Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
niedziela, 29 sierpnia 2010

Moje chłopaki już spakowane. Jeszcze dzisiaj pojechali do Koszalina spotkać się z naszymi najlepszymi i najstarszymi przyjaciółmi, tylko niektórymi z nich, zeby było jasne.

Zadzwoniłam do nich, kiedy spotkanie bylo w toku. Cała jestem wysypana na czole krostami z zazdrości. Takie mieli szczęście małżon z synem, bo w jednym miejscu zebrali się i Milena, i Marek oraz Kasia z Krzyśkiem, który wyjątkowo wstrzelił się pobytem w ten czas, bo pływa na statkach i raz jest, raz go nie ma. Piotra z Dorotą nie ma, bo wojażują po Czechach, szkoda, ale widzieli się z małżonem przed wyjazdem. Taka z nas paczka od wieków. Jestem chrzestną Magdy, córki Mileny, Karoliny, córki Kasi i Krzysia, no i Piotrowych bliźniaczek (tych, co w Pradze), Marek z Mileną z kolei są chrzestnymi mojej córki. Mąż razem ze mną u Karoliny i Dagmary z Oleńką. Tak za nimi tęsknię. na codzień staram się o tym nie myśleć, ale w takich chwilach boli serce. Nowe znajomości czy przyjaźnie są cenne i mile widziane, ale te są najstarsze, sięgające czasów licealnych albo wczesno małżeńskich, to już w dziesiątkach lat się liczy. Może nie wisimy na sobie codziennie, ale pamiętam o nich, często myślę, staram się sprawdzać na bieżąco, co u nich. A kiedy zachorowała mama, mogłam na nich liczyć. Bardzo wzruszajace.

A w domu przygotwania zakończone - rosół ugotowany (będzie z niego pomidorowa), kluseczki też, do tego potrawka z kurczaka i serniko-makowiec na kruchym spodzie z kruszonką. Już próbowałam, wypadl wyśmienicie. Zdjęć nie ma, bo aparat pojechał do Polski.

Czekam na nich z niecierpliwością.Tak się cieszę, ze sobie miejsca nie moge znaleźć, bez nich ten dom nie jest taki sam. I świat ma mniej kolorów.

Nawet Franek ma bal, bo dostał resztki z kurczaka, wszystko wyjadł i wylizał, a teraz zaczął taniec-czołganiec po trawie z radości, ze taka gratka mu się trafiła.

Znalazłam wish bone w kurczaku, odłożyłam pieczołowicie na bok, w najbliższą pełnię księżyca zakopię i pomyślę życzenie. Pisałam o tym TU, więc się nie będę rozwodzić.

Chociaż nie wiem, czy ta kość mi tak potrzebna, bo i tak uważam, że jestem wielką szczęściarą mając takiego męża i dzieci.  Wszystko inne to tylko dodatek.

piątek, 27 sierpnia 2010

Zrobiłam wpis tutaj o tym, jak oglądałam film, aż się zorientowałam, że właściwie ta notatka nadaje się do bloga Coolturalnego Przeniosłam ją więc tam, a tu zostałam z niczym.

Potem napisałam dosyć śmieszny wpis, ale przypomniało mi się, że jutro mam deadline na mój felieton, więc go wkleiłam do Worda, dopisałam trochę, wygładziłam i było jak znalazł.

Trzecie podejście i nie mam już o czym pisać, bo w końcu ile można mieć historyjek w jednym łbie w ciągu godziny? Ale czuję potrzebę kontaktu, opowiem Wam więc o wczorajszym poranku, kiedy to szykowałam się do pracy i jak co ranek stanęłam przed dylematem, które perfumy użyć. Mam dwie ulubione flaszki - Dolce & Cabbana The one, dostałam je od koleżanki i baaardzo lubię, druga to Poeme Lancome, które dostałam na gwiazdkę od rodzinki i też są dla mnie wyjątkowe, oba-dwa są na specjalne okazje. Na codzień używam Envy me Gucciego, na lato uwielbiam też Light blue Dolce & Cabbana, ale mi się właśnie skończyło i płaczę cichutko w kąciku, zamiast tego kupiłam taki erzac, podobne trochę - Cerruti Image, są ok. Na wyprzedaży, za jakąś śmieszną cenę kupiłam Naomi Campbell - ciekawy zapach pudrowy i piżmowy jednocześnie, na wieczory akurat.  Lubię też Calvina Kleina - mam The Truth i Eternity, a od przyjaciółki z Siedlec dostałam Escape. Pewnie jej się kojarzyło ze mną i z moją 'wielką ucieczką' do Irlandii. Podczas odwiedzin, krótko po wyjeździe, chyba na drugi rok to było, wręczyła mi pół flakonu i powiedziała, że moge je zatrzymać. Ktoś mógłby pomyśleć, że to obciach dac komuś zużyte do połowy perfumy, ale ja uważam,że to jest bardzo wzruszajace, bo ona je lubiła, czyli dała mi jakby cząstekę siebie, pamiętam jak je nosiła.

Wczoraj czułam się trochę samotna i zmęczona moim słomianym singielstwem, sięgnęlam więc po flakon Eskape, żeby uciec od tych myśli, ale też przywołać pamięć mojej przyjaciółki. Kiedy tylko poczułam perfumy na skórze, kiedy rozszedł się ich zapach, było tak, jakby Bożena była ze mną i mówiła - Kasiu, zajmij się soba, przestań desperować (tego słowa używała raczej Ewa, ją też chciałam przywołać), poczytaj, weź pachnącą kąpiel, chłopaki niedługo przyjadą.

I tak Escape - Ucieczka stała się tak naprawdę powrotem ... do zdrowych zmysłow, hehe. Bo już zaczęłam się o siebie martwić, bowiem gadam sama do siebie i zachowuje się jak jakiś freak.

A Wy jakie perfumy lubicie najbardziej?

środa, 25 sierpnia 2010

Za Sonią Raduńską, której "Kartki z białego zeszytu" właśnie przeczytałam (wrażenia TU), cytuje tutaj R.Kapuścińskiego, który pisze:

Entuzjasta rewolucji medialnej Marshall McLuhan uważał, że (...) nasza planeta przekształci się w 'globalną wioskę'. Dziś wiemy, ze trudno o bardziej fałszywą metaforę. Bo istotą wioski jest przede wszystkim emocjonalna i krewniacka bliskość, wzajemnie oddawane ludzkie ciepło, intymna, osobnicza znajomość, wpólnota współobecności i współprzezywania. Nie, nie żyjemy w globalnej wisoce, ale raczej w globalnej metropolii, na globalnym dworcu czy stacji, przez które przewala się 'samotny tłum' mijających sie obojętnie, zapędzonych, znerwicowanych ludzi, którzy nie chcą się wzajemnie znać i zbliżyć".

