.R.E.M.A.T.

piątek, 01 października 2010

Wczoraj byłam w Belfaście. Pojechałam tam ze znajomą po dywan, to znaczy ja po dywan, a ona do kliniki leczącej bezpłodność. Siedziałam w poczekalni aż ona zaliczy wszystkie skany i testy krwi, czytałam książkę, ale co chwilę ją odkładałam i modły dziękczynne wnosiłam za to, że mam dzieci i nie musiałam przechodzić przez to, co ona teraz. Stara się już od ośmiu lat, hoduje jajeczka, a one albo się nie zagnieżdżają, albo roni, albo nie może ich w ogóle wyhodować. Przygowała papiery na adopcję, ale chce ostatni raz spróbować urodzić swoje. W sumie nawet nie wiem, czy nie zrobi i jednego, i drugiego.

Potem pojechałyśmy do IKEI po kartony dla innej koleżanki, zresztą ciężarnej, to nie mogłam nie jechać, jak prosiła, bo by mnie myszy zjadły, hihi. A jeszcze potem fruuu, po dywan dla mnie. Ta znajoma wynalazła świetną hurtownię z dywanami i powiedziała, że jeżeli coś mi się spodoba, to weźmie go na firmę, bedzie taniej, bo bez VAT. W normalnym sklepie nie mogłam nic znaleźć, co by mi się podobało i było jednocześnie na moją kieszeń, bo najtańszy to był wydatek rzędu 250 euro, a takie, co mi dech zapierało to 370/470 euro. O dziale, w którym każdy z dywanów taki piękny, że klękajcie narody, nawet nie mówię, bo tam już w tysiące ceny idą.

W tej hurtowni było wiele, które mi się podobały, a jeden szczególnie, na żywo wygląda lepiej niż na zdjęciach, ale niech będzie, zamieszczę jedno

Jest mięsisty i wygląda jak stary perski. Jest tak zrobiony, jakby był lekko wyblakły. Jak widzicie mam podłogę pokrytą płytkami, bo tu taka moda. Tak już kupiłam dom z tą podłogą i mnie nie bylo stać, zeby ją od razu zmienić. Musze przez jakiś czas z nią życ.

Szkoda tylko, że dopadł mnie tak zwany "bug" czyli grypa żołądkowa, całą noc haftowałam dalej niż widziałam. Od teraz dywan zawsze będzie mi się z tym kojarzył. Musiałam niestety iść rano do pracy, napisałam tylko, że później przyjdę. Okazalo się, że dzisiaj jest msza Wojtka szkoły. Ach, jak pięknie oni śpiewali. Chór, zespół muzyczny - gitary, skrzypce, flety: prosty irlandzki i poprzeczne, bębenki irlandzkie i bongo, przeszkadzajki, fortepian. Wszystkie pieśni do mszy były śpiewane jak pieśni irlandzkie, a na końcu hymn szkoły, który został skomponowany po okiem nauczyciela muzyki przez grupę 15 osób - słowa i muzyka dzieciaków. Tak się wzruszyłam, kiedy oni go śpiewali, klaszcząc, bębniąc w bębny - mieli prawdziwą radochę. No i ksiądz, father Nigel, kapelan szkolny, świetny facet. Tutaj na znak pokoju ludzie podają sobie rękę, a on do nich - przybijcie piątkę na znak pokoju i wszyscy - studenci, nauczyciele, rodzice i ksiądz to robili. Muszę się do czegoś przyznać - kiedy ksiądz powiedział, żeby pomyśleć w jakiej intencji się modlimy, ja - pamiętając, że dzieci zaprosiły mnie do japońskiej restauracji w Yamamori na kolację (taki mój prezent urodzinowy), zamiast modlic się o pokój na ziemi, zdrowie dla ludzi itp, modliłam się o mój żołądek, żeby mnie mdlić przestało, bo jutro już lecę do Dublina i stolik jest na 7 zarezerwowany.

Lecę się pakować, Dublinie nadchodzę! Jadę na Ulster Theatre Festival, mówiłam tu już. W sobotę przedstawienie. Wielkie dla mnie święto, bo kocham teatr zaraz po książkach, nie wiem, czy nie bardziej niż film?

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!