Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
poniedziałek, 31 maja 2010

Ugryzłam się w język. Nie w przenośni, bo gadałam głupoty lub niemiłe rzeczy. Tak po prostu, bez przysłowiowych podtekstów. Mąż oczywiście, tonem karcącego rodzica, stwierdził – jak się je, to się nie gada, pies jak je, nie szczeka – wrrrr, nienawidzę takiego dziamgania po fakcie. Wydziobałam sobie całkiem pokaźną dziurę. Staram się go nie używać, nie jem, nie piję, nie mielę, nie używam końca za przewodnika, trzymam za zębami i się nie odzywam. A jak tak milczę to przed oczami przepływają mi obrazy z przeszłości. W ogóle tak mam dość często, że kiedy robię coś niewymagającego  angażowania umysłu, na przykład zmywam naczynia, nachodzą mnie wspomnienia, ale nie w formie opowieści filmowej, tylko napadających mnie nagle obrazów, jak fotek strzelanych przez reportera wojennego.

Trzask! Siedzę w oknie w moim domu rodzinnym, mam kilka lat, pachnie latem, wybieramy się na plażę do Mielna, mama kręci się w kuchni, szykuje kanapki z jajkiem, kawę w termos, truskawki w pojemniki i mój najukochańszy bób. Będę sobie siedzieć na kocu, zawinięta w ręcznik i trzęsącymi rękami (bo godzinami bawiłam się w wodzie) obierać bób i zajadać go wraz z piaskiem, który oczywiście mam na rękach. Ludzie będą leżeć jeden obok drugiego, na kocach, ręcznikach, za parawanami, w koszach, będą grać w siatkówkę, kopać dołki, a facet z małpką przyjdzie zapytać, czy nie chcemy z nią zdjęcia? A potem pójdziemy do pani Władzi na frytki, w brązowej torebce, nakładane z aluminiowej miski, od lat tej samej. Ale póki co, siedzę przy oknie, z rozłożoną „Małą pocztą” (moja ulubiona zabawa, plastikowe pieniądze, druki przelewów, wpłat i wysyłek pocztowych, pieczątki i małe znaczki). Z adapteru leci bajka o kocie w butach, śpiewam w głos z autorami i bawię się w urzędnika pocztowego.

Trzask! Likwidacja domu, mama postanowiła go sprzedać, kilkadziesiąt lat życia – spłowiałe, zakurzone, w kartony lub na śmietnik. Boli!

Trzask! Idę ulicą Reytana, mam na sobie spódnicę w podłużne pasy, wściekle różowe skarpety i czarne skórzane botki wywalczone (dosłownie!) w sklepie firmowym „Chełmka”, pachnie późną jesienią, jestem nienaturalnie szczęśliwa, chyba zakochana, nie wiem, w kim, nie pamiętam, mam się spotkać z przyjaciółmi w „Maluchu”, taką mam ochotę na paschę, czuję zapach bakalii w masie serowej, mniam

Trzask! Zima w stanie wojennym, nie chodzimy do szkoły, całe dnie spędzam na lodowisku, a w przerwach stoję w kolejkach. Zapach parujących w ciepłym pomieszczeniu zawilgoconych od śniegu nakryć, Jedna śmietana w szklanej butelce na osobę, jedna kostka masła. Wieczorem idę pojeździć na łyżwach, będzie Zbyszek, a może to był Marek?

Trzask! Siedzę w fotelu w kratkę, w swoim pokoju, święta Wielkanocne, czytam „Czarodziejski ogród”, na talerzyku kanapki z szynką i ćwikłą, pokrojone w małe kawałki, żebym nie umazała książki. Okno otwarte na oścież, pachnie wiosną, ciepło, dzieci chodzą w białych podkolanówkach, po południu pójdę z Jolką Lew na trzepak na podwórku Pawła. Ale będzie fajnie.

Trzask! Bazar w Soczi, stosy owoców, uśmiechnięty sprzedawca podaje kawałek do spróbowania, słodki nieznany smak, nigdy go nie zapomnę. Potem, na plantacji herbaty, dostajemy konfiturę do gorącego naparu, tak jak Rosjanie lubią najbardziej, ona ma też ten smak, pytam o nazwę, obiecuję sobie zapamiętać. Pachnie kurzem plantacji, grillowaną w górach Kaukazu baraniną. Waldek złamał na niej ząb. Wieczorem w „Dagomysie”, hotelu dla obcokrajowców, pijemy przedni Gruziński koniak z grubych szklanic. Schyłek komunizmu, czuć powiew wolności. Cholera, nie pamiętam jak nazywał się ten pyszny owoc! Jego nazwa wraca do mnie w dziwnych momentach, a potem znowu umyka, jak spłoszony ptak.

Trzask! Jadę karetką do szpitala, słyszę rozmowy sanitariuszy, ludzie, ze mną jest naprawdę niedobrze, a wy tu o dzieciach, o wyjeździe na narty, sumienia nie macie?!

Trzask! Lunch w barku na pętli autobusowej w Warszawie, zabrał nas tam Jurek, chwalił kuchnię, pyszna sałatka z cykorii, ciepły wrzesień w stolicy, zapach przekwitających kwiatów na rabatkach i ogłuszający ruch uliczny, młoda jestem, poszukuję, niecierpliwie czekam na to, co przyniesie los, nie przeszkadza mi opętańczy rytm miasta.

Trzask! Kino Adria w Koszalinie, Konfrontacje – czyli przegląd filmów nagrodzonych na różnych festiwalach, codziennie jeden seans, kupuje się karnety i 10 dni z rzędu ogląda produkcje z różnych krajów, uwielbiałam to kino, atmosferę jeszcze sprzed czasów popcornowych, w barku były batony Studenckie, mieszanka Wedlowska (ach te bajeczne) i oranżada w butelkach szklanych. Na ekranie czeski film „Tysiącletnia pszczoła”, dlaczego właśnie ten pamiętam? Z tyłu, zawsze na tym samym miejscu (karnety były numerowane), siedział chłopak, który mi się podobał. Nigdy nie zamieniliśmy nawet słowa.

Trzask! Siedzimy całą rodziną u Chińczyka w Londynie na Trafalgar Square, na stołach fatalne, plastikowe obrusy, oczekiwaliśmy cudu kulinarnego wschodu, a dostaliśmy europejską podróbkę, przy stoliku obok jedzą curry i frytki, koszmar. Ale my się śmiejemy, trochę też z rozpaczy, że wśród kilkunastu restauracyjek, wybraliśmy właśnie tę, ale też, dlatego, że cieszymy się ze swojego towarzystwa.

Ocknęłam się, mogłabym tak bez końca, pisanie trwa dłużej niż przesuwanie się tych obrazów w głowie, czasami to lubię, czasami mnie to męczy, zależy, jakie wspomnienia mnie napadają, jakie obrazy dominują.