Hmm, zadumałam się na tym, co on powiedział. Bo zagadzam się z nim w części, że ludziom teraz łatwiej o uczuciach mówić sms-ami i mailowo niż w oczy. Spotkania  z żywym człowiekiem coraz częściej zamieniane są na te w świecie wirtualnym, niektórzy nawet seks tak uprawiają. Ale z drugiej strony, gdyby nie sieć, gdyby nie laptop i szybkie łącze, nie mogłabym utrzymywać kontaktu z tak wieloma osobami. Co więcej, tak wielu nie poznałabym zupełnie, nigdy bym ich nie spotkała, nigdy nie dowiedziała się, jak są wspanili, a co za tym idzie, gdyby nie było tego spotkania w świecie wirtualnym, nie byłoby w realu.

Zdarza mi się dosyc często, przenosić życie w sieci na bardziej 'namacalny' grunt i spotykać osoby, których blogi czy dzienniki czytam. I tak spotkałam wspaniałą Blueberry i inne poznanianki takie jak Audrey, dzięki temu odwiedziłam i w ogóle dowiedziałam się o istnieniu Lotty i mam nadzieję na długoletnią przyjaźń, dzięki sieci koresponduje z ludźmi, do których nie miałabym dostępu nigdy. Jak więc nie doceniać tego medium?

Inna rzecz, że nie wolno nam, jest to zakaz bezwzględny, zamykać się na ludzi, na kontakt osobisty, na zbliżenie się poza ramy 'nick - niezidentyfikowany obiekt piszący'. Bo to nas odczłowiecza i jest niemoralne - bez możliwości identyfikacji, niejeden pozwala na wyjście demonów i wypuszczenie 'psów wojny', na niczym nieskrępowaną wolność do ranienia innych, bo przecież i tak nikt nie wie, ze to ja. A słowa potrafią ranić nie gorzej niż kule.  Z tym aspektem internetu się nie zgadzam, nie lubię i nie chciałabym, zeby ta bezkarność dalej miała miejsce.

Jak wszystko co dobre, może być wykorzystane na rzecz nas ludzi, i przeciwko człowiekowi. Od nas zależy jak wykorzystamy możliwości jakie niesie internet.

Boże daj mi siłę, zebym się nie stała 'li tylko klikającą parą rąk'.

niedziela, 22 sierpnia 2010

W piątek byłam już tak fizycznie wykończona, ze zamiatałam nosem po ziemi. Jedyne, co mnie trzymało przed padnięciem na pysk, to przyjazd córki. Niespodziewany dodam, bo miała się tu nie pojawić przez miesiąc, ale okazało się, ze nie musi pracować w sobotę i zdecydowali z Markiem przyjechać do domu. To był mój zastrzyk energii, na tyle starczył, ze doczekałam ich przyjazdu, jeszcze chwilę pogadałyśmy, ale już mi się oczy zamykały ok północy, odłożyłyśmy więc pogaduchy na następny dzień.

W sobotę czekała mnie nie lada atrakcja, oprócz pobytu córki, przyjazd Kasi i Czarka, których jeszcze nie znałam. Kasia napisała do mnie maila, ze czyta felietony, teraz bloga, że lubi, że koniecznie muszę ją odwiedzić i nagadamy się o książkach. Ja wiedziałam, że w najbliższym czasie nie dam rady, bo to ponad 3 godziny jazdy, ale rzuciłam pomysł, że może ona do mnie. I okazało się, ze jej mąż ma urlop i że mogą mnie odwiedzić. Lubię takie wizyty, chociaż niektórzy pukają się w czoło, że chyba na łeb upadłam, ze obcych ludzi zapraszam, ze się nie boję i takie tam bzdety. Otóż nie tylko się nie boję, ale wszelkich nowych znajomości jestem bardzo ciekawa. Niepoprawna ze mnie optymistka, wierzę w ludzi i to, ze na swojej drodze zdecydowanie więcej spotykam ciekawych niż nie, a ci nie... wcale nie muszą powodować, że zamknę się na tych tak.

Przyjechali roześmiani, serdeczni, władowali się do domu z siatami i zaczęło się - foremka z ciastem domowej roboty, 8 książek po polsku i po angielsku, w tym jedna kulinarna, które jak tylko przyjedzie aparat sfotografuję i umieszczę na Notatkach Coolturalnych, herbata w puszce, słodycze, mój ulubiony twaróg (nawet koperek i pietruszka do niego), przyprawa do kawy (taka z młynkiem) i całe naręcze magazynów. No ja się zastrzelę. W życiu nikt mnie tak nie obdarował, no może poza moimi przyjaciółmi z Polski, którzy też zjechali do mnie z połową biblioteki wojewódzkiej. Strasznie byłam szczęśliwa, ale i zażenowana, bo nie umiem przyjmować prezentów, tak rzadko je dostaję (tak nie od rodziny).

Siedzieliśmy przy stole, biesiadowaliśmy i nie mogliśmy zupełnie się nagadać. O wszystkim, o nas, o rodzinach, o naszych tu przyjazdach, pobytach, motywach i przemyśleniach. O książkach, o filmach oczywiście też. Takie spotkania się cenne jak największe bogactwa, bo dla takich chwil warto zyć, dla takich spotkań, wymiany pozytywnej energii, która nas doładowuje. Sama sobie zazdroszcze, ze spotykam takich ludzi na swojej drodze.

A dzisiaj, czyli 22go sierpnia, mija dokładnie 8 lat od naszego tu przyjazdu. Tyle się podziało od tamtego czasu. Długą drogę przeszliśmy, chociaż to takie małe miasto. Lubię tu być. lubię jego oddalenie od wielkich szlaków, lubię surowość klimatu i krajobrazu, bliskość oceanu i plaż (oraz ich wielość), serdeczność mieszkańców i fakt, ze czas płynie tu dużo wolniej, a jednoczesnie szybciej, jakby życie tutaj było serią miłych zdarzeń, przy których wskazówki zegarką mkną jak strzała. Nie zawsze tak jest prosto i łatwo, życie nigdzie takie nie jest, ale wrażenie pozostaje.   Żyjemy na uboczu Europy, omija nas wiele atrakcji, ale też i wiele niedobrych rzeczy. Uwazam to za niezwykle cenne.

