Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
piątek, 30 kwietnia 2010

Niestety nie ma złotego środka na to, jak sobie radzić w ciężkich czasach. Różnie się dzieje, a to ktoś zarabia mniej, bo mu obniżyli pensję, albo obcięli godziny; a to stracił pracę całkiem; a to ma jej za dużo, bo wszystkich innych zwolnili, a jemu dołożyli obowiązków i oczekują wyników takich samych lub jeszcze lepszych (wiadomo kryzys, wszyscy musimy się starać podwójnie). W każdej z tych sytuacji pewnie jest jakieś wyjście. Tylko jak je dostrzec? W trudnych chwilach, takich jak obecna recesja,  zdajemy się na swoje imponujące CV, a jak to nie podziała, wtedy na łut szczęścia, na znajomości, na przyjaciół, na urok osobisty. Próbujemy wszystkiego po trochu. Wszelkie sposoby warte są uwagi i wypróbowania. A jak zawiodą, albo potrzebujemy dodatkowego wsparcia, może warto sięgnąć po siły nadprzyrodzone, niezbadane rzesze sojuszników, dobre duchy, anioła stróża szturchnąć, niech się bierze do roboty? Kochani, wszystko dobre, byle nie tracić ducha walki i wiary w zwycięstwo.

Wczoraj robiłam na obiad kurczaka, ugotowałam go najpierw w wywarze z warzyw i przypraw, a potem rozebrałam delikwenta do rosołu, na potrawkę. Podczas procesu oddzielania kości od mięsa, wpadła mi w ręce, dosłownie, bo jej nie szukałam, nie pamiętałam o jej istnieniu i nie taki był cel grzebania w zezwłoku, kość z angielska zwana „wish bone”. Nie wiem, czy jest odpowiednik polski tej nazwy, bo nigdy o niej wcześniej nie słyszałam. Dopiero po przyjeździe do Irlandii, usłyszałam o magicznej mocy pierścionka w takim kształcie i o tym, że każda młoda dziewczyna, która wchodzi w dorosłe życie, powinna mieć taki na palcu. Kość ta wygląda trochę jak różdżka radiestety. Z jednego punktu zaczepienia wychodzą w kształcie trójkąta dwie części kości, trochę jak dwuzębne grabki, lekko zagięte, można by nimi grzebać w pasku, jak kura pazurem.

Jakiś czas temu poznałam wróżkę. Pisałam Wam o niej przy okazji nocy Świętej Brygidy. Kto czytał „Bridę” Paulo Coelho wie, o jaki rodzaj wróżki, czy też czarodziejki, czy też może dobrej odmiany czarownicy (tak zwanej białej), mi chodzi. Nie mówi o sobie wiele, o tym jak się objawia fakt bycia „ferry” też. Informacje przeciekają przy okazji innych opowieści, trzeba to sobie wszystko składać jak puzzle, być czujnym, bo w, z pozoru niewinnej informacji, kryje się czasami cała prawda, lub jej większa część o tym, co robi. Kiedy dowiedziała się, że straciłam pracę, zadzwoniła do mnie zapytać o adres, a po kilku dniach dostałam list w kopercie bąbelkowej, a w środku pudełeczko z wish bone z instrukcją, że w noc pełni księżyca (i tu data oraz godzina najbardziej odpowiednia), mam wyjść na zewnątrz, pomyśleć życzenie (nie można prosić o pieniądze, ani życzyć komuś źle), potem złamać kość na pół i zagrzebać głęboko w ziemi. Taka jest metoda na głoda -  jeżeli pragniesz zmiany, pragniesz poznać partnera na całe życie, szukasz nowej pracy, chcesz zakląć los, żeby wydarzyło się coś wyjątkowego, żeby odwróciła się zła moneta, chyba nie zaszkodzi wyjść w noc pełni i spróbować zaczarować przeznaczenie.

Zrobiłam, co było przykazane. Nie stał się cud następnego dnia, ale też i nic się nie pogorszyło. Nie jest cudnie, ale nie jest i tragicznie. Czasami i to musi wystarczyć. Ale nie można zaprzestawać wysiłków – pomyślałam sobie, kiedy po raz kolejny znalazłam wish bone w kurczaku. Wyczucie momentu było wręcz idealne, bo już dziewiątego lutego nastąpiła pełnia, więc byłam zwarta i gotowa na wypowiedzenie życzenia i zaprzęgnięcie do pomocy wszystkich mocy, jak wiadomo w kupie siła, dobrze jest mieć wsparcie dla swoich działań.

