Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
niedziela, 27 czerwca 2010

Ależ mi się pięknie weekend zaczął.  W piątek znalazłam białe piórko.  Ni stąd, ni zowąd, od dawna mi się to nie zdarzyło, leżało sobie na mojej drodze.  Starzy ludzie zwykli mówić, że takie pióro oznacza, że twój Anioł Stróż jest blisko i to on je zgubił.  Piękne, nieprawdaż?  Postanowiłam w to uwierzyć, od razu mi się lżej na duszy zrobiło; wiara, że ktoś ma na nas baczenie, dodaje siły.  Położyłam sobie je pod aniołem, takim okrąglutkim i uśmiechniętym, niech mi przypomina, że niczego nie muszę się bać, bo mam dobrą rodzinę i Anioła w odwodzie.

Wieczorem przyjechała córka Michalina, w domu święto, jak zawsze kiedy przyjeżdża, nawet żeby to miało być co tydzień, my i tak cieszymy się, jakbyśmy jej miesiąc nie widzieli. Zrobili tacie niespodziankę, trochę spóźnioną, bo u nas dzień taty był w poprzednią niedzielę, rozmawiali tylko przez telefon, a w piątek dostał kartę z rysunkami (Wojtek jak zwykle rysuje motylki, które ja biorę za pszczółki, stary koń, a nie może zabraknąć jego rysunków), napisali piękną dedykacją, a do tego wręczyli mu ciemne piwo (typu Guiness), z prywatnego browaru, czy cos w tym stylu, w każdym razie można je kupić tylko w Dublinie w dwóch miejscach. Rarytas taki. Bardzo się ucieszył.

Sobotę tradycyjnie zaczęłyśmy odcinkiem House’a (mamy nagrane i oglądamy zawsze razem) przy śniadaniu, a resztę dnia przesiedziałyśmy w kuchni.  Tak już mamy, ze jak chcemy sobie lub komuś okazać miłość, to przez gotowanie.  Zaplanowałyśmy drugą część niespodzianki dla taty – ciasto.  Tym razem padło na sernik na kruchym spodzie w rabarbarem.

Miśka jeszcze postanowiła upiec bezy miętowe, bo za nią chodziły, a na obiad potatoe wedges, czyli pieczone ziemniaczki z kurczakiem z grilla i sosem jogurtowym z czosnkiem.

Mieszałyśmy, dosmaczałyśmy, kroiłyśmy, wyciskałyśmy, a Wojtek siedział z nami przy stole w kuchni, przy laptopie i wspierał nas duchowo, grając w coś na Facebooku.  Miałyśmy czas nagadać się za wszystkie czasy, czyli do następnej wizyty.  W połowie gotowania obowiązkowa kawka.
Wieczorem Michalina pognała na urodziny kolegi i po update, co  w trawie piszczy. A ja do koleżanki, dopiero-co-upieczonej-mamy, zobaczyć co u niej słychać.
Dzisiaj chłopaki zaciągnęli nas na plażę, niby pogoda była, ale kiedy już tam wylądowaliśmy, zaczęlo padać. Ale nic to, mąż i syn i tak wleźli do wody, brrrrr, razem z psem, a my na brzegu, wiadomo – kobieca rzecz wiernie czekać.
Obiad zmontował mąż - szaszłyki z mieszanego mięsa (kurczak, schab, stekowa wołowina) młode ziemniaczki wyhodowane u nas w ogrodzie z sadzonek przywiezionych z jego domu rodzinnego, oraz kompot, gdzieś w gazecie wyczytał i podjął wyzwanie – rabarbarowo-bananowy. Hmm, kolor nieszczególny, smak może być, ale ja wolę bez bananów jednak.

Cały weekend rozpierała mnie radość, że wszyscy jesteśmy w domu, a do tego córka przywiozła ze sobą niespodziankę od mojej koleżanki z Dublina, a właściwie ze Swords.  Poznałam ją przez inną zapoznaną tu dziewczynę, spotkały się kiedyś na lotnisku, zakolegowały, potem Kasia poznała mnie z Izą i tak to się toczy.  Mówię wam, palec Boży, według wszelkich przesłanek – miejsca, czasu, dróg krzyżowania – nie powinnyśmy się nigdy spotkać, a jednak. Tak się cieszę, że mamy okazję się zaprzyjaźnić. Niespodzianka, ponieważ jest książkowa, jest do zobaczenia na moim blogu kulturalnym TU

wtorek, 22 czerwca 2010

Mam doła jak stąd na biegun południowy.  Do tego wyrzuty sumienia, że mam doła, a nie mam do niego prawa, bo kobiety w Kirgistanie, w Afryce, w fabrykach w Indiach czy Chinach,  mają o wiele gorzej, a się nie skarżą.  Zresztą może się skarżą, ale nie ma nikogo, żeby tego wysłuchał, więc ich żale i tak idą modlitwami do nieba.