Nalałam sobie kieliszek alkoholu i wzniosłam toast za nasze lata tutaj i za wiele następnych - SLAINTE (czyt. slanczia, czyli na zdrowie po gaelicku).
Szkoda tylko, ze samotnie, bo po dwóch dniach szumu, zamieszania, śmiechu i radości, znowu jestem sama. Singielstwo jest do bani.

piątek, 20 sierpnia 2010

Dosyć miałam samotności. W pracy cisza, jak to w kościole, potem w kancelarii też cisza, nie wiem, gdzie większa, każdy stuka w klawiaturę, jeżeli gada, to przez telefon z klientem. Niby wśród ludzi, ale mi się mózg zastał, pogadać mi się chciało. W mieście zobaczylam na plakacie ofertę specjalną chińskiej restauracji, starter, czyli przystawka plus main course czyli danie główne plus deser za 10 euro. Pomyślałam, ze lepiej by się nie dało, nawet bym dla siebie nie ugotowała taniej, no chyba, że makaron z sosem z torebki, albo z serem, ale tu mowa o całym obiedzie. Zatekstowałam do koleżanki i zmontowałyśmy ekipę.

Cały dzień ganiałam jak kot z pęcherzem. Oczywiscie stały zestw, z jednej pracy do drugiej, wypuścić Frania, wygłaskac go, wycałować, podaj lapę - leć siku kupa- daj pyska, pańcia musi lecieć, zostań - serce mnie boli, ale takie już psie życie, że czeka, a ludzkie, że pracuje i nie zawsze może byc w domu. W sumie nie jego wina, ostatnimi czasy wciąż ktoś byl w domu, jezeli nie ja, to Wojtek, bo wakacje, a jak nie my oboje, to mąż. Zgłupiało psisko, nie rozumie, czemu naraz jest sam od rana do nocy. Postanowiłam, że po kancelarii od razu zabiorę go na plażę na godzinny spacer. Trochę poganialiśmy, skakał jak koń wypuszczony na trawe na wiosnę. Tak jakoś wierzgał ze szczęścia. Moje kochane psisko.

Zaraz po spacerze ubrałam się migusiem i trochę spóźniona pognalam do restauracji. Dziewczyny już siedziały. Wyluzowana zaczęłam przeglądać menu, bo co jak co, ale u chińczyka to już nie mam się czego bać, moje klątwa restauracyjna na pewno tu nie zadziała, wiadomo, że nie da się źle zamówić w takiej restauracji. Miałam ochotę wziąć to, co zawsze , ale koleżanka mówi - no coś ty, weź sobie coś innego. W tym momencie równie dobrze moglabym sobie już pójść do domu. Lepiej bym na tym wyszła.

Wzięłam sałatkę z aromatycznej kaczki, bo w naleśnikach z sosem hoi shin nie chcieli podać dla jednej osoby (co???), poprosiłam o podanie sosu mimo wszystko. Do tej sałatki. Na drugie zamówiłam kurczaka w sezamie z ryżem. Kaczkę dostałam polaną sosem chili, żandych warzyw, ni hu hu. Sałatka to miała być przypominam. Miałam taką minę, że kelnerka, nota bene nie mówila w żadnym zrozumiałym języku, to znaczy ona jest przekonana, ze zna angielski, ale nikt inny nie podziela tego przekonania, podeszła i zapytała, czy coś jest ok, poprosilam o jakieś warzywa i sos. Wróciła z kaczką, na wierzchu pokrojone w paseczki pory i marchewki, sos w miseczce. Zjadliwe.

No, ale kiedy wjechal kurczak, pożałowałam, że nie mam aparatu fotograficznego. Nikt mi nie uwierzy, słów nie ma, żeby to opisać. Dziewczyny dostały piękne talerze pełne warzyw i mięska w sosikach różnistych, jedna nawet na patelni jeszcze skwierczące i pachace, a ja na wielkim białym talerzu pół piersi kurczaka obtoczonej w suchym sezamie i jakiejś panierce, ale nie wiem jakiej, bo to wszystko było polane rzadkim gównem. Tak wyglądało. Takim z grudkami na dodatek. Rzadkim, ale nie do końca.

Powiem tylko jedno - kolezanka po wszystkim powiedziała, ze jak jej opowiadałam o mojej klątwie restauracyjnej, ze zawsze dostanę coś z twarzy podobne zupełnie do niczego, ze smaku też, to mi nie uwierzyla. Ale od dziś już daje wiarę w każde moje słowo.

Jutro makaraon z twarogiem. Nigdzie się z domu nie ruszam. Bo i po co? I tak wróce zmachana jak pies, nie obrażając Frania i tylko mam nadzieję, ze znowu będę mogła zabrać tego mojego biednego piesiołka na plażę.

Ale nagadałam się za wszystkie czasy.

środa, 18 sierpnia 2010

Jeden dzień pogody w niedziele i do dziś, a może właśnie dopiero dziś, po mieście chodzą czerwonoskórzy - oni tu nie zwyczajni takiego żaru, powystawiali pyski i takie tego efekty.

Samochód będzie żył, okazało się, że tylko zapasowe koło było cosik nie tego i stąd te problemy ze sterownością. Zapalanie świeczek pomogło.

Na moim drugim blogu czytelniczym (Notatki Coolturalne) chwaliłam się, że jak oni pojadą, a ja bezrobotna, to będę czytać i czytać, z przerwami jedynie na jedzenie. Nie mogłam się doczekać, wreszcie przyjemność będzie na pierwszym miejscu i to bez wyrzutów sumienia.  No, ale dostałam to 'przewrotne' zajęcie, do tego wzięłam pracę zleconą w kancelarii, czyli nie robię za uczennicę, ale zapieprzam w archiwum, noszę akta, segreguję, próbuję opanować bałagan, jaki tam powstał. Znają mnie, wiedzą, że żeby skały srały uporam się z tym. Taka już jestem. Dlatego poprosili mnie.
Poza tym nadal mam pod opieką ten dom letniskowy.

Wychodzę raniutko, wracam ok 6 wieczorem, w przerwie przybiegam wyprowadzić psa, wieczorem zabieram go na plażę, bo się musi wybiegać - jak mi kręgosłup nie strzeli, to mi żyła w tyłku na pewno pęknie. Jestem tak zmęczona, że nie mam siły zjeść obiadu wieczorem. Najchętniej bym się od razu połozyła.

