Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
czwartek, 23 września 2010

Kochani, tylko na chwilęczkę wpadłam powiedzieć, że kolega po operacji, dzisiaj wybudzony, nawet coś tam powiedział, rusza tylko prawą ręką, ale po wylewie nic dziwnego, byleby wyszedł z tego najgorszego stanu, to już można potem rehabilitację zacząć i jakoś może powolutku wróci do normy jakiej takiej. No nic, trzeba się cieszyć tym co jest, bo jeszcze tydzień temu nie dawali mu żadnych szans.Cieszę się.

Poza tym małżon kupił mi lampkę do czytania, umieściłam to zdjęcie na blogu czytelniczym, ale co mi tam, pochwalę się i tu

No i pocztą przyszły bilety do teatru na polską sztukę ze Stenką i Englertem, czyli jadę na festiwal teatralny do Dublina już w przyszły piątek. Lecę właściwie, bo sobie bilety kupiłam w specjalnej ofercie, za jedyne 50 euro w obie strony z Donegalu do Dublina, to niewiele drożej niż autobus.
Ech, czyż życie nie bywa piękne?

wtorek, 21 września 2010

To już ostatnie podrygi lata, mamy piękną pogodę, ale w powietrzu już czuć jesienne chłody i nawet wczoraj usłyszałam krakanie, które zwiastuje zimę, ale to raczej z polskich korzeni takie odczucie wynika, bo tu nikt tego tak nie kojarzy.

Ale ja jeszcze ostatnim, małym palcem, trzymam się lata. Zrobiliśmy z mężem ogórki do słoików, ale zostało trochę, to sobie włożyliśmy do glinianego gara na małosolne. A co. I sobie je chrupię. A wczoraj to nawet trzy czy cztery wpierdzieliłam na stojąco. Jak mąż to zobaczył, to zawyrokował - oj albo ty przekwitasz, albo masz okres, albo w ciąży jesteś. Bo płaczliwa ostatnio jakaś chodzę, no i te ogórki.  Hmm, chyba bym sobie w łeb strzeliła, gdyby się okazało, żem brzemienna. Przekwitac sobie mogę, nie przeszkadza mi. Problem w tym, że ja nie wiem, w którym momencie cyklu jestem, bo mam spiralę taką, ze nie miesiączkuję w widoczny sposób, tylko ewentualnie zmiany nastrojów są wyznacznikiem. I trzaskanie drzwiami lodówki, podjadanie caly czas.

Poza tym jest pełnia, więc moja nerwowość i nadwrażliwość wynika z fazy księżyca. Wczoraj wyjęłam schowaną na tę okoliczność wish bone i pognałam do ogrodu w nocy, kiedy księżyc widać w pełnej krasie, złamać ją i zakopać wypowiadając życzenie. Pisałam już o tym TU, więc nie będę się rozgadywać na ten temat, ale lubię takie obrzędy pogańskie i wróżby nieszkodliwe, nikomu tym krzywdy nie czytnię, a mam wrażnie, że czasem się przydaje przywołanie mocy wszelakich, żeby nam pomogły borykać się z życiem i wyzwaniami. Jakoś mi się lżej zrobiło, jakbym część odpowiedzialności za swoje losty zrzuciła na kogoś innego.

W pracy ok, ale mnie ta kobieta nadal wkurza, bo mnie traktuje jak 14 latkę, która nic nie wie i nie ma pojęcia o prostych czynnosciach. Ona jest moją pokutą, wystawiana jestem na próbę, inaczej nie potrafię sobie tego wytlumaczyć. Moja cierpliwość jest tam ćwiczona jak ciało kulturysty codziennie na siłowni.

Zaraz idę do kancelarii na moje cotygodniowe praktyki. Tylko kawę jeszcze dopijam i trochę was poczytam. Zerkam przy tym na pewnie ostatni tego roku bukiet z naszego ogrodu.

 

 

Tagi: Irlandia
14:43, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 20 września 2010

Strasznie się staram, żeby wszystkim dogodzić. A to pomóc, kiedy potrzebują, a to pobyć i pogadać, kiedy potrzebują, pracować dobrze, bo oprócz pieniędzy, potrzebuję uznania. Ale im bardziej się staram, tym mniej to wszystko wychodzi, tym mniej ludzi jest zadowolonych.