Zawsze towarzyszy im zapach, wspomnienie różnych aromatów związanych z sytuacją, miejscem lub porą roku. Do tej pory, kiedy jem orzeszki ziemne, przypomina mi się książka „Piotrek zgubił dziadka oko” Lucyny Legut, bo kiedy ją czytałam, wtranżoliłam całą ich puszkę, a w tamtych czasach to był rarytas. I odwrotnie, kiedy biorę do ręki stary, pożółkły egzemplarz tej powieści, czuję wyraźny zapach orzeszków, nie dlatego, że między stronicami są tam jakieś resztki, po prostu tak pachnie wspomnienie chwili, kiedy ją czytałam.

Czasami idę ulicą, jestem zajęta, rozmawiam przez telefon lub z osobą towarzyszącą i nagle, ni stąd, ni zowąd napada mnie zapach i zaraz za tym idące wspomnienie. I wtedy jest tak, jakbym żyła w różnych miejscach i czasoprzestrzeniach równocześnie, wtedy jest tak, jakby one nigdy nie przemijały. Magia.

sobota, 29 maja 2010

Jak ważny dla kobiety jest jej fryzjer, nie trzeba chyba pisać.  Od tego co ma na głowie, zależy jej samopoczucie, świadomość własnej wartości; kobieta, która ma zadbane, dobrze obcięte włosy, może zdobywać góry, od tego może nawet zależeć czy odniesie sukces, i towarzyski, i zawodowy.  Kolor włosów też jest ważny.  Czy woli naturalne, bez dotyku chemii? A może zmienia kolory wraz ze zmianą pór roku? A może zależy to od tego, czy jest w nastroju do walki, czy może odpoczywa po?  Ciemniejsze, ostre kolory wskazywałyby na osobę energiczną, albo taką, która musi podjąć się zadań szczególnych, trudnych i przywdziewa kolor jak zbroję.  Kiedy kobieta jest pewna swojej pozycji, kiedy umacnia ją na już raz zdobytym polu, może sobie pozwolić na pastele, blondy, ciepłe brązy i blond-rudości.  O ile oczywiście farbuje, bo są i takie aktywistki, które tolerują tylko surową naturalność, wtedy trudniej stwierdzić, czy ona jest w fazie zdobywcy, czy w fazie odpoczynku wojownika.  Jest nieobliczalna jak Wiking.  Albo po prostu ma piękne włosy, które szkoda by zniszczyć farbowaniem i jest pewna swojej wartości i bez podkreślania jej kolorem. Albo fleja, ale to już inna sprawa, bo takie to się zdarzają niezależnie czy w kolorze, czy au naturel.

Podziwiam kobiety, które nie przywiązują się do jednego fryzjera, tylko wybierają na chybił trafił, gdzie akurat jest wolne albo ‘bo właśnie przechodziły i im się lokal spodobał’.  Ja muszę się do swojego ‘oprawcy’ przyzwyczaić, wolę mężczyzn niż kobiety, wierzę w to, że dopiero, kiedy klient i fryzjer się poznają, następuje miła symbioza i pełne zrozumienie.  W każdym razie minimalizuje się możliwość ‘kto-ci-taką-krzywdę-zrobił’.  W Polsce miałam bardzo fajną dziewczynę, która rozumiała mnie jak nikt inny i miała świetną rękę do cięcia.  Bo to jest dla mnie najważniejsze – nożyczki, sprawne i dobre strzyżenie, włosy farbuję sobie sama, bo mnie najzwyczajniej w świecie boli, kiedy musze zapłacić straszne pieniądze za ich malowanie. Tutaj, po wielu nieudanych próbach, znalazłam, a właściwie oni mnie znaleźli, bo zjechali do naszego miasteczka i otworzyli zakład, dwóch gejów z Londynu via Hiszpania.  U nich kobieta była zaopiekowana jak nigdzie indziej, otoczona miłą atmosferą i atencją, kiedy wchodziło się do zakładu rzucali ci się na szyję i ‘darling’ oraz ‘my love’ nie było końca.  No i byli dobrzy.  Zniknęli po czterech latach, tak nagle jak się pokazali, widocznie taki mają styl, włóczykije.

Teraz włosy obcinam u Polki i jest świetnie, ale podczas pobytu w Dublinie coś mnie podkusiło, zaszaleć chciałam (dla mnie to sam szczyt szaleństwa) i udałam się do fryzjera chińskiego.  Wiele o nich słyszałam, że mają styl inny od wszystkich w Europie, że kiedy zaczynają śmigać nożyczkami, to powstaje fryzura najbardziej oryginalna od wszystkiego, co miałaś kiedykolwiek na głowie.  Hmmm, to prawda, tylko nie jestem pewna, czy w takim tego stwierdzenia znaczeniu, w jakim się spodziewałam.

Już samo mycie głowy odbywa się zupełnie inaczej, leży się z głową w zlewie, ale na kwadracie obleczonym skórą robiącym za swego rodzaju myjkową poduszkę. Przyjemnie jest i miękko, a do tego fryzjer robi masaż.  Nie wiem jaki, ale po wyglądałam jak rastafarianin na haju, słowa mojej córki, która mi towarzyszyła i obserwowała te wszystkie ablucje. Potem posadzono mnie na fotelu i padło sakramentalne pytanie, którego tak naprawdę nienawidzę – jak tniemy?  Pokazałam panu zdjęcie Ewy Kasprzyk w absolutnie fantastycznym krótkim cięciu i poprosiłam, że ja bym chciała tak samo.  Czego fryzjerzy naprawdę nienawidzą? – pokazywania stylizowanych gwiazd i oczekiwania takiego samego efektu.  No, ale skąd brać inspiracje jak nie z magazynów?  Zawsze w takich wypadkach się śmieję, że wiem, że nie będę taka ładna, ale chociaż może tak ładnie obcięta?  Pan fryzjer nie uśmiał się ze mną, jakiś ponurak pomyślałam, bo mi do głowy nie przyszło, że jego angielski jest słabiutki.  Jestem z Donegalu, my tu dużo gadamy, ze wszystkimi.  No, więc tokuję to tego swojego fryzjera, czy trudno wyjechać było z Chin, czy oni tam mają paszporty w domu i przepraszam, że tak pytam, ale my kiedyś nie mieliśmy, a przecież tam nadal komunizm i to taki raczej hard-corowy, ale on może ze mną o tym gadać, bo ja z Polski, więc towarzysz w niedoli jeszcze do niedawna i tak gadam i gadam, aż się zorientowałam, że on ani słowa nie rozumie, ni hu hu. Czy on zrozumiał, co ja na tym moim biednym łbie chciałam mieć?  Spojrzałam na jego ręce i od razu wiedziałam, że robi, co mu się żywnie podoba, nie bacząc na zdjęcie aktorki, na moje chcenia-nie chcenia.  A włosy coraz krótsze i wyglądam co najmniej dziwnie.  Michalina mówi, że miałam panikę i rozpacz wypisane na twarzy, ale już było późno, żeby zatrzymać ten proces pozbywania mnie włosów.  Spojrzałam w lustro na Chinkę za moimi plecami, która sobie tam coś układała, złapała moje spojrzenie, podniosła kciuk do góry i zakiwała się do przodu i do tyłu w akcie aprobaty.   Jedyne, co mi przyszło do głowy to – ale się wpakowałam w g…. (i nie było to tak łagodnie powiedziane jak tu).  Postanowiłam przyjąć to na klatę.  Sama się pchałam, trzeba się teraz wykazać ‘godnościom osobistom’.  Nagle pan fryzjer zarządał – otworzyć oczy (bałam się, że postradam zdrowe zmysły), patrzeć jak układam, w domu robić tak samo;  krótko dobzie, długo niedobzie, równo też niedobzie,  nierówno dobzie dobzie (miał na myśli, że niesymetrycznie jest dobzie, tfu dobrze).  Mnie niesymetrycznie? Przecież ja jestem maniaczką symetrii, ratunku!!!  Postawił mi sto kogutów na głowie i usatysfakcjonowany efektem końcowym, zdjął ze mnie fartuch i ukłonił się dwornie.  Ja chyba zwariuję, pomyślałam, jak ja teraz na ulicę wyjdę?  Moja córka utrzymywała, że wyglądam świetnie,  postanowiłam, dla higieny psychicznej, jej uwierzyć.  Cały dzień bacznie unikałam wszelkich luster czy okien wystawowych.  Luuudzie, ja  chciałam zaszaleć, a nie oszaleć!