Kiedy tylko „nadejszła wiekopomna” chwila i księżyc w całej swojej pełni wystąpił na nieboskłon, wywlekłam się z domu (zimno, mroźno i śnieżnie u nas było), uprosić obsługę koła fortuny o przychylne zakręcenie nim na moją korzyść. Pomyślałam życzenie, złamałam kość i, nie bez pewnych trudności, przystąpiłam do jej zagrzebywania. Wracając do domu, minęłam się w otwartych drzwiach z moim niezwykle energicznym piesiołkiem. I teraz mam problem – czy on czasem tej szczęśliwej kości z ziemi nie wykopał? Bo on uwielbia takie zabawy w zakopywanie i odkopywanie i zawsze bezbłędnie wie, gdzie ziemia była dopiero co ruszona. Wszystkie psy w okolicy boją się o bezpieczeństwo swoich zakopanych trofeów, robią co mogą, żeby je ukryć, a Franek i tak wciąż przychodzi z jakimś znaleziskiem. Mam nadzieję, że żaden z sąsiadów nie zakopie zamordowanej żony w ogrodzie, bo by mi pies mój któregoś dnia z ręką do domu przyszedł.

No tak, żarty żartami, ale zasiałam w sercu moim wątpliwość, czy ta kość się uchroniła, a jeżeli nie, to czy moja wróżba nadal działa? Kurczę, muszę znowu kupić kurczaka, wygrzebać tę kość i powtórzyć proces od nowa za miesiąc (księżycowy). Wierzyć w to, czy nie wierzyć? Nie wiem, ale niech lepiej moc będzie ze mną. Hawk!

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Pełnia księzyca. Zawsze dowiaduję się o niej nie z kalendarza, ale z nastroju, który mnie ogarnia. Jestem rozdrażniona, niemal zawsze w dole psychicznym, rozliczam (ratunku, co miesiąc!) swoje życie, dlaczego nie osiągnełam tego, co chciałam, dlaczego nie robię tego, co jest moim marzeniem itp.

Ratunkiem w takich razach jest ugotowanie czegoś dobrego, no i oczywiście zjedzenie.

Maz mnie wczoraj uraczył zmielonym sirloinem, czyli częścią stekową mięsa wołowego; kupił on piekny duży kawałek, pokroil na steki do zamrożenia, a skrawki i różne kawałki zmielił. No i co z takim 'prezentem' zrobić? Nie miałam w planach robienia mielonych, bo niedawno mieliśmy, nie mialam w planach robić nic z takiego mięsa, a ja nie lubię miec nic, czego nie mialam w planach. Takie niespodzianki mnie wytrącają z równowagi. Taka porąbana jestem.

No nic, rano zasiadłam przed komputerem w poszukiwaniu jakiegoś przepisu na mielone-ineczej. Nic mi się nie podobało. Wpadlam na pomysł, ze moze zrobię klopsa.  Wymieszałam doprawione mięso ze startą pietruszką, marchewka, posiekaną natką pietruszki, jajem surowym, zesmażoną cebulą i startymi na tarce i uduszonymi z tą cebula pieczarkami (u sowy podejrzałam pomysł na duszenie startych a nie siekanych w kosteczkę pieczarek), namoczoną w mleku bułką, wszystko to wymięsiłam porządnie rękami, wyłozyłam do podlużnych foremek, dodając mniej wiecej na dwóch trzecich wysokości miesa, startego sera zóltego, na wierzch na to resztę mięsa, a na koniec nasmarowałam rozkłóconym jajkiem, posypałam lekko bułką tatą i na to jeszcze ziarna slonecznika w jednej foremce, a w drugiej ziarna dyni. Piekłam w 180 stopniach godzinę. Do tego zrobiłam sosu pomidorowego. I gotowane ziemniaki.

