Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
niedziela, 28 marca 2010

Wczoraj byłam na urodzinach kobiety, z którą kiedyś pracowałam. Skończyła 50 lat. Myślałam, ze takie urodziny to będzie fajna, ale nobliwa raczej imprezka, winko, pogaduszki, jakieś tańce, no wiecie, żadnych szaleństw.  Nie chciało mi się wcale iść. Nie jestem zwierzę imprezowe, w znaczeniu irlandzkim, czyli picie 'painty' piwa/Bacardi Brizzera/West Coast Coolera/vodka i seven up (niepotrzebne skreślić), na stojąco, przekrzykując głośną muzykę. Dla mnie udany wieczór to pyszna kolacja w restaurcji lub w domu, ze znajomymi,  z którymi się lubimy, wiemy o sobie wiele i mamy podobne upodobania, spędzona na rozmowach o ksiązkach, filmach, ogólnie wydarzeniach kulturalnych, co fajnego ostatnio w TV, opowiadaniu kawałów, politykowaniu i gdybaniu, co by było, gdybyśmy mieli własną restaurację/księgarnię/sklep (niepotrzebne skreślić). Wiem, jestem nudziarą.

To, co zobaczylam przeszło moje najśmielsze oczekiwania, nawet gdybym miała bujną wyobraźnię, nie wymyśliłabym takiego scenariusza.

Normą jest, że większość Irlandek ubiera się w rozmiar za małe ciuchy, przeważnie ma opięte cycki i duże dekoldy.  Nie tańczą, tylko siedzą przy stolikach przebierając nogami pod stołem i machając rękami nad nim, tak jakby zaraz miały wyskoczyć na parkiet...ale tego nigdy nie robią, a jak robią to...tańczą razem.

Różnica wczorajszego wieczoru polegała na tym, że kiedy tańczyły razem, robiły to tak, jakby tańczly na rułce (jak mówi kolega ze Śląska), zwrócone twarzą do mężczyzn, wykonywały ruchy ewidentnie w celu podniecenia delikwenta. To były dwie siostry 'występujące' przed swoimi męzami. Pikanterii temu dodał fakt, że w pewnym momencie jeden z nich zerwał się od stołu i pognał w wyciągniętymi przed siebie rękami, na parkiet, tyle, że minął swoją krasawicę i przyssał się do nader ponętnej obcej kobiety i zaczął z nią pląse rodem z Dirty Dancing, z naciskiem na dirty.

Ale nie to bylo najbardziej szokujące. Na parkiecie było kilka grubo-po-pięćdzisiątek. Kto mówi, że kobiety ryczą po czterdziestce jest w mylnym błędzie, jak mawiał prof.Gruchała.  Po pięćdziesiątce nie tylko ryczą, ale potrafią odstawiać takie tańce godowe, że szczęka opada.  A na te tańce - uwaga, werble - odpowiadają dwudziestokilkuletni młodzianie. Wraz z ilością wypitego alkoholu, wprost proporcjonalnie wzrasta ich zaangażowanie i podniecenie, aż pod koniec wieczoru ewidentnie widać, że podzielą się na pary i noc zakończą w łóżku. Nie było tam nic obscenicznego, tylko feromony latały w powietrzu i gdyby miały własciwości świetlików, to byśmy siedzieli tam w sali jasnej jak w banku.

Kiedy opowiadałam to mężowi, on się tylko uśmiał, stwierdził, że jestem naiwna do nieprzytomności, że jak świat światem młody ogier ćwiczył na 'doświadczonej' klaczy i nie ma w tym nic dziwnego.  Po prawdzie, to przywołał tu stare przysłowie ludowe, nie przebierając w słowach, ale to się tu nie nadaje do napisania.  Tą wypowiedzią znacznie zwiększył moje zniesmaczenie. Dodał jeszcze, że tak nie dzieje się w każdym barze, czy dyskotece, są określone miejsca, gdzie młody chłopak wie, gdzie może pójść i wyrwać doświadczony towar. I, że robią tak tylko nieliczni, bo reszta jest raczej nieśmiała i pozostaje w sferze marzeń erotycznych.

Generalnie wróciłam oczadzona tym, co widziałam. Okazuje się, ze żyję w jakimś kloszu i w ogóle nie znam życia.

sobota, 27 marca 2010

Dowiedziałam się z TV, że harcerstwo polskie bedzie obchodziło 100 lat w tym roku. Szymon Majewski opowiadał o swoich harcerskich czasach i obozach.  Od razu przypomniało mi się moje harcerskie życie i aż mi łzy w oczach stanęły. Miałam szczęście do świetnych drużynowych, jeden się nawet nazywał tak, jak ja (panieńskie nazwisko mam na myśli), wszyscy mysleli, że jesteśmy rodzeństwem. O żesz ty, a ja sie w nim tak kochałam, a oni mi tu z bratem wyjeżdżali. No nic to, miłość i tak była skazana na niepowodzenie. Zresztą ja byłam zakochana co tydzień (miesiąc), w kim innym.

Mam szczęście, że nasza drużyna zawsze hołdowała tradycji, a nie nowomodzie komunistycznej. Chociaż był moment,  ze miałam ochotę wstąpić w szeregi jakiejś organizacji (nie pamiętam nazwy), nosili w kazdym razie kremowe bluzy i czerono-białe krajki. Bo fajne rzeczy robili, nic dziwnego, pewnie byli nieźle dofinansowani z góry, ale jakoś tak byłam zajęta moim zyciem w szarych szeregach, obozami, potem byłam przyboczną, pomagałam przy zuchach, że mi to szybko z głowy wywietrzało.

Obozy to była świetna szkoła zycia, to nie tylko były podchody, ogniska, śpiewy i pląsy, ale i wspólne gotowanie (robienie śniadania dla ponad setki osób, to nie łat wa sprawa),organizacja obozu, wymyślanie programu (bo to przecież nigdy nie było na żywioł), kierowanie zespołem, radzenie sobie w sytuacjach  stresowych, pomaganie innym (czasem trzeba było współdziałać z lokalnymi ludźmi, bo pola zalewało na przykład i trzeba było siano zwieźć). Poznałam tam wielu ludzi, niektórzy są moimi przyjaciółmi do dziś. Jeździłam tez zagranicę, do NRD, do Czechosłowacji, Francji, byłam na kilku obozach miedzynarodowych. Był to szalenie ciekawy etap w moim życiu i jestem wdzięczna, ze mogłam tego doświadczyć.