środa, 26 maja 2010

Dostałam dzisiaj szału. Takiego klasycznego, najpierw się popłakałam, potem wywrzeszczałam cały żal małżonowi, bo zapytał, dlaczego płaczę (ryzykant jeden), straciłam głos z tego wrzeszczenia, a potem zasnęłam z nerwów i to w okolicznościach conajmniej dziwnych.

Ale od początku. Rano małżon zapytał
- czy zjemy jajecznicę?
- dlaczego nie, pomysł dobry jak każdy inny - odparłam zadowolona, że nie musze robić śniadania
Odpłynąl do kuchni, ale zaraz wraca
- a jak chcesz tą jajecznicę? Kiełbasa krojona w plastry paski czy kostkę?
- wszystko mi jedno, raczej w kostkę - odparłam z nutką zniecierpliwienia, bo już czułam, o co zapyta zaraz
- a jajka mieszane, czy żółtko i białko odzielnie - zadal kolejne pytanie z miną autentycznie zainteresowaną
O żesz ty w dupę kopany, 23 lata pożycia w tym roku nam stuknie, a on mnie pyta, jaką jajecznice lubię - pomyślałam, ale się powtrzymalam i stwierdziłam, że wiem, że on woli niemieszane, więc ok, ale moje musi być baaardzo ścięte.
Tyle. Oczywiście było średnio, musialam trzymać na ogniu, bo glutów nie jem. Kropka.

Po południu zadzwoniła córcia, miała pomysł, żeby pójść na spotkanie z Katarzyną Grocholą, opowiedziała juz o tym wcześniej, kupic mi książkę, zdobyć autograf, kilka dni temu napisalam do niej smsy, co koniecznie ma pisarce ode mnie powiedzieć. Specjalnie wysłałam, żeby wiedziała i się nie denerwowała, ze nie ma pojęcia, co ta porąbana matka chciałaby przekazać. A ona dzwoni i pyta - to co ja mam powiedzieć?

Na szczęście przerwało nam rozmowę, bo już we mnie fala zbrodni narastała. Tak mnie zaćmiło z powodu ogarniającego mnie szalu, ze nie dawałam rady nadziewać cannelloni szpinakiem, wypadało mi, nie trafiałam w dziurkę, poważnie ciemno w oczach miałam.

A dlaczego mnie tak ruszyło? Bo ja nienawidzę powtarzać w kółko wciąż tych samych rzeczy, tych samych zdań, instrukcji, próśb, informacji. Uważam, że tylko aktywne słuchanie ma sens, jeżeli nie, proszę powiedz - nie mów do mnie teraz, zeczony jestem, mam dużo na głowie - sama nie wiem jaka tam jeszcze wymówka/usprawiedliwienie dobre. Ale nie można zmuszać innych, zeby powtarzali wciaż to samo, tylko dlatego, ze ktoś nie ma siły/ochoty/na tyle szacunku/pojemności w mózgu (niepotrzebne skreślić), żeby to zapamiętać. Czyz nie mam racji, że przez 23 lata możnaby się już nauczyć, jakie jajka lubi żona? (zbereźności rodzą sie w uchu słuchacza). To nie, zamęczy mnie wciąż tą samą sytuacją, jak w Dniu Świstaka - a jajecznica mieszana czy białka osobno, scięta, czy luźna. Luuuudzie, trzymajcie mnie.
Po co zawczasu wysylać smsy, skoro ktoś nie przeczyta, nie zapamięta, nie zanotuje, woli zadzwonić i powiedziec - to co ja miałam...?

I to nie dotyczy tylko mojej rodziny, ludzie generalnie nie słuchają, co się mówi i pytają o to samo wciąż i wciąż.  A z tego wszysktiego, to ja wciąż mówię o tym samym, bo mi się wydaje, że ludzie nie słuchają, więc trzeba powtarzać.... błędne koło. Wychodzę na nudziarę.

A po załamaniu nerwowym zasnęłam w... samochodzie, bo zaraz po wybuchu pojechałam do salonu kosmetycznego, zaparkowałam przed i usnęlam na 10 minut. Obudziłam się zregenerowana, a wizyta już zupełnie poprawiła mi humor, bo wreszczie znalazłam taką kosmetyczkę, która profesjonalnie usuwa takie wkurzające białe prosaki, które mi się czasami robią na powiece. Tu, pisałam już o tym, robią rózne czary mary z głaskaniem gąbkami po twarzy, ale takich rzeczy prawie nikt. A tu prosze, znalazłam.

I tylko mnie taka reflekcja naszła, po spojrzeniu na niebo nocą, czy ja miałam rację, czy to pełnia księżyca przeze mnie przemawiała?

niedziela, 23 maja 2010

Nie było mnie tu dwa dni, mini odwyk taki, nie z własnego wyboru, zajętość wielka była u mnie ostatnimi dniami. W sobotę trening w szpitalu dla tlumaczy klientów, którzy przeszli różnego rodzaju traumę. Bardzo ciekawy i nie żal mi żadnej minuty spędzonej na nim, ale czy to się musiało odbyć w najbardziej upalny dzień tego roku? Po cichu mam nadzieję, że takich dni będzie więcej, ale takie myśli w Donegalu to wielka brawura, więc raczej stańmy na tym, ze byłam wielce poszkodowana tracąc 'ostatnią' okazję do poleżenia na plaży i dopieszczania lenia.