Ostatnio wiele osób poprosiło mnie o różniste przysługi, tam pojedź, gdzie indziej zadzwoń, spotkaj się i wsyłuchaj, odbierz telefonów milion - to wszystko zajmuje dużo czasu. Do tego córka przyjechała na tydzień, chciałam z nią spędzić czas, bo tęsknię, ale jakoś się rozeszło jak guma w starych gaciach z Domów Towarowych. Pojechała, a ja mam uczucie niedosytu.

Muszę odpowiedzieć na dziesiatki maili, każdy myśli, że jest jeden, więc się domaga, a ja musiałabym godzinami przy kompie siedzieć, żeby to ogarnać.

Mąż sie wścieka, że od tygodnia z nim nie porozmawiałam, nie spędzam zupełnie czasu, zapominam o nim.

Powinnam zadzwonić i podziękować pewnej starszej pani za kartę urodzinową, zapomniałam od razu, wiem, że bedzie marudzić, nie chce mi się - im dalej w las, tym gorzej.

Mam zaległości w czytaniu, bo nie mam czasu dla siebie, dla własnych przyjemności, na oddech, bo się koncentruję na tym, kogo i jak zadowolić jeszcze mam obowiązek.

Z psem nie byłam na plaży od tygodnia.

Nie chodzę na siłownię, chociaż sobie obiecałam, bo wazniejsze jest cholerne odbieranie telefonów i załatwianie, słuchanie, umawianie się, ustalanie, przekazywanie informacji, tłumaczenie .... sranie w banie.

Mam garba, tak się czuję, jak dzwonnik z Notre Dame, czy jak to się tam pisze, nawet mi się nie chce wygooglować. Czuję się, jakbym miała kamień u szyi, który mnie w dół ciągnie, pochylam sie pod ciężarem niekontrolowanej ilości rzeczy do załatwienia - przecież to tylko minutka zadzwonić tam, czy mogłabyś mi tylko powiedzieć, czy nie zechciałabyś .....

Nie mówię, że mi ludzie nie pomagają, tak, nawet bardzo i chętnie, ale czasem obraca się to przeciwko mnie, bo o wiele rzeczy proszę nie dla siebie, a potem irytacja na fakt, że ktoś się do czegoś zobowiązał dobrowolnie, a teraz mu to ciąży, spada na mnie. Czyli nie dla mnie, ale gównem obrzucona jestem ja, w razie gdyby ktoś tam stracił cierpliwość i miał dosyć społecznikostwa.

Strasznie się wszystkimi i wszystkim naokoło przejmuję, kosztem siebie. A i tak nikogo nie zadowoliłam, nikt nie jest szczęśliwy z tego powodu, nic to nie zmienia, świat nie jest lepszy - bez-efekcie pospolite

Muszę położyć się na plecach i posłuchać jakiejś muzyczki, wyluzować, bo inaczej umrę przez sampozapłon. Chyba sobie Raz Dwa Trzy puszczę

Tagi: Irlandia
00:32, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (21) »
czwartek, 16 września 2010

Trzeci raz podchodzę do wpisu. Słowa drewnieją mi na klawiaturze, ani polotu, ani emocji. Bo boję się dziś o nich pisać, żeby nie wydać się śmieszną. A tyle reczy dzieje się tu w tym tygodniu, ważnych rzeczy, że ani mi się nie chce, ani nie umiem pisać o bzdetach.

Przede wszystkim o zycie walczy znajomy Polak, Krzysztof, który wraz z rodziną mieszka niedaleko mnie. A to mu nie dają żadnych szans, a to walczą i mają nadzieję, wciąż sprzeczne informacje. Młodszy ode mnie o rok, czyli młody chłopak, za młody, żeby umierać. Chodził, pracował, a to kawę wypił, a to zażartował, gdzieś pojechał, piwo wieczorem lubil wypić, w niedzielę zwalił się na podlogę i się zesrało. Mówią, że wylew, ale nie wiem, bo przecież nie będę dzwonić i wypytywać o szczegóły. Walczą o jego życie, o kazdy oddech, wciąż się coś pogarsza, coś pieprzy, ale facet walczy. Kto wie, może stanie się cud?