Mam kryzys. Ostatnimi czasy zorientowałam się, przyszła do mnie ta świadomość, że moje wieloletnie działania, mozolne wdrapywanie się pod górkę w celu osiągnięcia na emigracji innego statusu niż tego, w którym najchętniej by nas tu wiedzieli, czyli przejść z prac typu kelnerka, housekeeperka, kasjerka, nawet na stanowisku managerskim, ale w sektorze usługowym, do biura, do pracy umysłowej tak zwanej, może bardziej twórczej, może wymagającej wciąż nowych umiejętności, albo bardziej rozwijającej, że to wszystko na nic.  Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską, a tu recesja przyszła i przed samym szczytem góry, zdmuchnęła mnie jak kulkę waty i nosi mnie to tu, to tam, trochę w bok, trochę w dół, a jeżeli do góry, to tylko po to, żeby mnie spektakularnie zwalić na jakieś krzaczory.  Jeszcze się łudziłam, że mam coś do zaoferowania, że ktoś chce to wykorzystać, że ktoś mnie słyszy, ale widzę, ze wykorzystują mnie do swoich celów, bo sama się przecież pcham, mówię, ze chce się uczyć, nabywac doświadczenia, za darmo zrobię to i tamto, no to dlaczego nie mieliby skorzystać z okazji? Teraz, w czasach kryzysu, przewalaja się tlumy równie inteligentnych ludzi, nawet bardziej wykształconych, niektórzy po dwóch fakultetach, z większym doświadczeniem na tym rynku, operujących w swoim języku, a nie tak jak ja, w obcym, nawet jeżeli dobrze znanym – to z czym ja do ludzi?  Myślę, że pora zejść na ziemię, pora spojrzeć prawdzie w oczy i zarzucić marzenia.

Strasznie mi ciężko z tą świadomością, ale nie można żyć złudzeniami. Dokonałam określonego wyboru, chciałam, żeby moje dzieci miały lepsze, spokojniejsze życie, żeby mogły studiować bez problemu, żebyśmy tego wszystkiego nie przypłacili zawałem, jak to by pewnie miało miejsce w Polsce, bo wciąż coś się działo, na wiele zmian nie mieliśmy wpływu, ciężko pracowaliśmy, a starczało zaledwie na rachunki. O swoim domu, czy mieszkaniu mowy być nie mogło, wiecznie nerwówa, wiecznie strach o przyszłość, tu znaleźliśmy spokój i przystań, ale też i wiele kompromisów nas to kosztuje.

Taka jestem zmęczona życiem dzisiaj. Ciężko mi będzie podnieść się z kolan.

A na dodatek zakwitła piwonia z sadzonki przywiezionej z rodzinnego domu męża oraz łubiny, które są naszymi ulubionymi kwiatami, też zapamiętanymi z dzieciństwa. Zatęskniłam za krajem.

piątek, 18 czerwca 2010

Nareszcie, udało mi się przejść przez przegląd techniczny i samochód zdolny do ruchu drogowego jest, tak powiedział pan mechanik. Cały czas się ruszał po drogach, więc jak to, niezdolny, a teraz zdolny? Zdolna bestia.

Radio wreszcie działa, dużo nas to kosztowało zachodu, bo najpierw przyjaciel rodziny grzebał i podłaczył, potem okazało się jednak coś tam źle wtrynione, nie w tę dziurkę jak to mówią, bo baterię nam żarło, wciąż musiałam pchać. Czy ktoś słyszał o tym, żeby słuchanie radia skutkowało pchaniem samochodu? Ale drugi pan mechanik pogrzebal i orzekł - radio zdolne do grania - zdolna bestia.

No to jako sobie jechałam do przegladu, prawie godzinę, słuchałam z mp3 audiobooka, bo to moje radio, taniocha z Lidla, ma takie oto funkcje, ze moge sobie podłączyć mp3, albo USB, albo kartę SD, albo płytę w otwór włożyć, albo radia posłuchać, albo przez telefon 'hands free' via blutooth gadać, fajnie co? Wreszcie nie muszę słuchawek w uszach w samochodzie używać, denerwują mnie, nie lubię. Jeszcze takich nie znalazłam, zeby mnie nie wnerwiały. Albo mnie uszy swędzą od tych do ucha, albo za uszami swędzi, od tych za ucho, albo mi się fryzura psuje, od tych z wielkimi poduszkami i pałąkiem przez czubek głowy, albo szyja gilgoce od tych z pałąkiem na karku, ja się pytam, czy są takie, których nie trzeba w ucho ale też nie wygląda się jak DJ?

