Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
piątek, 31 grudnia 2010

Wczoraj syn zadebiutował na scenie towarzyskiej - miał pierwsze wyjście na dyskotekę w miasteczku godzinę jazdy od domu. Wszyscy jego koledzy i koleżanki tam byli, bo to doroczne wydarzenie świąteczne, nieważne, czy delikwent chodzi co tydzień, ale na oba święta, walentynki i Halloween trzeba tam być. Do tej pory w ogóle się tym nie interesował, w lutym kończy 15 lat. No, ale przyszła kryska na Matyska i Matysek pomaszerował, a raczej pojechał, dziarskim krokiem (kołem?) na imprezkę. Mama, siostra tudzież ojciec, chociaz tego po sobie starał się nie pokazać, wszyscy byliśmy podekscytowani, aż syn stwierdził, że chyba bardziej od niego. Dosyć dziwnie się czułam, jeszcze niedawno był taki malutki. Trzeba wam wiedzieć, że tutaj nie ma dyskotek szkolnych, że takie wyjście to jest pierwsza oznaka dorosłości, bo to prawdziwy klub nocny, tyle, że w czwartek miał drzwi otwarte dla małolatów, więc tylko bezalkoholowe napoje, bramkarze w sile podwójnej, bo kiedy mają underaged w budynku, muszą więcej zadbać o bezpieczeństwo. W każdym razie wrócił cały i zdrowy. Coś tam w samochodzie opowiadali córce, bo ona przecież całkiem niedawno też tam chodziła, o całowaniu z dziewczynami, o tańczeniu, co pili (colę czy fantę, mam na myśli) itp, jakie miasteczko zbiera się w jakiej sali i kącie, ale nie wszystko zrozumiałam, bo byłam skupiona na prowadzeniu samochodu; a może to i dobrze, bo za dużo informacji to niezdrowo. I tak uważam, że to duży sukces, że on tak swobodnie przy mnie o tym mówi, znaczy, że nie jestem jego wrogiem. Z tego, co wiem, to nie on (jeszcze) się całował, ale ktoś tam inny. Nie dopytywałam.
Syn mógł jechać autobusem, ale kolegi rodzice ich zawieźli samochodem, to się zobowiązałam, że ich odbiore, bo i tak byłam w Letterkenny na imprezie noworocznej. Dostałam maila na skrzynkę, że sie takowa odbywa. Założyłam, że dotyczy to Platformy Interkulturowej, więc rączo pognałam, bo tam sa strasznie fajni ludzie. Zabrałam córkę, bo ona ze mną jeździ, jeżeli tylko jest w domu. Byłyśmy na miejscu pierwsze, chociaz spóźnione. Oprócz nas tylko organizatorzy, czarnoskóra para. Siedzimy i sms-ujemy ze znajomymi, tyłem do drzwi, więc nie widziałyśmy napływających grup ludzi, a kiedy się obróciłyśmy, żeby zlustrowac salę, okazało się, że wśród tłumu na tej imprezie, my jesteśmy jedyne białe. Poczułam się niezręcznie, bo nie dość, że nikogo nie znałam, to jeszcze zwyczajnie byłam obca wśród najwyraźniej bardzo zaprzyjaźnionych ludzi. Postanowiłyśmy uciec, ale najwidoczniej zbiegiem jestem marnym, bo mnie dopadła jedna z dziewczyn, wielka czarna jak heban, piękna i objęła serdecznie, proponując coś do zjedzenia. Zaraz nam nałożyli na talerze jakichś szaszłyków i ryżu i czegoś tam jeszcze, musiałyśmy usiąść i skonsumować, planując drogę ewakuacyjną. Szaszłyk był chyba z jader bawołu lub języków lub ogonów lub równie niejadalnej części, bo zupełnie nie mogłam go pogryźć, a oni zajadali jak najęci. Nawpierdzielałam się ryżu, rozdałam kilka uśmiechów i w długą. Jeszcze kątem oka zauważyłam, że młodzież kolorowa przyszła ubrana jak Tupac, bandany, kapelusze, łancuchy, no i oczywiście okrzyki typu - Yo brother, what's up i sekwencja powitalna polegająca na dotykaniu dwóch pięści, łokci i czego tam nie wymyślą.
Zwiałyśmy z imprezki. Wcześniej uprzedziłam Lottę, która mieszka w tym samym mieście, co dyskoteka i do niej pojechałyśmy w odwiedziny.
Oj, miło tam było, herbatka, pogaduchy, o jej wojażach, o książkach oczywiście i podarunki. Ja miałam dla niej książkę 'od Mikołaja' i ona dla mnie też, najnowszą powieść mojej ukochanej Maeve Binchy 'Minding Frankie'. Tak się cieszę. Tym bardziej, że jeden z kotów Lotty, który mnie wcześniej omijał z daleka, dzisiaj najpierw posiedział dość blisko, a potem się nawet położył obok. Sukces.
A w drodze powrotnej śmiałyśmy się ilekroć mijał nas samochód, bo na szybie w światłach reflektorów, widać było ślady maleńkich kocich łapek, droge Turku lub Kokoli przez mój samochód, szalenie zabawne i rozczulające zarazem.
Ot, i taki miałam przedostatni dzien roku.
A dzisiaj, ja zeszłego roku, mam pięciu chłopaków na party ze spaniem, bedą urzędować na górze. Córka z jeszcze-nie-zięciem wychodzi do znajomych, a my z mężem, pilnowacze młodzieży, drineczki, książeczki i jak znam życie, też już tradycyjnie, włączę rosyjski film w oryginale. Lubię.

Tagi: Irlandia
14:55, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 27 grudnia 2010

Gęś. Przed świętami siedzieliśmy pochyleni nad książką kucharską i zastanawialiśmy się, czym siebie i rodzinę zaskoczyć w tym roku? Małżon zauważył, że jeszcze nigdy, przynajmniej tego nie pamięta, nie jadł gęsi. Córka podchwyciła temat, a jeszcze-nie-zięć wprowadził w życie, zakupując jedną taką z hodowli organicznej, co się niby w pełniej szczęśliwości ptaki tam trzyma, aż do dnia... o tym to chyba pomilczę taktownie. Gęś kosztowała tyle, co kolia diamentowa. W święta nikt nie chciał jej jeść, bo jak zwykle, wszystkiego było (i nadal jest) w bród. Dzisiaj już trzeba było tę księżniczkę diamentową zrobić, co by nie wylądowała w koszu na śmieci, bowiem od wczoraj się odmrażała. Poza tym trzeba było się zmieścić w czasie, kiedy dzieci są w domu, bo to na ich cześć, że są z nami, ten ptak miał być, a i też dlatego, ze Mark nam ją kupił w prezencie świątecznym. Taki był zadowolony z siebie, ze ją wynalazł, zapłacił, że specjalny van ją 22go przywiózł, że nie mogliśmy dopuścić do tego, ze jej nie spróbuje. Od południa małżon walczyl z kaczką. Według przepisu z baaaardzo starej amerykańskiej książki kucharskiej, którą małżon znalazl gdzieś tam, przywlókł do