I niech sie ludzie z tego wyśmiewają ile mają ochoty, ja i tak wiem swoje. Na tamte czasy, dla młodego człowieka opcją był sport lub harcerstwo. Można jeszcze było tańczyć w zespołach ludowych lub tańca nowoczesnego. Albo robić te trzy rzeczy na raz, jeżeli człowiek nie miał ambicji być mistrzem olimpijskim lub mistrzem tańca, a jedynie chciał czerpać radość z życia i mieć okazję się wyszaleć na wielu polach.

W tamtych smutnych 'czerwonych' czasach, harcerstwo to był bastion wolności, tam ważne było być dobrym człowiekiem, kochać kraj, pomagać słabyszym, pracować na rzecz grupy, ale też i patrzeć szerzej, mówić prawdę, być odważnym, tolerancyjnym i honorowym. Bez indoktrynacji w żadnym kierunku. To pamiętam najbardziej. I tym staram sie kierować w dorosłym życiu. Bo harcerzem jest się całe życie. Czuwaj!

piątek, 26 marca 2010

 

Syn pojechał do córki do Dublina, ma wolne, więc się umówili, że zanim ona przyjedzie do domu, spędzą kilka dni razem, a w poniedziałek wrócą autobusem, bo z kolei córka będzie już miała przerwę świąteczną.

Pierwsze, co mi przyszło do głowy - będziemy znowu jak młode bezdzietne małżeństwo.

Zaraz potem przyszło mi do głowy, a właściwie uderzyło z siłą i powtarzalnością młota pneumatycznego, ze powinnam raczej przyzwyczajać się do określenia - stare małżeństwo, dla złagodzenia ciosu - stare dobre małżeństwo, już 'bezdzietne' i jeszcze bez wnuków. Bo przecież bliżej mi do momentu, kiedy i Wojtek na dobre wyfrunie z gniazda, niż do momentu, kiedy jeszcze nie było dzieci.

Bolesna to prawda.

A tak w ogóle to cieszę się z tego, że oni się tak kochają i chcą spędzać czas ze sobą, że Michalina nie gardzi bratem, bo młodszy, a on może i młodszy, ale na tyle mądry, że miło spędzają czas i nie jest to żadne poświęcenie ze strony siostry. Oglądają razem filmy, grają w gry, a jak jej chłopak przyjdzie z pracy, to pewnie będą rżnęli w tysiąca. A mnie tam nie będzie, buuuu. Lubię grać z nimi wszystkimi w karty. Najfajnieszy wieczór dla nas, również z okazji różnych uroczystości, jak na przykład urodzin czy świątecznych obiadów, to ugotować coś pysznego, upiec dobre ciasto, potem to wszystko skonsumować razem, włączając Marca, chłopaka Michaliny, a po posprzątaniu siedzimy w kuchni i gramy w karty do późnej nocy, popijając w niedużych ilościach alkohol albo herbatę, bo nie potrzeba nam trunków, żeby sie dobrze bawić.  Taka ze mnie nudziara.

Dzisiaj męża urodziny. Nakupował sobie kwiatków do ogródka, w prezencie.  Ogród, żeby wyglądał ladnie, jest kosztowny.  Dużo pracy i dużo pieniędzy, niestety.

Mąż koleżanki Kasi namawia nas jeszcze na kury. Ja nie chcę, bo gdybym chciała gdzieś pojechać, kto by sie nimi zajął? Nie żebym tak jeździła jak najęta, ale jednak od czasu do czasu. Pies ma miejsce hotelowe u takiej fajnej pani, która bardzo lubi, ale kur to ona nie weźmie.

Dziś idę do tej depresyjnej kobiety, dzień czwarty.  Trudno jest przebywać z osobą, która wciąż stoi  'pod deszczowymi chmurami'. Człowiek, chcąc nie chcąc, musi się zmoczyć. A do tego, ja wolę zrobić robotę szybko i mieć z głowy, a ona przeciąga - dzisiaj 3 godziny, jutro godzinę, bo musi gdzieś iść, a jeszcze innego dnia dwie. Pieprzenie kotka za pomocą młotka.

No nic, wyzej tyłka nie podskoczę, powiedziało się A, trzeba dojechać do Z.

środa, 24 marca 2010

Od zawsze zadawałam sobie pytanie, czy ja wolę mieszkać na prowincji, czy tylko duże miasto wchodzi w grę?  Najidealniej byłoby mieszkać na obrzeżach dużego miasta, ale życie nie jest takie proste, przynajmniej nie dla wszystkich, i nie da się tak wycyrklować, zeby zawsze było tak, jak chcemy.

Kiedy przyjechałam do Irlandii, do Donegalu, strasznie desperowalam, że nie chce tutaj być, bo to straszna dziura. No, dziura jest, nie da się ukryć, ale życie tutaj plynie wolniej, a przez to szczęśliwiej. Jest więcej czasu na podumanie, co jest ważne w życiu, dzieci są tu bardzo bezpieczne, narkotyki może i są, ale ten problem dotyka znacznie mniej młodziezy, niż w dużych aglomeracjach. Mamy wiejskie rozrywki, typu table quiz (kiedyś o tym opowiem), granie w karty w pubach, book cluby w bibliotece, o grupowym robieniu na szydełku, haftowaniu i szyciu patchworkowych narzut nie wspomnę.  Poza tym wieczory zimowe przy kominku (książka, winko, koc w kratę, pies obok), atrakcje w postaci awake'ów, gdzie zbiera sie całe miasto (kiedy ktoś umrze, dwa dni jest w domu przed pogrzebem, wszyscy przychodzą na pożegnalne czuwanie), kto czytał Kroniki portowe, ten wie, o czym mówię. Kiedy wracam z miasta, w okresie letnim, często napotykam na stado owiec na drodze

(zdjęcie robione z okna mojego samochodu), myślicie, że ktokolwiek wpadnie na pomysł użycia klaksonu, denerwowania się? O nie, nie tutaj, tu wszyscy mają cierpliwość, słuchaja radia, rozmawiają z facetem przeganiającym owce na pastwisko, a czasem potrafią zatrzymac samochód na środku drogi i sobie gawedzić, a samochody z tyłu spokojnie czekają na koniec. Poganianie i spieszenie się jest passe.  A widzicie, jaka wąska droga? Takich mamy więcej

zdarzają się też i węższe.