Lato się zaczęlo, a poznaje to po tym, że zupełnie nie ogladam telewizji. Tak mam, w zimie codziennie coś tam lubię zaliczyć, w lecie nic zupełnie. Za to w kinie byłam, co mi poprawiło humor, na Sex w wielkim mieście się wybrałam, całkiem sama, kilka słow o filmie TU

Tagi: Irlandia
21:33, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (12) »
wtorek, 15 czerwca 2010

W Polsce pada, a u nas susza i upał. Z tym upałem to może przesadzam, ale jakoś tak duszno i parno momentami. Ogród umiera. Trzeba podlewać, ale ciśnienie wody też niskie. Żaby umierają, rów i faszyna, które dla nich zrobił mąż, pomogły tylko doraźnie, ale braki wody są tak dotkliwe, że trzeba je było dzisiaj zasilić wodą z węża ogrodowego. W życiu nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale powiem – kiedy wreszcie spadnie deszcz?

W takie dni nie chce się gotować. Buszuję po blogach kulinarnych, ale nic mi jakoś nie pasuje. Wiem, że można tam wiele fajnych przepisów znaleźć, ale ja wciąż wracam do swoich sprawdzonych receptur na obiad w upalny dzień. Najbardziej lubimy sałatę z pieczonym kurczakiem. Niby wszystko jasne, ale może wyjaśnię dokładniej – pierś z kurczaka kroję w kosteczkę (pierś indycza też dobra), do miski wlewam odrobinę oleju z oliwek i dodaję przypraw takich, na jakie mam danego dnia ochotę, do tego zioła; mieszankę sałat układamy na talerzach, wzbogacamy pokrojonymi ćwiartkami pomidorków (najlepsze mini wine tomatoes z Lidla), ogórek w kawałki, rzodkiewka w połówki, może być jedna cykoria w wióry, świeża, chrupiąca papryka koniecznie, do tego baby potatoes, czyli małe ziemniaczki ugotowane, przekrojone na pół i ułożone naokoło sałaty, na brzegach talerza, jak wieniec dożynkowy. Ja lubię ser feta w kosteczkę, ale moje dzieci nie bardzo, to im trę żółty na grube wióry i posypuję na końcu. Dodaję też cebulę pokrojoną w pół-krążki, ale w wyjątkowo gorące dni, lepiej z tego zrezygnować, bo jednak cebula + upał = śmierdziel na leżaku. Z kawałka chleba, najlepiej takiego starszego, pokrojonego w kosteczkę, można usmażyć na odrobinie masła chrupiące grzaneczki, a jak nie macie pod ręką chleba, można kupić gotowe croutons. Sosu, ja najchętniej Cezar, też używam kupnego, ale pewnie można zrobić własny, jeszcze lepszy. Jeżeli ktoś ma dobry przepis, może by mi na maila podrzucił? Kurczak się przegryzł w marynacie, na patelnię i wysmażyć tyle, żeby był złocisty i dokładnie usmażony, to chyba jasne, że w przypadku kurczaka takie pojęcie jak ‘medium well’ nie istnieje. Kurczaka na sałatę, polać sosem, posypać grzankami i gotowe. Ja na koniec dodaję jeszcze mieszankę ziaren (dynia, słonecznik). Do tego różowe wino dla tych, co nie prowadzą, szprycer (wino białe lub różowe pół na pół z wodą gazowaną, z lodem, można dodać limonki) – dla tych, co mają słabą głowę.

Bywa tak gorąco, że i taka sałatka wydaje się szczytem wysiłku, nic nie przychodzi do głowy, chińczyka mieliśmy wczoraj, na pizzę nikt już nie może patrzeć, proponuję pastę, najlepiej wstążki lub jakieś dziwne wywijaski, nie będę was tu raczyć włoskimi nazwami, chodzi o to, żeby struktura makaronu miała w sobie pułapki dla sosu, ale nie mogą to być muszelki. Bez specjalnego powodu, po prostu nie pasują i już, uwierzcie mi na słowo. Kiedy już macie ten makaron, zagotujcie go według przepisu na opakowaniu (nienawidzę takich porad, wiadomo, że nie według przepisu na gotowanie zupy pomidorowej, ale mimo to napisałam, po tym, jak na jednym z blogów przeczytałam pytanie, jak długo gotować makaron do proponowanej potrawy?). Sos do tego makaronu to – w miseczce wymieszać oliwę extra virgin najlepszej jakości, czosnek ilość według uznania, dużą ilością natki piertuszki drobno posiekanej (oprócz tego, że smakuje znakomicie, neutralizuje też odór czosnkowy), rozdrobnioną bazylią świeżą, odrobiną cienkiego szczypioru i dosyć dużą ilością drobniuteńko pokrojonych pomidorów (tym razem lepsze są te wielkie z Lidla). Posolić, popieprzyć (pieprzem J), ale raczej skromnie, bo czosnek jest dość ostry. Gorący makaron wymieszać z tym sosem i natychmiast podawać. Tylko go odlejcie wcześniej, żeby nie było pretensji, dlaczego nie napisałam, że go trzeba najpierw odseparować od wody.