domu, a potem przemycaliśmy ją do kraju (balismy się, że nam nie dadzą jej wywieźć, bo ona z 1942 roku, a wiadomo, w USA niewiele jest antyków, to może dla nich już cenna?), musieliśmy gęś wsadzić do piekarnika na 15 min  (uprzednio nakłuwszy ją kilka razy wokół nóg i skrzydeł), wyjąć, zlać tłuszcz do pojemniczka, dać jej ochlonąć, znowu na 15 min i tak trzy razy, a dopiero po trzecim ochłonięciu do temp pokojowej, smarować i nadziewać. To juz operacja godna Napoleona. Potem nadzienie, mieliśmy podzielone zdania, więc się zgodnie pokłóciliśmy. Potem małżon i tak zrobił jak uważał (bread crumbs, żurawiny, jabłka, cebula, tymianek i już sama nie wiem, co jeszcze). Trzeba było jeszcze przygotować jabłka wydrążone, nadziewane słodkimi ziemniakami, uprzednio ugotowanymi (też wedlug tego amerykańskiego

tomiszcza kulinarnego), no i kilka rostów, czyli ziemniaków pieczonych na gęsim tłuszczu, bo wiadomo, to rarytas. Poza tym jeszcze wywar na gravy, czyli sos pieczeniowy. Do niego trzeba było ugotować z warzywami różne części kaczki, które w woreczku były do niej dodane. Strasznie długo to trwało, w kuchni siedział małżon, bo ja wymiękłam, do godziny 5, a uwierzcie mi, pracował jako chef i jest sprawny jak żołnierz. Mnie by noc zastała. Cały czas coś robił, mielił, namaczał, dosmaczał, wyjmował, wsadzał, a piekarnik chodził non stop. Na koniec wziął się za odcedzanie stocka do sosu, nie wiedział, że jedna z misek jest pęknięta, zapomniał, trzymał ją gdzieś na boku na coś tam, ale syn umył i wsadził z powrotem do szafki, w nią właśnie wylał odcedzony stock i stracił większość, bo zanim się zorientował, prawie wszystko odpłynęło w siną dal przez odpływ w zlewie. Wcale nie trafił go szlag, za co go podziwiam, bo ja po tylu godzinach starań umarłabym przez samozapłon w takiej chwili. Jakoś udało nam sie dotrzeć do końca przygotowań. Głównie jemu, bo ja odpadłam. Gęś została podana, wszyscy się rzuciliśmy i po 20 minutach pozostało tylko... pozmywać. A wodę nam właśnie wyłączyli. Małżon naniósł deszczówki, którą zapobiegliwie zbierał, bo już wczoraj nam wyłączyli (rezerwy się kończą, przez mrozy i awarie i fakt, że ludzie puszczają w nocy, żeby właśnie nie zamarzła), zaczęło sie grzanie i inne takie... z kuchni wyszliśmy o 21. Zdecydowanie był to najdłużej przygotowywany obiad w historii ludzkości chyba, Europy nowożytnej na pewno. A to nie jedenaście dań, a zaledwie jedna gęś z nadzieniem, jabłkami i ziemniakami. Pyszna była, ale obiecaliśmy sobie, ze był to pierwszy i ostatni raz, kiedy wzięliśmy się za szykowanie takiego dania. Następnym razem, kiedy przyjdzie mi coś takiego do głowy, huknę się łopatą w łeb, a zaraz potem, jak odzyskam świadomość, zamówię chińczyka.

sobota, 25 grudnia 2010

Wszystko się udało wczoraj, Nic nie spaliłam, nic się nie wylało, do kościoła na czas dotarliśmy, prezenty się podobały, wszyscy szczęśliwi.
Tylko do mamy się nie dodzwonilam i to mi spędza sen z powiek. Ale nic nie mogę uczynić w tym względzie, dzwoniłam do znajomych, którzy mogą coś wiedzieć, ale ich nie zastałam. Nie będę histeryzować, poczekam jeszcze jeden dzień, przecież gdyby coś się strasznego stało, daliby mi znać.
Dzisiaj po śniadaniu świątecznym, czyli gdzieś o 12 (połozyliśmy się spać o 2, to nie spieszyliśmy się ze wstawaniem) pojechaliśmy na plażę, trochę zrzucić tego, co zdążyliśmy bezwstydnie przyjąć na pokład. Zima jest piękna, kiedy nie trzeba martwić się o jedzenie, opał, brak elektryczności, dojazdy do pracy i bezpieczeństwo bliskich. Wróciliśmy do domu, jeszcze się trzymałam, jeszcze czytałam blogi i oglądałam cudze stosiki książek podchoinkowych, starałam się puszczać jak najwięcej dymu maskującego, ale fakty są takie, że dopadły mnie duchy przeszłości, czy świąteczne zmory, jak zwał tak zwał. I się wylała ze mnie fala łez. Zaczęło się od pierwszego lepszego powodu zastępczego, przemówiliśmy się z mężem, w TV na RTE1 akurat leciał program o Maeve Binchy, a on zarządził przygotowywanie kolacji. Włączyłam więc nagrywanie na dysk twardy, ale nie przełączyłam boxu satelitarnego na irlandzki i nagrał mi się program polski. A ja na tamten czekałam tygodniami, bo wiedziałam, że będzie, a to jedna z moich ulubionych pisarek. Taka mnie żałość straszna wzięła i już jej zatrzymać nie mogłam. I wiadomo, że to nie dlatego, że program źle nagrałam, ale dlatego, że znowu, jak co roku,moja mama mnie ukarała. Od dziecka w święta, jeszcze nawet w czas przedświąteczny, był wiecznie jakiś problem i molestowanie psychiczne, a to jej źle choinkę ubrałam, a to coś źle doprawiłam, a to dzieci nie dość dobrze wychowane, żeby jeść z nią przy jednym stole, a to mówię niewyraźnie i ona nie może już tego słuchać, a to za gruba jestem..... A odkąd mieszkamy daleko - nie odbiera w ten czas telefonów, a jak już odbierze, to po to, żeby mnie wpędzic w poczucie winy. I jej udar oraz częściowa niepełnosprawność obecnie, nie ma z tym nic wspólnego, bo tak jest całe moje życie. Co roku mam rozstrój żołądka, rozwolnienie, bóle głowy dotkliwe, zanim zadzwonię do mamy, potem odchorowuję rozmowy przez kilka godzin, albo i dni, zależy od tego, czego sie nasłuchałam i na co już jestem odporna. A mamy pomysłowość jest nieograniczona i potrafi przypiec. Teraz mniej, a raczej inaczej, bo choroba spowodowała, że jej złośliwość ma cechy pierwotne, jak to u ludzi, którzy nie kontrolują z powodu choroby swoich emocji, nie znają granic.
A dlaczego o tym piszę? Bo nie chcę, żeby ten blog pokazywał mnie jako wiecznie huraoptymistyczną osobę, bez problemów, która tak naprawdę nie zna życia i pieprzy o dobrej atmosferze w kółko, a to się samo dzieje. Nie, ja o wszystko, co dzieje się dobrego w moim zyciu zabiegam świadomie, nie biorę niczego for granted, czyli nie uznaję, że mi się należy, że przyszło i nie jest niczym wyjątkowym. Piszę też dlatego, że może to komuś pomoże, może ktoś ma tak samo przechlapane i wydaje mu się, że nic nigdy się nie zmieni. Zmieni się, ale zadra, drzazga w sercu, w świadomości, zawsze tkwi. Dlatego, kiedy coś miłego mnie spotyka, pierwsze co mi przychodzi na myśl to - kiedy się to schrzani, kiedy dostanę telefon z domu z niedobrą wiadomością. Ciężko żyć z takim brzemieniem.
Ale żeby takim smutnym akcentem nie kończyć, pokazuję wam karmnik, który małżon z synem zrobili dla ptaków. W Irlandii masa ludzi karmi naszych fruwajacych przyjaciół. Wstyd nam się zrobiło, chłopaki postanowili zbudować. Wielkość jak dla orła. Mam nadzieję, że ptaki go znajdą i będę mogła sobie je obserwować.
ZDJĘCIA PO KLIKNIĘCIU WYŚWIETLAJĄ SIĘ WIĘKSZE