A jeszcze musiałam dzisiaj usiąść i zmontować wreszcie zamówinie na książki do biblioteki polskiej w Letterkenny. Udało mi się, po wielu bojach i kompromisach wewnętrznych, zeby pogodzić babeczki, pryszczatą młodzież i panów - wybrać 45 tytułów, lekko tylko przekraczając budżet, teraz będę uganiać się za sponsorami, żeby mi to ewentualnie wyrównali. Na Merlinie zamówiłam, bo obiecali mi dorzucić coś jeszcze od siebie. Odezwały się na mój list dwie miłe Panie i współpraca wre. Niby te wielkie sklepy takie bezosobowe i bezduszne, ale czasem tam jednak ktoś z krwi i kości i do tego z sercem, siedzi. Zobaczymy ile koniec końców sztuk zląduje.

Tak więc, nie mam czasu czytać. A to dla mnie największa kara. Idę sobie, dobranoc

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Pojechali. Zaraz mi łzy w oczach stanęły, kiedy samochód z córką, jej chłopakiem i małżonem, zniknął za rogiem. Popłakałam jakieś kilkanaście sekund, ale postanowiłam jednak odłożyć to na później, bo się bałam, ze jak zacznę, to nie skończe do jutra, czyli dziś. Posprzątałam kuchnię po obiedzie, bo wiadomo, zjedliśmy, narobiliśmy szumu i pojechali, a dla mnie została najlepsza część, czyli gary i reszta.

Zaraz po uporządkowaniu kuchni postanowiłam pojechać do znajomych po gazetę, którą mi przywieźli ze sklepu polskiego. Piękna pogoda, świetna muzyka w radio, jadę sobie płynnym ruchem, wjeżdżam na ich podwórko i jeb - wpadłam jednym kołem w wieeeelką dziurę, najpierw był huk, a potem sssssyyyyyyyy. Kapeć. Na szczęście odbywał się u nich grill i było tam kilku panów, wsród kilku pań, zeby było jasne, zmienili koło, a potem zupełnie nie chcieli mnie wypuscić, dali kaszankę, adekwatnie do kaszany, którą odstawiłam przy wjeździe, coś do picia. Po jakims czasie stanęło na tym, że odwiozę niektórych gości do domu, bo nie piłam. No to jeszcze zostałam. Po 23-ciej zapakowaliśmy się do 'wozu', wszyscy w świetnych humorach, nawet ja się jakoś wyluzowałam, chciaż wiedziałam, że jak tylko się położę, to zacznę buczeć z już-tęsknoty, chociaz małżon nie zdążył nawet kraju opuścić. Ruszam, a tu kierownica mi lata na wszystkie strony, samochodem rzuca, nie mogę jechać. Wróciłam do kolegi, tamci uprzednio wezwali innego na pomoc, żeby ich odwiózł, po czym wrócił po mnie. Jeszcze próbowali zaglądać, co bylo nie tak, ale ciemno, poza tym późno. Odwieziona do domu, bez samochodu na drugi dzień, martwiąca się o koszta, bo mogło pójść wiele rzeczy, jakaś tam ośka, amortyzatory, wiadomo, panowie przerzucali się różnymi scenariuszami awarii, a mnie przed oczami latały sumy, które będę musiała wydać na naprawę, nie spałam cala noc.

Rano skontaktowałam się z mechanikiem, który jest wujkiem chłopaka Misi. Pojechał odebrać samochód i przewiózł go do warsztatu. W międzyczasie ja poleciałam do jednej pracy, zaraz potem do drugiej, wyszłam o 9, wróciłam do domu o 5, wszystkie 'spacery' w strugach deszczu. Wszystko miałam mokre, aż do majtek. Mimo płaszcza przeciwdeszczowego.

Wieczorem czułam się w domu strasznie. Nie wiem, kiedy się przyzwyczaję, czy w ogóle. Nawet czytać mi się nie chce, na filmie nie mogę się skupić. Kurde.

sobota, 14 sierpnia 2010

Dzisiaj o 4.05 minęło 20 lat od urodzin mojej córki. Żadna matka nie zapomni chyba najdrobniejszych szczegółów z sali porodowej i momentu, kiedy połozna oglosiła narodziny jej dziecka, a potem pierwsze spojrzenie, pierwszy 'uścisk dloni' czyli chwyt za palec, pierwszy raz wypowiedziane słowa - witaj na świecie Michalinko.

Dzisiaj od rana, jak to u nas, kiedy chcemy kogoś dopieścić, szykowanie obiadu, składanie torta, którego zaczęłam poprzedniej nocy, bo chciałam, żeby biszkopt się porządnie sciął i ładnie kroił, no i wiśnie ugotowane w syropie z alkoholem, ścięte mąką kukurydzianą, jak to tortu szwardzwaldzkiego, też lepiej jak odczekają w lodówce troszkę. Ruch, zamieszanie, Miśka do fryzjera, ja do odkurzacza, bo po 5-tej już chcemy zasiąść do stolu, zjeśc, pogadać, potem tort, kawa i już do córci przychodzą koleżanki - malować się, ubierać, szykować, objadać tortem, popijać Bacardi Brizzera i fiuuuu do klubu nocnego. Starzy siedzą, jedno przed kompem, drugie przed telewizorem ogląda Spartakusa, a tam na górze wrzawa, śmiechy - fajnie.Tylko szkoda, że syn w Polsce i go tu nie ma.

Trudno wprost uwierzyć, jak ten czas leci. Jeszcze niedawno tata kręcił włosy córce siedzącej na pięciu poduszkach na krześle. Mgnienie oka od czasu kiedy latała goła po plaży, kiedy szła do pierwszej klasy, kiedy robiła małą maturę (junior certificate), a zaraz potem leaving cert (czyli dużą maturę), tyle nerwów z dostaniem się na studia, a teraz już na 3 roku, daleko gdzies tam z Dublina dzwoni i pyta - robię tort dla Marka, masło najpierw do jajek, czy cukier?