Nie oburzajcie się, czasem nie jest to tak oczywiste, szczególnie dla początkujących. Przekonałam się o tym z opowieści pewniej kobiety, u której mieszkałam w studenckich czasach. Kiedyś gotowała ona kopytka, ulubione danie męża, według przepisu babci, zadzwoniła do niej zmartwiona i mówi – babciu, rozpadają mi się te cholery w gotowaniu, a babcia na to – dodaj kochanie mąki. Znajoma dodała …. do garnka z wodą i kluskami, zrobiła się jedna wielka klucha. Ale to nie koniec nieszczęść, ta kobieta próbowała ukryć tę wielką gafę kulinarną przed mężem, on już na schodach, a ona gar w garść i luu, te kluski do kibla, muszla pękła. A to było w czasach, kiedy klozetów w sklepach nie sprzedawali, więc zanim rzeczony mąż załatwił nówkę sztukę wyniesioną przez uczciwego człowieka z budowy, wypróżnianie opcja B odbywało się do kartonu. Nie pytajcie, co oni potem z tymi kartonami robili.

niedziela, 13 czerwca 2010

Weekend zaczął mi się 'ale wcale pięknie' - mój samochód nie przeszedł NCT, czyli przeglądu na następne dwa lata. Ogólnie wszystko jest z nim w porządku, poza tym, że trzeba już wymienić przewody hamucowe, bo są lekuchno zardzwiałe, jeżdzić można, ale na dwa lata ryzykować nie będą, muszę wymienic i wrócić. Wiedziałam o tym i bym to zrobiła, gdybym miała więcej czasu, ale terminów, okazało sie, wolnych nie było, na kilka miesięcy czekania (nigdy wcześniej tak nie było, ale ludzie przestali kupować nowe samochody, recesja, a od 4 lat wzwyż podlegają przeglądom), jakiś się nagle zwolnił, za trzy dni od powiadomienia, wzięłam co było, w nadziei, wiadomo matką głupich, że przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę... żebym się nie zdziwiła.

Małżon chciał mi poprawić humor i zamontowac nowe radio, takie z USB wejściem i na karty też. Jak zaczęli z jeszcze-nie-zięciem majstrować, szlak trafił kierunkowskazy, światło wewnątrz, ten brzęczyk, co przypomina o zapalonych światłach, kiedy samochód stoi i kto wie, co jeszcze?
Na drugi dzień byłam umówiona z koleżanką na międzynarodowy festiwal filmów dokumentalnych w Gortahork (Guth Gafa), mieli pokazywać film o rozwodach w Iranie, nie było takiej opcji, żeby miała przegapić. Mąż przełożył bezpieczniki, miałam światła, szyby mi się za to nie opuszczały. A tu upał. Pojechałam do mechanika następnego dnia, uśmiał się (oni zawsze tacy ważniacy i z sarkazmem traktują do-it-yourself klientów), ale pomóc z radiem nie chciał. Za to dodał dwa bezpieczniki, miałam już szyby na żądanie w dół i w górę oraz nadmuch, żebym w aucie nie zemdlała w drodze.