piątek, 24 grudnia 2010

Kobieta niespokojnie kręciła się po kuchni. Szykowała wieczerzę Wigilijną. Czas naglił, jeszcze tyle było do zrobienia, ale ona nie mogła się należycie skupić. Co chwilę podchodziła do okna, wyglądała męża i synów. Wypłynęli rano na ostatni w tym roku połów. Pogoda nie była najlepsza, mimo to postanowili spróbować. Potrząsnęła głową, wygładziła włosy, głęboko odetchnęła i wróciła do pracy, nie można poddawać się złym myślom, to wywołuje nieszczęście – skarciła siebie w duchu.

Dlaczego uparli się dzisiaj płynąć? Nie przelewało się w domu, to prawda, ale biedy też nie było. Mięso i ryby na zimę zasolone, mąka na chleb kupiona, przy odpowiednim gospodarowaniu powinno starczyć na długo.

Indyk w piecu pachniał zachęcająco. Jeszcze dwie godziny i będzie gotowy. Gdzież oni są? Zarzuciła chustę i wyszła z domu. Od rana wiatr przybrał na sile, czarne chmury zachodziły na niebo. Zapatrzyła się w horyzont, wielkie fale pieniły się złowrogo, nie wróżyły niczego dobrego. Zbyt dobrze wiedziała, co to oznacza, jej ojciec był rybakiem, mąż, synowie, wszyscy sąsiedzi też, wiele nieszczęścia widziała w życiu, zbyt wielu nie wróciło z morza, nie mogła się już dłużej oszukiwać, postanowiła udać się po pomoc.

W jedynym w miasteczku pubie było ciepło i gwarno. Kiedy weszła wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Jeszcze miała nadzieję, że zobaczy męża i chłopaków przy ladzie, popijających piwo po udanym połowie. Nie, nie ma ich. Mężczyźni byli zapewne zszokowani jej zuchwałością, kobiety nie przesiadywały w pubach, to było miejsce zarezerwowane dla nich, ale nic sobie z tego nie robiła, przecież tu chodziło o życie jej bliskich. Zwróciła się do najstarszego, miał posłuch, tylko on jej mógł pomóc. Kiedy opowiedziała, z czym przychodzi, zerwał się na równe nogi i zarządził wymarsz na nabrzeże. Jak zwykle w takich wypadkach zaczęli rozpalać ogniska wzdłuż linii brzegowej, w ten sposób wskazywali rybakom na morzu drogę powrotną.

W międzyczasie znacznie się ściemniło, zaczął padać rzęsisty deszcz. Ogniska gasły, mężczyźni walczyli zaciekle, ale niestety nie udawało im się utrzymać wysokiego ognia. Kobiety zebrały się w ciasną grupę, modliły się bezgłośnie poruszając ustami. Wpatrywały się w ciemną, wzburzoną taflę morza, zwykle tak piękne i szczodre, dzisiaj postanowiło pokazać swoja wielkość i grozę. Nie miały złudzeń, w walce z tym gigantem człowiek jest bez szans.

Kobieta przez chwilę jeszcze przyglądała się zmaganiom mężczyzn, ale widząc, że to wszystko na nic, odwróciła się nagle i odeszła zdecydowanym krokiem.

Droga do domu wydawała się trwać wieki, jak tylko tam dotarła, chwyciła bańki z naftą i zaczęła metodycznie oblewać ściany domu. Podpaliła. Zajęły się drewniane krokwie i słomiany dach, mimo deszczu w krótkim czasie paliło się aż miło. Nie czuła żalu, nic nie czuła, odwróciła się w stronę morza i czekała. Jak długo? Nie miała pojęcia. Stała tam na wzgórzu, z rozwianymi włosami, policzkami rozpalonymi od żaru i czekała. Jeśli istnieje Bóg, dojrzą ogień, skierują łódź w stronę brzegu i dotrą bezpiecznie z powrotem. Zwróciła modlitwy do Matki Boskiej, któż lepiej zrozumie matkę jak nie druga matka?

Nagle ich zobaczyła, szli machając do niej z daleka. Szybko policzyła sylwetki, raz, dwa, trzy, cztery, mój Boże, są wszyscy. Rzuciła się biegiem w dół wzgórza, po chwili dopadła do nich, objęli się wszyscy i zamarli w tym uścisku. Nie trzeba było słów.

Życzę Wam żebyście zawsze, bez względu na okoliczności, znaleźli drogę do domu.

Wesołych Świąt!

wtorek, 21 grudnia 2010

Przygotowania do świąt w toku. W prezencie ode mnie chciałam wam podać przepis na fantastyczny barsz czerwony, który jest łatwy nieprawdopodobnie, a smak jego jest przewspaniały. Nigdy mnie nie zawiódł i jest to jedyna potrawa, która nie kosztując mnie nic czasu, a zachwyca i świetnie uzupełnia menu świąteczne.