Było pyszne, zdjęc nie zrobiłam, bo byliśmy tacy głodni, że jak zasiedliśmy do jedzenia, to mi nawet do głowy nie przyszło, zeby jakieś fotki strzelać. Za to umiescilam zdjęcie krzaczorków w glinianym naczyniu. Koleżanki blogowiczki, które mieszkają w Irlandii znają je na pewno, ale te, które są teraz gdzie indziej, może ich nie widzialy wcale, a wcale. A one są najpiekniejsze na swiecie, niestety kłujące, dzięki temu mi ich jelenie nie wyjadly. Teraz naokoło domu wszedzie je widze, mam zółte pole krzaków. Swiat sie śmieje :-)

A tak w ogóle to, dzieki uwadze jednej z czytelniczek, dowiedziałam się, ze u mnie można bylo komentować tylko po zalogowaniu. Weszlam w ustawienia i to zmieniłam, teraz już nie ma takiej konieczności. Uwolniłam komentarze z okowów logowania, hehe

czwartek, 22 kwietnia 2010

Taka stara, a taka głupia. Dałam się nabrać jak jakiś cienki bolek. Zdjęcie mnie zwiodło. Głodna byłam i pomyślałam - kurczę, jakie to musi być pyszne, jak smakowicie wygląda, koniecznie musze to ugotować. I kupiłam fix do roladek z kurczaka w sosie serowym.  Ale badziewie. Powinnam mieć swój rozum, nawet omamiona sfiksowanym sposobem na, powinnam podsmażyć bekon, może podpiec kurczaka oddzielnie, sos oddzielnie, potem to zalać i do pieca na kilka minut, może.... Na pewno nie powinnam wsadzić surowego kurczaka owiniętego w surowy bekon (a kupiłam taki smakowity, pokrojony w cieniutkie paseczki) do naczynia żaroodpornego, nie powinnam tego zalewać sosem i miec nadziei, że uda się to upiec w piecu tak, żeby wyglądało tak obiecująco jak na opakowaniu. Oczywiście bekon wyglądał jak topielec wyłowiony z rzeki, kurczak był surowy i sos zimny przez wieki, odkryłam więc naczynie, to się zaczął palić, zakryłam źle. Musiałam wszystko wyjąć, podpiec pod grillem, sos oddzielnie zagęścić, a potem i tak smakowało to wszystko tak sobie. Następnym razem, kiedy mnie będzie kusilo kupienie 'gotujmy na skróty domowe zupy' strzelę sobie z procy między oczy.  Chociaż muszę przyznać, że jedną czy dwie rzeczy bardzo lubię, a mianowicie ryba zapiekana w sosie śmietanowo-szpinakowym, czy koperkowym i kurczak w sosie paprykowo śmietanowym. Ten ostatni był superowy, ale zaprzestali produkcji. Nic dziwnego, jak coś jest pyszne, natychmiast to wycofują z rynku.

A narobiłam się przy tym, a garnków i naczyń zużyłam, jakbym wesele średniej wielkości przyrządzała.

Tagi: gotowanie
21:45, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Wczoraj ktoś przytoczył anegdotkę o Lechu Kaczyńskim, ktory zapytany, jak sobie wyobraża swoje życie w Raju odpowiedział - siedzę sobie z Jarkiem i pijemy wode z sokiem z saturatora.

Czyli powrót do wspomnień z dzieciństwa, kiedy zycie jeszcze wydawało się bezpieczne i czarno-białe, wszystko było albo złe, trzymaj się z daleka, albo dobre, czerp z tego ile sie da.

Ja, kiedy myślę o najfajniejszym wspomnieniu z wczesnych lat życia, zawsze na pierwszym miejscu przypomina mi sie piękny letni dzień, jadę samochodem z tatą (już nie żyje) do Warszawy, w odwiedziny do jego syna z pierwszego małżeństwa, a mojego starszego brata przyrodniego, którego uwielbiałam, zatrzymywaliśmy sie u jego matki, czyli byłej żony taty, która była dla mnie badzo miła. Oni rozstali się w pokoju, zadnych kwachów, w ogóle nie odczuwałam wtedy, że to jakaś 'była', raczej czulam sie tak, jakby to była moja ciotka. Jedziemy tym samochodem, czuję podniecenie na myśl, że spedzę kilka dni w stolicy. Czytam całą drogę książkę, nie pamiętam tytułu, dla młodzieży, cos tam z talizmanem (pamięta ktoś? Z lat 70tych, zaginiony talizman, zaczarowany talizman?), w pewnym momencie podniosłam głowę, że już jesteśmy na 'tym moście z linami' i wjeżdżamy do Warszawy. Dlaczego najbardziej pamiętam tę podróż i ten moment? Ot, zagadka.