Pojechaliśmy na ten festiwal. Byłam nastawiona na zrobienie dla gazety kilku rozmów z Polakami, których miałam nadzieję tam spotkac. Ubrałam się w identyfikator PRESS, poczyniłam telefon w sprawie - Hallo, przedstawiłam się ładnie, dygnęłam nóżka, a dziewoja.... spuściła mnie na drzwo. Po krótce powiedziła, że jej tam nie ma, innej wydzwaniać nie będzie, bo nie może jej narazac na nieprzyjemności (hę???), może ona sobie tego nie zyczy, a w ogóle czy ja musze o tym pisac?  Mialam konspekt na fajny tekst o ludziach, którzy nie tylko pracują w różnych sektorach, jak to na emigracji, ale realizują też swoje pasje, między innymi jako wolontariusze pracując na festiwalu. Miałam pomysł, jak ten tekst, wcale przecież nienowatorski, w nietuzinkowy sposób przestawić. Dostałam kubłem po zimnej wodzie w łeb i szybciutko zweryfikowałam swoje plany - usiądę sobie, kawę wypiję, co będę tak tutaj stać, całkiem sama, jak palec albo coś tam.... Córka uśmiała się jak norka. Ja najpierw się zdenerwowałam, ale fakt, że to w sumie śmieszne zdarzenie było. Nie mam ciśnienia, freelancer jestem, nie musiałam nic pisać, udałam się więc na film - świetny, o tym jak obecnie wygląda sprawa rozwodów w Iranie, państwie, gdzie prawo szariatu jest przestrzegane co do kropki.  Kobiety są jednak niesamowite, niezależnie od przeciwności, w każdej sytuacji dajemy sobie radę i te irańskie, mimo, że w czadorach, mimo, że kraj mężczyzn rządzących, grają im na nosach wbrew wszelkich przeciwnościom.

Kolega obiecał, ze zamontuje radio, rano się umówiliśmy, jeszcze przed szkołą polską i otworzeniem biblioteki. Dzisiaj o 7 pobódka, o 8 wyjazd, o 9 u niego, montują, montują, montują, coś tam w kablach porządkują, wsadzili, gra, hura!!!....ale CD nie połyka płyty. No żesz k... Cały dzień popsuty, aż do wieczora, kiedy się okazało, ze radia jeszcze w sklepach są i można wymienić. Uffff.

Małżon, wyszkolony przez kolegę, w kablach pięknie posegregowanych pomieszał i radio chodzi. Jak złoto.
Nawet pogoda się zrobiła. Wyszłabym na dwór, ale się boję, że mi coś na łeb spadnie :-))

To sobie tylko kawkę piję na bratki przy drzwiach spogladając

 

19:07, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (9) »
czwartek, 10 czerwca 2010

Smutno mi. Znowu okazało się, że coś fajnego w Polsce będzie miało miejsce, a ja nie mogę tam być.  Najpierw dostałam smsa od Szyszki (pozdrawiam :-), że właśnie siedzi sobie na targach ksiażki i pracuje i fajnie jest. Raz tylko udało mi się stąd na targi wyrwać, lata temu. Lubię atmosferę tam panującą, jakby się ludzie nie skarżyli, że gorąc, że ścisk, ża marketing przeważa, że duch umarł.... nic mnie to nie obchodzi, ja i tak chciałabym tam być.

Ledwo mi krosty zazdrostki z czoła zeszły, dowiaduję się, co ja mówię, dostaję zaproszenie (!!!) na wieczór premierowy nowej powieści Marioli Zaczyńskiej (wypatrujcie w księgarniach albo można znaleźć TU)

oczywiście zaraz nowych dostałam. Do tego wyszłam sobie dzisiaj popisać do ogrodu, bo mnie mąż wciąż goni, że za mało witaminy D3 pobieram ze słońca i sobie mordę spaliłam na amen. Bo ja jestem raczej niezwyczajna takiej dawki promieni. No, ale co sobie  posiedziałam w przyjemnych okolicznościach przyrody, to moje

gówniano wykadrowane, ale chciałam żeby mój piesiołek, który mi zawsze towarzyszy, był też ujęty

Tylko czy ja jutro własną twarz rozpoznam?

No więc smutno, bo nie mogę tam być. Tak jak nie byłam w stanie pojechać do Polski na spotkania dziennikowieczek Twojego Stylu, z którymi kiedyś tworzyłyśmy niezłą paczkę, ale po poczynieniu wiekopomnych zmian na stronie tychże dzienników, po kolei się wykruszamy. Za nowocześnie jak dla mnie, bezosobowo i w ogóle już nie tak. Na stronie fusilli wyczytałam, że niedawno była na spotkaniu z kilkoma dziewczynami, czyli co? - więcej krost zazdrostek na czole.

Nawet miałam nadzieję, że może uda mi się bilety kupić tanio, na tę premierę książki polecieć. Weszłam na stronę tanich (TANICH!) linii lotniczych, które ode mnie do Warszawy latają i co widzę - Matko Bosko - bilety kosztują tylko 125 złotych, a z powrotem to nawet 105. Radość moja trwała może z 15 sekund, bo jednak przyszło opamiętanie, niestety wraz z wiedzą, że to w euro. Na nic się zdało tłumaczenie sobie samej, że z jednymi majtkami w kieszeni pojadę i paszportem w drugiej, dobił do tego tax i suma mnie zabiła na miejscu.

