Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
sobota, 31 lipca 2010

Jakoś się przyzwyczajam, ze Wojtka nie ma.  Powoli, ale innego wyjścia nie ma. Najważniejsze, ze wiem, że jest tam pod dobrą opieką, że mu nie smutno, wręcz przeciwnie. Gdyby pojechał gdzieś na kolonie do kraju, już nie bylabym taka spokojna. Tak więc nie o niego tu chodzi, bo on szczęśliwy, ale o mnie, o mój smutek. Nie wisieliśmy na sobie całymi dniami, ale słyszałam go z dołu, kiedy u siebie na górce dyskutował z kolegami przez skype, grając jednocześnie z nimi na Wii, jego śmiechy, okrzyki... To tylko pięc tygodni, już jeden prawie minął - tak sobie tłumaczę. Pewnie będzie tak, ze jak się przyzywczaję, poczuję się wreszcie spokojna, to on wróci. I bedzie mi za głośno, hehe. Tylko muszę jeszcze przeżyć dwutygodniowy wyjazd męża. Okładam się ksiażkami i sama sobie wmawiam, że wreszcie nie będe musiała gotować, będę czytać i oglądać seriale BBC (o ostatnio obejrzanym piszę na Notatkach Coolturalnych).

W czwartek pojechałam z wizytą do dziennikowej koleżanki. Często Wam się do zdarza, poznawać w realu ludzi, których znaleźliście w sieci? Mnie tylko dwa razy. Poprzednio były to dziewczyny z Dzienników Twojego Stylu, szczególnie dwie, ale dobiły na obiad w restauracji jeszcze dwie i trzecia na krótkie pogaduchy. Nic a nic się nie zawiodłam, były takie jak w swoich wpisach albo i jeszcze lepsze.

Lottę znalazłam przypadkiem, linkując od kogoś ze szpalty. Na początku myślałam, że ona mieszka daleko, gdzieś w Finlandii, Holandii? Kiedy się zgadałyśmy okazało się, ze mieszka bardzo niedaleko mnie. Pół godziny jazdy samochodem starczyło, żeby wkroczyć do jej polsko-fińskiego świata, zachwycić się zapachem drewna, bo dom jest cały drewniany, w jasnych naturalnych kolorach. W gościnnej kuchni dostałam kubas pysznej kawy i wielki kawał tortu fińskiego wlasnej roboty. Pyyyyyszny!!! Nie wiem, co ona na to, ale ja już po kilkunastu minutach czułam się tak, jakbyśmy się znaly wieki. Czuje się oczywiście braki w znajomości topografii nowo poznanej osoby, te ważne-nieważne szczegóły o ścieżkach i szlakach dziejowych, skąd ona tu, dlaczego ja nie tam itp, ale to szczegół.  Natomiast to, co w znajomosciach nieuchwytne, podskórne, to co decyduje o tym, czy nadajemy na tych samych falach, czy mamy ochotę zakrzyknąć - JA TEŻ TAK MAM!!! - gdyby tego nie było, tej koleżeńskiej chemii, byloby to nie do nadrobienia, nie dałoby się tego wykrzesać ani milionem konwersacji, ani staraniami, byłoby letnio, miło, ale pasji żadnej. A pasja potrzebna w znajomości/przyjaźni tak samo bardzo jak w miłości. Rozmawiałyśmy o książkach, a jakże, o filmach, odkryłyśmy, że mamy współne mianownik jeżeli chodzi o historię naszych rodzin, bo obie jesteśmy urodzone na Ziemiach Odzyskanych, gdzie przybyły nasze rodziny (2 pokolenia wstecz). Ale głównie o książkach, przerzucając się tytułami i okrzykami - a to znasz, a to czytałaś? Ku mojej radości i zdziwieniu wiele z jej ulubionych powieści jest mi całkiem nieznane, co obudziło dreszcz emocji, bo nie ma to jak odkrywać lądy nieznane.

Wielce udane było to spotkanie. Wielce obiecujace na przyszłość.

Z zaraz następnego dnia miałam rozmowę kwalifikacyjną do pracy w biurach miasta, takie coś jak nasz urząd gminy, ale bez administracyjnej części, meldunki, podatki itp, tylko taki społeczno-kulturalny dział, gdzie organizuje się inicjatywy lączące lokalną społecznośc, pomaga ludziom pisać pisma czy CV, opiekuje się ten dział kościołem, bo nie ma tu zakonnic, dba o czystość miasta, uczestniczy w organizacji festiwali, prowadzi kursy dla mieszkańsców, jest gospodarzem różnego rodzaju spotkań na wysokim szczeblu, zajmuje się promocją miasteczka itp. Praca polega więc na pracy administracyjnej, przy tworzeniu strony internetowej, pisaniu biuletynu informacynjego, co się dzieje w parafii, ale też obsługiwaniu spotkań w siedzibie. Chciałabym tam pracować, to jest kontrakt tylko na 1 rok, kiedyś były 3, ale skrócili, taki projekt dla osób, które nie mają pracy, a chciałby coś zrobic dla lokalnej społeczności, przedłuża im się zasiłek o czas pracy, czyli zamiast roku, trwa 2. A że zasiłek jest wielkości takiej, jakby osoba pracowała na pół etatu, tu też jest do przepracowania tylko 19 godzin.  Ale jest się w centrum wydarzeń, poznaje się ludzi, to moze zaowocować pracą na stałe, dobrą posadą, a nie czymkolwiek. Tak sądzę. Wyniki za tydzień, duzo chętnych było.

Myślę, że wypadłam bardzo dobrze, gdyby się okazało, że i tym razem nic z tego, to ja już nie wiem, jak te rozmowy powinnam przechodzić. Mówiłam dokładnie to, co oni chcieli usłyszeć, takie gadki o duchu współdziałania i pracy na rzecz rozwoju miasteczka, na rzecz ludzi tu mieszkajacych itp. Zrobiłam risercz i wiem, że chcieli też usłyszeć o tym, że chciałabym się uczyć, brać udział w kursach, no to im powiedziałam, że mogę i na studia iść, gdyby zapłacili, doktorat zrobić, gdyby było trzeba, badania nad ukraińskim seksem hihi, gdyby chcieli. Tego ostatniego nie powiedziałam głośno. Już większej gwiazdy z siebie nie mogłabym zrobić. Jeżeli tym razem polegnę, następnym przyjdzie mi się chyba rozebrac. Chociaż nie, bo mogliby uciec z krzykiem :-)

wtorek, 27 lipca 2010

No i syn pojechał. A było to tak.