A inne miłe wspomnienie, to majowe kiermasze książek. Zawsze było ciepło, mogłam nosić podkolanówki i krótkie rękawy, a do kupienia byly książki normalnie niedostępne w księgarniach. I lody babmino.

Mój Raj wygląda tak - wielka biblioteka, słoneczna w dzień, przytulna wieczorami, filiżanka herbaty, a naokoło mnie wszystkie zwierzęta, które były ze mną za życia, a kiedy odeszły, jestem pewna, ze czekają na mnie TAM. Wiem, mówią, ze psy nie idą do nieba (rozumiem, że koty też nie), ale ja w to nie wierzę. A ponieważ nie jestem egoistką i nie życzę sobie, żeby koniecznie umrzeć razem z mężem, chociaż tak byłoby idealnie, chciałabym, żeby w tym niebie nie bylo poczucia czasu i żeby czekanie na bliskich, nie ciągnęło się w nieskończoność.

Mam nadzieję, ze sobie zasłużę na miejsce w niebie, a jeżeli nie, to w piekle nie będę musieli się wysilać za bardzo, wystarczy, że mi nie dadzą nic do czytania i ani jednej filiżanki herbaty do końca życia po życiu.

A jakie jest wasze niebo?

 

niedziela, 18 kwietnia 2010

Strasznie się wczoraj spracowaliśmy, mąż w ogrodzie, ja w domu. Wieczorem zasiadłam, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, na kanapie, z drinkiem pod ręką i z igłą w ręku, zmuszona ponaprawiać kilka sztuk odzieży. Puściłam sobie wcześniej nagrany film Czingis Chan (oryg. Mongol, szczegóły na moim drugim blogu). Film był bardzo zajmujący, nie zauważyłabym, ze coś się dzieje, gdyby nie mój syn, który polecił nam wyjść i zobaczyć, jaka gęsta mgła nagle spowiła nasze wzgórze i dom. Pomyślałam, że to może te pyły z wulkanu przedarły się przez chmury i zeszły niżej, nie znam się na tym, a to jedyne, co mi przyszło do glowy, kiedy wyszłam na zewnątrz. Z progu domu nie było widać nic, nawet mój samochód, zaparkowany zaraz przed, był ledwo widoczny.  Uwierzyłabym w naglą zmianę pogody, nie pierwszy raz to by się tu zdarzyło, gdyby nie straszny smród spalenizny. Zaczęliśmy obchodzić dom woków, badać każdy centymetr pola w zasięgu wzroku, wyglądać ognia, czy kogoś, kto może pali suche patyki. Nic. Nagle u naszych sąsiadów z komina ich domu buchnął ogień. Syn pognał do nich walić w drzwi, bo podejrzewaliśmy, że oni tego nie wiedzą. Rzeczywistośc okazała się gorsza - nikogo nie było w domu. On pobiegł do innych sąsiadów po pomoc, ja do telefonu dzwonić na straż. Z tego wszystkiego nie mogłam sobie przypomnieć numeru alarmowego, użyłam więc 112. Szybko przełączyli mnie do właściwej jednostki i za chwilę wóz już był w drodze (to słychać, bo na sygnale a miasteczko maleńskie). Stałam na drodze, gotowa pokierować wozem, w między czasie sąsiedzi znaleźli właściciela domu w mieście, w jednym z pubów, już zalewali wodą ogień w kominku, kiedy nadjechał wóz. Przestraszyłam się, że mi każą zapłacić za przyjazd, że to było nic takiego, ale przecież ponad metrowy słup ognia walił kominem, jeżeli byłaby jakaś nieszczelność, jakieś pęknięcie, strzych już mógł się palić, poza tym obok byly wielkie, stare drzewa, do tego suche, bo u nas nie padało od kilku dni (w Irlandii to już susza). Ale okazało się, ze byli potrzebni, bo trzeba było wszystko sprawdzić, a komin faktycznie nieźle się palił.