W takich okolicznościach jak ja mogę się skarżyć, że mi się moje felietonowe życie pieprzy, bo gazeta się dzieli i pączkuje i ja już nie wiem, dla kogo pracuję i czy w ogóle jeszcze pracuję? Jak ja mogę narzekać, że po 4 latach ukazywania się cotygodniowego felietonu, tak się przyzwyczaiłam do tej rutyny, że gdyby mi tego zabrakło, to jakbym jedną nogę straciła? Jakbym oddychać zapomniała?  No jak???

Ech nie będę jojczyć, tam człowiek o życie walczy, a ja tu o sobie, to żałosne.

Krzychu, trzymaj się!

Tagi: Irlandia
23:50, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (16) »
sobota, 11 września 2010

W Polsce nigdy nie mieliśmy własnego kąta.  Wtedy nie dawali kredytów hipotecznych na prawo i lewo, w zasadzie w ogóle nie można było zapożyczyć się w banku, w posagu ani ja, ani mąż nie wnieśliśmy mieszkania, kupić go też nie mieliśmy za co, pozostało wynajmowanie.  Wprawdzie naszym warunkiem było, ze mieszkanie musi być puste, oprócz kuchni, zawsze wprowadzaliśmy się ze swoimi meblami, dywanami, wyposażeniem kuchni, durnostrojkami i kwiatami tak, więc gdziekolwiek byśmy nie mieszkali, było dokładnie tak jak chcieliśmy - miło, domowo, według naszego gustu i upodobania.
W Irlandii po trzyletnim okresie wynajmowania dostaliśmy kredyt i zaczęliśmy urządzać nasz pierwszy w życiu dom.  Na początku była w tym wielka niecierpliwość, chciałam natychmiast mieć wszystkie lampy i obrazy, meble i zdjęcia w ramkach i żeby usiąść i poczuć się jak w domu.  Ale tak się nie da.  Wszystko potrzebuje czasu, a dom, wprowadzanie w niego nowej energii, urządzanie tym bardziej.  Rzeczy kupowane naraz, żeby były, żeby już wreszcie mieć to z głowy, nie mają duszy, spełniają zadania użytkowe jedynie.  Poza tym nie zgadza się to za bardzo z moją filozofią – nie lubię dizajnerskich domów, gdzie wszystko jest takie dobrane i idealne, ale nie czuć ducha rodziny tam mieszkającej.  Taki dom, który pasowałby do każdego, kto tam się wprowadzi, piękny jest może na zdjęciach i do obejrzenia, ale mieszkać lubię raczej w takich, gdzie jest muszla z Mielna, maska z Wenecji, obrazek namalowany przez córkę na ścianie, pamiątka z wyjazdu do Gruzji, serwis z Kijowa, dzwonki z Francji, stojak na kwiaty zrobiony przez syna na zajęciach ‘wood work’ (wyrabianie przedmiotów z drewna), lampa zrobiona przez męża z konara znalezionego na plaży – wszystko, co ma duszę nam bliską, swoją obecnością przywołuje wspomnienia, zachwyciło nas na straganie ulicznym w Italii i teraz za każdym razem, kiedy na to spojrzymy, czujemy słońce i tamten czas.
A najfajniej jest mieć dom, bo można sobie wreszcie wydziwiać w kwestii przedmiotów montowanych na stałe, wcześniej nam było żal, bo w razie wyprowadzki wymarzone cudo musiałoby zostać.  Wreszcie będziemy mogli założyć zamki do drzwi przytargane z USA, a prośba o kupienie kranu, takiego fikuśnego wygiętego jak sprężyna, z ruchomą końcówką, przełączaną na prysznic, nie skończyła się znienawidzoną formułką – jak będziemy mieli swój dom, to ci kupię, tylko pytaniem – a dokładnie o jaki ci chodzi, żebyś potem nie płakała, że nie taki?
Wrócił mąż z Polski obładowany walizami, kilka butelek ulubionych trunków, książek co nie miara, a na dnie jednej z walizek mój wymarzony kran.  Imponujący, srebrny, akurat taki, jak chciałam.