Kurs był wielce przydatny, ale siedzenie na krzesłach z dermy od 9-4 zabiło we mnie ducha wiedzy, tym bardziej, ze poważnie obawiałam się odparzeń na tyłku.  Trzęsłam tym zabitym duchem jak trupem żołnierza na polu bitwy, ale wraz ze wzrostem temperatury w pomieszczeniu, byly to działania coraz bardziej skazane na niepowodzenie. Tym bardziej, że okno było otwarte tylko jedno, a kiedy chcieli otworzyć drugie obok, nie na przeciwko, kilka osób stwierdziło, że przeciąg i nie daj Bóg ich pokręci. A ja myślałam, że tylko Irlandczycy mają taki strach przed swieżym powietrzem, a przeciągi, w ich mniemaniu, zabijają gorzej niż IRA w najaktywniejszych latach.

Bardzo fajne były rozmowy, bo można było swobodnie wymienić sie doświadczeniami i wrażeniami, a poza tym poznać ludzi, z którymi normalnie pewnie nie miałabym okazji skrzyżować dróg. Kilka Polek, tez fajnie, nawet bardzo, ale też dwoje ludzi z Indii, Chinkę, Hiszpankę, Rumunki, Niemkę urodzoną we Włoszech i tak dalej. W sumie miły dzień, wolałabym żeby to był jednak któryś z 364rech deszczowych.

A wieczorem impreza urodzinowa, z pysznym grillem (nie jesteśmy oryginalni w tę pogodę), tortem z pół litrem malibu w kremie i nasączeniu biszkopta, już sama nie wiem, co mi szybciej poszło do głowy, ten tort, czy jednak drinki, które piłam, o zgrozo, przez słomkę? I tu też poznałam fajnych ludzi wizytujących gospodarzy. Czyż jest coś lepszego od dobrego jedzenia, napitków (niektórzy marudzili, że mam za wolne tempo, ale przecież to nie o ilość chodzi, ale o jakość) i dowcipnych rozmów? Nie znajduję.

czwartek, 20 maja 2010

Od mniej więcej połowy stycznia leży u mnie w kuchni biała koperta A4, gigantyczny symbol zaniedbania podatkowego, który pozostawał wyrzutem na moim sumieniu, az do dziś. Wstałam ktoregoś dnia, spojrzałam i pomyślałam - będzie tego, nie bedzie koperta pluła nam w twarz, trzeba się z nią rozprawić. W tym roku postanowiłam być systematyczna, w celu uniknięcia zapaści nerwowej spowodowanej nieposiadaniem różnych potrzebnych dokumentów, które wskazywalyby na wysokość zapłaconych odsetek up-to-date kredytu hipotecznego, numeru identyfikacyjnego pracodawcy męża, wysokości zaplaconych składek emerytalnych netto, patrz formularz be-coś tam, jeżeli go nie dostałeś, upomnij się we właściwej miejscu zamieszkania jednostce, numeru referencyjnego przyznania nam ulgi podatkowej at source, czyli odliczania zanim powiedzą ile to mamy zapłacić co miesiąc za dom, już o pomniejszych numerach nadanych w milionach sytuacji nie wspomnę. Co roku obiecuję sobie, że skseruję formularz, już wypełniony i bedę miała te numery wreszcie pod ręką, ale jakoś potem tego nie robię. Ale tak w ogóle to z natury jestem systematyczna:-))

Dobra, przygotowanie to połowa sukcesu. Zadzwoniłam do kilku miejsc z prośba o wydanie zaświadczenia i płaconych świadczeniach, rachunku zbiorowego za śmieci (u nas się odlicza te koszta), zebrałam wszystkie P-60, P-45, i inne P oraz certyfikaty o income levy. Zapewniam was, ze to nie było łatwe. Wynalazłam faktury za leki płacone co miesiąc, które systematycznie zbierałam do systematycznej koperty, ale zupełnie zapomniałam, gdzie ją położyłam (po tygodniu ją znalazłam szukając dokumentów kredytu hipotecznego)... Co ja was będę tu epatować martyrologią podatkową, przeszłam Wisłę, przeszłam Wartę, po drodze zgarnęłam okulary i kalkulator i zasiadłam dzisiaj do wypelniania formularza na zwrot podatku za rok 2009 (u nas można się ubiegać o to do października). Rozłożyłam wszystko w kuchni, bo tam stół największy, zrobiłam mądrą minę, dodałam sobie otuchy - dasz radę Kaśka, a ile zaoszczędzisz nie idac do księgowego! - i zabrałam się do wypełniania kilkunastu stron A4, a jakże, które były prawdopodobnie tworzone pod wpływem obejrzenia w muzeum obrazu 'Męka Pańska'.

Przeczytałam z uwagą wszystkie informacje jak wypełniać, co jest correct, a co nie, sięgnęłam po najlepszy dlugopis w domu, przytrzymałam jak dyrygent batutę przed koncertem życia i napisałam pierwsze litery - imię i nazwiko partnera/męża...

Juz na pierwszej stronie zaczęły się schody. Zupełnie nie mogłam znaleźć na męża P-60 wysokości kwoty zapłaconego podatku. Klęłam księgową z jego firmy za niefrasobliwosć, jak można nie zmienić taśmy w drukarce igłowej, teraz prawie nic nie widać, ani na oryginale, ani na kopii. Wzięłam lupę, zapaliłam dodatkowe światło, nic. Po kilkunastu minutach przeklinania i złorzeczenia zorietnowałam się, że małżon nie zapłacił w tym roku podatku, bo żona nie ma pracy, ergo nie potrzebne mi te wszystkie papierzyska, bo przecież mi nie będą oddawać z niczego. Taka to juz jest logika - zwrot z podatku NIC = NIC

Szkoda tylko, ze mózgojad w moim mózgu głoduje i nie zorietnowałam się wcześniej, zanim wykonanałam tyle niepotrzebnych działań w celu uzyskania tych wszystkich dokumentów udawadniajacych dochód i wydatki, ze moge sobie to wszystko w tym roku darować.

A tak liczyłam na te pieniądze!

Tagi: podatki
19:58, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 17 maja 2010

Kilka tygodni temu spotkałam znajomego, z którym kiedyś pracowaliśmy w jednym hotelu. Dużo starszy ode mnie, samotny pan, troche dziwak. Powiedział, że własnie dostal dom od council'u i się przeprowadził. Strasznie zadowolony. Zapraszał, powiedziałam, że na pewno go odwiedzę, ale nie miałam zamiaru. Tego jeszcze brakowało, żebym po mieszkaniach starych kawalerów zaczęła się szwendać. Ani ochoty, ani czasu.