Przepraszam za proporcje, ale dostałam go od świetnej kucharki zawodowej, pani Honoraty z Podlasia, a ona wiadomo, warzyła dla dużej ilości osób, nie dla jednej rodziny. ale możecie go podzielić na dwa. Ja robię taką ilość, bo go potem trzy dni popijamy, a jest nas 5 więc znika bez problemu, tym bardziej, ze dwa dni wsuwamy uszka w barszczu, naszą ulubioną potrawę.
Składniki:
5 litrów wody
6 średnich buraków
1 łyżeczka kwasku cytrynowego
garść soli
200 g cukru
listek laurowy ze 3 małe
czosnek w ząbkach jak kto lubi
min 3 łyzki majeranku
1/2 łyżeczki pieprzu lub mniej, jeżeli ktoś woli mniej pikantny
2 łyzki maggi
kilka ziaren ziela ang



Do wody wrzucić wszystkie przyprawy i zagotować, po 15 minutach na gotującą się wodę z przyprawami wrzucić obrane i pokrojone w grube plastry buraki. Niech się jeszcze raz zagotuje, znowu 15 minut. Potem odstawić przykryte na godzinę, a po godzinie lekko odkryć, żeby para uchodziła. Niech sobie stoi w chłodnym miejscu. Najlepiej przygotować poprzedniego dnia wieczorem. A na drugi dzień przecedzić po południu i już. Gotowy. Jest smakowity, ma piękny kolor i nigdy was nie zawiedzie.

Drugi przepis obiecałam blogowiczce o nicku agataa76 i zapomniałam. Za co przepraszam.
Parówki Bożenkowe nie sa może najzdrowszym pozywieniem świata, ale wszyscy je uwielbiają, a dzieci w szczegółności. Nawet niejadki.

Parówki Bożenkowe, bo są one wymysłem mojej przyjaciółki, którą serdecznie pozdrawiam, jezeli mnie czyta.

Usmażyć naleśniki. Każdy przepis na nie ma, a jeżeli nie, to ja daję półtorej szklanki mleka, półtorej szklanki wody, 3 jaja, szczyptę soli, chlust czyli trochę oleju i dwie, może więcej, szklanki mąki. Najpierw ubijam jaja na puszystą masę i dodaję resztę składników. Olej powoduje, że są mięsiste i puszyste. Najbardziej nadaje się mąka Lubella puszysta pół na pół tortowa i Poznańska.
Usmażyć naleśniki nie za cienkie, mają być solidne.
Następnie zrobić pastę pomidorową - przecier pomidorowy plus musztarda plus majonez plus zioła (bazylia, oregano). Naleśniki smarować tą mazią, na to ser starty zółty, parówke i zawinąć. Zapiec na patelni na maśle z odrobiną oleju.
Proste, a tak smaczne, warte grzechu od czasu do czasu.
Wszystkie przepisy przechowuję w zeszytach. Wiem, ze można je drukować z netu, ale ja wolę miec u siebie zapisane ręką. Te dwa poniżej są najstarsze. Szczególnie czarny towarzyszył mi w zdobywaniu kulinarnych szlifów. Biedny staruszek, muszę go troszeczkę reanimować.

Tagi: gotowanie
17:29, kasia.eire , Kulinarnie
Link Komentarze (15) »

Zgłosiłam tego bloga, bo pomyślałam po wpisaniu na listę konkursową Notatek Coolturalnych, ze ten przecież nie może być poszkodowany. I jak w przypadku Notatek, zupełnie nie mam pojęcia jak wstawić takie podlinkowane zdjęcie do bocznej szpalty. Czy ktoś może miec oświecić, czy muszę iść na informatykę, zeby to zrobić?

Dla porównania dodam, że na blogspocie wykombinowanie jak to zrobić, zajęło mi jakieś dwanaście sekund i wystarczyła jedna próba, zakończona sukcesem.

Tam też umieściłam ten obrazek do głosowania, w końcu to blog ten sam, tylko w innej 'kawiarence'.

Zgłaszajcie się i Wy, zachęcam serdecznie.

A jak Wam się tu podoba, głosujcie na mnie. Z góry dziękuję.

Tagi: konkurs
00:43, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 20 grudnia 2010

Siedzę sobie przy choince (podoba mi się, że tu drzewka stroi się wcześniej), wsuwam baklavę i planuję święta.  Dobrze mi.  Lubię ten czas, może nawet bardziej niż same święta.  Rozmyślanie o prezentach najpierw wpędza mnie w panikę, co roku mam wrażenie, że tym razem nie ujdzie mi na sucho i nie dostanę, tego, co sprawiłoby radość najbliższym. To jest masochizm jakiś, bo przecież wiem, że zawsze mi się to udaje, ale w tym roku doszła świadomość, że powinnam bardziej oszczędnie to jakoś urządzić, więc moje zamartwianie się, nie jest takie pozbawione sensu. No, właśnie – recesja, obcinanie wydatków, a przede wszystkim umiar, umiar i jeszcze raz umiar. W Dublinie tego nie widać, sklepy pękają w szwach od ilości towaru i szturmujących je klientów.  Co prawda to był weekend, więc może wtedy wszyscy wylegli z domów na zakupy? W Donegalu pustki, w sklepach spożywczych i tych innych też.  To znaczy towar jest, tylko ludzi jakoś niet.  To wszystko pewnie dlatego, że od nas jest blisko do Irlandii Północnej, gdzie spadły znacznie ceny i to tam się teraz robi wszystkie zakupy, z rozpędu od czasu, kiedy stosunek funta do euro był dużo lepszy.  W Republice pusto, a w Derry czy Strabane, gdzie jest Asda, ludzie muszą czekać na wpuszczenie do sklepu, takie tłumy.  Sądząc po wielkości zakupów, wyładowanych koszykach i fakcie, że największym powodzeniem nadal cieszą się towary luksusowe – telewizory, konsole do grania, biżuteria, albo ciężkie czasy jeszcze nie nastały, albo ludzie nie mają rozumu.
Nienawidzę zakupów. Kupować lubię jak każdy, ale nienawidzę przemieszczania się ze sklepu do sklepu, przymierzania, ignorancji obsługujących i faktu, że czasami daję się zmanipulować poprzez umiejętne działanie na moją podświadomość.  Lubię myśleć o sobie, że jestem silna i opiniotwórczo niezależna, ale uczciwie muszę przyznać, że oferty typu – kup jedno, drugie za darmo, dwa za tyle i tyle, 30% extra, half price, 3 za 2 itp., czasami mnie kuszą i kupuję absurdalne ilości szamponów, proszku, papieru toaletowego, tudzież ketchupu.  Umieszczanie towaru na odpowiednich półkach, techniki polegające na przemieszczaniu towaru z jednego końca sklepu na drugi, płacenie ludziom za chodzenie wśród klientów z wypchanymi wózkami  (co nam daje hint-hint, że nasz powinien być równie pełny jak nie pełniejszy), wspomniane oferty, tyle zachodu, a wszystko po to, żeby nas skołować, podziurawić mózg i wydrenować z pieniędzy.  Wiem o tym, a jednak czasem się daję. Zakupy, to co innego niż kupowanie.  Zakupy to łażenie, macanie, pocenie się w kurtkach w ogrzewanych marketach, moknięcie podczas ładowania tego wszystkiego do bagażnika i mozolny powrót do domu.
Dzięki Bogu za Internet i zakupy online, bez tego fizycznego zaangażowania i zamieszania.  Siedzę z kawką w ulubionym kubku, laptop na kolanach i surfuję – gładko wpływam do działu z książkami (moje ulubione strony), Michalina potrzebuje nowych Martnesów, niechętnie porzucam wirtualne przeglądanie nowej powieści Patricii Scanlan i jednym szusem przemieszczam się na stronę z obuwiem.  Już wiem, jakie kolory, wzory, rozmiary i ceny, pozostaje jeszcze uzgodnić z nią, czy to te właściwe.  Może iść do sklepu, zmierzyć byle jakie tego samego typu, sprawdzić, jaki potrzebuje rozmiar, a potem zamówimy, bo cena dużo lepsza.  Wojtkowi popsuł się monitor, w sklepach niby 50% obniżki (pierwszy raz przed świętami!), ale i tak daleko tym cenom do tych na stronach w sieci. Monitor już jedzie DHLem, a ja mam przynajmniej stówkę w kieszeni, gdybym chciała kupić taki sam w sklepie, a jeżeli zdecydowałabym się na mniejszy o 5”, i tak przepłaciłabym przynajmniej €50, w stosunku do tego większego.
Wypływam, więc na bezkresny przestwór oceanu wirtualnego i to, co mogę, kupuję w sieci. Dzielnie pomaga mi w tym karta kredytowa.