Specjalnie dla Wojtka na wyjeździe zdjęcia z obiadu urodzinowego. Na samej górze bukiet urodzinowy zrobiony przez męża dla Michaliny.
Najpierw miliśmy sałatkę z krewetkami na starter, czyli przystawkę (męża dzieło)

Potem ulubiony kurczak moich dzieci, tak zwany czarny, od koloru, który uzyskuje poprzez obtoczenie wcześniej usmażonego w cieście, w glazurze z miodu, sweet chili i sosu sojowego posypanego sezamem i zapieczonego w piekarniku, podanego z ryżem i koniecznie sałatą lodową (dużo tej sałaty dziś) wymieszaną z jogurtem i odrobiną cukru z cytryną, kurczak pikantnawy ze słodkim posmakiem.

a na koniec deser - tort szwardzwaldzki z dużą iloscią wódki i do tego krem ajerkoniakowy.

pochwalę się przekrojem, bo pierwszy raz robiłam czterowarstwowy. Upiekłam biszkopta w za dużej formie, więc piekłyśmy w nocy drugiego, bo tamtego byłyby tylko dwie warstwy, a z upiecoznym drugim wyszły 4. Ale delikatny bardzo, bo dosyć porządnie nasączony wiśniowym kompotem z wódką, i krem też puszysty, więc w sumie wyszedł superowy. Dumna jestem, bo ja nie robię tortów za często, więc nie mam wprawy.

Ot i całe nasze balowanie. A teraz ja z książeczką do łóżka, a Michalinda, starucha moja, na dyskotekę.

 

czwartek, 12 sierpnia 2010

Nie mogę uwierzyć, że się tak dałam. Na rozmowie kwalifikacyjnej do pracy w parafii (właściwie najpierw do biura, ale mi wytknęli, że nie znam irlandzkiego, a to jest wymóg u nas, na terenie, gdzie irlandzki jest językiem używanym w urzędach jako pierwszy. Powiedzieli, że wyślą mnie na kursy tego języka, a w międzyczasie tak zwanym, parafia. Będe redagować newsletter, pomagać księżom w prowadzeniu ksiąg, wpisywać intencje na msze, układać grafiki, ale też utrzymywać porzadek. Duza różnorodność - pomyślałam i się nawet ucieszyłam. Poszłam tam we wtorek, bo poniedziałek był organizacyjny, podpisywanie umów i tak dalej, a tam okazało się, ze jest taka kobieta, która o sobie mówi, że jest zakrystianką, i ona robi całą papierową robotę, kontaktuje się z księdzem, prowadzi korespondencję itp, a ja dostałam odkurzacz i szczotkę i mam się zając pozostałą częścią zadania. Ona jest tam na zasadzie wolontariatu, więc się wywyższa, ze ona niby tak z serca i poczucia wspólnoty religijnej, a ja dla pieniędzy. Poza tym pokazuje mi palcem co mam robic i robi przy tym takie wazniackie miny. W srodę, po uzgonieniu z koordynatorem projektu, nie poszłam tam, a ona do mnie - nie było cię wczoraj, ja to jestem tu codzienne, to samo Brigid (moja poprzedniczka) i strzeliła focha. Kto ona jest, zeby mi coś tam kazać, czy nie? Poza tym wykazuje zdewocenie, a ja tego nie lubię.

Jedyny plus, ze jak sobie już wszyscy poszli i wykonywałam swoje zadania, to sobie słuchałam audiobooka.

Nie mogę zrezygnować, muszę przejść mój roczny kontrakt, bo mi nie dadzą z powrotem zasiłku, a nowej roboty, takiej na papierze nie mam. Za to teraz, kiedy mam mniej czasu, sypią się zlecenia jednorazowe, a to tłumaczenie, a to w kancelarii mnie potrzebują na 20 godzin w tym tyg i przyszlym, a to pomoc przy remanencie - padam na pysk. Tak bylam dzisiaj zmęczona o 18, po szarpaniu się i stresie w tym kościele, potem po charówie w kancelarii, że aż mi się wymiotować chciało. Przyszłam do domu i się tak spłakałam, że szok. Ze mnie oszukali, że mnie tak zakręcili, że się tak dałam i że tak jestem zmęczona..

Dlaczego mnie to wszystko spotyka? Dlaczego to, co dla innych leży na podłodze, dla mnie leży zwykle wysoko? Chyba to ja jestem nieudaczna. Siedziałam dzisiaj w kancelarii, patrzyłam na te listy i inne papierzyska i pomyśłałam, że gdyby to było w Polsce, byłabym gwiazdą sekretarek prawniczych, hehe. Bo ja naprawdę czuję bluesa,  nie chciałabym być prawnikiem, ale asystentką i owszem. A tu wciąż się zmagam z tym językiem, to co dla nich jak splunąc, ja muszę dwa razy przemyśleć i sprawdzic. Cholera, zmęczona jestem tym wszystkim.

23:37, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (34) »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010

Jestem specjalistką w odnoszeniu sukcesów nie tam, gdzie trzeba, nie tam gdzie bym chciała raczej. Szukałam dobrze płatnej pracy na cały etat, a znalazłam na pół etatu w kancelarii parafialnej, hehe. No i od dziś zaczęłam karierę na niwie kościelnej. To brzmi jak jakiś żart. Wszyscy mi zazdroszczą, a ja głównie się boję, że się wyda, że nie byłam u spowiedzi od lat. Jestem głęboko wierząca, ale z tymi kościelnymi sprawami to trochę na bakier. Jakiś kryzys wartosci, czy co? No w każdym razie uważam, że najlepszą modlitwą jest rzetelna praca i codzienne staranie się być dobrym człowiekiem, pomagać tym, którzy tego potrzebują, dbać o właśną rodzinę i wierzyć, niekoniecznie latanie do kościoła i zadymianie wszystkich swoich grzeszków żarliwym waleniem się w piersi. Ale nie chciałabym wdawać się w dysputy religijne, chcę tylko uzasadnić swój punkt widzenia - teraz się wyda. Ze nie wiem wielu rzeczy, które innym sa dobrze znane. No nic, trzeba będzie stawić temu czoła.

W naszej parafii jest dwóch księży, którzy obsługują dwa kościoły, wszystkie pogrzeby, śluby, chrzty itp. Dają radę. Ale nie ma zakonnic, wiec pieczę nad kościołem jako takim, znaczy budynkiem i biurem, przejmuje gmina, dlatego utworzono taką posadę jak moja. Jutro mam spotkanie z kobietą, która tam jest od lat i ona ma mi wszystko pokazać. Ciekawe to wszystko. W kazdym razie równie ciekawe, co dziwne i niecodzienne, w moim pojęciu.

Dla poprawy humoru i dodania odwagi, kupiłam sobie pięęęęęknego koguta. Ma na imię Benjamin i stoi sobie teraz obok telewizora. Patrzy z kącika przekrzywiając główkę. Jest dumnym, niepospolitym kogutem. Znalazłam go przy okazji robienia zakupów prezentowych dla rodziny w Polsce. Nie mogłam go przecież zostawić w sklepie, takiego koguta???