Do Dublina pojechaliśmy z Michaliną i Markiem, jego samochodem. Po mniej wiecej pół godzinie jazdy przypomniałam sobie, ze nie ma ze sobą żadnego dokumantu ze zdjęciem, a przecież z Dublina miałam wracać samolotem. Tak mi bylo wstyd, bo to takie zachowanie głupiej gęsi - ups, zapomnialam.... Myślałam, że się saperką pod beton zakopię. Marek musiał się wracac, a córka zadzwoniła do małżona i on jechał w naszą stronę. Ale był zły. Spotkaliśmy się na drodze i nastąpiło przkazanie dokumentu. Ze stresu to aż zasnęłam.

Dojechaliśmy do Dublina o 11 w nocy, było strasznie gorąco i duszno. W pokoju, gdzie spaliśmy gorąc, pootwierane okna, a my i tak nie mogliśmy zasnąć, a o 4 trzeba było się obudzić. Wojtek na materacu, co ruch to 'pierd' materacowy, ja na kanapie, lekko przykrótkiej, spałam na jednym boku, aż kiedy zadzwonił budzik, nie dość, że miałam wrażenie niespania wcale, to jeszcze zrobił mi się placek po prawej stronie głowy, mimo wosku do włosów nie do usunięcia. Miałam przed sobą stres zwiazany z lotem Wojtka, więc kto by się tam fryzurą przejmował?

Na lotnisko mieliśmy jechać autobusem, bo zaraz obok córki mieszkania, jest przystanek Aircoach, który jedzie wprost tam. Zostałam uprzedzona, że mogą się też zatrzymywać taksówki, za te same pieniądze, co autobus (14/15 euro za dwie osoby) kierowcy będą chcieli przechwycić pasażerów. Zatrzymało się ich kilka, ale ja jakoś uparłam się na autobus, bo chciałam kupic bilet powrotny, taniej. Ale ten nie przyjeżdzał i po pół godzinie spanikowałam i wsiadłam do taksówki, wcześniej uzgodniwszy cenę na 15 euro. Kierowca był czarnoskóry. Kiedy dojechaliśmy, podałam mu banknot 20 E, a dostałam reszty 1.05. Kiedy zaprotestowałam, on powiedział, ze nie wie, o co chodzi, to normalna taryfa, a o pieniądzach przecież nie gadaliśmy, tylko wsiadłam i on pojechał. Myślałam, że go zdzielę przez ten czarny pysk (i proszę mi tu nie wyjeżdżać z gadkami o rasizmie, bo jakoś dziwnie tylko oni takie numery mi zawsze robią), trochę się poszarpaliśmy słownie, zobaczył, że policja się zbliża i mój wzrok w ich kierunku skierowałam, oddał pieniądze i wysiedliśmy. Jeszcze mi miłego dnia życzył.

Kiedy odpawiłam syna, poszłam na górę do Sturbucksa na kawę, czekać aż odleci. Musiałam się upewnić, że dotarł do odpwiedniej bramki i siedzi w samolocie, że wszystko dobrze. Miałam kanapke zrobioną przez Michalinę, duuuużą kawę i dobrą ksiażkę. Zapadłam w głęboki fotel, wyciągnęłam nogi i czytałam 2 godziny, co jakis czas rozmawiajac z synem. Kiedy już wyleciał, pojechałam do centrum Dublina, zjadłam superowe śniadanko czytajac Irish Independent (uwielbiam poranne gazety czytane przy jedzeniu), a potem udałam się do Chapters Bookstore, księgarni poleconej przez Anię, blogową Hrabinę, w której są książki z drugiej ręki, ale też nowe, wszystkie w promocjach. Ale miałam używanie. Dziękuje Aniu. Relacja z zakupów, bo potem pognałam do Easona, miałam tam gift voucher kupiony dla mnie przez koleżankę Kasię w prezencie, TU na Notatkach Coolturalnych.

Dla mola ksiażkowego to raj na ziemi :-)

Chciałam jeszcze uprawiac jakieś zakupowanie, ale pogoda - duchota, upał jak dla mnie, wyjątkowo mnie zniechęcała. Zajrzałam więc do redakcji Polska Times na kawę, wizytę roboczą tak zwaną, a potem na obiado-lunch do Yamamori, mojej najukochańszej restauracji japońskiej. Pisałam kiedyś, że zamawiam zawsze najgorsze danie z karty, tym razem postanowiłam zaszaleć i coś nowego zjeść i też tak się skończyło. Zamówiłam kurczaka w sezamie z warzywami i z takim sosem, który mnie doprowadził do łez. A tak japońskie sosy lubię, ale ten był nie do przejścia. Mój kelner, jak potem się okazało też manager (córka mi powiedziała, kiedy jej relację zdałam), Włoch, był taki obcesowy i jakiś niecierpliwy, że nie miałam odwagi poprosić o inny sos, niechby nawet nie pasował ich zdaniem do potrawy. W ogóle trochę mi było wstyd, bo ja nie umiem jeść pałeczkami i chyba mi to z pyska bije, bo facet od razu mnie zapytał, czy nóż i widelec przynieść. Naokoło ludzie wywijają drewienkami, a ja srebrne sztućce w użyciu miałam. Jako jedyna chyba. Ale większy byłby obciach, gdybym pałeczkami próbowała jeść. Poza tym dobrze mi tam było, bo sobie książki obejrzałam (w Chapters kupiłam 3 dla siebie i 3 na prezent), podczytywałam, dostałam dobrą chińską zieloną herbatę, pogoda piękna, a ja w ogrodzie bambusowym jadłam.

Potem dopiero do Easona poszłam, bo sobie go na deser zostawiłam. Najpierw myślałam, ze nie wykorzystam tego kuponu prezentowego, bo nic nie mogłam wypatrzeć. Tam takie masy książek, że trzeba cierpliwości. Ale jak zaczęłam grzebać to miałam problem, bo za dużo mi się podobało. Ostatecznie wybrałam trzy, nieznacznie musiałam dopłacić.

Tag byłam wykończona, że postanowiłam na lotnisko jechać, choc wcześnie jeszcze było, tam jednak klimatyzacja i wygodne fotele do czytania, a ja już miałam dosyć Dublina, dosyć tłumów, upału, hałasu, miasta po prostu. Doszłam do wniosku, że gdybym miała tam mieszkać, to bym sobie w łeb palnęła. Jednak wolę swoje pustkowia w Donegalu, wiatr od morza, ostre, czyste powietrze, ciszę i przestrzenie. Kiedy doleciałam, nie mogłam sie nacieszyć, że już w domu.