Pozostaje mi nadal w tym ogródku siedzieć, resztę cielska sobie spalić, może się w ten sposób skurczę? Do rozmiaru 42 by mi wystarczyło.

poniedziałek, 07 czerwca 2010

Pod wpływem niedawno przeczytanej książki (recenzja TU), ale głównie przez dyskusję, która została wszczęta na widok książki Dr Newtona 'Wędrówka dusz", która to sobie spoczywała u koleżanki na stole i po którą nieopatrzenie sięgnęłam, dużo ostatnio (ale też i bez przesady, snu mi to z powiek nie spędza) myślę o duszach, co się z nimi dzieje i gdzie się one podziewają?

[ufff, ale poszłam po bandzie z tym zdaniem wielokrotnie złożonym, co nie?].

Wiem, że jako katoliczka powinnam w ogóle się takim rzeczami jak reinkarnacja nie zajmować, bo według naszych dogmatów, mamy jedno życie i szlus. Ale kto ich tam wie, co oni przed nami ukrywają. I nie ciągnijcie mnie za język, kto to są oni, bo nie o to tu chodzi. A może oni myślą sobie, że lepiej ludziom w głowach nie mieszać i nie komplikować, to wymyślimy taka teorię, żeby robaczki, bidulki mogli to swoimi móżdżkami pojąć.  A jak będą za dużo móżdżyć, to się dyskusję utnie, bo nie ma w pismach świętych, czyli nie ma wcale. No nie wiem, ja tam sobie będę wolnomyślicielstwo uprawiać swobodne, czyli wolno mi myśleć, co mi się podoba, a mnie się podoba uważac, że dusza jest jak energia, która z ciała, którego okres przydatności do spożycia się skończył, ulatnia się i przechodzi w inny stan, żeby się potem gdzieś tam znowu odrodzić. Całkiem niewykluczone, że z kolei dusze mają różne okresy przydatności do użytku, raz mają wcieleń wiele, raz tylko kilka. To tak w skrócie, bo nie jestem zwolenniczką wymądrzania się i snucia kilometrowych teorii na blogach. Twarzą w twarz mogę godzinami na różne tematy, ale tu tylko tak zajawkowo. Miałam ksiązkę Newtona w ręku i wydaje mi się wielce zajmująca, muszę ja jeszcze tylko kupić, bo pożyczyć nie mogłam.

Koleżanka opowiadała mi taką oto historię - jej mama umierala prawie miesiąc, czuwali przy niej na zmianę, dostawała leki przeciwbólowe, które pewnie ją też i otępiały. Pewnego dnia, tuż przed śmiercią, mama nagle zbystrzała, spojrzała w kąt, gdzie nie było ani obrazka, ani mebla, ani telewizora nic po prostu, przyjrzała się dokładniej, a potem spokojnie osunęła głowę na poduszkę, jakby się wreszcie mogła rozluźnić, z widoczną ulgą na twarzy i zadowoleniem jak osoba, która na kogoś czekała, i sie doczekała. Często potem spoglądała w tamtą stronę, jak gdyby chcąc się upewnić, czy nadal to, co widzi, tam jest, za każdym razem mając wyraz twarzy osoby spokojnej i czegoś zadowolonej. Niedługo potem umarła.

Znałam tę kobietę, znam jej córkę, bardzo przeżyłam śmierc jej mamy, bo ona też trochę babciowała mojemu synowi. Kiedy mi AnneMarie to opowiedziała, przytaknęłam jej na stwierdzenie, że tam na pewno mama kogoś widziała, kogoś, kto przyszedł, żeby pomóc jej w przejściu na tamtą stronę. Przytakiwałam tym gorliwiej, że wiedziałam o tym, że ona potrzebuje wsparcia i pocieszenia. Ale potem się zastanowiłam i pomyślałam, że dlaczego nie? Kto powiedził, że nie ma wokół nas 'ludzi'?

Ja tylko przypadkowo napisałam wcześniej o czuwaniu po śmierci, a teraz o tym. Na co dzień nie chodzę z rozwianym włosem i nie węszę, czy czasem duchy nie siedzą u mnie na kanapie. Nie chcę, zebyście myśleli, ze jakaś nawiedzona jestem. Tylko jakoś mi tak przyszło do głowy, że tak mało o tym wszystkim wiemy, że może Ziemia jednak jest zaludniona przez widzialnych i niewidzialnych? O światach równoległych to już w ogóle nie wspomnę :-)