Takie emocje to były i strach ogromny, bo widać było jaki to zywioł i całkiem możliwa wydawała się opcja, ze ten dom po prostu zacznie płonąć.  Kiedy wyszlam dzisiaj do ogrodu, tak się ucieszyłam, że nadal tam stoi i nic sie nie stało. A wystarczyło tak niewiele, żeby scenariusz był całkiem inny.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Jestem juz taka zmęczona. Wciąż przyklejona do telewizora, w jakimś akcie masochistycznym chyba, wciąż kondukty, nowe trumny, a to jeszcze nie koniec. Czuje się, jakbym żyła w szarości niekończącego się smutku, nie tylko mojego, ale wchłaniam też smutek rodzin i ludzi bezpośrednio to przeżywających. Wiem, że może nie powinnam tak mówić, ale niech to się już skończy, bo ciężko mi już dźwigać ten smutek na barkach.

Właśnie obejrzałam w sieci krótką informację o lekarzu prezydenta, płk Lubińskim. Wiecie, niedawno widziałam go w telewizji, pomyślałam wtedy, pamiętam dokładnie - ale super przystojny facet, żadna mu się pewnie nie oparła, kiedy był jeszcze singlem. Mówił o żonie i dwójce dzieci, maleńkie z tego co pamiętam, a ja mu się przyglądałam z prawdziwą przyjemnością, jak pewnie mężczyźni patrzą na modelki. I takiego go zapamiętam, jako ciacho. I nie oburzajcie się, że o zmarłych tak niewolno, a dlaczego, ciacho był i juz. Do tego skubaniec mądry. Kurczę, na co on się Panu Bogu tak wcześnie ma przydać? A oni wszyscy po co mu już teraz? Ot, dylemat.

Jak na złość, w zyciu codziennym też same smutne zdarzenia. A to mama wciąż w szpitalu, a to tłumaczyłam w sądzie w strasznie ciężkiej i nieprzyjemnej sprawie z Prawa rodzinnego, a na drugi dzień w apelacyjnej w Prawie pracy. Wiem, że tłumacz powinien oddzielać życie swoje od tego, co tłumaczy i nie identyfikować się z tym, co przechodzi klient, ale ja tak, póki co, nie potrafię. Muszę się tego nauczyć, ale to trudne, bo jestem jednak kobietą z  natury empatyczą.  A myślałam, że nie i nawet miałam o to do siebie żal. No to się myliłam

Kiedy wracam do domu po takich wydarzeniach, a w TV jeszcze gorzej, jeszcze smutniej, czuję się jakbym wpadała w rów z szarym pyłem i w nim wciaż brodziła.

Za to ksiażkę fajną czytam, o świecie całkowiecie bajkowym i wymyślonym i to mi jakoś humor poprawia.

No i dzisiaj odwiedzilam Kasię, która urodzila niedawno Mayę. Kiedy patrzy się na takie maleńkie, niewinne dziecko, jasnym się staje, że cokolwiek by się nie wydarzylo, trzeba żyć dalej, życie idzie na przód.

Łatwo mi mówić, to nie ja jestem członkiem rodziny poległych.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

15:01, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 kwietnia 2010

Mama w szpitalu. Ulga, że ją przyjęli, podobno to tylko zapalenie pęcherza, pewnie zaniedbane, bo bolało wcześniej, a podejrzewali coś innego i w tym kierunku badań nie robili. Dobrze, że to tylko to. Mam nadzieję, ze to tylko to. Przykro mi, że nie jestem na miejscu, wpadłabym codziennie, a tak ona tam sama. Fakt, nie zgadzamy się, czasem bywa strasznie dla mnie niedobra, ale i tak się z tym źle czuję, że mnie tam nie ma.