W lecie, kiedy z tyłu domu mam stołowników w postaci jeleni, a gdzieś w krzakach są łanie z małymi

w wszyscy oni pieczołowicie wyjadają mi krzaczki i, co gorsza, młode drzewka, z przodu domu my jadamy tak

a domek to też nie jakaś nowoczesna budowla, którymi nas epatuja seriale, tylko chatka na kurzej stopce, z trzema sypialniami, w środku urządzona, znowu nie tak, jak to w modzie, tylko w rustykalnym stylu, prosto, kolorowo i ujutnie.

Ja wiem, że teraz wszystko jest takie nowoczesne, takie szklano-metalowo-oszczędne, ale ja, co okazało się ku mojemu wielkiemu zdumieniu, wolę raczej klimaty wiejskie, takie nadmorskie własnie chatynki, byle by było ciepło, no i zupełnie w niedzisiejszym stylu.  Nie mam otwartych przestrzeni, upycham za to różne bibeloty i suszone kwiaty po kątach, dużo ksiązek oczywiście, a w lecie wciąż świeże bukietach w glinianych garncach, układne przez męża z kwiatów z naszego ogrodu. Zresztą dostaję również inne kwiaty

w postaci moich ulubionych kalarep na przyklad. Kiedyś skarżyłam się, że mąż mnie zostawia samej sobie prawie całe lato i zdradza mnie z ogrodem, a on na to, zawlókł mnie tam, do warzywnika i mówi - tutaj jest kalarepa, trzy rodzaje, dalej buraki, dalej bób, dalej pomidorki, dalej polskie ziemniaczki młode, koper, pietruszka....wszystko to, czego nie mogłaś tu kupic i płakałaś codziennie w poduszkę, że co jak co, ale bobu to ty już nigdy nie zjesz. A czego wczoraj wpierdzieliłaś cała miskę? Wstyd mi było, bo faktycznie, bób to był. Ten z ogrodu. A przecież on sie sam nie wyhoduje, a autorka tego bloga niestety ręce do ogrodu ma jak krecik, nie użyteczne zupełnie.

Kiedy człowieka dopadnie chandra, może sobie pojechac w góry, bo my tu morze z górami mamy, nie takie wysokie jak Tatry, ale jednak i podumać

A przywieziony z Polski (spod Siedlec, z wystawy sztuki ludowej) Jezusek frasobliwy, czuwa tu nad nami i przejmuje na siebie wszystkie nasze troski, taka już jego ciężka dola, a ulga dla nas

Siedzę sobie i oglądam te wszystkie filmy o ludziach z NY czy Warszawy, zazdroszczę czasem teatrów i japońskich restauracji, ale czy ja bym to zamieniła na te wszystkie atrakcje? Chyba nie. Już nie.

sobota, 20 marca 2010

Wciąż mam do czynienia z tym zjawiskiem.  Moja babcia z dumą nosi w sobie świadomość, że całe życie była chora na depresję i tym załatwia się każdy trudny temat. Moja mama zachowuje się jak osoba chora na depresję, ale miała też problem z tarczycą, więc to ta druga choroba wzięła na siebie wszystkie symptomy i o tym pierwszym problemie skwapliwie zapomniano. Teraz jest po udarze mózgu, więc mówi się, że to normalne, że ma depresję, bo sobie od czasu do czasu zdaje sprawę, co się stąło.

Ja rękami i nogami bronię się przed wszelkimi dołami, chociaż przegrywam na całej linii, jeżeli chodzi o zwykłe chandry (któż ich nie doświadcza od czasu do czasu?), natomiast zupełnie w glowie nie mieści mi się porzucenie wszystkiego, zakopanie sie w łóżku i nicnierobienie.  Wiem jadnakże, że to nieważne, co mi się w głowie mieści czy nie, może ta choroba dopaść każdego i wtedy najważniejsze jest, żeby szybko szukać pomocy, żeby sobie z tego zdać sprawę, bo inaczej nie tylko sobie życie niszczymy, ale i bliskim.

Noszę w sobie piętno mojej  mamy depresji, czy trudnego charakteru, bo do tej pory nie wiem, która to byla/jest opcja?  Mam swoję demony, które mnie dopadają regularnie, złe sny, okresy niedobrego samopoczucia, kiedy to całe moje ciało buntuje się przeciw temu, jaki wpływ wywiera na mnie 'mother factor'.  Kiedys, kiedy trzeba było (zwróćcie uwagę, że piszę trzeba, a nie, ze czekaliśmy na to cały rok z niecierpliowścią), a więc trzeba było rodzicielke odwiedzić, wizyta skończyła się u mnie ogólnym 'zawałem organizmu'. Wszystko przestało działac, miałam bóle brzucha, spuchły mi nogi i nie mogłam z bólu chodzić, nie mogłam jeść, bolała mnie głowa, ręce.... Lekarka, która się mną zajęła, załamała ręce, powiedziała, że jak pojadę do domu (wtedy mieszkałam w Siedlcach), to chyba bedę musiała się połozyć do szpitala, tak ze mną źle. Wróciłam, jakiś mądry lekarz, po wywiadzie, zorientował się chyba, w czym rzecz, bo dały mi lekkie leki antydepresyjne (ale mi nie powiedział i mam do niego o to żal do dziś, bo bym nie wzięła), w zaciszu domowym w tydzień wszystkie dolegliwości ustąpiły i nigdy nie wróciły. Okazało się, ze to była reakacja psychosomatyczna na to, co działo się podczas wizyty w rodzinnym domu.  Do tej pory nie moge wyjść ze zdziwienia, jak psychika ma wpływ na działanie organizmu i jak stres potrafi wziąć góre na rozumem.

Do tej pory, kiedy wiem, że czas zadzwonić do mamy, dowiedzieć się, co u niej, zaczynam mieć rewolucje, wymiotować nawet.

Ucieklam aż tutaj, do Irlandii. Chociaż to był przypadek, a nie swiadome działanie, skwapliwie skorzystałam z okazji. Mąz uważa, że przesadzam, bo ja nie chciałam, on mnie postawil przed faktem dokonanym, ale ja mam podejrzenia, że ucieczka to też była.  Uciekam, a i tak mnie depresja dogoniła, tyle że nie moja, nie rodziny, tylko jednej z mieszkanek mojego miasteczka, Irlandki. Czy ja mam jakiś znak na czole, że mnie ci ludzie sobie wybierają?
Przyszła do mnie i powiedziała, ze całą zime miała rzut depresji i jej dom wygląda jak jedna wielka kloaka skrzyżowana ze śmietnikiem i ona wie, ze jestem dyskretna i tylko ja jej moge pomóc, a mianowicie przyjść i to z nią uporządkować, bo lekarz jej powiedził, ze nawet najlepsze leki jej nie pomogą, jak tego nie zrobi. Nikomu nie moze zaufać, tylko ja jej zostałam.