Jeszcze wzięłam prysznic, porozmawiałam z synem na skype, upewniona, że on zadowolony i szczęśliwy, no i bezpieczny, wpiłam duszkiem szklankę piwa, bo najlepiej gasi pragnienie, ale ja nie za bardzo pijaca, więc się urżnęłam w trupa tak, ze nie mogłam do łóżka dojść. Zasnęłam, a dzisiaj czuję się jakby przeze mnie pociąg przejechał. Duże miasto tak na mnie działa, czy po prostu stres zwiazany z wyjazdem syna?

niedziela, 25 lipca 2010

Syn wyjeżdża do Polski na pięc tygodni. Cieszę się bardzo, bo spotka tam kuzynów, przynajmniej część, resztę rodziny, a to bardzo ważne, bo my tutaj, oni tam, łatwo stracić więź. Chcę też, żeby się osłuchał z językiem polskim, nie tylko w domu, bo zaczyna robić coraz większe błędy. Małżon też poruszony wyjazdem, chociaż tego nie okazuje. Wojtek pierwszy raz jedzie sam, dopiero 16go dołączy do niego małżon, a ja będę wtedy sama przez dwa tygodnie. Buuuuu...

Wstaliśmy rano, pakowanie, prasowanie, wiadomo. Mąż przygotował śniadanie pożegnalne, pięknie wszystko przystroił platkami róż i innymi ogrodowymi kwiatkami

Kochany jest. A teraz biega po ogrodzie i szykuje Michalinie wyprawkę do domu - ziemniaki, szczypior, czosnek, koperek, bób. Dzieci wracają do miasta, trzeba coś dać na drogę, hehe.

O ludzie, jak jak przeżyję pusty dom. Pierwszy raz od urodzenia Misi, czyli od 20 lat, nie będzie ani jednego dziecka z nami. Mąż się śmieje, że będziemy mieli trening przed ostatecznym wyfrunięciem ich z gniazda. Dobrze, że to jeszcze nie na dobre, że jeszcze kilka lat mi zostało.

Zapomniałam się pochwalić, że te płatki zebraliśmy do jednego naczynia i nam jeszcze towarzyszyły przy popołudniowej kawie i cieście, które Michalina wczoraj zmontowała z naleśników, bitej śmietany, serka mascarpone i owoców (czerwone porzeczki, borówka amerykańska i malina). Taki powitalny na jej przyjazd i pożegnalny na Wojtka wyjazd torcik

piątek, 23 lipca 2010

Siedzę przy kubku kawy. Przepyszna Nescafe - Cafe Parisien, z mlekiem skondensowanym light z Magnezem, no po prostu niebo w gębie. W tle leci Chilli Zet, radio polecone przez jedną z facebookowiczek, nie będę nazwiskami rzucała, bo może sobie nie życzy. Odkąd go słucham (można też przy komputerze na www.chillizet.pl, na samej górze po prawej trzeba kliknąć 'słuchaj on-line'), czuję się taka dopieszczona muzycznie, same fajne kawałeczki, trochę gadania, tak akurat. Nie ma żadnego numer jeden przeboju, który doprowadza do wymiotów ze znudzenia i zniesmaczenia, ze taką muzyką ludzie się zachwycają. Nie zrozumcie mnie źle, ja lubię słuchać różnistych rzeczy, i Westlife, i Rachmaninowa, i acid jazz, i Paramore, ale niektóre kawałki pop są po prostu nie do zniesienia. Umbrela-ela-ela doprowadza mnie do rozstroju nerwowego i niekontrolowanych ticków oka. Właśnie powiedzieli, że na chilli zet od poniedziałku płyta Michaela Jacksona po kawałku będzie puszczana - no cóż, niekoniecznie mój Mr.Wanted, ale niech im będzie, nie takie rzeczy przetrzymałam, wybaczę i to.

No więc siedzę w towarzystwie mojego ulubionego kubaska, z którego piję tylko ja

podłogi się suszą, pachnie w domu rosołem - życ nie umierać. Lotta mi smaku na rosół narobiła, opowiadaniem jak to u nie właśnie w garku bulgoce od rana (w zeszlą niedzielę), no to i ja zapragnęłam, chociaż w lecie rzadko jadam. Małżon z ogrodu pachące warzywa przyniósł i teraz rozchodzi sie aromat selera i lubczyku, pietruszki i samego kurczaka. A do tego wszystkiego lekka nuta środków czystościowych, jakiś cytrus z przebijającym właściwym detergentom ostrzejszym akcentem. To jest to.

Tak się otulam dobrymi smakami i miłą muzyką, bo mi smutno, ze syn jedzie w poniedziałek do Polski na ponad miesiac, wraca ostatniego dnia sierpnia. Odwożę go na lotnisko i spędzę cały dzień w Dublinie - Eason i Waterstones - uwagą nadchodzę. Poza tym lunch w moim absolutnie ulubionym miejscu - japońskiej restauracji Yamamori - kto chce dołączyć? Ale na razie 'rozpaczam', że syna nie będzie. Poza tym miałam nieprzyjemną rozmowę ostatnio, całą sytuację nawet, z pewną starszą panią, z którą sie przyjaźniłam. Tak mi się przynajmniej wydawało. Ma ponad 70 lat i jest trochę zrzędliwa, ale ciekawa niesamowicie, uwielbiałam spotykać się z nią wieczorami, słuchać jej opowieści, miała bardzo ciekawe życie, pracowała dla The Times, mieszkała kupę lat w Iranie, potem w nieturystycznej części Hawajów, teraz tu. A tak w ogóle to jest czarownicą (tak zwaną białą, czyli dobro czyni). Jej urodziny sa w sobotę, byłam zaproszona, ale ona wymyśliła, ze mężczyźni mają założyć smokingi, a kobiety jakieś super kiecki, ma być jak w Askot na wyścigach i na przyjęciu u królowej po. Ani nie mam kasy na smokingu wypożyczenie, ani na nową kieckę, musiałam zadzwonić i dyplomatycznie przeprosić, ze nas nie będzie. Wcześniej się scięłyśmy, bo ona chciała pierogi polskie na to przyjęcie i ja obiecałam jej zrobić, dzwonię tydzień temu i pytam ile, a ona, że się nie odzywałam, że coś tam jeszcze, teraz to ona nie chce. Nie to nie, pomyślałam, bo wtedy miałam na głowie jeszcze tę nieszczęsną diagnozę, czy mam Cushinga czy nie. Coś jej na ten tamet wspomniałam, ale w sumie nie chciałam jej niepokoić, jeszcze przed urodzinami. Ona się zorientowała i miała pretensje, ze do niej nie zadzwoniłam. A ja nie chciałam jej obciążać tym, bo ona sama jest strasznie chora.  Dzisiaj rozmowa była bardzo sztywna, jakby obcy ludzie ze sobą rozmawiali, oschła i w sumie nieprzyjemna. Nic to, jakoś muszę z tym żyć, ale mi jakoś ciężko na sercu, że nic nie zrobiłam, a w sumie po łbie oberwałam. Nikt nas tak nie potrafi zranić jak rodzina i przyjaciele.