Tagi: Irlandia
23:51, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (17) »
niedziela, 08 sierpnia 2010

Pozwólcie, że opowiem wam o Ritcie. 
Przyjechałam do Irlandii w czasach, kiedy było tu niewielu Polaków, a już na pewno nie było żadnych wielkich skupisk, czy środowisk widocznych na pierwszy rzut oka.  Według szacunków było nas 300 osób w całym kraju. Trudno sobie pewnie to teraz wyobrazić.  W każdym razie nie było nikogo, kto mógłby mi udzielić jakichkolwiek wskazówek, pomóc w zagospodarowaniu, czy zorganizowaniu szkoły.  Wiem, że wciąż powtarzam te martyrologiczne opowieści, ale bardzo chcę, żebyście mieli obraz sytuacji.  Ba, grozy nawet, bo jak nazwać okoliczności, kiedy ląduje się w obcym mieście, obcego kraju, gdzie wszyscy mówią angielskim, ale takim, że się zastanawiasz, czego cię w szkole uczyli, bo na pewno nie tego samego języka?  Niby wszystko można załatwić na telefon, ale jeszcze trzeba rozumieć, co do ciebie mówią.  Człowiek traci rozpęd, robi się taki trochę społecznie upośledzony.  Te ograniczenia czasem urastały do przeszkód wielkich rozmiarów, wiadomo było, że dzieci w Irlandii noszą mundurki, ale gdzie się je kupuje to już nie bardzo.  Wtedy bardzo pomocna okazała się Siobhan, ale to inna historia, nie będę jej teraz opowiadać.

Potem zaczęło się normalne życie, dla nas trochę ubogie towarzysko, bo kiedy nie bywasz namiętnie w pubach, bo dzieci małe, a poza tym i tak nie jestem fanką tego typu rozrywki, czasem i owszem, ale żeby każdego tygodnia godzinami przesiadywać w mieście, to nie dla mnie, to i przyjaciół nie poznajesz lawinowo i człowiek czuje się samotny.  Wtedy z propozycją przejażdżki po uroczych zakątkach okolicy wystąpiła mama najlepszego kolegi mojego syna ze szkoły.  Potem pojechaliśmy razem na Halloweenowe przyjęcie dla dzieci w parku rozrywki, potem były fajerwerki u nich w domu, gdzie miałam okazję poznać resztę rodziny, siostry i mamę – Ritę właśnie.  Wojtek i Cian bardzo się zaprzyjaźnili, zaczęli nocować u siebie w weekendy (okazało się, ze byliśmy pierwszym domem, gdzie pozwolono Cianowi przebywać, bo wcześniej mógł tylko u kuzynów i na imprezach zbiorowych), nie raz babcia Rita odbierała ich ze szkoły, częstowała obiadem, śmiała się wtedy często, że Wojtek to jedyny człowiek oprócz niej, który je warzywa.  Oddalony od rodziny, bez kontaktu codziennego z ‘dziadkami’, wdzięczna byłam jej bardzo, że chociaż tak Wojtek doznaje babcinej troski. Tak było od prawie 7 lat, aż wszystko nagle zmieniło się, można powiedzieć, w ciągu jednej nocy.

Rita przeszła planowaną operację wymiany biodra.  Wszystko poszło pomyślnie, rekonwalescencja postępowała bardzo dobrze, do tego stopnia, że przestała zupełnie brać leki przeciwbólowe.  Pojechałam ją odwiedzić, dostałam herbatkę i pyszne ciasteczka, pogawędziłyśmy, fajnie było. Kilka dni później Rita została zabrana do szpitala.  Nie będę wchodziła w szczegóły, wystarczy powiedzieć, że o 12 w nocy trafiła na stół operacyjny, otworzyli ją i zaszyli.  Rozległy rak, nieoperacyjny.  Przez to, że od lat brała silne leki przeciwbólowe na biodro, nie zauważono symptomów raka jelita grubego, bo nie odczuwała bólu, ani dyskomfortu.

Wszystko poszło błyskawicznie, siedem tygodni i Rita umarła. Szok dla wszystkich, nie tylko dla rodziny.  Siedziałam właśnie u fryzjera, kiedy dostałam telefon z wiadomością.  Ja tu z mokrym łbem, naokoło śmiechy i hałas, a gdzieś tam w przyciemnionej sali szpitalnej Rita wydała ostatnie tchnienie.  Zawsze w takich razach boleśnie uświadamiam sobie, jak kruche jest ludzkie życie i zastanawiam się, jak wiele jest ono warte, czy ważne jest to, co po nas zostaje? Czy wręcz odwrotnie -  do cholery z tym wszystkim.

Następne dni wystarczyły mi za odpowiedź.  W Irlandii, szczególnie w takich małych miejscowościach, jest zwyczaj czuwania przy zmarłym przez dwa dni, a na trzeci jest pogrzeb.  Pomagałam rodzinie w tym czasie, od tego są przyjaciele.  Do domu, gdzie jest wystawiona trumna, schodzili się żałobnicy, a my serwowałyśmy herbatę, kanapki, ciasteczka, dając w tym czasie rodzinie czas na żal i na pożegnanie się z matką.  Kiedy widziałam te tłumy ludzi, autentycznie przejętych jej śmiercią, pomyślałam, jakże to jest fantastyczne, że ona pozostawiła po sobie takie wrażenie, że ‘nie wszystek umrę’ ma jednak znaczenie, że tyle jesteśmy warci, ile pamięć po nas.
W miejscowym kościele, jak to się mówi po angielsku – there was no dry eye in the chapel – nie było ani jednego suchego oka w kaplicy; wszyscy, słuchając opowieści snutych przez księdza o Ricie, śpiewu chóru, którego była członkinią od 30 lat, toteż dla niej śpiewali szczególnie pięknie, chlipali w chusteczki i autentycznie przeżywali jej odejście. W pewnym momencie ksiądz powiedział, że Rita dotknęła życia tak wielu osób, niejednokrotnie pomagając im dyskretnie i z wrodzoną sobie bezinteresownością i za to ją wszyscy tak kochali i cenili.  Zdałam sobie sprawę, jak trafne jest to spostrzeżenie, że ona w jakiś sposób dotknęła i mojego życia, dając mi poczucie bycia osobą ważną i mile widzianą na tej ziemi.  I za to będę jej zawsze wdzięczna.

Farewell Rita!

czwartek, 05 sierpnia 2010

Bardzo mnie cieszy fakt, że w Irlandii każdy dom ma kącik jadalny, a w nim wygodny, nierzadko rozłożysty stół, służący nie tylko do jedzenia, ale stanowiący często centrum życia rodzinnego, gdzie odrabia się lekcje lub czyta gazety, bo tam światło najlepsze i najłatwiej dużą płachtę rozłożyć.