Ja pieprzę, dlaczego ja?  Pierwszy odruch to było - nie zgadzaj się, uciekaj! Ale potem pomyślałam sobie, że tyle osób pomagało mi porządkować dom mamy, w takim samym stanie, a ostanio też mieszkanie, które też zdołała zapuścić, i szwagierka, i szwagier (ze strony męża), ale też przyjaciele, przecież nie musieli, przecież to nie był ich problem, też pewnie mieli coś fajniejszego do roboty, teraz przyszedł czas zapłaty za dobroć innych i ja mogę też komuś pomóc.

I polazłam tam, walczyłam z bałaganem i brudem. Czeka mnie jeszcze tydzień takiego szaleństwa w pajęczynach.  Nie problem z wysiłkiem fizycznym (chociaż też, bo strasznie ciężka to praca), problem przebywać w towarzystwie tej nieszczęśliwej kobiety, bo ja rozpaczliwie potrzebuję normalnych, wesołych ludzi, a jeżeli nie, to spokoju. Samoobrona taka. Trzymajcie za mnie kciuki, żebym nie osiwiała przez te kilka dni.

A swoją drogą takie to moje zezowate szczęście, koleżanka została poproszona o pomoc pewnej lekarce w porządkowaniu jej wielkiej biblioteki po remoncie, odkurzaniu książek itp, sobie robiły te porządki, rozmawiały o zyciu, fajnie było. A ja? No sami powiedzcie, czy to nie pech jakiś?

środa, 17 marca 2010

Pisałam niedawno, ze koleżanka zaprosiła mnie i męża na wieczorek z sushi.  Mialyśmy zwijać wespół zespół, ale kiedy przyjechaliśmy na miejsce zbiórki, czyli do jej domu, okazało się, że wszystko już gotowe, pięknie wyeksponowane na tacach i czeka na spragnione paszcze, żeby udać się w podróż do wnętrza.  Ja myślalam, że takie hand made sushi domowe będzie wyglądać mniej więcej tak, jak domowy tort przeciwstawiony tortowi z super piekarni, czyli może i w smaku super, może nawet lepszy, ale jednak widać, że to składala ciocia Zosia, a nie mistrz cukiernik. Wiecie, taki trochę przekrzywiony jak wieża w Pizie, ale nadal dzieło sztuki kulinarnej pod względem smakowym.  A co my zobaczyliśmy?  Profesjonalnie wykonane sushi, chociaz koleżanka utrzymuje, że robiła to dopiero trzeci raz w życiu, z tego drugi też w domu, z inna koleżanka, która nie miała o tym pojęcia. Nie chcę być gołosłowna, daję fotki:

I autorka tego dzieła Iwona

Nie będę ściemniać, najedliśmy się okropniście i do domu turlaliśmy się jak Baławanki Buli. Sushi tylko wydaje się takie, jakby się miał czlowiek nie najeść, kiedy widzisz porcję, myślisz - też mi, zjem to wszystko w mig.  Potem okazuje sie, ze całe to celebrowanie, mieszanie washabi z sosem sojowym, chwytanie płatków imbiru, namaczanie, zjadanie wreszcie, trwa długo, bo sie nie da tym nawpieprzać w sekundę, przez to dochodzenie do świadomości sytości jest powolne, ale niestety jak już dotrze do głowy, że dalej jeść nie możesz, to nie możesz, koniec pieśni.  Płakać mi się chciało, bo zostało jeszcze całkiem sporo, a ja juz nie mogłam ani kawałka. Niestety nie jest to potrawa typu 'proszę zapakować dla kumpla z wojska', więc trzeba było przeboleć stratę.

Z sushi zapoznał nas brat męża, kiedy to uraczył nas ucztą japońska podczas naszego wizytowania Polski.  Pierwszy raz wtedy to jadłam, wtedy w Irlandii nie bylo żadnych barów sushi, tak więc na kilka lat pozostało mi tylko wspomnienie i sny, że je jem.

Jakiś czas temu otworzyli kilka miejsc w Dublinie, za każdym razem, kiedy tam byłam, zaglądałam na jedzonko.  W zeszłym roku obchodziliśmy urodziny córki w japońskiej restauracji i miałam okazję zjeść nie tylo sushi (skrótowo rzecz ujmując rozumiem pod tym określeniem i maki, i sashimi oraz resztę tej surowizny). Gorące dania kuchni japońskiej są równie ciekawe i dobre. A różnorodnosc karty przytłaczająca, co bym nie zamówiła i tak zazdrościłam wszystkim wokół tego, co mieli na stole. Gdyby ktoś czytający mieszkał w Dublinie, polecam restaurację  Yamamori, a ci, którzy nie mogą tam pojechac, niech zajrzą chociaż na ich stronę i pooglądają zdjęcia oraz menu, prawda, że imponujące?

Wielką ucztę mielismy u Iwony, tym większa przyjemność, że niespodziewana, bo kto by pomyślał, że osoba posiadająca takie 'surowe' zdolności mieszka rzut beretem od nas?

Jeden jest tylko cień tej całej historii - nie mogę za Chiny ludowe nauczyć sie jeść pałeczkami, niestety muszę prosić o sztućce, a w przypadku sushi i reszty zimnych, jem rękami. Najpierw strasznie się wstydzilam, ale potem sobie odpuściłam i wpierdzielam przy użyciu własnych kończyn aż miło

A poza tym uważam, ze wieczory spędzone z przyjaciółmi, przy jakimś dobrym domowym jedzonku i winie, z pogaduchami na kazdy temat są bezcenne.

poniedziałek, 15 marca 2010

Zdjęcie Frania nie ma nic do wpisu, ale nie moglam się powstrzymać.  Właśnie ściągnęłam zdjęcia z aparatu, te zrobione wczoraj na plaży, dzieńmatkowe spacery uprawialiśmy i takie oto obrazki oglądaliśmy.

Nałykaliśmy się świeżego powietrza jak gęsi, nic więc dziwnego, że po powrocie byłam tak zmęczona i senna, że się po kuchni słanialam, robiąc obiad. Ugotowaliśmy ulubiona potrawę córki, teraz syna już też, której przepis odziedziczylam po kuzynce mamy, widzianej raz w życiu, kiedy to przyjachała do mojego rodzinnego domu do Koszalina z Włocławka. Jak dziwnie działa pamięć ludzka, nie pamiętam jej imienia, twarzy, ale pamiętam, ze ugotwała tę potrawę, mama zapisała przepis, a ja po latach, wciąż pamiętając ten smak, odgrzebałam go i przepisałam do swojego kajeciku z recepturami na obiady domowe i wspomnieniowe wycieczki kulinarne.