Smutno się zrobiło, a nie miało. Bo dzień, poprzez moje działania dopieszczające, i też z powodu przyjazdu córki dziś wieczorem, jest piękny, obiecujacy i baaaardzo przyjemny. Gdyby nie...  Ale nie, nie będę już o tym myśleć.

czwartek, 22 lipca 2010

Bolą mnie nogi, w taki dziwny sposób, pod kolanami, do tego stopnia, że az mam przykurcze. Nigdy mnie tak nie bolały, wczoraj zaczeło sie swędzeniem w tym miescu, a dziś tak jakoś uwiera. Przestraszyłam się, ale jednocześnie ucieszyłam, bo niedyspozycja wiąże się z tym, że odpocznę, nie będę sobie wynajdować zajęć, poleżę poczytam, pobloguję, może sobie coś obejrzę? Mam nagrane dwa ostatnie odcinki tego sezonu Greys Anatomy, córka mówi, że dramatyczne, a ja jeszcze ich nie widziałam.

Do tego musiało dojsć, zebym szukała sobie wymówek do laby, takiego nicnierobienia i żeby nie czuć sie winnym. Bo o tę winę tu chodzi, a nie o to, że ktoś na mnie krzyczy czy coś.

Jak zwykle nie wiem, co z tego szczęścia robić - książka w toku, baardzo mnie ciekawi, na stole w kuchni rozłożony Twój Styl z wywiadem z Olgą Tokarczuk, te nagrane odcinki kuszą, Poldark ostatnie dwie godziny mi zostały. Poza tym facebookowe pogaduchy, blogowe wpisy...

Koleżanka zadzwoniła, ma problem z jeszcze nienarodzonym dzieckiem, coś nie tak, moze być poważnie chore. Rozmowa z nią, próba pocieszania, szukanie dobrych lekarzy w Dublinie, którzy na 3D lub 4D zobaczyliby, skonsultowali, to wszystko wybiło mnie z rytmu labowania. Ale przecież są ważniejsze rzeczy, ta jest jedną z nich, niż moje pławienie sie w nicnierobieniu.

Tak bym chciała, żeby wszystko było dobrze z jej dzieckiem. I z Zosią Wandy, która ma chemioterapię i już jej włosięta wypadają. Idę zapalić świeczkę. W Irlandii jest taki zwyczaj, bardzo mi się podoba, że święci się dużo świec 2 lutego w Matki Boskiej Gromincznej i w różnych intencjach się je zapala. Niech idzie modlitwa do nieba, niesiona przez ten płomień. Może pomoże?

Tagi: Irlandia
16:05, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (9) »
wtorek, 20 lipca 2010

Pojechaliśmy dzisiaj do gminy, jak nazywam miasto jakieś 45 min jazdy ode mnie, gdzie jest szpital, kino, duże centra handlowe, nawet jakiś teatr.  Podczas jazdy cały czas poprawiałam pas. Tak mnie to wkurza. Mam bowiem duży biust i mi ten pas bezpieczeństwa powolutku i nieuchronnie zjeżdża pod gardło, ja go w dół, a on znowu. I tak wlaczymy ze soba. Nie tylko w moim samochodzie tak się dzieje, niezależenie od marki i ustawienia (wiem, wiem, z boku można go przesuwać), wędruje po moim ciele jak dłonie kochanka. Boję się, ze jakby jakieś hamowanie nagłe było konieczne, to mi kark skręci, a już na pewno bede miala slad jak wisielec.

Z tego wszystkiego tak sie wkurzyłam, że jak juz odwiedziłam sklep polski, to nie kupiłam twarogu i przez to nie będzie mojej ulubionej pasty twarogowej z makrelą w oleju z puszki, cebulą, natką pietruszki, solą, pieprzem - nazywałam ją od dziecka, za moją mamą - awanturka. Buuuuu.

Czytam fantastyczną książkę - Olgi Tokarczuk "Prowadz swój pług przez kości umarlych". W kolejcie czekal kryminał Szósty Agnieszki Linagas Łoniewskiej, ale Misia w międzyczasie tak zwanym zaczęła czytać, a ta mnie jakoś tak żółto-czarną okładką z półki wzywała. Po przeczytaniu kilku stron już się nie oderwałam. Wrażenia niedługo na Notatkach Coolturalnych

W drodze powrotnej sluchaliśmy ostatniej płyty Basi, nagranej po kilku latach milczenia. Bardzo 'Basiowa' jest, chyba jednak brak jej świeżości, jakaś taka babciowata.  A mnie się przy okazji przypomniały jej pierwsze kroki z Matem Bianco i lata osiemdziesiąte, popatrzcie jeżeli macie czas

 

Tagi: Irlandia
19:40, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (19) »
niedziela, 18 lipca 2010

Dziasiaj wyjątkowo leniwy dzień. Po śniadaniu blogowanie, tym razem na Notatkach Coolturalnych, bo skończyłam ksiażkę Marioli Zaczyńskiej i natychmiast pognałam kurcgalopkiem ją opisać. W tym czasie Małżon tłukł się po kuchni, a syn konferował z kolegami przez skype, grali w jakąś grę na Wii. Uwielbiam ich słyszec w tle, kiedy jestem u siebie przy biurku.

Mieliśmy gości wieczorem, a dzień zaplanowany na plaży, ale pogoda się skiepściła, nie wiedzieliśmy jechac-nie jechać, poczekaliśmy do popołudnia i zdecydowaliśmy, że jednak spróbujemy. Przygowaliśmy się na wszelkie ewnetualności - mialam książkę, kijki, ręczniki, kąpielówki, coś pod tyłek - żeby potem nie było, że trzeba było.