Przyznacie, że dla niejednego Polaka taki mebel to widok niepospolity.  Stoły, wyparte na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z powodu ciasnoty „nowoczesnego budownictwa”, zabrały ze sobą nie tylko wygodne miejsce do spożywania posiłków, ale wiele, wiele więcej.

Czymże bowiem jest taki duży, wygodny stół ? Człowiek praktyczny, racjonalista powie pewnie, że są to kawałki drewna, obrobione i umiejętnie ze sobą połączone.  Serweta, kwiaty, niedzielne obiadki i tyle.  Dla mnie każdy stół ma duszę kameleona, jest taki jak jego właściciel, czasami uporządkowany i lśniący, czasami zawalony papierami i wycinankami dzieci, a jeszcze innym razem poważny - koronkowy lub wesoły - złocisty, cały w kratę. Mogłabym powiedzieć - pokaż mi swój stół, a powiem ci, kim jesteś.  Zdarza się, że kiedy myślę o pozostawionych w moich rodzinnych stronach przyjaciołach i bliskich, tęsknię do ich stołów właśnie, do wspólnych wieczorów pełnych śmiechu, fantastycznego jedzonka, dobrego wina, a nade wszystko do rozmów (czasami zażartych dyskusji) i do nocy zarwanych z powodu gry w karty lub Scrabble.  Wszystko to właśnie przy tych stołach się działo i doprawdy lepszego miejsca na takie spotkania nie ma.

Kiedy zaraz po ślubie wynajęliśmy kawalerkę w Warszawie, ku naszej radości znaleźliśmy w niej duży okrągły stół.  Właściciel przepraszał za ten „nieporęczny mebel” na środku pokoju i zaproponował, że natychmiast, z pomocą mojego męża, wyniesie go do piwnicy. Pokój był malutki, z wnęką na łóżko i drugą na kącik kuchenny.  Mimo to gwałtownie zaprotestowaliśmy.  Pozostawienie stołu zmusiło nas do przyjęcia zasady poruszania się pojazdów mechanicznych na rondzie (może dlatego później, jako jedyna na kursie prawa jazdy, nie miałam z tym problemu), ale w takiej klitce nic nie było łatwe, a stół załatwiał wiele spraw - przy nim jedliśmy, pracowaliśmy i przyjmowaliśmy gości .

Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że pierwszym meblem w życiu, który kupiliśmy na własność, był stół.  Duży, owalny, w razie potrzeby rozsuwany.  Wynajęcie kolejnego mieszkania zależało od tego, czy znajdziemy dla niego miejsce.  Po każdej kolejnej przeprowadzce, najważniejsze było rozłożenie łóżek i ustawienie stołu, wszystko inne mogło poczekać.  W trakcie urządzania można na nim było rozpakować książki, bibeloty i szklanki, w przerwach zjeść posiłek, a wieczorem dla odpoczynku postawić pasjansa.

Po przyjeździe do Irlandii byłam bardzo szczęśliwa widząc, ze wszędzie, gdziekolwiek nie poszliśmy oglądać domu do wynajęcia, były wygodne stoły.  W każdym takim wynajmowanym locum, według mojej teorii kameleona, przejmowały one moją osobowość, oblekały się w kolorowe obrusy, przyjmowały na swój blat bukiety polnych lub ogrodowych kwiatów, cierpliwie znosiły odrabianie lekcji z dziećmi, z wdzięcznością towarzyszyły nam przy posiłkach,  by zakończyć dzień na czytaniu prasy z dorosłą częścią domowników lub na ostatniej filiżance herbaty i uspokajającym pasjansie.  Z czasem musiały się pogodzić z novum – czarnym, lśniącym laptopem, który łączył rodzinę ze światem.

Po podpisaniu kontraktu o kredyt hipoteczny, po nużącym okresie formalności i oczekiwania na klucze do wymarzonego, własnego (powiedzmy) domu, co zrobiliśmy najpierw?  Pognaliśmy do sklepu i znaleźliśmy piękny, rozłożysty, miodowo-złocisty stół z sześcioma wygodnymi krzesłami.  I ten mebel właśnie wjechał do nowego domu jako pierwszy.  Towarzyszy nam do dziś, a wieczory spędzone przy nim, na rodzinnym graniu w karty, będą już zawsze, choć nadal się odbywają, ale już to wiem, najwspanialszym, najukochańszym wspomnieniem do końca moich dni.

Wiem, że personifikacja przedmiotów czy mebli może być potraktowana jako objaw infantylności lub nadwrażliwości emocjonalnej, ale dla mnie moje otoczenie to nie rezultat działalności projektantów wnętrz lub jedynego słusznego, narzucanego nam przez czasopisma, modelu urządzania mieszkań, ale przede wszystkim wynik wypadkowej osobowości wszystkich domowników, ich oczekiwań i marzeń o własnym kąciku. Nie jest mi wszystko jedno, na czym siedzę, gdzie jadam, gram w karty i piszę listy.  Popatrzcie na mój stół, a dowiecie się, jaka jestem.

poniedziałek, 02 sierpnia 2010

Jestem przekonana, że jest coś takiego jak pamięć genów. Pewnie nie raz o tym wspominałam. Dzisiaj przypadkiem usłyszałam w radio mój ulubiony Walc No 2 Dimitra Szostakowicza. I przeniosłam sie całkowicie do czasów przedwojennej Rosji, nawet przedrewolucyjnej, gdzie bale odbywały się w zimowej scenerii, gdzie w sali z kilkunastoma żyrandolami kobiety czekały aż kawalerowie poproszą je do tańca.

Moja prababka urodzona zaraz po roku 1900, młodo wyszła za mąż, a działo się to właśnie w Rosji, była Polką, ale jej rodzina tam pracowała. Wyszła za inżyniera pracującego w tamtejszych zakładach jakiś tam, dużo starszego. Potem musieli stamtąd uciekać, bo on był inteligentem pracującym, zabiliby ich, gdyby zostali. Musi coś z tamtego życia być w moich genach, bo kiedy slucham takich melodii jak ta, po prostu czuję gdzieś od środka, że tamto życie nie jest mi obce, mam takie emocjonalne dejavu.