Tak więc wczoraj na talerzach wylądowaly kluski szare z ziemniaków, rzucane na gotująca wodę z pokrywki oraz kapusta ze skwarkami. Wiem, brzmi 'niekoszernie' w świecie diet przez duże D. Sami powinniśmy się odchudzać, ale nie mogłam się oprzeć, żeby nie zrobić czegoś szalonego. W sklepie polskim kupiłam słoninę żołnierską czy wojskową, nie pamiętam nazwy, cokolwiek by to miało znaczyć, mam nadzieję, ze nazwa nie pochodzi od przetrzymywania jej w onucach. Pokroilam drobniutko (przyczepiło sie gówno statku i mówi płyniemy - mąż pokroił, trzeba mu oddać sprawiedliwość), stopiłam. Do tego posiekana kapusta gotowana w małej ilości wody z marchewką i cebulą, przyprawy i przecier pomidorowy. Na koniec, uwaga, co wrażliwści niech nie czytają, zasmażka na odrobinie tego wytopionego tłuszczu, i siup do kapusty. Pół skwarek też tam, drugie pół zostawić do okraszenia klusek szarych. Nic mnie nie obchodzi ile osoób dostało zawału czytając ten przepis, pyszne to było, zjedliśmy prawie wszystko, troche dostało sie Markowi (chłopakowi Misi) na drogę, a trochę na dziś dla syna na obiad, bo my jedziemy do Iwony, kuleżanki, na sushi, które ona będzie jak ten świstak zawijać. Odgraża się, że my też bedziemy jej pomagać. No nie wiem, zawijać to ja chyba nie potrafię, ale zobaczymy.

A jak to się wszystko ma do tańca? Ano nijak, tylko mnie tak naszło i muszę się tu w tej kwestii wywnętrzyć - dlaczego w każdym filmie polskim, niezależnie czy on jest nowy, czy stary jak Matuzalem (pomijam filmy międzywojenne, taneczne i musicale, o takie normalne mi chodzi), zawsze kiedy pokazany jest dancing, dyskoteka, prywatka, ludzie tańczą do muzyki, która w ogóle się nie nadaje do tańczenia. Weźmy na przykład taki obrazek - dwójka bohaterów filmu roztrząsa jakieś tam swoje dylematy, a w tle kadru widać tańczących ludzi i słychać jakieś cudaczne dźwięki, "z twarzy podobne zupełnie do niczego", a już na pewno nie nadające się do żadnego tańca, chyba, że kogoś porąbało i w schizofrenicznym zwidzie pląsa w szpitalu wariatów. A ci ludzie tańczą, wykonują jakieś figury, przeżywają, jakby tańczyli do zupełnie innej muzyki, niż tej, którą faktycznie słychać. Czy tylko ja do widzę?

Poza tym oglądałam wczoraj Grocholę w Tancu z Gwiazdami i się spłakałam ze śmiechu. Jesssu, co ona tam wyprawia! Jak nic biednego Klimenta kiedyś przewróci. Dobrze, ze ma do tego dystans, bo gdyby brała to na poważnie, to o zdrowych zmysłach by z tego programu nie wyszła.
Sukienki, i Grocholi, i reszty uczestniczek są tragiczne, Ania, partnerka życiowa Gąsowskiego, wyglądała wczoraj jak worek pocztowy w tym zielonym ubranku. Zawsze byłam fanką pani Doroty Williams, ale tym razem to chyba przesadza.

A poza tym WIOSNA!

PS Zdjęcia nie są fotoszopnięte, jakby ktoś miał wątpliwości. Zywcem prosto z aparatu, żadnej korekty.

niedziela, 14 marca 2010

Pochwalę się, na dzień mamy mąż zabrał mnie do Havany.

Siedzimy w hotelowej kafejce, pod dachem na tarasie. W głębi sali muzycy grają w rytmie samby i rumby. Bardzo rozbudowany ten zespół - sekcja denta, do tego fortepian, sekcja smyczkowa, przeszkadzajki, perkusja, w tle tancerki, a na froncie piękna kobieta w białej sukience z kwiatem we włosach. Pięknie graja, jeszcze piękniej ona śpiewa. Popijamy daiquri (odkąd przeczytałam "Naszego człowieka w Havanie", zawsze chciałam tego spróbować), jest ciepło. Piękne te balladay kubańskie, po chwili wolnego tańca, szaleńcze utwory z kubańskim słoncem w tle - nogi same chodzą. Nikt się nie dziwi, tańczymy, przy takiej muzyce nie można usiedzieć spokojnie.

I nic nas to nie kosztowało. Po prostu wstał rano i wyjął starą kasetę z albumem Glorii Estefan "Mi tiera". I tak zaczęliśmy ten trzeci dzień obchodów dnia mamy. Dlaczego trzeci? Bo Michalina przyjachała wcześniej w tym tygodniu i od kilku dni mam ubaw, gotujemy, pieczemy i popijamy West Coast Cooler, a wieczorem drinki ze świeżo wyciskanej pomarańczy i alkoholu, bo jest piękne słońce i ani kropli deszczu, bo wszyscy jesteśmy zdrowi.

Gloria nam śpiewa, montujemy właśnie śniadanie, pląsając po kuchni, pies bryka w ogrodzie - chwilo trwaj!

 

czwartek, 11 marca 2010

Nie  żeby wyjeżdżał, kiedy i ona wyjeżdża, przynajmniej mam taką nadzieję, że nie, ale kiedy ona jest w domu, a zdarza się to raz na dwa/trzy tygodnie plus kilkutygodniowe pobyty w święta, słońce świecie nawet jak deszcz pada.  Gotujemy sobie razem, oglądamy wspólnie filmy, kiedy ona gra z Wojtkiem w jakieś tam ich ulubione gry, ja na dole czytam i słyszę ich śmiechy i okrzyki radości czy oburzenia, kiedy im coś tam nie wyjdzie i myślę sobie, że nie ma większego szczęścia, niz to kiedy rodzinka w komplecie. Łowię te chwile i zatrzymuję w pamięci, bo za kilka lat i Wojtek wyjedzie, a Michalina będzie miała pewnie już swoją rodzinę i bywać tutaj będzie rzadziej. A może nie? Tak się tylko łudzę, przecież będzie pracować i to pewnie w dużym mieście, czyli najmarniej 5 godzin jazdy ode nas. Tak mi jakoś ciężko na sercu jak o przyszłosci myśle, bo z jednej strony szczęśliwa jestem, że tak się moim dzieciom wszystko pięknie układa, przecież po to je chowamy, żeby świat miał z nich pociechę i żeby im dobrze na tym świecie było, a z drugiej strony to okropne, że człowiek koniec końców sam zostaje i musi sobie to życie jakoś urządzić, żeby nie tęsknić do zwariowania.