Wylądowaliśmy na plaży i się zaczęło - czy bedziemy czas spędzac aktywnie, czy leniwie, pływac, czy nie? - to Małożon ma potrzebę ustalania wszystkiego na zaś. Szczerze mówiąc nie chciało mi się dzisiaj łazić i się aktywizować za bardzo, czy ja musze być wciaż niewolnicą ruchu? Małżon najpierw wyciągnął nas na górę wielką, z której następnie mieliśmy zejśc na dłuuuuuugą plazę i chodzić, chodzić, chodzić. Po czym uległ naszym jękom i skręciliśmy w bok, na mniejszą, bardzo ustronna plażę, gdzie mieliśmy sie oddać uroczemu nicnierobieniu. Chłopaki pognali do wody, a ja połozyłam się na takim niewielkim wzniesieniu, z którego widziałam cały ten 'nasz' kawałek wybrzeża, po kątem 30 stopni, w bujnej, pachącej trawie. Było mi tak bosko, ujutnie i niebiańsko spokojnie, ze zasnęła. W jakiś letarg właściwie wpadłam, bo slyszałam jak chłopaki się nawołują, jak Franek szczeka, słyszałam szum morza, ale jednocześnie nie byłam zupełnie przytomna. Unosiłam się w powietrzu, myślę, że osiągnęłam nirvanę.

Kiedy wypoczęłam, wzięłam się za książkę, poczytałam w tej fantastycznej scenerii, nie było słońca, oczy mi się nie męczyły, sama przyjemność.

A potem pognaliśmy do domu, bo goście, herbatka, malinowy flan. Też fajnie.

A teraz na zakończenie dnia slucham Simply Red, jeden z moich ukochanych zespółów. Ich piosenki nigdy mi się nie znudzą

czwartek, 15 lipca 2010

Rano wypróbowałam swoją nową szczoteczkę do zębów, elektryczną szybko-obrotową, która ma działanie mniej więcej takie jak bormaszyna u dentysty. Ja-cie-sune boję się mojej własnej osobistej szczoteczki do zębów. Taka jest pomarańczowo-żółta dla niepoznaki, taka niewinnie wyglądająca, maleńka główka co sięga niby wszędzie - zastanawiałam się, ile nałożyć pasty na nią? Bo jakoś tak mi się skurczyło miejsce na to przeznaczone. Przedtem miałam taką normalną oralB Pulsar, która jakoś tak drgała i się miotała w gebie, ale jeszcze do wytrzymania. Teraz to małe okrągłe g... jak mi zaczęło wirować to myśłałam, że wszystkie zęby i nakładki stracę i pod koniec 2 minut, cholerwstwo ma też minutnik wbudowany, zostanę z ziejącym pustką otworem gębowym. O dziwo tak się nie stało, a moje zęby, jak przesunąć palcem, piszczą jak wtedy, kiedy jeździ się nim po szybie.  Ale ukradkiem nadal się macam, sprawdzając czy mi się zęby nie ruszają.

Potem musiałam pojechać do pewnej babeczki, dla której miałam do wykonania płatną usługę, więc wiadomo, zadowolona, bo mi kasa wpadnie. U niej dostałam telefon z gabinnetu mojego lekarza, ale jak już miałam odebrać, wysiadła mi bateria. Kobieta pozwoliła użyć telefonu stacjonarnego i połączylam się z lekarką, która terminuje u mojego GP. A ta, czy ja się nazywam tak i tak - no tak, a data urodzenia? - ta i ta, a adres? - ten i ten - Cisza. Wszystkie przyszłe wrzody na żołądku lub innej dwunastnicy mi się otworzyły, kiedy czekałam na wyrok. Wreszcie usłyszałam - wyniki są w normie. Uffffff.

Strasznie się ucieszyłam. Też dlatego, ze przez te dwa dni, kiedy czekałam na wyrok, doszłam do takiego stanu, że przeszłam z szoku do poczucia ducha walki, że sie nie dam, że po moim trupie (sic!), zeby mnie miała ta choroba pokonać, że jeszcze im pokażę... Na szczęście nie muszę nic udowadniać, ale poczucie siły pozostało. I niech trwa.

Wracałam do domu i słuchałam na cały regulator w radio Don't worry, Be happy, ta tatatatta. A w komputerze na Facebooku znalazłam równie fajną piosenke, którą tu wklejam na dole. Zapożyczyłam od Marcina Mellera, niech sie nie gniewa, gdyby to przypadkiem odkrył. Piosenka jest cudna i facet też, ni w ząb nie rozumiem francuskiego, ale mi to nie przeszkadza.

Postanowiłam, ze wczorajszy wpis nie może wisieć zbyt dlugo na pierwszym miejscu. Smutny jest i mnie wkurza. Nic nie poradzę na to, ze muszę czekać tydzień albo i dłuzej na wyniki, ale mogę próbować o tym nie myśleć.

W tym duchu skończyłam z wielką przyjemnością 'Talki w podróży' Leszka Talki (a może to się nie odmienia i powinno być Talko?) - relacja czytelnicza TU, i nie ociągając się sięgnęłam po 'Gonić Króliczka' Marioli Zaczyńskiej. Wciągnęła mnie bez reszty, do tego stopnia, że kiedy czytałam ją dzisiaj w klinice lekarza rodzinnego, gdzie czekałam na pobranie krwi, nie słyszałam jak mnie wołali.

Nie moge sie doczekac, co dalej się stanie z główną bohaterką tej powieści, więc tylko się Wam pchwalę, że jestem urodzoną kijkowiczką.  A właściwie, ja się nie chwalę, ja po prostu mam talent. Niektórzy mają kłopot z koordynajcą ruchów, zgraniem lewej nogi i prawej ręki i na odwrót, a ja łyknełam za pierwszym razem. I to w jakich okolicznościach!

Wczoraj, kiedy chodziłam po ścianach z nerwów, małżon poszedł do sheda, czyli komórki i wyjął kijki do Nordic Walking. Już dawno je kupiłam, ale jakos nie składało się, żeby je wypróbować. Wparował do domu i zarządził wyjazd na plażę z rzeczonymi kijami w bagażniku. Kiedy dojechaliśmy nad morze okazało się, że właśnie jest przypływ i niewiele tej plaży zostało do maszerowania, a do tego piach zepchnęło do wydm, więc przedzierałam się przez zwały tegoż jak żołnierze przez śnieg w Ardenach. Jednak wzięłam kijki i pomaszerowałam. Bez żadnego problemu, nawet w takich warunkach, utrzymywałam tempo i odpowiednią synchronizację ruchów. Od razu mi się zrobiło lżej na duszy.

Będę się kijkować codziennie.

wtorek, 13 lipca 2010

Gadałam o tych chorobach i teraz mam sama stracha. Zadzwoniła do mnie kobieta z gabinetu mojego GP i powiedziała, ze po mojej ostatniej wizycie u specjalisty w szpitalu dostali list, w którym tenże nalega na zrobienie niezwykle rzadkiego testu krwi u mnie. Będę musiała połknąc tabletkę wieczorem i pościć, a rano oddać krew. Jeżeli potwierdzą się podejrzenia, że moge mieć Cushing's Syndrome, będzie więcej testów, a potem wizyty u specjalistów w Galway i Dublinie, operacja, chemioterapia może, a może radioterapia, połączona z lekami itp. Zależy, co ten syndrom wywołało, bo może guz przysadki mózgowej, może nadnerczy? Bo ta choroba, czy syndrom polega na tym, że w organiźmie jest za dużo hormonu stresu. I teraz mam przed soba tydzień do badań, Bóg wie ile do wyników, a potem????