Tego dnia mąż był zbyt zmęczony, ale zaraz następnego wziął się za montowanie go w kuchni.  Wprawdzie w instrukcji było napisane, że wymaga fachowca, ale on potrafi wiele zrobić i nie przejął się tą wskazówką.  Zaczął po 11, miało to trwać godzinę, może dwie. Zdjął nasz stary kran i od razu okazało się, że trzeba jechać do sklepu, po jest inny system połączeń tutaj i trzeba kupić złączki, które pogodzą irlandzki styl z kontynentalnym.  W sklepie okazało się, że mają to, co potrzebujemy, ale podczas przymierzania, czy to na pewno takie, okazało się, że jedna z rurek kranu nie ma nawierconego gwintu.  To musiało przydarzyć się nam, prawdopodobnie taki bubel był jeden na milion, a właśnie my musieliśmy kupić ‘ten los’.  Szkoda, że w lotto tak nie trafiamy.
Coś tam mąż poczarował, pokombinował, w każdym razie przyszedł z sheda do domu i mówi – będzie żył.  Już myślałam, że z nowego kranu nici, bo facet w sklepie powiedział, że nie da się tego bubla naprawić, a takich rurek nie mają, więc trzeba z powrotem słać.  A swoją drogą, jaki wstyd, sprzedawca zapytał, gdzie my to kupiliśmy, zgodnie z prawdą, bo ja nie bardzo umiem kłamać, odpowiedziałam, że w Polsce, a on spojrzał na mnie jakoś tak – „nic dziwnego, jak z Polski to musi być coś nie hallo”.  Wracając do montażu – mąż grzebał, grzebał, wreszcie wylazł szczęśliwy spod zlewu, puścił wodę, leci, wykonaliśmy taniec szczęścia.  Wodę wyłączyliśmy, kran kapie. Poszłam sobie w kąt, żeby z bezpiecznej odległości posłuchać jak mąż przeklina.  Kiedy znowu zajrzałam do kuchni, znowu wszystko rozkręcał, na górze, na dole, wszędzie – nie ma takiej opcji, żeby mi coś tu kapało – stwierdził i swego dopiął, bo faktycznie wynalazł, co było nie tak i skorygował. 
Zawsze tak jest, kiedy kupujemy coś w kraju, albo nam części do mebli nie włożą, albo zamiast góry i dołu są dwa doły, albo specjalny klucz potrzebny, a ktoś był łaskawy wyjąć z paczki.  Dopóki się człowiek za to nie weźmie, to nie wie, że coś nie tak.  No, bo czy przyszłoby wam do głowy sprawdzać czy są gwinty we wszystkich rurkach? Mnie nie.

środa, 08 września 2010

Dzisiaj są moje urodziny. Nie ma co, w doborowym towarzystwie je obchodzę - Matka Boska też dzisiaj świętuje. I Ryszard I Król Anglii Lwie serce. I Peter Sellers. I Pink. Oblężenie Stalingradu zaczęło się tego dnia i zmarł ojciec Szekspira tez 8go, to tak dla równowagi, zeby nie było, że się tylko ludzie rodzili.

Niby powinno się coś tam podsumować, ale mi się nie chce. Szczęśliwa jestem, w miarę zdrowa, to najważniejsze.

Wiem, że wielu uważa, że nie ma co się cieszyć, że się jest o rok starszym, ale ja nie mam takich odczuć, mnie starzenie wcale nie przeszkadza, żeby tylko nie być niedołężnym, dlatego muszę zaczać ćwiczyc, to będzie moje postanowienie urodzinowe. Zmarszczki, zwiotczenia, łysienia, w krzyżu strzelanie, jeżeli nie dolegliwe, a jeszcze nie, wcale mi nie przeszkadzają. Gdybym z wiekiem głupiała, to by mnie zabolało, a że nie jestem piękniejsza i młodsza, a wręcz odwrotnie? No cóż trudno.

Jestem wdzięczna za każdy dzień dobrze przeżyty. Za małe radości, jak ta, że dzisiaj kupiłam w naszym sklepie cieniuteńkie ciasteczka szwedzkie ANNA's. Kiedyś można je było kupić tylko w IKEI w Polsce, no i w Szwecji oczywiście, tak mniemam. Nie jadłam ich chyba ze sto lat. Dzisiaj poszłam kupić zupełnie nieromantycznie piersi z kurczaka i co widzę na półce? Ukochane ciasteczka. Będę grzeszyć.