Trzeba wiedzieć, jak jej używać, nigdy na niezabezpieczonych stronach (na dole, po prawej na pasku, musi być kłódka), najlepiej zarejestrować się na płatności systemem PayPal, tak znacznie bezpieczniej, gdyż w ten sposób dane z karty nie są znane przy transakcji, no i kontrolować te wydatki, bo kiedy nie widać pieniędzy, łatwo myśleć, że się nic nie wydało. I o jeszcze jednym warto pamiętać – kiedyś przyjdzie dzień, kiedy będzie trzeba tę kartę spłacić. Jest takie stare porzekadło, że OKAZJA jest tylko wtedy, kiedy cię na nią stać.

 

niedziela, 19 grudnia 2010

Ale miałam ubaw przez cały dzień. Najpierw dopracowywałam dodatki do bloga o książkach, którego przeniosłam na bloggera, a raczej zdublowałam tam, bo jednak więcj moli książkowych rezyduje pod blogspotowym adresem. Znajdziecie go TU, ale tez i pod starym adresem. Sami zdecydujecie, gdzie wam wygodniej.

A potem pomyślałam, że i ten blog może być tam zdublowany, bo jest pewnien piękny szablon, który zawsze chciałam użyć, ale na bloxie nie mogłam.

Z babskiej perspektywy na bloggerze rezyduje pod tym oto adresem

http://zbabskiejperspektywy.blogspot.com/

Mam nadzieję, że i tam ktoś mnie odwiedzi od czasu do czasu.

A u nas piękna zima. Na szczęście mam już wszystko kupione, nie muszę się przejmować ograniczeniami komunikacyjnymi, żeby tylkojeszcze dzieci z Dublina dojechały, a tu się sprawa niejako komplikuje. Jeszcze-nie-zięć jest chory, w nocy dostał wysokiej gorączki i nie będzie w stanie jutro, tak jak planowali, prowadzić samochodu tyle godzin. Czyli we wtorek, jak wszystko pójdzie dobrze, bo może byc, że się do tego czasu nie wykuruje.

Miejmy nadzieję, ze nie będą jechać w ten najgorszy czas, kiedy ma być drugi rzut śniegu i mrozu.

20:13, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (7) »
piątek, 17 grudnia 2010

Wczoraj miałam kryzys. Zrobiłam wpis, już wtedy czułam, że nadchodzi. Udałam się do kuchni zamienionej na tę chwilę w pierogarnię. Farsze były już porobione poprzedniego wieczora przez męża, więc zostało mi tylko ich ulepienie. Fiuu, łatwe.

Mąka okazała się do kitu. Dokładnie taka twarda przy wyrabianiu jak kit :-) Tej, którą zwykle używam, nie było w sklepie, ani tu, ani w Dublinie. Pamiętam, że nazywała się Lubella puszysta i na dole było napisane najlepsze do pierogów i czegoś tam jeszcze. I faktycznie była najlepsza. Ta, którą kupiłam, okazała się kompletną porażką. Ale doszłam do tego dopiero po kilku godzinach obwinianie samej siebie. Zaczęłam analizować, co zrobiłam źle, czy powinnam dodać całe jajko, czy tyko żółtko, czy za mało wody? Ale ciasto mi więcej wody już brać nie chciało. A może powinnam dodać coś jeszcze? Sprawdziłam w Kuchni polskiej i kilku innych ksiażkach, nie, wszystko tak jak trzeba. A może powinna być woda zimna zamiast gorącej (ciasto na uszka robię według przepisu Kuronia ojca z wodą wrzącą, zawsze wychodziło idealne). Przyszedł mąż, zagniótł nowe ciasto, bo tamto we łzach i z kurwami na ustach, zdążyłam już wylepić w uszka. Też miał problem. A on nigdy nie ma problemu z ciastem na pierogi. Tak się spłakałam podczas tego lepienia, ze szok, całe napięcie, obawa, że nie dam rady, że nie zdążę ze wszystkim, że pewnie o czymś zapomniałam, ale nie wiem o czym, że pewnie prezenty nie dojdą na czas pocztą, bo zapowiadają śniegi.... Oczywiście ze stresu spięłam mięsnie karku, to mnie zaczęły boleć plecy i zaraz głowa.

Małżon wygonił mnie na zajęcia z fotografii i sam został na placu boju, żeby te pierogi dokończyć. W grupie kursu z fotografii mamy trochę starszych ludzi i ci zaczęli - zapomniałam - co to jest folder, a dlaczego album to nie to samo co folder, o jezu chyba wszystko usunąłem..... Położyłam się na biurku i byłam gotowa zasnąć. A tu trzy godziny przede mną.