No i się zesrało.  A było tak pięknie.

Tagi: choroby
15:16, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 12 lipca 2010

Spotkałam dzisiaj zaprzyjaźnioną Irlandkę, u której wykryto raka. Zle znosi chemię, traci włosy, walczy, ale nie widzę w niej woli walki. Jest sama, nie ma dla kogo życ. Dla samego życia chyba. Chce tylko jednego, dotrwać we względnym zdrowiu do wizyty chłopca z Białorusi, którego na spółkę z inną rodziną, przyjumją tu od wielu lat. Kiedy do nich przyjechał pierwszy raz, był wychudzony, wszystko go dziwiło, a jego organizm był tak słaby, ze przespał większość pobytu. Podleczyli go, podkarmili i wrócił z powrotem. Co roku do nich tu przyjeżdżał, co roku to samo. Z taką różnicą, że zaczęli w niego inwestować, a to lekcje muzyki,  a to rysowania, golfa, piłki, kick boxing. Wszystko mu się podobało, do wielu rzeczy przejawiał talenty. W Białorusi jest sierotą przygarnięta przez szkołę wojskową. Nie pozwalają mu przyjeżdżać, odkąd tam jest. Ale chyba ze względu na chorobę tej irlandzkiej opiekunki, w tym roku dali mu możliwość się z nia zobaczyć. Bedzie 4 tygodnie. To ją chyba trzyma przy życiu.

Ona jest dobrym człowiekiem, żyje bardzo ekologicznie, przygarnia samotne zwięrzęta, pająka u siebie w domu nie da skrzywdzić. Cicha, zamknięta w sobie, w wiecznej depresji (zdiagnozowanej), kiedy jej stan na to pozwala, pomaga innym, wspiera biednych, chociaż sama ma niewiele. Zawsze uśmiechnięta, chociaż męczą ją jej własne demony (wtedy nie wychodzi z domu). Cięzkie życie, naznaczone chorobą, teraz drugą, trudne dzieciństwo. W głowie się nie mieści, ile jednej osobie czasami przychodzi dzwigać.

Przejęłam się bardzo tym spotkaniem. Wsiadłam do samochodu, który był zaparkowany pod górke wzdłuż chodnika. Żeby wjechać na drogę, musiałam dodać gazu. Ruszyłam, ale do tyłu, bo nie sprawdziłam biegu. Po hamulcach, żeby nie uderzyć w samochód za mną, udało się. W tym czasie zorientowałam się (bo kierowca robi i widzi sto rzeczy na raz), że przed mój samochód wtargnęla piesza, która chciała przejść przez jezdnię (bezmyślna - wiedziała, ze ruszam). Gdybym miała właściwy bieg, a ruszyła z kopyta, potrąciłabym ja samochodem jak nic. Aż mi się słabo zrobiło.

I jak tu nie wierzyc w Anioła Stróża? - jej lub mojego, zależy jak na to spojrzeć.

Na początek tygodnia umieszczam tutaj piosenke, która zawsze kiedy jej słucham, powoduje u mnie wrażenie, że latam wysoko na ziemią i widzę wszystkie problemy w małej skali, unoszę się w przestworzach, z szeroko rozpostartymi wirtualnymi skrzydłami i jestem wolna od wszelkich trosk.

15:56, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (8) »
sobota, 10 lipca 2010

Strasznie leje. Może i dobrze, przynajmniej mi nie szkoda, ze siedzę w domu i przewracam dokumentami.  Nienawidzę tego, ale fakt jest taki, ze musimy się pogodzić z tym, że masa różnych dokumentów, rachunków, formularzy itp nas zalewa, część z nich trzeba przechowywać, nic na to nie poradzimy.

Dostałyśmy pocztą list z instutucji przyznającej stypendia na studia (tu to się nazywa granty), że chcą zrewidować córki podanie od stypendium, co oznaczało dla nas wypełnienie tysiąca stron formularza (brrrr) i podanie miliona informacji. Wszystko chcieli wiedzieć, tylko numeru buta i stanika nie. Chcieli też list z wynikami egzaminów, owszem dostałyśmy taki kilka tygodni temu, położyłyśmy w bepieczne miejsce i ... miejsce jest tak bezpieczne, że nie możemy go znaleźć. Kilka godzin spędziłyśmy na przeglądaniu stosu papierów, przy okazji uporządkowałam je i posegregowałam, miałam to zrobić już dawno. Wyrzuciłam połowę. Cieszę się, chociaż w sobotni wieczór wolałabym robic co innego. Dokumentu nie znalazłyśmy. Wkurzyłam się, bo nie mam zwyczaju gubić rzeczy, a ważnych papierów tym bardziej.  Ale co robić, leży gdzies i się z nas śmieje. Albo diabel ogonem nakrył.

Dołączyłysmy kopię i pewnie będziemy musiały prosić o drugi oryginał w collegu córki. Jakie to jest wkurzające, ciągle chodze i wkładam te papiery tam, gdzie ich miejsce, a i tak od czasu do czasu, może raz w roku, coś mi wsiąka. I znajduję to rok później, szukając tego drugiego zgubionego papierka.

czwartek, 08 lipca 2010

Wczoraj po calym dniu siedzenia w kancelarii, kiedy to pogoda byla w kratkę, raz deszcz, raz słońce, wietrznie,  ale w sumie duszno, po zjedzeniu obiadu, zostałam wyciągnięta przez małżona na spacer na plażę. A raczej, żeby uściślić, on mnie, a oboje syna wyciągnęliśmy, bo dostał ostatnio nową grę i siedzi w pokoju jak borsuk w norze i gra. Teraz jest inaczej niż kiedyś w tym względzie, gier mianowicie. Syn ma headset, czyli słuchawkę doczepioną do ucha, która bezprzewodowo łapie sygnał i grajac może porozumiewać się z dowolną ilością kolegów z całego swiata. I tak za jednym zamachem tworzą drużyny i grają chłopcy czy mężczyźni, bo niektórzy mają ponad 20 lat, ze Szwecji, Hiszpanii, UK, USA, Irlandii i Holandii (taki zestaw był ostatnio, ale bywają też przedstawiciele innych krajów). Słychac głosy śmiechy, Wojtek skacze, krzyczy - nieeeee, nie dostaniecie mnieeeeee.... A potem śmiech. Fajnie jest tego słuchać.