Po dwóch tygodniach dostaję wiadomośc od znajomej, że spotkała tego samego faceta i on się strasznie upiera nas (obie!) widzieć, że chyba sie nie odczepi, musimy któregoś dnia się umówić i co ja na to? Pomyslałam, że we dwie to możemy iść. Odfajkujemy i będzie z głowy.

Podjechałyśmy pod całkiem nowy blok, imponujący, wszędzie dywany, winda, ładne przestronne korytarze, okna wielkie, luksus. W mieszkaniu już nie bylo tak zachęcająco. Mimo, że wprowadził się dopiero co, już zdołał wszędzie poupychać jakieś kartony, kartoniki, gazety, buteli, notesiki, bruliony, wszędzie ciuchy i wszystko na wierzchu, pod ręką. Starzy ludzie tak maja, ale bez przesady, on ma dopiero 61 lat. Już się spięłam, bo ten obraz przywiódl najgorsze wspomnienia z domu mamy i jego porządkowania. No nic, nie mój problem, postanowiłam odsiedziec troszkę i udac się w drogę powrotna do mojego świata. Zastanawiałam się tylko, czy dam radę wypić kawę lub herbatę z któregoś z jego kubków?

Na szczęście nas nie próbował częstować.  Zacząl natomiast opowieść, na początku nieskładną i nie wiedziałam zupełnie, o co mu chodzi. Potem zaczęła się wyłaniać z tego jakaś treść, a jak do mnie dotarło, o co chodzi, to mi się włos na glowie zjerzył i taki już pozostał, do tej pory.

Otóż mój rozmówca, u którego, przypominam, siedzę w domu, mówi, ze jest oświeconym Mesjaszem, że on stoi w światłosci, a my w mroku (jeszcze).  Że już za kilka lat, góra piętnaście, ziści sie to, na co on czeka 40 lat. I on chce nas na to przygotować. A mianowicie w mojej wiosce będzie centralny rząd całej planety Ziemi, ze tutaj będzie centrum dowodzenia, ze będzie jedna tylko waluta, że wszyscy jesteśmy tacy sami, pochodzimy od jednego człowieka, który wywodzi się z kontynentu afrykańskiego i będziemy reunited, czyli od nowa zjednoczeni. I on jest nosicielem tej idei, która na początku była oswieceniem, ale i wielkim ciężarem, bo inni nie chca go słuchać, zamykają drzwi przed tą wiedzą, bo ona nie jest dla każdego, trzeba być przygotowanym na przyjęcie idei do siebie....i tak dalej w ten desen. Oczywiscie bylo jeszcze o idiotach w rządzie, o tym, że jedni go poszczuli psami, inni wyśmiali, a on był kiedyś bardzo nieśmiałym człowiekiem, ale teraz jest 'the most confident man on the planet' czyli człowiekiem najbardziej wierzącym w swoje sily na calej planecie, ze jego dlon, która kiedys byla bezbronna i otwarta, teraz zaciska się w pięść..... a ja sobie szybko w głowie przemyśliwuje, jak sprytnie z nim rozmawiac, żeby mi kosy nie sprzedal i żeby cało wyszła z jego mieszkania, a nie została 'wiadomością ze strony pierwszej' znalezionym ciałem, pocwiartowanym i schowanym w szafie.

Koleżanka, nieświadoma chyba tego, co on powiedział, wygooglowała w iphonie global governent i wyszło jej, że takich świrów jest więcej, że jeden facet na youtube to nawet to samo mówił, co nasz znajomy, tylko byl odziany w garnitur i wyglądał bardziej nobliwie. Problem w tym, że Eddie nie ma dojścia do sieci, jedynie słucha TV i czyta prasę, może jeszcze radio, mało podrózuje, więc świrowata myśl powstała w jego głowie niezależnie od tego faceta, gdzieś na drugim końcu swiata. Eddie się bardzo zdenerwował, ze mu ktoś ukradl idee, którą on hodował we łbie od tylu lat. To się dopiero zaczęłam bać, że dostanie szału. Stanęło na tym, że Eddie musi sie nauczyć obsługiwać kompa i korzystać z sieci i połączyć się z innymi świrami, z innych krajów, będą mieli bal. Wypuścił nas cało i żywo, czego ta notka dowodem. Uffff

sobota, 15 maja 2010

W sobotę, jezeli tylko jestem w domu, rano obowiązkowo ogladam Drugie Śniadanie Mistrzów na TVN24. Zawsze szykuję sobie duży kubek kawy, dzisiaj padło na ten

Spóźniłam się troszeczkę na program, bo miałam telefon od osoby, której nie mogłam niestety zbyć, ominęla mnie więc dyskusja na temat antysemityzmu w Polsce, jest on, czy go nie ma? Ja swoje zdanie wypowiedziałam już TU, nie będę się powtarzać. Dodam tylko krótko, że oburza mnie to, co sie dzieje w tym temacie, w ogóle jakakolwiek dyskryminacja mnie oburza i nie dam sobie wmówić, że takie jest życie, że tacy już są ludzie i tego się nie da wytrzebić. Z ptasich móżdźków tych starych pierdzieli, co wciąz powstarzają, że wszystkiemu winni Żydzi, może i nie da się już tego wymazać, ale trzeba pracować nad mlodzieżą, żeby nie mieli takich wąskich horyzontów i przestali myśleć w ten sposób.

O wyborach też była mowa. Hmm, trudny to temat, bo te wybory jakieś takie 'niewyborne'. Jedni wciąż są na ekranie i grzmią, inni milczą, jak Komorowski, aż się zastanawiam, czy ona kandyduje na prezydenta, czy na Milczka Rejenta? Chciałabym znać jego program, wiedzieć, co chce robić, kiedy już/ jeśli? zostanie mianowany na ten urząd, a on taktownie-taktycznie? milczy. Lepper rozdaje za to autografy, przynajmniej wesoło jest. Chociaz w kontekście jego udziału w aferze seksualnej już nie bardzo. Mam nadzieję, że nie szykuje Łyżwińskiego na swojego asystenta.

Tak mnie naszło po tym programie, bo jednynym minusem jego oglądania jest fakt, że przeważnie jestem sama, a uczestnicy śniadania za szkłem, więc nie mam z kim rozmawiać - zgadzać się, polemizować...

To tyle, kawa mi się skończyła, idę podmuchać na ognisko domowe (w celu wzniecenia oczywiście).

czwartek, 13 maja 2010

Dzisiaj byłam u kosmetyczki. Postanowiłam wreszcie wykorzystać voucher, który dostałam na urodziny. Długo nie mogłam się zdecydować - iść nie iść, bo jakoś nie mam zaufania do tutejszych kosmetyczek. Nie zwykłam krytykować zjawisk w Irlandii, ale jak coś jest nie tak, to nie ma co udawać, że jest świetnie. A akurat usługi kosmetyczne w tym kraju, te przeciętne, bo w jakimś drogim SPA nie byłam, są na dziadowskim poziomie.