Kiedy Michaliny nie ma, nagrywam dla niej mnóstwo fajnych filmów, wynajduję na Amazonie i Play promocje i kupuje, a potem mamy milion godzin do obejrzenia razem. Bo jak oglądać seriale BBC bez niej?  Ostatnio pożyczyłam North and South na podstawie powieści Gaskell i cztery części/ dwa sezony Poldark (1780 rok Kornwalia) oraz dzięki blogowiczce bookfie mam nową wersja Sagi Rodu Forsyte'ow, poza tym nagrałam jej z TV różne filmy i 4 godziny Oskarowje gali, która zawsze oglądamy razem, no i na bieżąco nagrywam ze Sky BBC Lark Rise to Candleford sezon 3....  Życia nam nie starczy, żeby nadrobić te zaległości, bo ledwo mamy coś obejrzane, nowe zastępuje stare. Poza tym udało mi sie za grosze kupić nowy sezon Frasiera, którego zawsze oglądamy przy śniadaniu (pisałam już tutaj), a jeszcze Wojtek czeka na nią z nowymi odcinkami różnych seriali, które oni oglądają (Family Guy, The Unit).  Dziś stwierdziłam ze śmiechem, że musimy popełnić jakieś niegrożne przestępstwo, dać się zamnkąć do więzienia o lżejszym rygorze, takim gdzie można miec swoje DVD i płyty oraz laptopa najlepiej i nadrobić zaległości.

No to komu w ryj?

niedziela, 07 marca 2010

U nas w ogrodzie, od wielu dni skąpanym w słońcu, zakwitly krokusy. Tak się z nich ucieszyliśmy, bo po ostatnich mrozach, wszystko wygląda bardzo biednie, a tu nagle takie kolory.

Po wizycie w polskiej szkole i powrocie do domu, zgarnęliśmy Franka, piesiołka naszego, i fruuuu na plażę. Było tak pięknie, chociaż wietrznie, że dziś łatwo mi było wierzyć w to, że będziemy mieli wreszcie udane lato. Zobaczymy

Z powodu odplywów i przypływów, mamy na plaży czasem glony. Kiedy chce  się poleżec na kocu, to nie jest takie przyjemne, ale na zabawy z psem świetne, bo można mu je rzucać, a on gania, przynosi z powrotem, rozszarpuje zębami i wiele przy tym dla niego radochy. Franek uwielbia plażę, wolność, gania wte i we wte, ściga się z ptakami i kopie w piachu.

Po powrocie do domu rzuciliśmy sie na jedzenie, bo caly dzień w rozjazdach, bez obiadu. W polskim sklepie kupiłam paluszki, wyjęlam masło na kanapki, ale jakoś odruchowo zatopiłam paluszka w maślanej masie, nadgryzłam, zamknełam oczy i przeniosłam się w czasie.  Kiedy byłam małą dziewczynką, czesto tak jedliśmy Lajkoniki z tatą. Kładł na talerz kawałek masła smietankowego, stawiał szklankę z paluszkami i tak sobie je podjadaliśmy - paluszek sru do masła, chrup, sru do masła, chrup, sru do masła, chrup....A w telewizji Wyścig pokoju. Czy wy wiecie, że jak oni mówili, że to była piękna ucieczka, to ja myślałam, że ci kolarze nie chcą brać udziału w tym wyścigu i co chwila spieprzają organizatorom w las, a oni ich jeszcze za to chwalą?

Wraz ze smakiem Lajkoników brykających w masle, wrociło poczucie beztroski, bezpieczenstwa, luzu, ale tez i tęsknota za tatą, ktory zmarł, kiedy miałam 14 lat. Ach jaka to byla piękna ucieczka! Mam na myśli te moje wspomnienia, a nie odejście taty. Ale śmiesznie wyszło

sobota, 06 marca 2010

Uwielbiam soboty, jeżeli wszystko gra w organizacji tygodnia, mam je w miarę luźne, jedynie felieton do napisania, ale to przyjemność, a potem to już co mi wyobraźnia i chęci niosą. Obiad oczywiście się sam nie zrobi, ale poza tym, moge czytać, surfować po internecie, spotkać się z kimś na kawę...

Dzisiaj lenistwo maksymalne, przygotowałam sobie Kapuścińskiego do czytania, o dziwo szybko sie zdecydowałam, co będę gotować, więc zrelaksowana usiadłam przed telewizorem w celu skonsumowania śniadania w samotności. Wielu może to dziwić, ale ja lubię te swoje kanapeczki, twarożki, herbatki spożywane sam na sam z jakimś dobrym filmem, serialem czy co tam akurat leci w TV.  Lepsze od tego są tylko kanapeczki piętrowe, twarożki i herbatki spożywane w towarzystwie mojej córki i Frasiera, którego mamy na DVD i słuzy właśnie do współnego babskiego śniadania.

Po jedzeniu zaczytałam się w biografii Kapuścińskiego, tylko dlatego załapałam się na powtórkę serialu nadawanego jakoś w tygodniu na TVP2, nie wiem dokładnie kiedy, bo nie oglądałam.  Dwa odcinki hurtem, ale każdy po pół godziny, więc pomyślałam, że nie tak źle, dam radę zmarnowac tyle czasu. A pomyślalam tak, bo od pierwszej minuty wydał mi się wyjątkowo ciekawy, śmieszny, pełen celnych spostrzerzeń.  Dawno się tak nie uśmiałam.  Podlgądanie rodziców (bo konwencja taka trochę dokumentalna, jakbyśmy mieli czapkę niewidkę i sobie zaglądali w kąty ich domostw), żadnego słodzenia (myślałam, że to bedzie o zgrozo nowa Rodzina zastępcza), rodzice pokazani w krzywym zwierciadle, a dzieci raczej jako niemi (pomojając wyraz twarzy wiele mówiący) obserwatorzy naszych, bo przecież widzimy w tych historiach i poczynaniach i siebie, dziwnych zachowań.  Polecam rodzicom dzieci niezależnie od wieku. Nie wiem natomiast, czy to rozbawi tych, którzy potomostwa nie mają, myślę, że wiele rzeczy wyda im się mocno dziwnych i przerysowanych.