Kiedy wchodziłam na zajęcia było zimno i wietrznie. Kiedy wychodziłam było zimno, wietrznie i zamieć śmieżna. Samochód zakopany, dróg nie widać. I tak padało całą noc, aż do teraz. Piszę to, a za oknem śnieży jak szalone. O Matko Bosko, te prezenty to już na pewno nie dojdą.

Wzięłam się jakoś w garść. Idę sprzątać, na smutki nie ma to jak wysiłek fizyczny. Chociaz wolałabym fitness club w towarzystwie dwóch czy trzech, no dobra, chociaż jednej koleżanki.

Rano zajadając kanapki ze świetną szyneczką z kotła (taki smak, jak z dzieciństwa pamiętam) wysłuchałam Dzień Dobry TVN Julii Pietuchy o tym, jak ona nie celebruje świąt, jak w Wigilię ogląda telewizję i nic nie robi. Jej wybór, ale mi się jej trochę szkoda zrobiło. I zaraz mi sie przypomniało, po co ja to wszystko robię. Będziemy całą rodziną przy stole biesiadować godzinami, dzieci przyjadą z Dublina, Mark będzie jak zwykle na Wigilii, objemy się jak świnki, a potem będziemy popijać grzańca i grac w karty. Mam nadzieję, że pogoda pozwoli na spacer w między czasie. A wieczorem, kiedy już wszyscy bedą w łózkach, porobię zdjęcia ksiażek, które przyniósł Mikołaj i zrobię wpis na blogu. Będzie pachnieć, będzie spokojnie i bezpiecznie. To mam przed oczami, kiedy kurwuję lepiąc uszka :-)

czwartek, 16 grudnia 2010

Gonię w piętkę, jak mawiała moja ukochana prabacia Pawłowska. O jej, jak to napisałam, zobaczyłam drukiem, nazwisko znaczy, to się dopiero teraz zorietowałam, że ona się tak samo nazywała, jak moim przyjaciele.

No, ale do rzeczy. Jestem w czarnej d... kochani. Pracuję, kursuję się, różne zlecenia zaliczam (wtorek spędziłam w sądzie jako tłumacz), a dom nie posprzątany, dopiero ruskie ulepione, a jeszcze dzisiaj czeka farsz do tych z kapustą i mięsem (to na pozostałe dni świąteczne) i uszek. Ja się zastrzelę. Do tego dwa kosze prasowania czekją.  Na szczęście zakupy już zrobione, prezenty też już zapłacone, tylko czekam na dostawę, bo część online była zamówiona. Mam nadzieję, że zapowiadane śniegi nie zablokują poczty w staraniach dostarczenia ich do mnie.

A do tego wszystkiego nie mam zupełnie energii. Uszła ze mnie i nie mogę jej jakoś zregenerować. Jak pomyślę o sprzątaniu jutro, to się składam w scyzoryk, taka jestem zmęczona na samą myśl. Zaczęłam czytać Cukiernię pod Amorem i to nie był za dobry pomysł, bo mnie teraz strasznie do tej książki ciagnie, a czasu zero.

Impreza piątkowa była superowa, udało mi się nie strzelić babola z zamówiniem, pewnie dlatego, że jadłam to, co kiedyś już wypróbowałam. No, może drobny zgrzyt przy deserze, mogłam lepiej wybrać, ale nie da się zmienić fatum restauracyjnego tak w jeden dzień, jakiaś obsuwa musi być. Za to grzane wino świetne.

A teraz lecę do uszek, tudzież innych pierogów. Małżon gdzieś wyczytał, że dobrze do ciasta dodać trochę ugotowanych i zmielonych ziemniaków. Wiecie, że to faktycznie poprawia smak i jakość ciasta. Odrobina wystarczy.

A jak tylko będę miała czas, dam wam przepis na barszcz czerwony, taki, przy którym nie ma roboty, sam praktycznie się robi, a jest pyszny. Dostałam go od doświadczonej kucharki i od czasu, kiedy nie mam tu jak robić zakwasu, stosuję. Wszyscy się zapijają, bo przecież nie mozna powiedzieć, że barszczem zajadają. Chyba, że z uszkami.... Na łeb mi się już rzuca, to z tego stresu organizacyjnego. Panny tak mają.

Po edycji, bo zapomniałam dodać - zajrzyjcie na bloga Cukierni pod Amorem TU. Chwalipięta w kącie stała :-)

piątek, 10 grudnia 2010

Wiem, wiem, ledwo stopniał a ja już tęsknię.  Wszystkim dał się we znaki, ale dla nastroju tej nocy to by się przydał.

„Święta już, to przyszedł już na święta czas, kolejny raz spotkamy się, gdy zaświeci pierwsza z gwiazd” tralala -  Krawczyk śpiewa na fula z głośników, a ja równie głośno, wtóruję mu na żywo. A wszystko to podczas szykowania się na Christmas party. Uwielbiam śpiewać, chociaż nie umiem, a dzisiaj jest to tym trudniejsze, ze jednocześnie robię miny do lustra, wywalam język podczas malowania rzęs i pokrzykuję przy regulowaniu brwi. Lubię ten czas. Tutaj zaczyna się dużo wcześniej, już od początku grudnia, w granicach 6/8-go organizuje się parady w miasteczkach połączone z wizytą Mikołaja i zapalaniem dekoracji w mieście. Ulica jest wtedy zamknięta na godzinę , wszyscy śpiewają piosenki świąteczne, dzieciaki szczególnie ożywiają się przy Reniferze czerwononosym, biegają podekscytowane machając świecącymi lizakami, a młodsze, na rękach u swoich rodziców, kręcą się jak szalone i zanoszą śmiechem ilekroć padnie słowo Santa (co w skrócie oznacza Świętego Mikołaja). Wszyscy witają się jowialnie, pytają czy już udekorowałam dom i oczywiście, mrugając porozumiewawczo, czy już kupiłam wszystko. Nie można powiedzieć słowa „prezenty”, bo dzieci mają gumowe uszy i od razu by zrozumiały, o czym mowa. Potem następuje odliczanie – ten, nine, eight, …dwa, jeden Meeeeeeeerry Christmas – cała ulica tonie w światłach.

Rozmarzyłam się, a tu czas goni i trzeba się szykować. Sezon imprez w rozkwicie. Idę dzisiaj z dziewczynami, z którymi pracowałam kiedyś (moja pierwsza praca w Irlandii, w hotelu).  Chociaż juz od kilku lat pracujemy w różnych miejscach, nadal spotykamy się przynajmniej 3 razy w roku, a w grudniu to już obowiązkowo; mamy zarezerwowany stolik w najlepszej restauracji. Idziemy bez partnerów, będziemy się alkoholizować i narzekać na facetów (chociaż żadna z nas nie ma powodu, ale to taka babska tradycja), na końcu poplotkujemy o naszych szefach, trzeba przecież odreagować jakoś stres.