Inna rzecz, że ja nie jestem niewolnicą zabiegów upiększających, nie używam stu kremów, nie pilinguję, nie złuszczam, nie nawilżam i nie odżywiam bez opamiętania. Nie sprawdzam bez przerwy gdzie mi wystaje, gdzie zwisa, a gdzie nie jest wystarczająco jędrne. Nie podchodzę do tych wszystkich ablucji z nabożeństwem, nic na to nie poradzę. Starczy mi tylko cierpliwości na to, żeby się porządnie umyć, a potem zaczynam się strasznie spieszyć, bo film czeka, bo dobra książka zostawiona w połowie rozdziału, bo nowy „Twój Styl” i aromatyczna herbata czekają w kuchni. Mam wieczny niedoczas, więc przekonywanie mnie, że powinnam poświęcić codziennie pół godziny czy 40 minut na czyszczenie, smarowanie i wklepywanie jest bezcelowe.

Ale jednak nie byłabym kobietą, gdybym co jakiś czas się powiedzmy nie opamiętała i postanowiła wpaść w doraźną histerię pod tytułem – zmarszczki atakują, pora stawić temu czoła, w pełnym słowa tego znaczeniu.

Umówiłam się na 11, kosmetyczka, Carla już czekała w drzwiach. Zaraz mnie zaprowadziła do przytulnego pomieszczenia i wręczyła ręcznikowe wdzianko. Poleciła się rozebrać, zawiniąć w ten ręcznik-nie ręcznik i czekać. Rozebrałam się, stwierdziłam, że wdzianko za małe (też mi niespodzianka), ubrałam się, bo przecież nie mogłam goła czekać aż wróci, poinformowałam o problemie (jejku, jak ja nie lubię takich sytuacji), otrzymałam ręcznik, który nie był dłuższy tylko szerszy, więc niewiele zmienił, ale znalazłam wyjście z tej sytuacji, władowałam się na kosmetyczną leżankę i zamarłam. Czułam się jak na katafalku, a półmrok w pomieszczeniu kojarzył mi się z grobowcem. To wrażenie potęgowały wszędzie porozstawiane świece zapachowe, zaczęło mnie mdlić.

Wróciła Carla, rozpoczęła gadkę pod tytułem, będę mówiła, co robię, masz się nic nie martwić, rozluźnić itp., a mnie się to od razu skojarzyło z dentystą, więc się spięłam. Poza tym nie podobała mi się atmosfera, bo ja komunistyczne dziecko jestem, chadzałam do kosmetyczek, gdzie światła waliły w gębę, radio grało na całego, serwowali herbatę, a czasami nawet coś mocniejszego (dla przyjaciół królika), odchodziły ploty i wymiana informacji, to było bardziej spotkanie towarzyskie, a nie aromatyzowany relaxing. A tu z magnetofonu leci świergot ptaków i jakiś pianista chałturnik zapodaje na fortepianie jakąś niesprecyzowaną melodię, niepokojąco deliryczny zbiór dźwięków, wkurza mnie to, Vivaldiego by mi lepiej puścili, a nie tę chałę.

Zaczyna się aplikacja różnych maści i kremów, żeli i musów, a wszystko to ma mnie wygładzić, upiększyć i uspokoić. Czyszczenie twarzy – spodziewałam się, tak jak za króla Ćwieczka, czyli mojej młodości, że kosmetyczka będzie ryła w mojej twarzy jak na roli, a tutaj pani mnie trochę pogłaskała w okolicach nosa, zdjęła z siebie, to co przedtem założyła - rękawiczki, maseczkę, fartuch ochronny i po wszystkim. A ja się zastanawiałam, po co jej to było zakładać? Kiedy przeszła do polerowania mojej twarzy jakimś mini przyrządem, skojarzyło mi się, że jestem jak stara komoda w trakcie renowacji. Bardzo mnie to ubawiło.

W sumie było mi tam za cicho, za ciemno, za nudno, a w głowie buzowały myśli, no i ten ręcznik cały czas się zsuwał, więc wcale się nie wyluzowałam. Bo ja się relaksuję podczas rozmowy z interesującym człowiekiem, podczas słuchania dobrej muzyki, a nie samym leżeniem w pachnącym (czyt. śmierdzącym) ciemnym pokoju z gównianą pseudomuzyczką.

Potem jeszcze miałam zamówiony pedicure, wymasowali mi stopy, tyłek i plecy (specjalny fotel), spodziewałam się, że mi oskrobią stopy nożem (jak drzewiej bywało), a tu delikatny pilniczek, pogłaskanie paznokietków, lakier i dziękujemy. Zabronili mi założyć z powrotem buty, dali jednorazowe klapki z folii piankowej i taneczno-posuwistym ruchem przeniosłam się do innego pokoju. Po seansie kosmetycznym zrobiono mi jeszcze scan twarzy, żeby pokazać mi, co mam beznadziejnego, gdzie za tłusto, a gdzie za sucho. Oj za mało wody pijemy, za mało – pani dobrotliwie mnie karci. Potem mnie straszy, że trzeba coś z tym zrobić, bo w krótkim czasie będę stara i brzydka, jednocześnie, z wymownym wyrazem twarzy, popycha mnie w stronę półki z produktami sprzedawanymi przez salon. O nie ze mną takie numery Bruner. W domu mam świetny krem Dr Ireny Eris (komputer zmienia mi na Eros), czyścić gębę też mam czym, a reszty i tak nie będę używać, z powodów wymienionych na początku wpisu. Doświadczona kobieta tym się różni od „początkującej kobiety”, że już nie ma złudzeń i wie, że nawet, jeżeli na początku wpada w amok i sobie wiele obiecuje, i tak wie, że tych obietnic nie dotrzyma. Nie kupuję, więc żadnego produktu, zadowalam się próbkami, z tego powodu ani kosmetyczka, ani właścicielka, nie są zadowolone ze mnie. Widzę to po ich minach. Chyba z zemsty nakazują, dokładnie tak, nakazują mi jechać do domu w tych piankowych, jednorazowych „japonkach”, bo cała robota pójdzie na marne, a ja, jak jakiś głupek, zgadzam się na to, co mało nie skutkuje wypadkiem samochodowym.

W pogoni za urodą o mało nie straciłam życia, chyba na mózg mi padło. Jak widać doświadczenie, nie zawsze idzie w parze z mądrością. Oj Kaśka, Kaśka.

sobota, 08 maja 2010

Wczoraj byłam na imprezie babskiej, spiknęłyśmy się z laskami,  z którymi kiedyś pracowałyśmy, na wieczór z dobrym jedzonkiem, guinessem i oczywiście soczystymi plotkami - kto nowy w mieście, która zaciażyła i czy te dom, drugi od lewej, zaraz za Gallagherami, został wreszcie sprzedany, czy nadal stoi (ależ oni chcieli niemożliwą ilość pieniędzy za niego!).