Licencja na wychowanie - będę oglądać.

 

piątek, 05 marca 2010

Dużo ostatnio myślę o odwadze cywilnej. W szkole, już od wczesnych lat, a ponieważ to ‘wczesne’ przypada u mnie na lata 70-te, więc może powinnam dodać, że było to za czasów komunistycznych, uczono nas, że powinniśmy mieć zawsze odwagę bronić swoich ideałów, jak również młodszych, słabszych, ludzi starych; uczyli nas pomagać wszędzie tam, gdzie to konieczne, że są wśród nas ludzie, którzy sami nie dają sobie rady z życiem, czy rzeczywistością, że w takich sytuacjach trzeba reagować.  Uczono nas, że może przyjść dzień, że Ojczyzna nas wezwie i wtedy powinniśmy być gotowi na to wezwanie odpowiedzieć.  Mówiono nie raz, że popełniać błędy jest rzeczą ludzką, ale nie przyznać się do nich, kiedy kogoś innego za nie spotyka kara, to straszne tchórzostwo.  Upominano, że nie odpowiedzieć na apel o pomoc to szczyt samolubstwa, konformizmu i egoizmu, że nie można się bezczynnie przyglądać, kiedy komuś dzieje się krzywda.  Ostrzegano, że droga uczciwości nie zawsze jest łatwa, że niektóre czyny są aktem najwyższej odwagi, że czasem ponosi się duże koszty, ale warto, bo to jest po prostu jedyna słuszna rzecz, którą człowiek uczciwy i honorowy może zrobić.  Na lekcjach polskiego i historii wręcz zasypywano nas przykładami aktów niezwykłej odwagi, zarówno tej wyrażanej w czynach, jak i osobistej, bohaterowie tych opowiadań, czy zdarzeń z  historii dawniejszej, dawali dowód na to, że można być człowiekiem przez duże C i nie trzeba być do tego ani specjalnie utalentowanym, wybitnym ani wysoko urodzonym, mogła to być drobna kobieta, dziecko, frenetyczna staruszka, chłop w sile wieku, wszystko zależy od sytuacji i okoliczności.

Całe życie myślałam, że to są wartości uniwersalne, że powinnam je przekazać swoim dzieciom i sama do nich się stosować, ale po ostatnich doniesieniach o zabójstwach dokonanych przez 17-latków, jedno dotyczyło policjanta, drugie 15-letniej dziewczyny, mam wątpliwości, że te wartości są nadal przekazywane młodzieży?  Mam na myśli fakt, że kiedyś to był standard, żeby im to wszystko wpoić, a teraz szkoła chyba tylko przechowuje uczniów od 8 do 16, a potem to niech się dzieje wola nieba.  Realizacja programu tak, wychowywanie nie, bo to rola rodziców.  A co jeżeli rodzice nie mają czasu, wiedzy, takiego pionu moralnego, sami są przestępcami, chuliganami lub zwyczajnymi pijakami?  Wszystko się tak jakoś dewaluuje, a społeczeństwo pozostawione samo sobie staje się drastycznie indolentne, zagonione za pracą lub w pracy, nie daje sobie rady z utrzymaniem właściwych wartości ludzkich na poziomie chociażby podstawowym, już nie mówiąc o jakimkolwiek rozwoju.

Kiedy usłyszałam o zamordowanym policjancie, posłuchałam doniesień z miejsca zbrodni, o tym, ze ludzie stali skamieniali i nie reagowali, kiedy napastnik dźgał człowieka nożem, nie raz, a kilka razy, więc to nie było przypadkowe draśnięcie tylko amok jakiś, zaczęłam zastanawiać się, co ja bym uczyniła, gdyby mi przyszło być świadkiem takiego zdarzenia.  Pierwsza myśl, to taka, że oczywiście rzuciłabym się na pomoc, ale potem uczciwie musiałam przyznać przed samą sobą, że przecież nie byłam nigdy w sytuacji ekstremalnej, skąd więc mogę wiedzieć, jak bym zareagowała?  Tak się tym przejęłam, że wykonując codzienne czynności, w wyobraźni, ale też i we śnie, rozgrywam różne możliwe scenariusze, od skamienienia, jak to się stało z tamtymi ludźmi w tramwaju, do czynów.  I to wcale nie w kategorii – jakim to ja bym była bohaterem, raczej rozmyślałam, jak by to zrobić, żeby kosy nie zarobić, a jednak nie być niemym i nieruchomym uczestnikiem zdarzeń.  Może zrobić z siebie idiotę, zacząć krzyczeć, machać rękami, puszczać bańki z nosa, albo wręcz szału dostać, wybałuszyć oczy i wtedy napastnik by zgłupiał i zostałaby odwrócona jego uwaga, ktoś może by się wtedy ocknął i pomógł.  Albo zacząć wzywać Boga i odwoływać się do tych wartości, chłopak pewnie chodził w szkole na religię, może był u I Komunii, może to by go otrzeźwiło, przestraszyło, wskazało karę nie tylko administracyjną, czyli więzienie, ale i Boską, czyli taką, od której nie da się uciec.  Takie działanie podprogowe, krzyczeć, drzeć się w niebogłosy – Boże powstrzymaj rękę tego chłopaka, takie teatralne zachowania czasem działają, bo są nieoczekiwane i zaskakujące.  Może nie tylko świadkowie by zbaranieli, ale i atakujący?  Mam zawsze wyładowaną torbę podręczną, więc miałam plan, że gdyby on w tym amoku rzucił się na mnie, to jego nóż najpierw trafił by na niezliczoną ilość notesów, saszetek, portfel, książkę (może nawet czytałabym coś w twardej oprawie tego dnia), i wiele innych przedmiotów, które złagodziłyby cios, może nie byłby śmiertelny?  Wariatów ludzie się z reguły boją i ich unikają, więc zdecydowanie optuję za udawaniem skrajnie oszalałego wariata.  Nagle bez ostrzeżenia.  Jeżeli miałoby to uratować temu człowiekowi życie, gotowa bym była nawet rozebrać się do naga, literalnie zedrzeć z wrzaskiem z siebie odzienie, co byłoby nie lada szokiem dla wielu, może ten chłopak nawet by uciekł?  Na pewno by uciekł.