O jakiegoś czasu mam same złe i męczące sny. Ale ten ostatni to już przeszedł sam siebie. Śniłam, że spotkałam Papieża, naszego Jana Pawła II. Przytulił mnie i powiedział, że moge mu wszystko wyznac, że jemu mogę się wyspowiadać i zawierzyc największy mój ból, że On, tam na wysokościach, przez niego mnie usłyszy i zrozumie. Przytulił mnie do tej białej sutanny, a ja poczułam spokój i jakieś takie ukojenie. A zaraz potem zrobił się szum i okazało się, że z całej Europy zjechały głowy państw i jakaś ważna konferencja się odbywa i cały ten spokój i lekkość duszy zniknęła. Ludzie stali na zewnątrz jakiegoś budynku, ze mną moje dzieci, maż nie wiem gdzie i obserwowali tych ważnych mążów stanu, jak tak wchodza do restauracji i wychodzą, nad czymś tam debatują. Po jakimś czasie wyszli panowie czarni i zaczęli nam rozdawać białe kombinezony, takie jak na podróże kosmiczne, połączone z chełmem z szybką. Kazali nam się w to ubierać natychmiast. Ja sie ubrałam, ale podążyłam w stronę budynku, gdzie byl Papież i zarządałam, zeby mnie tam wpuścili, ze chcę go zobaczyć. Oni zaczeli na siebie spoglądać i dawać sobie oczami znaki, ale mnie wpuścili. A tam, jakby w poczekalni w szpitalu, pełno ludzi i ja szukam Papieża, ludzie śmieja się i dogadują - patrz, nie poznaje go, wcale go nie poznaje. Nagle dojrzałam nosze ze strasznie pokierewszowanym człowiekiem, po okaleczających operacjach, z rurką tracheotomiczną, bandażami wszędzie, po operacji plastycznej w celu zmiany wyglądu, powykręcanych nogach owiniętcyh zakrwawionymi bandażami, a w jego żyły kapała kroplówka z wrzącej wody. Obok niego siedział jakiś kardynał w przebraniu normalnego człowieka i dawał mu znaki, żeby zakończył cieprpienie zatykajac rurkę. A Papież wychrypiał, że jeżeli to ma uratować tych ludzi na zewnątrz, to on to zniesie. Wybiegłam z budynku, bo dali mi znak,  ze nie chcą ratunku, ża mam się wycofać, nie robić zadymy. Kiedy stanęłam na zewnątrz zobaczyłam tłumy dzieci bawiące się piłką, śmiejące się, wcale nie załozyły tych kombinezonów. A do mnie szedł syn, mój dwumetrowy nastolatek, w słońcu, taki uśmiechnięty. Zmierzałam w jego kierunku, zdajac sobie sprawę z koszmaru, który dzieje się za tamtymi drzwiami. Życie płynęło dalej, swoim torem. W powietrzu wisiała katastrofa, ale póki co, nikt sobie nie zdawał z tego sprawy. Tylko ja i ten ciężar mnie przytłaczał.

Ileż ja bym dala, żeby nie przyśnić tego snu!

Tagi: sny
12:57, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (9) »
czwartek, 08 kwietnia 2010

Oglądałam wczoraj w nocy program dokumentalny o Poznaniu’56, kiedy to pracownicy Cegielskiego, znękani złą sytuacją ekonomiczną, umęczeni pracą za marne pieniądze, wyszli na ulice żądając chleba i równości.

Przepłakałam prawie godzinę, kiedy uczestnicy tych czerwcowych zajść opowiadali o krwawym stłumieniu demonstracji, o tym, jakie mieli warunki pracy i w jakiej nędzy żyli.

A straszne to były czasy, Bierut dopiero co umarł, ale zanim to się stało, zdążył wykończyć tysiące ludzi, po nim rządził Cyrankiewicz, ale Gomółka miał wkrótce nastać – indoktrynacja, wszędzie konfidenci i długie ręce partii (w tym kontekście brzmi prawie tak samo jak mafii, czyż nie?) - terror ideologiczny.

W pewnym momencie programu, goście opowiadający o tamtych zajściach zaczęli rozważać, co dla nich znaczy patriotyzm? Jeden z mężczyzn dosyć dosadnie powiedział, że patriotyzm to zostać w swoim kraju na dobre i na złe, a nie wyjeżdżać, jak teraz co drugi robi. Twierdził, że szczególnie wtedy, kiedy jest ciężko, należy zostać i pracować wytrwale i uczciwie na rozwój swojej Ojczyzny, a nie cudzej.