Poszłyśmy do pubu z wyszynkiem, jakich tutaj wiele, o nazwie Bayview. Słynni są z dobrego jedzenia, a już najbardziej z domowego banofi pie.

Ja oczywiście wzięłam nie to, co powinnam. Jestem mistrzynią w zamawianiu nietrafionych potraw, czy już wam o tym wspominałam? Zeby być 'on the safa side' czyli bezpiecznie (???) zamówiłam sobie ser kozi zapiekany w koszyczku z filo pastry i warzywami na sposób śródziemnomorkski. Wszytko byłoby ok, gdyby nie to, że zawsze to zamawiam, kiedy tam jestem (nie tak znowu często), okazało się, że mam dość tego dania i mi w gardle stało. Na przeciwko mnie siedziała Margaret i ona zamówiła fantastyczną wołowinę ciętą w paseczki, w jakieś słodkawej marynacie, na sałacie. Jak to dobrze wyglądało i jak smakowało (pozwolila mi widelec wtrynić). Powinnam chodzić do restauracji z ludźmi takimi jak ja, oni źle by wybrali i woleli, to co ja mam, ja bym jadła ich dania. Ale nie ma tak dobrze w życiu.

Potem miałam kaczkę, zjadliwa. Z deserem to już w ogóle ciała dałam. Zamówiłam sernik pieczony, który kiedyś był tu podawany na sposób polski, bo mieli kucharza Czecha (sic!). Chyba go już nie ma w tej kuchni, bo dostałam sernik robiony na sposób irlandzki. Długo by opisywać różnice, uwierzcie mi na słowo, że jest diametralna. Wszystkie dziewczyny jadły banofi pie, które wyglądało zejebiście i smakowało też, bo wylizywały talerze, a ja 'długimi zębami' skubałam to moje ciasteczko, które, miałam poważne podejrzenia, było kupionym gotowcem z Pallasa.

Żadna z nich tym razem nie piła, porządnickie się jakieś zrobiły, a ja na odwórt, miałam ochotę sie skuć, ale nie mogłam sama, bo na drugi dzień miałabym telefony, czy nie potrzebuję pomocy i informacji o najbliższych spotkaniach AA. Nic to, nie mój dzień widocznie.

Około godziny 12 towarzystwo przeniosło sie do jednej z nas, która mieszka niedaleko i o herbacie i herbatnikach, gadałyśmy do ...3.30 rano. W łóżku byłam prawie o 4tej. Trzeźwa jak świnia. Klątwa jakaś czy co?

A dzisiaj czekały mnie zakupy. Brrr, nienawidzę. No, chyba, że zaplanowane, z mężem i dziećmi, przechadzanie się po sklepie, ale kupowanie, żeby po prostu miec w lodówce, to już nie 'my cup of tea'. Z półek do wózka, z wózka na taśmę do kasy, z kasy do wózka, z wózka do toreb (w niektórych sklepach jest taki ruch, że nie ma jak spokojnie do toreb powkładać przed zapłaceniem), do bagażnika, z bagażnika do domu, w domu z toreb, do szafek i w różne dziwne miejsca. Noż kurde, mam ciekawsze rzeczy do robienia niż przekladnie kalafiorów.

Za to szczęśliwa jestem niepomiernie, bo w Lidlu tutaj mają w tym roku, pierwszy raz, kalarepę, i biała rzodkiw się wreszcie pokazała, i cykoria. Tyle fajnych warzywek nakupowałam. Dla blogowiczek mieszkajacych w Polsce to nic dziwnego, na każdym bazarze to jest, ale tutaj, to rarytas. A w Aldim zaszalałam w makaronie - mieli dostawę włoskiego, różnych kształtów i kolorów, chyba z 10 paczek kupiłam. Do tego pesto różniste. Sosy to ja już sama robię.

Zakupy to zdecydowanie moja (nie)miłość. Lubię mieć dobre zapasy, żeby było pod ręką jak mnie szał gotowania ogarnia, ale wolałabym, żeby to do domu samo przybywało. W księgarniach mi się nie nudzi, w drogeriach (chodziaz tu, to moja cierpliwość jest ograniczona), w odzieżowych baaardzo ograniczona, a w obuwniczym cierpliwości niet. Bo ja mam rozmiar 42 i poza niemieckimi sklepami, jestem traktowana jak kobieta-córka podolskiego złodzieja. Sklep ze stanikami chciałabym fajny znać, bo mi potrzebna dobra bra-fitterka, ale taka, która pomoze, a nie tylko udaje, że się zna i wchodzi do kabiny bez uprzedzenia, wpycha mi ręce w stanik i maca. Brrrrrr. Czy bra-fitterek takt nie obowiązuje. Pewnie prawdziwe specjalistki wiedzą, jak się obchodzić z klientką, ale ja widocznie na takie nie trafiłam.

Suma summarum, wolałabym książkę czytać, niz po półkach ze spożywką latać. Szczególnie po nieprzespanej nocy.

poniedziałek, 03 maja 2010

Dzisiaj zupełnie przypadkiem trafiłam na film dla dzieci Psy i Koty. Telewizor akurat był włączony, kreciłam sie między kuchnią a sypialnia i wtedy się właśnie zaczął. Zatrzymałam się na chwilę, bo uwielbiam psy, zwróciłam uwagę na beagla, który tam 'grał', a podobny był niezwykle do Klary, psiaka mojej koleżanki. Po chwili dołączył do mnie syn, zaczęliśmy oboje śledzić akcję, zaśmiewac się z tekstów i tego, co te psiaki tam wyprawiały.

Przypomniał mi się czas, kiedy nie omijaliśmy żadnej premiery nowego filmu dla dzieci, kiedy otoczeni przysmakami zasiadaliśmy w ciemnej sali kinowej w oczekiwaniu na kolejną bajkę, dzieci podekscytowane, ja nie mniej. Inaczej jak na filmie dla dorosłych, mozna było podskakiwać na siedzeniu, krzyczeć - uciekaj, masz go za plecami!!!- płakać, kiedy lew umierał, cieszyć się, kiedy Shreck z osłem się kłócili, a po seansie, jeszcze przez kilka dni (w przypadku Nemo nawet miesięcy) porozumiewać się tekstami z filmu.

Tak mi tego brak. Oczywiście mogę oglądac z nimi teraz 'normalne' filmy, ale nie jest to już powrót do lat dzięcięcych, raczej ceremonia włączenia dzieci do życia dorosłych.

Pozostaje mi tylko miec nadzieję, że kiedy moje wnuki będą już wystarczająco duże na kino, nadal będą kręcić filmy animowane o księżniczkach, psiakach na wojnie z kotami, gadających zabawkach i miłych potworach z szafy. A jak nie, zawsze można to wszystko obejrzeć jeszcze raz na dvd.