Cieszę się z życzeń, które napływają zewsząd, a także z prezentów - fajnego breloczka z datą 8 September i obrazeczkami, co się zdarzylo tego dnia i perfum Celin Dion od Kate oraz pięknistego wisiora z mleczno zółtego bursztynu chwyconego w srebrne macki,  na dłuuuugim srebrnym łańcuszku. Jest okazały, piękny i ładnie oszczędnie oprawiony. Zresztą, co mi zależy, zaraz zrobię zdjęcie.

Kolczyki kupiłam sobie w zeszlym roku na urodziny, od męża dostałam pieniądze z przeznaczeniem na coś takiego właśnie, wiedzieliśmy, ze do Polski jadę, to dlatego.

Miałam kiedyś dużo srebrnej biżuterii, piękna byla. Wszystko mi skradziono, włamując sie do mieszkania. Od tego czasu maż co jakiś czas kupuje mi coś ładnego, żebym już nie płakała za tamtymi rzeczami. Ten kolor bursztynu lubię wyjątkowo.

Dziękuję wszystkim za życzenia. Tak się cieszę, że zaczynam kolejny rok.

 

Tagi: urodzinowo
14:40, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (39) »
niedziela, 05 września 2010

Joanna Kalio mnie zaprosiła do tej zabawy. Niech będzie. Kolejność jest przypadkowa.

1. Lubię czytać i pisać. Książki, magazyny, głównie Twój Styl i Panią, blogi. Ostatnio też audiobooki

2. Mocna aromatyczną herbatę, niestaty słodką, w poprzednim życiu chyba mieszkałam w krajach arabskich. Herbatę jako napój w ogóle, mam  w domu niezliczoną ilość gatunków, od czarnych, zielonych, czerwonej, białej do wędzonej, owocowej, mieszanek różnistych, a co za tym idzie mam też manię zbierania filiżanek i kubków, a każdy to mój ulubiony

3. Lubię byc matką i żoną, chociaż czasami mnie to wkurza i myślę, że niekiedy ogranicza, ale koszt jest nieporównywalnie mniejszy w stosunku do korzyści

4. Lubię spotykać się z interesującymi ludźmi, ciekawą wymianę zdań, porozumienie dusz Moi przyjaciele sa dla mnie ważni i spotkania z nimi to też wielka przyjemność

5. Lubię Boże Narodzenie, kiedy dom jest udekorowany, kiedy pachnie prawdziwą choinką, a wieczorem można usiąść obok niej i poczytać. A na górze słychać glosy dzieci

6. Lubię wieczory spędzane na grze w karty, z dziećmi, znajomymi, zresztą nie muszą być karty, różne gry też są fajne

8. Lubię dobre filmy, wizyty w kinie, ale jeszcze bardziej chyba w teatrze, też w filharmonii. W ogóle dobra muzyka, ksiazka czy film to moja największa przyjemność.

9. Lubię długopisy, wszelkiego rodzaju notesy, czynność pisania. Długopisy to moja słabość. Lubię też anioły.

10. Lubię dobre ciasta. Też kawiarnie, a szczególnie kiedy ciepły czas, usiąść na zewnątrz z gazetką lub książką, dobrą kawa (w kawiarniach tylko kawa, nikt mi jeszcze herbatą tam nie dogodził) i poobserwować ludzi w przerwie czytania

Myślałam, że będę długo myśleć, więc sobie zaparzylam herbatę, a jakże, w jednej z filiżanek, którą dostałam od córki. Obok postawiłam kubek, żeby widać było, jak jest wielka. To obrazuje moja miłość do hebaty, która piję wiadrami, hihi

Tyle blogowiczów już odpowiedziało, ze nie wiem, kogo wezwać do zabawy. Niech napiszą ci, co mają ochotę.

Tagi: zabawa
01:26, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (23) »
środa, 01 września 2010

No i kończy się laba, syn ma ostatni dzień wakacji, znowu rano będzie zamieszanie - a kanapki wziąłeś? Nie chcesz? Weź chociaż 2 euro, kupisz sobie coś do jedzenia, tylko nie junk food, cos zdrowego! A mundurek już do prania? Masz jeszcze czystą koszulę? Znowu trzeba jakieś książki kupić?! Czy oni nie maja sumienia, tylko płać i płać!....