Ta wersja, którą tu wkleiłam, Andre Rieu jest mi szczególnie bliska, bo jego koncerty z tysiącami ludzi na widowni zaprzeczają teorii, że ludzie nie lubią słuchać muzyki poważnej. On trafia do mas takimi wykonaniami, że ludzie płacą grube pięniądze, żeby go zobaczyc na żywo. I nic mnie to nie obchodzi, że niektórzy poważni muzcy się z niego śmieją, że jest za mało poważny dla odmiany, bo nie chodzi o to, zeby z tej muzyki uczynić skansen dla coraz starszych słuchaczy, tylko zeby ją wprowadzać między ludzi wciąż i wciąż, zeby nie umarła wśród przebojów takich jak mój znienawidzony - umbrela ela ela. Zobaczcie jak ludzie chóralnie z nim śpiewają, jak tańczą na widowni.

Rozmarzyłam się. Chyba sobie obejrzę Wojnę i Pokój albo coś w tym stylu, szeleszczące suknie, panowie pojedynkujący się o kobiety lub o zasady, romantyczni kochankowie, w szystko to na tle przemian dziejowych.  A tak w ogóle to właśnie skończyłam oglądac Cichy Don odc 1 na TV Kultura, jutro odc 2, tralala hop sasa. Uwielbiam.

niedziela, 01 sierpnia 2010

Kiedy byłam mała, w swoim pokoju miałam kaktusa.  Mama postawiła go na parapecie przy łóżku, dokładnie nad moją głową.  Nie wiem, dlaczego tam, jakby innego, lepszego miejsca nie było?  Za każdym razem, kiedy po przebudzeniu wyciągałam ręce do góry, moje dłonie napotykały kolce.  Wyobraźcie sobie – budzisz się, cieszysz na nowy dzień, jak to dziecko czy nastolatek, żadnych lub prawie żadnych problemów, w szkole czeka na ciebie paczka przyjaciół, chłopak, który ci się podoba, właśnie wpisał ci się do pamiętnika wierszykiem, który jednoznacznie sugeruje, że ‘cię kocha’, myślisz – życie jest cholernie piękne – i nagle jeb – reality bites – rzeczywistość wali cię kolcami w palce i daje znać, że niezupełnie jest tak idealnie.  Cały ranek będziesz wisieć przy oknie, kiedy matka będzie próbowała pincetą wyciągnąć włoskowate kolce, które może i prawie niewidoczne, ale za to cholernie kłują.

I tak przez lata, bo nikomu nie przyszło do głowy, żeby tego kaktusa przestawić lub wyrzucić.  A właściwie przyszło, mnie samej, przecież nie miałam skłonności masochistycznych, ale jakimś dziwnym trafem, wciąż lądował on nad moją głową przy łóżku.  Ja go na szafkę lub drugie okno, szłam na obiad, potem lekcje, spotkania z koleżankami, wracałam, kaktus z powrotem na swoim miejscu.  Nie miałam natury buntowniczej, pogodziłam się z rolą kaktusa w moim życiu.

Jestem już dorosła.  Borykam się z życiem i staram się jak mogę, żeby moje dzieci budziły się rankiem i nie miały żadnych lub prawie żadnych problemów.  Ale też bez przesady, pod kloszem ich nie trzymam.  Wszystko musi być zrównoważone, nie chcę, żeby się obudziły pewnego dnia i stwierdziły, że o dziwo - life is brutal and full of zasadzkas.  Uczestniczą w naradach rodzinnych, kiedy coś się dzieje niedobrego, trzeba rozwiązać jakieś omsknięcie z drogi wiecznej szczęśliwości, nie mówimy z mężem o problemach szeptem, a kiedy się kłócimy, to się kłócimy, a nie „milczymy wymownie”.  Wprawdzie im kaktusów nad głową nie stawiam, ale zdrową porcję igieł muszą zaliczyć, to ich tylko zahartuje.

I ja też, wciąż czuję obecność tego kłującego (nie)przyjaciela.  Zawsze, kiedy już myślę, że nastał w moim życiu taki słoneczny, bezproblemowy, wreszcie-się-skończyły-problemy dzień, jeb – jakiś telefon, jakiś list, wiadomość mailowa lub na gg i już wiem, że znowu przyjdzie mi wisieć, Bóg jeden wie ile, przy oknie i wydłubywać kolce z serca czy głowy, rozwiązywać węzły, wydawałoby się Gordyjskie, na które czasem trzeba też wyjąć miecz.

Czasem gorycz mnie zalewa i zadaję sobie pytanie, dlaczego ja mam zawsze pod górkę, dlaczego innym tak dobrze się układa? Mają dobrą pracę tu, rodzinę, która dba o ich potrzeby z kraju, wysyła paczki, leki, kiedy potrzeba, gazetki ukochane, fajki pakuje w pakiety (nie żebym paliła, ale mnie mogliby co innego w te pakiety wkładać), mama przyjeżdża, ba czasem nawet 90-letni dziadek zapakuje się w samolot i przyleci, życie rodzinne wre.  A ja wiecznie sama jak palec albo coś tam, a jeżeli słyszę o rodzinie to wyłącznie w kategorii – co się znowu skiepściło?  To znaczy swoją podstawową komórkę społeczną to ja tu mam, ale mówię o rodzicach, ciotkach, wujkach itp.

Z drugiej strony, kiedy już się unormuje pokiełbaszona sytuacja, kiedy już węzeł rozwiążę lub przetnę, mam jednak takie dni, kiedy się budzę i kaktusa nad głową nie ma.  I wtedy moje szczęście jest wielkie, radość nie zna granic. Wtedy się zastanawiam, czy to nie jest przypadkiem tak, że ten kaktus musi wracać co jakiś czas na miejsce, musi nam czasami bolesne kolce w palcach zostawiać, bo gdyby go tak całkiem zabrakło, jakbyśmy wtedy wiedzieli, że jesteśmy szczęśliwi?

Wiele rzeczy, kiedy wszystko układa się dobrze, traktujemy jako normę, tutaj się mówi – we take it for granted.  Dosyć szybko uznajemy, że tak musi być, ze to wynik naszego geniuszu, naszej zaradności, urody, inteligencji, sami sobie dopowiedzcie, czego jeszcze.  Może kaktus jest po to, żeby przypominać, że czasem szczęście jest kruche i trzeba się cieszyć każdym dniem, kiedy ono przy nas jest, bo wcale nie ma gwarancji, że pozostanie na zawsze? A jeżeli będzie nam dopisywać długi czas, to niech nam chociaż ten kłujący ‘strażnik’ przypomina o jego ulotności i kaprysach losu, tak dla hartu ducha.  I niech wszyscy mają pod ręką pincetę, dla spokojności.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!