Mąż podejrzał wpis i mi przyniósł kwiatki z ogrodu, zeby mi było łatwiej odżałować, że mi się dzieci zestarzały :-) No, to sobie zrobiłam jeszcze kawę w kubku niedźwiadkowym, adekwatnie do tematu.

sobota, 01 maja 2010

Ale mi się rok zaczął, nie ma co. Najpierw grypa, jak to grypa długa, obezwładniająca i odbierająca witalność na długie tygodnie po. Walczyłam najpierw babcinymi sposobami, ale jednak musiałam się poddać i wziąć antybiotyk. Kiedy już wszystko w miarę wróciło do normy, Wojtek miał wypadek w szkole.

Tak to już jest z naszym synem, że od dziecka był bardzo żywy i wszystkiego ciekawy, co jest w sumie dobre dla niego, bo poziom poznania świata nie ma dla niego limitu, ale dla rodziców to horror. Po pierwsze dlatego, że nie ma sposobu, żeby takie dziecko upilnować. Mimo oczu wokół głowy, dwóch par nóg szybkich jak u Strusia Pędziwiatra, i tak zdarzało się, że mieliśmy więcej szczęścia niż wpływu na sytuację. Inna sprawa, że było to niejednokrotnie szczęście w nieszczęściu, bo Wojcieszonek, oprócz swojej żywej, wszędobylskiej natury, miał też pecha. Trzeba mu to przyznać. Bo zupełnie nie jego winą było, że pośród pięciuset osób brodzących w Zalewie Siedleckim, to on właśnie wszedł na szkło i rozciął fatalnie stopę.  Jak natomiast wytłumaczyć fakt, że będąc dziesiątym dzieckiem w kolejce do huśtawki typu „waga uchylna”, czyli jedno dziecko w górę, drugie na dół, to właśnie on po ześlizgnięciu się z niej na mięciutki piasek, walnął głową w wystający kawałek metalu (zakopana- miało-być -głęboko, noga tej huśtawki), tak nieszczęśliwie, że rozciął sobie ją na dwa centymetry i trzeba było szyć? Był to nasz pierwszy pobyt w szpitalu, ale niestety nie ostatni. Od tamtego fatalnego dnia przyszło nam nie raz bywać na urazówkach, i to w różnych miastach, a nawet krajach. W tamtym czasie mieliśmy kolegę pielęgniarza pracującego w zakładzie karnym, który to szczęśliwym zrządzeniem losu mieszkał piętro wyżej, i to on właśnie opatrywał co pomniejsze urazy - nacięte małżowiny uszne (rzut klockiem na odległość, ulubiona dyscyplina przedszkolna, czasem tak się kończy), wspomniana stopa, łokieć, palce po samodzielnych próbach kucharzenia; po jakimś czasie Wojtek wyglądał całkiem jak osadzeni, którymi opiekował się sąsiad.

Już myśleliśmy, że wyrósł z tego i mamy za sobą czasy ran ciętych i tłuczonych, kiedy przyjechali do nas przyjaciele. Wojtek tak się cieszył z ich wizyty, że zaczął tańczyć po całym domu, skakać i brykać, czego efektem było rozcięcie głowy o framugę drzwi. Syn był już tak oswojony z podobnymi sytuacjami, że kiedy poinformowałam go, po oględzinach, że niestety znowu musimy jechać do szpitala, odpowiedział ocierając krew z czoła, no to jedźcie, a ja tu poczekam grzeczniutko. Nie ma tak łatwo Winnetou, pojechaliśmy na szycie, a zamiast wieczoru spędzonego z przyjaciółmi, których nie widziałam dwa lata, zafundowano mi całonocną obserwację w szpitalu (normalny protokół w takich przypadkach). Potem akcja przyspieszyła jak na rollecosterze,  okazało się, że po powrocie do domu syn zaczął wymiotować, z powrotem na oddział, tomografia, bo przecież to musi być coś z mózgiem, nic nie widać, konsylium, nerwowe oczekiwanie na diagnozę, proszę się nie martwić, jutro powtórzymy tomografię, nic nie widać, ale trzeba szukać, trzeba obserwować, trzeba mieć nadzieję, że to nic takiego, łzy, wyrzuty, że powinnam go przykleić budaprenem do dywanu i trzymać na jednym miejscu, ty masz chyba ADHD cholerniku jeden, ja przy tobie zwariuje…, a po dwóch godzinach cały oddział chirurgiczny wymiotuje i za przeproszeniem robi pod siebie. Wirus. To nie głowa, to tylko grypa żołądkowa. Hura! Na oddziale, w kwarantannie, spędzamy tydzień. Wojtek jak pasza w łóżku, a ja na materacu na podłodze.

Do Irlandii przyjechaliśmy z końcem sierpnia. We wrześniu Wojtek poszedł do szkoły. Mąż odebrał go po południu, chciał go trochę rozerwać, odstresować, zaczęli grać w piłkę na boisku szkolnym. Wojtek wykonał ślizg, upadł na plecy, walnął głową o asfalt i stracił przytomność. Mąż biegł przez miasto, niosąc go na rękach, modlił się, żeby syn odzyskał przytomność. Potem, już w szpitalu, okazało się, że to nic takiego, nie ma potrzeby szyć, dosyć szybko doszedł do siebie. Ja za to miałam okazję zwiedzić kolejny szpital i zapoznać się z tamtejszymi warunkami, różnicami oraz podobieństwami do polskich placówek. Wątpliwa przyjemność.

Prawie 8 lat później, tydzień temu, Wojtek wykonuje ten sam numer, dokładnie taki sam scenariusz, wcześniej koledzy łamali sobie nogi i ręce na szkolnym asfalcie, bo po deszczu robi się tam ślisko i niebezpiecznie (jak na każdym asfalcie zresztą), ale nic nie dają tłumaczenia dzieciom, że powinny przenieść się gdzieś indziej. Znowu to samo, badania, obserwacja (mąż całą noc budził się co godzinę, żeby sprawdzić jego funkcje życiowe i czy jest „sobą”), nerwy i strach, że tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia. Nie mogli go przyjąć do szpitala z powodu braku łóżek (grypa wymiotująca znowu, jakieś fatum czy co?), nie chcieliśmy siedzieć całą noc na korytarzu, stąd ta akcja w domu.  Jakimś fuksem, znowu skończyło się tylko na strachu.

Błagałam syna – przystopuj, uważaj, przecież mnie do więzienia zamkną, kiedy zobaczą ile ty masz blizn i szram, pomyślą, że cię molestuję! Obiecuje, przysięga na wszystko, że już nigdy i masz babo placek, znowu to samo. Taka już jego natura. Pozostaje mi tylko modlić się nieustannie, o to, żeby wreszcie z tego wyrósł. Jedno jest pewne, nigdy się z nim nie nudzimy

 

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!