Zmieniam płytę w odtwarzaczu i wszystkie złe myśli gdzieś ulatują, dostałam dzisiaj wiadomość, że przyjaciel moich rodziców, facet, którego znam odkąd zaczęłam rozpoznawać twarze ludzi, umrał. Coraz więcej 'bohaterów' mojego dzieciństwa ubywa.  Muzyka łagodzi strachy egzystencjalne, zawsze tak mam, kiedy Chris Rea śpiewa „Going home for Christmas”, tanecznie mnie to nastraja, podrygując w rytm szukam torebki, kątem oka widzę moją ślicznościową choinkę. Zapach świerka wprawia mnie w euforię, a widok starych bombek i słomianych gwiazd na choince w błogie poczucie ładu.

Lecę, bo muszę jeszcze pomalować paznokcie. Strasznie się cieszę, bo idziemy do Danny Minies,  a tam mają takie pyszne jedzenie, że jest na co czekać, uwierzcie mi na slowo. Tylko, żeby jakiegoś babola nie popełniła przy zamawianiu z karty znowu nie zamówiła.

P.S. Gdyby ktoś miał na zbyciu składanki świateczne z wykonawcami polskimi Święta, święta vol 3 i 4 to ja chętnie odkupię. Mam tylko dwie części i nigdzie nie mogę kupić dwóch pozostałych

19:26, kasia.eire
Link Komentarze (20) »
wtorek, 07 grudnia 2010

Wieczorem

I w dzień

____________________________________________________________

Co roku mam problem z kupowaniem choinki, bo jestem cholernie wymagająca - musi być gęsta, świeża, jędrna i duża. W tym roku na dodatek była zła pogoda, wciąż nam przeszkadzała pojechać po ten ważny na świeta zakup. Czekaliśmy, czekaliśmy, aż zniechęceni prognozami jeszcze większych opadów, w niedzielę zdecydowaliśmy pojechać po nią.  Trzeba nas było wiedzieć, rano w samochodzie cała rodzina, jak Griswaldowie z Witaj Święty Mikołaju. Tylko nam piły łańcuchowej brakowało, ale pogoda wypisz wymaluj z tego filmu (zresztą naszego ulubionego na ten czas). Przez pierwsze pół drogi jechaliśmy po lodzie, a drugie pół, jak mawiała znajoma kucharka Honorata - większe pół, przedzieraliśmy się przez śnieg.

Kiedy już dojechaliśmy, miałam stres, że nie wrócimy, że gdzieś staniemy i będziemy musieli z tej choinki ognisko urzadzić, żeby nie zamarznąć.

No, ale już jest. Stoi sobie w rogu pokoju, przez najbliższy czas będziemy w jej towarzystwie ogladać telewizję, czytać prasę i książki. W tym pokoju jest również kominek, więc atmosfera zimowa jak najbardziej, ale jednocześnie szalenie przytulna. Lubię ten czas, a czytanie przy choince w szczególności.  Dlatego szczególnie podoba mi się tutejsza tradycja stawiania drzewka na początku grudnia, chociaż w Polsce też nie poddawałam się terroryzmowi ubierania choinki w Wigilie i u nas stała już tydzień wcześniej.

Prawie nie kupuję już ozdób, wzruszają nas te, które mamy od początku małżeństwa, które kupowaliśmy dla dzieci. Co roku, kiedy stroimy drzewko słychać tylko - a pamiętasz jak śpiewałaś do tego narciarza drewnianego, a pamiętasz jak...... Nie ma żadnego desajnerskiego ubierania co roku inaczej, w dwa kolory, wszystko na niebiesko lub wszystkiego na złoto. Za to jest kolorowo, eklektycznie i wspomnieniowo.  Wyłamałam się raz, dwa lata temu kupiłam buty łyżwiarskie, takie błyszczące i baletki (bo uwielbiam ten film Balley shoes)

A w pierwszym roku w Irlandii, kiedy choineczka była mała, a ozdoby jeszcze nie przyjechały, w miejscowym sklepie kupiliśmy bałwanka i teraz on nam przypomina jak długą drogę przebyliśmy na nowej ziemi.

 

Dzisiaj ogłosili budżet na przyszły rok, okroili co się dało, podnieśli opłaty tam gdzie sie dało. Ale nie będę o tym myśleć teraz, wzorem Scarlett pomyślę o tym, może nie jutro, ale za miesiąc. W styczniu. Narazie atmosfera świat grzeje moje serce.

sobota, 04 grudnia 2010

I przyszły smutne dni. Nie bezpośrednio dla mnie, ale skoro jestem zwiazana z córką, a przez nią z jeszcze-nie-zięciem, to i nam się udzieliło. Mark stracił ukochaną babcię. Tym straszniejsze, że w sumie nagle. Bardzo dobrze sie trzymała kobieta, jeżdziła po świecie, bardzo aktywna, aż tu po powrocie z wojaży zasłabła, co zrzucili na karb podróży, może lekkiego przeziębienia, zmiany klimatu itp. Szybko okazało się, że to poważniejsza choroba, rodzaj raka, coś zwiazanego z krwią, nie wiem dokładnie, ale nie białaczka. W każdym razie w rok, z osoby super zdrowej, nieubłagalnie przemianiała się w osobę chorą terminalnie, aż wczoraj odeszla na zawsze.

Jeszcze-nie-zięć był bardzo z nią związany, jego mama urodziła go bardzo młodo, na początku wychowywała go głównie babcia, jak to zwykle bywa w takich wypadkach, już zawsze była dla niego bardzo ważna.  Ukrywali przed nim powagę jej stanu, oszukiwali, że ma się lepiej, tym większego szoku doznał, kiedy został wezwany do szpitala. U nas straszna zima, beznadziejne warunki pogodowe, mimo to, wsiedli - on i moja córka, do samochodu i udali się wkilkugodzinną podróż, przyjechali o 15, a babcia zmarła o 17. W ostatniej chwili, aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nie zdążyli?

Michalina była z nim cały czas, jak również wspierała jego rodzinę. Była też przy śmierci babci. Z tego, co mi opowiadała, wywnioskowałam, że wykazala się niezwykłym taktem i empatią.  Biorąc pod uwagę fakt, że to pierwszy raz, kiedy była przy czyjejś śmierci, dla mnie jest to wyjątkowe zachowanie.