Tak sobie wymyślałam, co w takiej sytuacji można by jeszcze zdziałać i nawet mi przez myśl nie przeszło, że stałabym tam i nie robiła nic.  Nie, nie jestem bohaterem i nie mam bohaterskich czynów na swoim koncie, ale uważam, że lepiej ćwiczyć w sobie gotowość na czyny ponad nasze siły, niż hodować w sobie tchórza i konformistę.  Bo jak historia pokazuje, w każdej chwili swojego życia, nawet jadąc tramwajem, Luasem czy autobusem, może nam przyjść stanąć oko w oko z zagrożeniem i co wtedy?

środa, 03 marca 2010

Od młodzieńczych lat wydawało mi się, że nie powinnam być zbyt dziewczęca, gdyż inni nie będą mnie traktować poważnie, a za wszelką cenę chciałam być uważana za mądrą osobę (czyli takie ni to ni owo, nie dziewczyna, nie chłopak, tylko właśnie osoba ), za partnera w dyskusji, a nie głupawy ozdobnik imprezy. Do głowy mi nie przyszło, że to chłopaków problem jak mnie będą postrzegać, czy tylko przez pryzmat hormonów, czy też moich komórek mózgowych i miłego usposobienia. Krótko mówiąc padłam ofiarą stereotypów rozsiewanych przez mężczyzn, z którymi za nic w świecie nie chciałam się identyfikować.  Za Chiny nie przyznałabym się do jakiejkolwiek słabości.  Na wykopkach wzięłam na siebie najgorszą robotę, bo było mi wstyd, że dziewczyny dwoma paluszkami, krzywiąc się ostentacyjnie, wrzucały po jednym ziemniaku do koszyka, wlazłam na przyczepę ciągnika i wraz z jednozębnym  traktorzystą odbierałam skrzynki z ziemniakami. Osiągnęłam tyle, że przez tydzień nie mogłam ruszać rękami i miałam prawdziwego adoratora w osobie pracownika PGR-u (nawet zaproszenie na zabawę w remizie dostałam).

Pojechałyśmy z przyjaciółmi na narty do Zieleńca, nie przyznałam się, że słabo jeżdżę (zaraz by gadali, że z babami to tak zawsze...), pługiem wstyd było jeździć, nie było więc wyjścia - władowałam się na szczyt góry i ze śmiercią w oczach, jak mi się wtedy wydawało stylem alpejskim, zjechałam ( że ja wtedy zawału serca nie dostałam to cud).

Mój instruktor prawa jazdy całkiem osiwiał od moich pytań i gestów rozpaczy. Biadoliłam, że ciągle jestem nie dość dobra, a on mi wciąż  tłumaczył, że jestem przeambicjonowana, że to trzeba powolutku, krok po kroku, ale ja nie mogłam znieść, że ktoś mógłby myśleć o mnie jak o nieudacznej babie za kierownicą , aż dziw , że nie ścięłam włosów i nie zaczęłam żuć tytoniu.

Kiedyś mój kolega postanowił mi zaimponować i zabrać na wycieczkę maluchem taty, a ten grat się zepsuł i do tego zaczęło padać. Tenże koleś wpadł w rozpacz nie wiedząc co robić, a ja wysiadłam i w szpilkach, w ten deszcz zaczęłam pchać tego malucha (jeszcze wtedy nie umiałam prowadzić, więc  uważałam, że muszę ja, bo on jest kierowcą). Tak mnie ta sytuacja rozbawiła, że ryczałam ze śmiechu na samą myśl o tym jak wyglądam, natomiast do głowy mi nie przyszło, żeby się dąsać i zrzędzić „po babsku”, a trzeba było, bo chłopak się mnie przestraszył i więcej nie zadzwonił. Teraz wiem, że to był palec Boży, bo się okazał beznadziejny, ale wtedy byłam podłamana.

I tutaj w Irlandii, tak bardzo chciałam udowodnić w pracy, że nie jestem jakąś ograniczoną babeczką, której ulubioną odpowiedzią na wszelkie pytania jest „I don’t know, sorry about that”, że nie zważając na konsekwencje, robiłam nawet te rzeczy, które wcześniej zwyczajowo były przypisane tutaj mężczyźnie, jak na przykład drobne naprawy różnych urządzeń, dokręcenie gniazdka na ścianie, naprawa wtyczki przy lampie, drobiazgi, dla których nie warto ganiać za jakimś facetem, żeby swoim „mądrym” okiem na to spojrzał. I co? Wcale mnie z tego powodu nie szanują, raczej wyśmiewają, że się pcham do męskiego świata. Bo tutaj mężczyźni wprawdzie wpuścili kobiety do pubów, ale nadal nie lubią, kiedy zapominamy, gdzie nasze miejsce. Na początku próbowałam z tym walczyć, aż wreszcie doszłam do wniosku, że to nie ma sensu, że już mi nie zależy na udowadnianiu moich racji.

Trzeba mi było posunąć się w latach, żeby zrozumieć, że być kobietą to wielka zaleta, a mężczyzna, który próbuje z tego zrobić wadę, ma po prosu kłopoty ze swoją męskością. Nie wstyd mi, że jestem ostrożnym kierowcą, bo to ja rodziłam dzieci, które są potencjalnymi ofiarami wypadku drogowego i mam prawo do odrobiny bujniejszej wyobraźni za kierownicą. Beczę oglądając reklamy świąteczne i ckliwe filmy obyczajowe, czytuję dobrą gatunkowo literaturę kobiecą, oglądam „Na dobre i na złe” i inne polskie seriale (do latynoamerykańskich się jeszcze nie zniżyłam i pewnie mi to nie grozi – tak mi dopomóż Bóg i wszyscy Święci), kocham muzykę soul i już nie udaję, że przepadam za Metalicą w jej wczesnym okresie. Pokochałam nawet tytuł moich felietonów – „Z babskiej perspektywy”, chociaż pomysłodawcą, dawno dawno, jeszcze w Polsce, był kolega redakcyjny i na początku byłam oburzona takim pomysłem. Tę przemianę można by  spuentować kawałem, który niedawno opowiedział mi mój przyjaciel psychiatra – „jeden psychiatra pyta drugiego, czy nie zająłby się osiemnastoletnim chłopakiem, który się moczy, a którego on nie jest w stanie, mimo wielu sesji, wyleczyć. Tamten podjął się zadania, spotykają się na jakimś sympozjum za rok i jeden pyta drugiego, czy mu się udało wyleczyć tego młodzieńca, na co on odpowiada, że nie, nadal się moczy, ale z tą różnicą, że teraz jest z tego dumny”. Otóż ogłaszam, że nadal jestem kobietą, a nawet babą, jeżeli panowie wolą to tak nazywać, z tą różnicą, że teraz jestem z tego dumna.

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!