A żeby tak poważnie nie było, wkleję sobie kwiatka dziwoląga z naszego ogrodu

sobota, 05 czerwca 2010

W Polsce straszny deszcz i powódz, a u nas od kilku tygodni susza, deszcz pada sporadycznie, a tyle nie wystarczy na dosilenie roślin w ogrodach. Nasze żaby też odczuwają niedobór wody, mąż boi się, że zaczną nam umierać, więc wczoraj dolali z synem wody z węża ogrodowego. Pisałam już kiedyś, że chłopaki wykopali dla nich rów, a małżon, wzbogacony o wiedzę z internetu, uplótł  na tę okoliczność faszynę, która zatrzymuje wode w tym niby stawku, ale w sytuacji takiego braku opadów naturalnych, i to nie wystarcza.

tutaj jest jeszcze dużo wody, wyobraźcie sobie teraz, że jest jej tylko na dnie.

Wczoraj, kiedy dolewali tam wody, małżon zobaczywszy mnie w oknie krzyknął - chodź, zobaczy jak się cieszą! Na głowę jeszcze nie upadlam, ratowanie życia popieram, ale żab (płazów i gadów generalnie) się brzydzę, nic na to nie poradzę.

Szkoda mi małżona, chodzi po ogrodzie i płacze, podlewanie daje tylko chwilowe wytchnienie dla roślin. Nasz ogród warzywny małżon wyrwał własnymi rękami z chaszczy, oczyścił z kamieni, które później posłużyły do zbudowania ściany i zabezpeczenia 'łóżek' dla sadzonek, a teraz patrzy na to wszystko i widzę, że się martwi.

to tylko mała cząstka warzywnika, zobaczcie ile kamieni trzeba było wydłubać z ziemi, a potem zrobic z nich ścieżki, no i ściana zwana Krystyną

Ze wstydem się przyznam, że nie ogroduję wraz z mężem, bo nie mam do tego ręki, umięjętności, ani serca. Nigdy nie miałam ogrodu, u mnie w domu rodzinnym nie uprawiało się niczego, mieliśmy tylko trawnik, tuje i bez. Ogrody interesują mnie tylko w kwestii miejsca do czytania i odpoczynku, ale mam teraz wyrzuty, bo moje leniwienie się z książką na leżaku, w otoczeniu pięknych kwiatów, moje śniadanka złożone z serka i swoich rzodkiewek, młode ziemniaczki na obiad, z koperkiem do tego (kto mieszka w Irlandii wie, ze koper jest na wagę złota), to wszystko okupione jest ciężką pracą małżona w ogrodzie.  Grzebanie w ziemi mnie nie bawi, ale korzystanie z owoców jego pracy mnie wpędza w poczucie winy, tak źle i tak nie dobrze. Ot, zagwostka. Najlepszym wyjściem byłoby zmusić się do zajmowania ogrodem, kto wie, może mi się spodoba?

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa, mama kazała mi coś tam wypielić, miała akurat ambę na zrobienie czegoś nowego w ogrodzie, a tego dnia w ziemi akurat było strasznie dużo dżdżownic, których się brzydzę okropnie. Nie miałam rękawic. Mama nie pozwoliła przerwać pracy, a ja co ręce w ziemię, tam robal. Od tej pory aż mam mdłości, kiedy zanurzam rękę w grunt. Przecież mu tego nie powiem, bo pomyśli, że znalazłam żałosną wymówkę.

czwartek, 03 czerwca 2010

Ci, którzy czytali lub oglądali „Kroniki portowe”, a także Ci, którzy urodzili się na wsi, prawdopodobnie wiedzą jak wygląda „a wake” (czyt. e łejk) czyli czuwanie przy zmarłym przed pogrzebem. Dawniej wierzono, że może się on wybudzić w ciągu trzech dni. To było wtedy, kiedy niewiele wiedziano o śmierci klinicznej, a wieczorami, przy darciu pierza na przykład, opowiadano historie o krewnych czy sąsiadach, którzy uważani byli za zmarłych, leżeli w trumnie, już opłakani przez rodzinę, bliscy pochowania, wstawali nagle ze zmarłych i powracali w chwale do życia. W chwale, bo było to tak nieprawdopodobne, że później uważano ich za bez mała świętych. Czasami historie były bardziej makabryczne i opowiadano o ludziach, którzy budzili się w trumnach, pod ziemią.

Toteż dla przedsięwzięcia środków ostrożności wprowadzono zwyczaj czuwania przy zmarłym. Trumnę ustawia się w domu - wersja małomiasteczkowa lub w domu zakładu pogrzebowego czy pogrzebowej kaplicy – wersja luksusowa, wielkomiejska.

Mnie przyszło mieszkać w małym irlandzkim miasteczku i jak to w takich miejscach sprawy śmierci traktuje się naturalnie i bez zbędnego zadęcia. Bo przecież jedyne, co jest pewne po naszym urodzeniu to fakt, że kiedyś umrzemy.