Nie możemy jednak pozwolić, zeby tylko granie było mu w głowie, trzeba mu też ruchu, dlatego ma zajęcia sportowe, namawiam go też na czytanie, z różnym skutkiem, oglądamy razem filmy. No i spacery. Nazywa się to wyprowadzanie psa, hehe. Dobrze, ze mamy Franka.

Wczoraj wieczorem na plaży pogoda nas zaskoczyła. Bylo wietrznie w mieście, ale tam to już prawie sztorm. Tak wiało, ze plaża wyglądała jak ruchome piaski, na naszych oczach przesuwały się zwały piachu, dziwne wrażenie. A do tego fale, jak na tę porę roku niecodziennosć. Szum, wiatr a na horyzoncie  młodzież w piankach na deskach sufingowych. I słońce. Ale w oddali czarne chmury. Niesamowite. W pewnym momencie naszego spaceru, małżon znalazł długą linę wyrzuconą na brzeg. Zachywcił się i postanowił ją zabrać. Zorientował się, że ona jest tak długa, ze gdyby dać synowi drugi koniec, można by nią kręcić, jak za dawnych czasów, a trzecia osoba, czyli ja w tym wypadku, mogłaby poskakać. Przypomniało mi sie dzieciństwo i czasy szkoły podstawowej, kiedy w ciepły czas czekało się na długa przerwę lub polekcyjny czas, żeby poskakac w gume lub przez linę. Zawirowało mi przed oczami, znowu miałam 10 lat i bylam na boisku szkolnym 'jedenastki' w Koszalinie. Wzięłam rozbieg i zaczęłam skakac. Ale po chwili poślizgnęłam się na dużym kamieniu zakopanym pod piaskiem, noga mi się wywinęła i było po balu.

Całą noc nie spałam, tak bolała mnie kostka. Boli i teraz. Będe miała pewnie 'wspomnienia ze spaceru' jeszcze kilka dni. Och, zapomniałam, że teraz (po 40tce) to już trzeba sprawdzać teren, na którym się skacze, hehe. Małżon się śmieje, że stara koza jestem i już nie powinnam tak brykać. A sam przecież zaczął tą liną wymachiwać.

Tak wyglądało to kiedyś

(zdjęcie zapożyczone z sieci, chciałam tylko zebyściw widzieli, o co mi chodzi i przypomina mi, że na obozach harcerskich to też była ulubiona zabawa)

a tak skończyło się teraz

 

 

Tagi: wypadki
16:52, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 05 lipca 2010

Nie rozumiem, o co tyle hałasu?.  Kobiety się jednoczą w bólu, bo są mistrzostwa w piłce nożnej i mają problem z faktem, że mężczyźni okupują telewizory i oglądają mecze.  A niby, co jest takiego ciekawego do oglądania, czego straty nie mogłyby przeboleć?  Powtórki Rancza, Alternatywy 4?  Baby, nie bądźcie takie zołzy, przecież faceci czekają na te rozgrywki jak my na kolejny sezon Grey’s Anatomy, a nawet bardziej.  Co dwa lata mają święto, bo przecież jeszcze Europejski Mundial się odbywa, czego im żałować tej odrobiny przyjemności?
W tym czasie można sobie surfować po Internecie, można czytać, zająć się robótkami, które (wiem to z blogów) są bardzo popularne wśród płci pięknej; nie uprawiam, ale dostrzegam wartość terapeutyczną, wyciszającą czyli, oraz estetyczną, czyli ładne czapki dziergane półsłupami noszą potem pociechy.  Można też spotkać się z koleżankami na fajną kolacyjkę i wypad do kina, na odmóżdżający „Sex w wielkim mieście na przykład”. Wszystko to, co chcielibyście robić bez facetów, ale boicie się ich urazić jest teraz w zasięgu ręki – teraz macie szansę zrealizować marzenia.
Wprawdzie nie jestem fanką piłki nożnej, ani w ogóle żadnego sportu, ale takie imprezy jak mistrzostwa, olimpiady, przyciągają jednak moją uwagę.  Kiedyś nic nie było w telewizji, dwa programy zaledwie, Wyścig Pokoju, czy inne imprezy stanowią integralną część wspomnień z dzieciństwa.  I tak, kiedy gimnastyczki walczyły o złoto, ja za plecami rodziców śmigałam po pokoju ze wstążką koloru czerwonego, wyproszoną u mamy przy okazji wizyty w pasmanterii, przywiązaną do długiej łyżki koktajlowej z zielonego plastiku. Pląsałam dokładnie tak, jak ta dziewczyna na ekranie, przynajmniej tak mi się wydawało.  Z udawaniem tańca na lodzie było trudniej, ale dla chcącego nic trudnego, angielska para tańczyła Bolero na łyżwach, ja też, na sucho.  
Kiedy Polacy grali z Anglikami w 1973 roku, pamiętam to jak dziś, siedziałam u stóp taty na dywanie i zaaferowana czytałam elementarz Falskiego (miałam 6 lat), zdziwiona patrzyłam, jak panowie, bo kiedyś był zwyczaj, że przyjaciele domu zbierali się w takich okazjach, żeby przeżywać wspólnie zwycięstwa i porażki złotych chłopców Górskiego, zrywają się, krzyczą, skandują, rzucają się sobie w ramiona w geście radości, a na koniec oczywiście wznoszą toast za pomyślność. Rok później przyszło mi się przekonać, że mężczyźni też płaczą, kiedy to podczas meczu z Niemcami, w błocie, nasi próbowali wywalczyć wejście do finału i w wielkim stylu niestety przegrali.  Widziałam, jakie emocje targają dorosłymi i czułam siłę rażenia sportowych zmagań.  Nic, więc dziwnego, ze podczas przygotowywania się do egzaminów do liceum, na marginesach zeszytów robiłam notatki dotyczące rozgrywek piłkarskich w Hiszpanii, gdzie, nie muszę wam chyba przypominać, zajęliśmy trzecie miejsce, więc emocje były wielkie, ostatni chyba tak złoty okres w polskiej piłce.  Z kolei matur czas to dla mnie oczekiwanie na Meksyk i powtórkę z rozrywki, czyli najmarniej ostatnie miejsce na podium, niestety nie udało się. 
Ale przynajmniej możemy kibicować innym.  W 2000 roku pracowałam z samymi chłopakami i założyłam się wtedy o skrzynkę piwa, pierwszego dnia Mistrzostw Europy, że wygra Francja. Czy ktoś pamięta mecz finałowy? Zwyciężyli po rzutach karnych, głos straciłam, na serce mało nie zeszłam – wygrali.  Nikt innych tej drużyny nie obstawiał, śmiali się ze mnie, bo przecież jak laik może wiedzieć lepiej?  A potem skubańcy, kiedy okazało się, ze ja triumfuję, poobrażali się jak mój pies Franek, kiedy mu odmówię setnej psiej czekoladki i mi tego piwa nie postawili.  Dziady.
W tym roku mojego męża wkręcili w zakłady w pracy, ale takie już bardziej formalne, choć nadal społeczne.  Każdy z pracowników dał 5 euro i losował kartkę z kapelusza z nazwą kraju biorącego udział.  Ten, kto wylosował zwycięzcę, zgarnie całą pulę.  Majątku na tym nie zbijemy, bo mąż dostał Meksyk.
W każdym razie, nie mam za złe moim chłopakom zadurzenia meczowego.  Mniej mnie to w tym roku rusza, ale mam stos arcyciekawych książek, nadrabiam zaległości w odpisywaniu na maile i cieszę się dobrą pogodą.  Myślę też o miłym wieczorze w gronie zaprzyjaźnionych kobiet, tylko gdzie znaleźć miejsce, gdzie nie mają gigantycznych plazm do oglądania meczy?