Kiedy to usłyszałam – jakbym w pysk dostała! Moje myśli zaczęły galopować w zawrotnym tempie. W zasadzie zgadzam się „z przedmówcą”, szczególnie, że uważam, że on akurat miał prawo to powiedzieć, gdyż naprawdę walczył żeby Polska była Polską, a nie kolejną republiką radziecką, a teraz mu pewnie serce krwawi, ze ten jego trud powoli, sukcesywnie zostaje zaprzepaszczony i kraj pustoszeje, ale w tym momencie tak mnie to jakoś ubodło, tak mnie w serce dźgnęło, że aż poczułam fizyczny ból. Bo dobrze pamiętam reakcje niektórych ludzi, kiedy dowiedzieli się o naszym wyjeździe. Jak to każdy czuł się w obowiązku mnie poinformować, że to głęboko nie patriotyczne (a było to ponad pięć lat temu, wielu z nich pewnie wyemigrowało po nas), że gdyby każdy tak, to ostatni gasi światło i walka naszych przodków, z kosami na Moskala i te sprawy, nie miała sensu. Te słowa bardzo bolały, ale jakoś zdołałam wyprzeć je z pamięci, aż tu ta wypowiedź Poznaniaka (kogoś innego pewnie by mnie wcale nie obeszła).

Dało mi to do myślenia. Wreszcie do tego mojego zakutego, idealistycznego, a raczej idealizującego rzeczywistość i ludzi, łba dotarło, że jest teraz w Polsce taki TRYND, że powtórzę za moim ulubionym satyrykiem Jerzym Dobrowolskim, żeby emigrację ostatnich lat w czambuł potępiać.

Dzień wcześniej obejrzałam „Plac Zbawiciela”, wstrząsający film Krauzego. Opowiada on historię rodziny, takiej jak tysiące jej podobnych, która w wyniku niesprzyjających okoliczności, takich, które mogłyby przydarzyć się każdemu, ulega totalnej destrukcji. Cały dzień, wykonując rutynowe czynności, myślałam o tej opowieści, przeżywałam ją w kółko i w kółko i zastanawiałam się, co musiałoby się stać, czyja pomocna dłoń uchowałaby ich przed tragedią?

Z jednej strony rodzina, która wpada w pułapkę kredytową, ofiary nieuczciwego dewelopera, niemoc wymiaru sprawiedliwości i w konsekwencji zrujnowane niejedno życie, a z drugiej wielki patriotyzm, walka, duma narodowa i słowa wielkiej wagi, wypowiedziane do kamery – kto wyjeżdża nie może mówić o patriotyzmie.

I zaraz nasunęła mi się trawestacja zdania wypowiedzianego przez amerykańskiego prezydenta – nie pytaj, co Polska mogła zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla Polski? Ok., nie powinnam była pytać, co Kraj dla mnie, to się zastanowiłam co mogłabym uczynić dla Kraju….i zabrałam dwójkę dzieci i siebie samą, nagle bezrobotną, bo miejsce gdzie pracowałam przestało istnieć, precz z tego kraju, bo już miałam dosyć nieustannej walki o zapłacenie rachunków w terminie, a tu buty na zimę, podręczniki w cenie diamentów we wrześniu, nowa lodówka w miejsce popsutej kosztuje tyle, co miesięczna pensja i wciąż jakieś nowe wydatki. No, więc postanowiłam nie przeszkadzać mojemu Krajowi w jakże ważnych sprawach, aferach, przekrętach i oszustwach, a wszystko przeciwko swojemu Narodowi, obniżyć wskaźniki bezrobocia i odejść, jak się odchodzi od niewiernego kochanka.

Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy ruszyła fala emigracji do Niemiec, Skandynawii i USA, ówcześni wyjeżdżający mogli sobie przynajmniej doprawić etykietkę walki z komuną. A ja, z kim mogłabym udawać, że walczyłam – ze swoimi? Przecież mamy demokrację i wolne wybory! No to i wybrałam.

Tylko ja wiem, jak bardzo to wyrwanie korzeni bolało i jaką cenę za to zapłaciłam. I wiecie co „Polacy patrioci jedyni słuszni”? Wara wam od mojej decyzji.

środa, 07 kwietnia 2010

Nie dość, że cale święta do teraz jestem złożona chorobą, mam nos zatkany na ament, jak mawiała babcia mojej koleżanki, straszne bóle głowy i mięsni, gardła, uszu, zębów i ....szybciej by było wymienić, co mnie nie boli. Na antybiotykach, ale poprawa marna, to jeszcze dziś dostałam telefon i informację, że mama na ostrym, w szpitalu. Zawieźli ją o 15, a o 19 jeszcze tam siedziała, a oni nie wiedzieli, czy ją zostawić czy do domu posłać? Już raz była w szpitalu skierowana przez rodzinnego na badania, bo ją brzuch boli z prawej strony i czasem puchnie. Wtedy zrobili rtg brzucha i wyslali do domu z zaleceniem, że jak dalej tak bedzie to usg w przychodni trzeba robić. Kurde, to nie mogli od razu, przecież widzą, ze kobieta po udarze i niewiele mówi, to takich ludzi już nie trzeba diagnozować?
Znowu tam siedzi, a ja odchodze od zmysłów. Przyjaciółka się nią zajęła, ale sami wiecie, powinnam tam byc.
Smutno straszniście mi dzisiaj.