Pamiętam swój pierwszy dzień w szkole. Moją wychowawczynią 1-3 była pani Królikowska. Miałam niebieski fartuszek z białym kołnierzykiem i dwoma kieszeniami, które ciagle wszystkim, mnie też, się obrywały. Darek Kluska ciągle obrywał linijką po łapach, ale nie tego pierwszego dnia. Na plecach dumnie niosłam NRD-owski plecak, kupiony na początku tygodnia w Berlinie, był żółty jak żonkile.

Wejście do mojej szkoły podstawowej nr 11 w Koszalinie wyglądało tak

Typowa podstawówka. Na lewo wszystkie klasy szkolne, na dole stołówka, na prawo gabinety lekarski i dentystyczny (brrrrr), dalej sala gimnastyczna. Z tyłu boisko szkolne. I apele rozpoczynjace rok szkolny. Spiewaliśmy hymn - Wstań Marianie Zbuczku,wierny przyjacielu, coś tam coś tam - Marian Buczek był patronem, a my oczywiście, jak to dziaciaki, musieliśmy wszystko poprzekręcać.

Pierwszego roku wyglądalismy tak

Podstawową szkołę wspominam dobrze, miałam fajnych nauczycieli, zgraną klasę. Najukochańsza była ta Pani między nami, czyli pierwsza wychowaczyni, a potem polonistka Wiesława Kościuk. Super nauczycielki, świetne kobiety.

Pierwsze LO im Stanisława Dubois w Koszalinie było kolejne.

Budynek to były klasztor. Dzwonnicę nawet mieliśmy i aulę, która kiedyś była kaplicą. Zakonnice na nas mówili w miescie.

Zdawałam tam egzaminy, chyba najbardziej się nimi denerwowałam ze wszystkich, które mi potem przyszło zaliczać. I tu miałam szczęście, bo nie tylko dostałam się do wymarzonej klasy z rozszerzonym językiem angielskim, ale i klasę dostałam swietną. O tamtego czasu datuje się moja przyjaźń z Kają i Mileną (którą poznałam przez harcerstwo).

A nauczyciele w liceum to były prawdziwe legendy, po pierwsze prof. Początek od angielskiego, prawdziwa piła. Ale potrafiłaby głuchego nauczyć śpiewać. Dzięki niej nie mam problemu z angielskim. Kiedy przychodziła w czerwonym kostiumie z paskiem i takich samych kaloszach - padal na nas blady strach. Bedzie kosić, przebiegało po korytarzach i tak właśnie było. Kiedyś wywoływała do odpowiedzi Michała, ale u nas było kilku i nie wiedzieli który, jeden z nich malo nie zemdlał, tak się przejął.
Kolejny to prof. Gruchała (też wice dyrektor), matematyk. Niewysoki, rudawy, z urody nieciekawy, ale tak fantastyczny facet, ze każda by mu się oświadczyla, gdyby nie był żonaty. Po nim zostały mi różne powiedzonka i wiedza, chociaz w naukach ścisłych raczej mi nie szło.
Moja wychowaczyni, prof. Anczykowska. Piękna kobieta, pedagog z zamiłowania, polonistka z pasją i wspaniały człowiek. Wychowawca w pełnym tego słowa znaczeniu.
Państwo Kamieniarzowie - młodzi nauczyciele, przy mnie zaczynali, pełni energii, nowatorkskich pomysłów, super. Prof. Zięba od geografii. Nie lubiłam przedmiotu, uwielbiałam Ziębę. Taka to była nauczycielka. Mogłabym tak wymieniać, ale ci chyba byli najważniejsi w moim zyciu. No i prof. od fizyki, Sikorski, który dał mi zyć, chociaż wiedział, ze ludzie ze mnie nie będą i ledwo na 3 wyciągam. Humanistką jestem, fizyka, chemia, matematyka to nie moje pole do popisu.

Ciekawe, czy ci wszyscy nauczyciele wiedzą, jak ważni byli dla nas, jak wiele im zawdzięczamy, przynajmniej niektórym, a jeżeli nic, bo może niektórzy nie mają czego, to chociaż dobre wspomnienia po sobie pozostawili. Cieszę się, ze miałam szczęście, chodzić do fajnych przyjaznych szkół i spotkać na swojej drodze sensownych ludzi, którzy mnie uczyli.

Dzisiaj pierwszy września, zawsze w ten czas myślę o swoich latach szkolnych. Cieszę się, ze były tak szczęśliwe.

Tagi: szkoły
19:53, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (25) »
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!