A najdziwniejsze jest to, że wuwuzele, które wszystkich wkurzają, na mnie działają uspokajająco i lubię sobie czytać, kiedy syn ogląda mecze.

piątek, 02 lipca 2010

Nienawidzę wiatru. Nie mówię tu o podmuchach znad morza, ale o takim, który kładzie drzewa, z hukiem przesuwa donice w ogrodzie, przegania bezpańskie pudełka po ulicy, a mnie dodatkowo stawia nieusuwalne koguty na głowie. Mówię o takim, który wydaje dźwięki kojarzące się z katastrofą - zawodzenie, płacz syren nad rozbitym statkiem. Pewnie zostało mi to z dzieciństwa. W salonie mieliśmy wielkie okna, a właściwie rząd okien tworzący jedno wielkie. Wyobraźcie sobie swoje okno pionowe, to, które macie największe, położone na plecy, a na to jeszcze dwa takie same, jedno na drugim, razem trzy rzędy. A obok jeszcze jeden rząd taki sam, przyklejony zgodnie. A one wszystkie zaczynające się mniej więcej w pasie osoby wzrostu 164 cm. Nasz salon miał z 5 metrów, może więcej. Nad wejściem, na wysokości 2m i trochę, zaczynał się podest, z którego wchodziło się do pokoi na piętrze. Żyradnol, całkiem jak w Radzieckiej ambasadzie, wielki i myty raz na rok albo i rzadziej. No i te okna. W przeciwległą ścianę, na stalowych kołkach, wstrzelone stopnie schodów na górę, widoczne z ulicy, przez te wielkie okna. W latach 60tych szczyt awangardy architektonicznej. Ludzie sobie zdjęcia robili na tle naszego domu. Zaprojektował go ojca przyjaciel, ale nie pamiętam nazwiska. Wszyscy ci zachwyceni nie wiedzieli, ze te okna były przekleństwem dla nas całe życie, kiedy tam mieszkaliśmy. To, co zachwycało, u nas budziło dreszcze. Bo kiedy wiał wiatr, a mieszkaliśmy blisko morza, więc u nas liczyło się skalę w Bofortach, no więc kiedy był taki mniej więcej od 8 wzwyż, u nas wszystko trzeszczało, a kiedy doszedl do tego deszcz, dodatkowo zdarzały się przecieki. Okna były drewniane, naprawiane wiecznie, koszmar. Do tego ich mycie wymagało rusztowania lub wielkiej drabiny, na którą wszyscy bali się wejść. Zasłony kupowane były w belach, chyba ze dwie były potrzebne, zeby coś uszyć sensownego. Kilka razy, podczas dziesiątki w skali Boforta, jedno z okien, i to przeważnie to najwyższe, spadało z hukiem i trzeba było przeprowadzać akcję tymczasowego zatykania powstałego otworu, a to groziło złamaniem kręgosłupa i trwałym kalectwem, bo ustaw drabinę, czy trzy stoły jeden na drugim, żeby tam dojść - do tej pory zatyka mnie w gardle na dużych wysokościach.

Jedyny plus wysokiego salonu byl taki, że choinki mieliśmy kilkumetrowe. Ozdoby do ich ubrania w kilku kartonach, ubieranie i rozbieranie trwało godzinami, to już mniej fascynujące.

Ot, i cała historia mojego strachu przed wichurami i przed lataniem - z wieży ustawionej z mebli :-)

Podobno podczas Halnego Górale się wieszają. Ja tez się tak czuję, kiedy duje.

Na dodatek mąż mnie wczoraj strasznie zdenerwował. Nic mnie bardziej nie irytuje od niesprawiedliwości w ocenie. Od kilku tygodni nie używaliśmy za dużo internetu, bo przekroczyliśmy limit i nie chciałam płacić za ponad-zużycie GB. Mieliśmy przymusowy odwyk. Fajnie nawet. Więcej czytałam, robiłam wiele rzeczy, o których bym nie pomyślała, bo przecież ciekawie poserfować po sieci. Wczoraj był początek miesiąca, więc już można było. Ale ja sie wcale nie rzuciłam do komputera, wręcz odwrotnie, kończyłam pasjonującą książkę. A jak już zamknęłam ostatnią stronę, musialam koniecznie podzielic się wrażeniami na moim blogu o książkach (mowa o nowej powieści Tracy Chevalier, wrażenia TU). Skończenie tej powieści pozostawiło straszną pustkę, taką dziurę emocjonalną, nie mogłam sobie znaleźć miejsca, no i ten wiatr. Mąż na to, że tak się snuję, może pojedziemy na plażę, ale nie miałam ochoty, na to on mi zarzucił, że dopadłam komputera i teraz już sie nie dam wyciągnąć z domu, bo moje drugie życie mnie znowu pochłania. A tak nie jest. Lubię tu zaglądać, ale to nie przesłania mi życia w realu, a już na pewno nie przedkładam przeglądania stron na blogach nad spacer z mężem czy czas z nim spędzony. Tak mnie to zabolało, i fakt, ze mi nie uwierzył też, że aż mnie serce rozbolało z tej żałości. Wystarczy mówić prawdę, żeby nam nie uwierzono - powiedział Gay de Maupassant i mial rację.

12:52, kasia.eire
Link Komentarze (16) »
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!