Od wczoraj zachodzę w głowę, skąd u niej ta umiejętność? Przecież tego się nie można nauczyć, niełatwo umieć się zachować w obliczu ostatecznego, szczegółnie jeżeli ma się do czynienia z rodziną, która strasznie rozpacza.  Wiem, że kosztowało ją to wiele, bo zaraz po przyjeździe do domu, połozyła się spać ze strasznym bólem głowy.

Dziś rano zarządziła pieczenie ciasta, bo czeka ich teraz dwa dni czuwania, wtedy przewija się przez dom wiele ludzi i stąd te dary dla rodziny w postaci ciasta, gara zupy, kanapek itp. (pisałam o tym TU). Jadę na to czuwanie nieco później (a wake po angielsku), serce mi zamiera na myśl o spotkaniu z rodziną pogrążoną w bólu. A ona jest w tym od początku i daje rade, a przeciez tyle ode mnie młodsza. Zuch dziewczyna, jestem z niej bardzo dumna.

Tagi: Irlandia
17:02, kasia.eire
Link Komentarze (18) »
czwartek, 02 grudnia 2010

 

Jeszcze jestem pod wrażeniem wczorajszego wieczoru. Szkoła średnia, do której chodzi syn, zorganizowała dla mieszkańców show w celu zebrania funduszy na stypendia dla najbardziej zdolnych uczniów, tych wybitnie utalentowanych, którzy z powodu braku pieniędzy musieliby zrezygnować z dalszej edukacji w wymarzonym kierunku.  Nauczyciele wymyślili, że w okresie przedświątecznym miło nam będzie się zebrać, zabawić, a przy okazji pieniędzmi za bilety i kupony do głosowania, wesprzeć ten szczytny cel.  A ponieważ wiedzą, że jest ciężko i każdy grosz się liczy, stwierdzili, że to musi być coś wyjątkowego, dowodzącego, że ich zaangażowanie jest wielkie.  Stanęło na Tańcu z gwiazdami (Strictly Come Dancing), który jest tu równie popularny jak w Polsce.  Inaczej jak w tym programie, w parze tańczyli sami nieprofesjonaliści, nauczyciele oraz dwóch uczniów.  Jeden z nich należy to tych wyjątkowo utalentowanych, o których mówił dyrektor, ale to samouk.

Przez ponad 10 tygodni ćwiczyli pod okiem prawdziwej trenerki tańca towarzyskiego.  Dyrektor szkoły z panią od angielskiego, wicedyrektorka z nauczycielem wood work,  geografka z jednym z uczniów, specjalistka od dzieci niepełnosprawnych z drugim uczniem, facet od nauk przyrodniczych (science) zatańczył z nauczycielką od artu, dzierżawca kantyny szkolnej (jednocześnie prowadzący popularną w mieście lanczówkę – kucharz) zatańczył z nauczycielką irlandzkiego, był jeszcze trener piłki w parze z asystentką dzieci niepełnosprawnych, a nauczycielka od nauk społecznych tańczyła w parze z nauczycielem od angielskiego (podobno gejem, niby wszyscy to wiedzą, a i tak w szkole jest bardzo popularny i nie ma żadnych problemów z akceptacją, zarówno grona pedagogicznego jak i uczniów, co mnie nieustannie zachwyca).

Bilety rozeszły się w kilka dni, chociaż nie były tanie.  Nadszedł ten wyczekiwany wieczór.  Weszliśmy na salę i szok, wszystko przygotowane bardzo profesjonalnie, po środku wielka scena, pięknie oświetlona, super parkiet do tańczenia. Naokoło rzędy krzeseł numerowanych, w tyle bar z alkoholem i zimnymi napojami.  W tle muzyka taneczna, wiadomo Michael Buble i jego Sway - Shall we Dance, Dean Martin, jakieś kawałki latynoskie, wszystko to idealnie wprowadziło nas w klimat widowiska.

Zgasły światła i zaczęła się prezentacja par. Szczęka mi opadła, wszyscy uczestnicy byli ubrani w bajeczne stroje do tańca, fantastyczne fryzury, piękne makijaże, żadnej fuszery.  Każda para miała do zatańczenia czaczę i swing jifa, a także wspólnego walca angielskiego.  Ale to nie koniec niespodzianek, bo po prezentacji zatańczyli też układ na otwarcie.  I nic to, że się mylili, że im się nogi plątały, pierwsze koty za płoty.

Kolejne trzy godziny były magiczne. Ręce miałam złożone do klaskania przez cały czas.  Wyglądałam jakbym się modliła. Tancerze kolejno wychodzili na parkiet, a ja w emocjach unosiłam się pięć centymetrów nad ziemią.  I to nie chodzi o to, że oni mnie zabawiali, ale o wzruszenie innego rodzaju.  Po pierwsze wiem, ze kosztowało ich to wiele pracy, a to dla dorosłych ludzi, dzieciatych, dojeżdżających niejednokrotnie godzinę do pracy, wielkie poświęcenie. Po drugie zadawałam sobie cały czas pytanie, czy oni się nie bali, że na własne życzenie zejdą z piedestału nauczyciela, że stracą szacunek, że uczniowie będą się z nich śmiać?  Nie oszukujmy się, anglistka fruwająca nad głową dyrektora z gaciami na wierzchu to chyba nie jest przykład dystyngowanej belferki. Poza tym jedni tańczyli świetnie, ale inni, jak na przykład ceniony trener futbolu gaelickiego czy nauczyciel science nie mieli za grosz wyczucia rytmu i niestety to było widać, partnerki brykały w takt, a oni pomiędzy, jakoś tak synkopowo się poruszali. Wyglądało to komicznie.  Albo dyrektorka, nie dość, że nie pierwszej młodości, chociaż wielkiej urody, to raczej z tych większych niż mniejszych; tańczyła raz lepiej, raz gorzej, ale bawiła się świetnie i to się młodzieży bardzo podobało.

Myślę, że dobrze wszystkim zrobiło to wyrównanie poziomów – nauczyciele cieszyli się jak dzieci, a młodzież z niezwykłą dojrzałością i aplauzem przyjęła ich występy. Jedni zeszli jeden stopień niżej, drudzy weszli wyżej, spotkali się w pół drogi, a przy okazji coś fajnego dla nas z tego wyniknęło. A to dopiero początek sezonu przedświątecznego, czym mnie jeszcze moje miasteczko zaskoczy? Oprócz zimy oczywiście.

Oto kilka zdjęć ze strony internetowej sprzedającej jej chętnym, dlatego jest ten napis w poprzek każdego

to jest nauczyciel od science i nauczycielka od artu

Ci, to dyrektor i nauczycielka od angielskiego

A ta para wygrała. To jeden z uczniów z asystentką od dzieci niepełnosprawnych.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony jmac.ie, a robił je John Mc Conell.

Tagi: Irlandia
16:39, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (14) »
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!