poniedziałek, 05 kwietnia 2010

Doslownie. Jestem chora. Najpierw się spracowałam jak osiołek w Chorwacji, sprzątałam, zakupowałam, gotowałam, przy wydatnej pomocy rodziny, musze przyznać, po czym juz przy śniadaniu wielkanocnym zaczęło mnie rozkładać, jeszcze po pograliśmy w karty, a mniej więcj od 15 zaczęłam być poddaną Jej Wysokości Przeziębienia.  Wczoraj się przewalałam po domu, ale do łózka nie weszłam. Dzisiaj też jestem twarda jak Wasilewska i wstałam, ubrałam się, zawinęłam w sfeter i próbuję jakoś wyjść z tej choroby. Z wynikiem marnym - 1:0 dla przeziębienia.

Najgorsze jest to, że jak tak mnie weźmie, to ani film mnie nie interesuje, ani książki mi się nie chce czytać, najchętniej bym spała, ale wtedy nic z tych świąt mieć nie będę.

Poza tym u nas dzisiaj strasznie zimno, wietrznie i deszczowo. Może to i lepiej, bo jeszcze na plaże bym pognała, jak siebie znam, a to nie wyszłoby mi na dobre.

Pozdrawiam znad pudełka chusteczek.

sobota, 03 kwietnia 2010

Mąż ostatnio zarządał ode mnie sprawdzenia w internecie jak zrobić faszynę. Najpierw mi oczy wyszły na wierzch, bo nie wiedziałam, co to jest? On na to, że myśli, że pamięta, ale nie zaszkodzi sprawdzić.  Okazało się, że chodzi o taki płotek pleciony, ustawić go potem można jako tamę, zatrzymać gdzieś tam wodę i, jak w naszym wypadku, umożliwić żabom skorzystanie z 'akwenu' wodnego w celu rozmnożenia się. Mąż stwierdził, ze nie bedzie latał, jak w zeszłym roku, z wiadrami  w ten rów za domem, żeby zaby miały wodę, a bez wody, to kijanki nie przeżyją, więc nie ma wyjścia, trzeba coś wykombinować.

Tak więc, żaby radośnie dopadły rowu pełnego wody, dzieki zatrzymującej ją tam faszynie i się seksują; przez najbliższy czas syn z męzem bedą tam chodzić z pielgrzymkami obserwować kolejne etapy rozwoju żabiego narybku, nażabku raczej.

W zimie, w kompostowniku zagnieździło się jakieś zwierzę. Nie widzieliśmy go, słyszeliśmy tylko (jak o fałszywym banknocie 50 euro).  Ja zaniepokojona mówię, że nie powinien wrzucać tam organicznych odpadków, bo to zwierzę to moze być szczur. Mąz na to, że zimę mamy wyjątkowo mroźną tego roku i dlatego nie można zostawić stworzenia bez jedzenia, wiec szczur nie szczur, trzeba dokarmiać. Na wiosnę sobie pójdzie. A poza tym gdzieś czytał, że kiedy wszyscy ludzie wyginą, szczury będą rządzić planetą, więc dobrze miec jakiegoś znajomego z tego gatunku.

Przeczytałam o tym, jak znajoma zatrzymała samochód i przenosiła żaby na drugą stronę jezdni, zeby je ochronić przed przejechaniem.  Pomyslałam o tym, jak wiele uwagi niektórzy poświęcają innym stworzeniom, niekoniecznie najbardziej przyjaznym człowiekowi i tak sobie myślę, że takie działania, taka atencja dla wszystkiego, co żyje i nas otacza, to najlepsza modlitwa.

WESOŁYCH ŚWIĄT WAM WSZYSTKIM !!!

Tagi: żaby
00:14, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (2) »
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!