Dla Irlandczyków to czuwanie jest bardzo ważne. Kiedy umiera ktoś kogo znasz, lub bliski znajomej Ci osoby (koleżanki w pracy, sąsiadki, listonosza, nauczyciela lub koleżanek z klasy twoich dzieci), najwyższym nietaktem jest nie pójście na „a wake”. Pogrzeb jest dla rodziny, czuwanie dla reszty miasta.

Mój pierwszy raz miał miejsce trzy lata temu, umarł teść mojej koleżanki z pracy. Dziewczyny powiedziały, ze nie może mnie tam zabraknąć. Poszłam. Strasznie się denerwowałam. Nigdy nie widziałam martwego człowieka. Weszłam do domu pełnego ludzi, w rogu salonu stała trumna, a w niej człowiek, którego nigdy w życiu nie znałam. To i dobrze, było mi łatwiej. Natomiast Una siedziała w nogach trumny, cała w czerwonych plamach z przejęcia (opiekowała się teściem kilkanaście lat) i kiedy ją ujrzałam, zrozumiałam, dlaczego organizowane są te czuwania. Trzeba okazać rodzinie wsparcie. Uściskałam ją serdecznie, wyraziłam współczucie jej mężowi, a potem przyszedł czas na modlitwę przy trumnie. Starałam się na niego nie patrzeć, ale to potęgowało jeszcze bardziej mój strach, więc zaczęłam się na niego gapić. Wiedziałam, że za życia nie miał jednej nogi, zastanawiałam się, czy ją czymś zastąpili, dla wypełnienia nogawki, czy nie? Zawsze mi takie głupie myśli przychodzą do głowy, kiedy jestem w stresie. Jakaś samoobrona organizmu czy coś, na pogrzebie mojego taty zobaczyłam faceta w poczcie sztandarowym, który wyglądał jak Hitler (poważnie!) i dostałam ataku śmiechu.

No, więc stałam tam i się zastanawiałam, co zrobili, żeby nie było widać, że on nie ma tej nogi. Przypomniały mi się sceny z serialu „Sześć stóp pod ziemią”, gdzie główni bohaterowie prowadzili zakład pogrzebowy. Głupie co? Tak już mam, nic na to nie poradzę. Ale to nie koniec szokowania na pierwszy raz. Najbardziej mnie zdziwiło, ze po tej modlitwie, kiedy myślałam, że zbieramy się do wyjścia, wskazali mi krzesło, podali herbatę i kanapkę i wciągnęli do rozmowy o pogodzie, polityce, pracy i innych przyziemnych sprawach, a ten martwy człowiek cały czas z nami w pokoju. Przez pierwsze kilka minut myślałam, że zmysły postradam, ale z czasem przyzwyczajałam się do sytuacji, mało brakowało, a przed wyjściem z rozpędu pożegnałabym się z nieboszczykiem.

W zeszłym roku ja i reszta menadżerów, na zaproszenie właściciela naszego hotelu, bawiliśmy z wizytą w Szkocji. Pierwszego wieczora po wylądowaniu, siedzieliśmy wszyscy w kuchni jego domu, popijając powitalne winko i czekając aż dojdzie w piekarniku kolacja. W pewnym momencie nasze komórki, 8 - jedna po drugiej, oznajmiły otrzymanie smsa. Chwyciliśmy za telefony, zaskoczeni sytuacją, spodziewaliśmy się gigantycznych kłopotów w hotelu, skoro wszyscy dostaliśmy w tym samym czasie wiadomość. Po chwili padaliśmy ze śmiechu, wraz z naszymi gospodarzami, bo okazało się, że każde z nas zostało powiadomione, i to przez różnych nadawców, o śmierci znanej w mieście osoby i godzinie rozpoczęcia czuwania. Ja wiem, śmierć i te sprawy, ale taka była nasza reakcja, nic na to nie poradzę

Teraz jestem już stara wyjadaczka, przywykłam do tych spotkań, traktuję to tak samo naturalnie jak moi irlandzcy przyjaciele. A najbardziej podoba mi się to, i wzrusza jednocześnie bardziej niż sam pogrzeb, że kiedy wiozą już człowieka na pochówek, sklepy na trasie przejazdu są na tę chwilę pozamykane, wszyscy wychodzą na ulice i żegnają tę osobę. Miasto zamiera. Tutaj ludzi obchodzi jeszcze drugi człowiek. Dla takich chwil warto żyć w małym mieście, dla takich chwil nie tak strasznie umierać.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!