Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
niedziela, 28 listopada 2010

Zdjęcia znowu pstrykane pod wieczór i do tego bez lampy błyskowej, specjalnie, bo z lampą gubą koloryt

To jest droga z mojego domu do miasta, musimy zejść w dół i już jedna z głownych ulic.

Dziedziniec szkoły Wojtka (secondary school) Próbowałam uchwycić psa, ale on jest jednak za szybki :-)

==========================================================

Cały dzień sypało śniegiem, dopiero pod wieczór mogłam wyjść i trochę popstrykać. Jest tak pięknie, jeszcze nigdy tyle śniegu tu nie było. Ja w każdym razie nie pamiętam, a i sąsiadka mówiła, że też nie. A ona tu urodzona.

Franek był z nami na tym spacerze, w pewnym momencie łapy mu zmarzły i musiałam go nieść, ale tylko chwilę, bo jak mu tylko lód odtajał i mu rękami podgrzałam biedne poduszeczki na spodzie, to się znowu rozbrykał.

Pięknie jest. Pod stopami skrzypi śnieg, mróz delikatnie szczypie w nos. Ciiiiisza i wszechobecna biel.

Paradę świąteczną odwołali, a tak się małżon wczoraj strał i po ciemku z synem po ogrodzie biegał, żeby lamki pouwieszać na naszych choinkach - światełka w mieście, to i u nas wszystko musiało być gotowe. Tam nie zapalili, ale u nas ogród rozświetlony. Ach, jak ja uwielbiam ten czas.

Jutro Wojtek nie idzie do szkoły, właśnie podali.  Zimą dzieci się cieszą :-)

A ja zimą słucham starych piosenek, ostatnio w nowych wykonaniach Roda Stewarda, Westlife i Michaela Buble. Ta przyczepiła się do mnie w szczególności, podobała mi się już w wykonaniu Deana Martina, ale Buble łaczy to, co najfajniejsze ze starego, z nowym. Taka muzyka, dla mnie, tylko zimą.  Chodzę po śniegu i podśpiewuję - Swaaaay with me, sway with me....

On to jednak robi lepiej

sobota, 27 listopada 2010

Hurra. Pierwszy śnieg. Czuję się, jakbym znowu była dzieckiem :-) Siedzę i gęba mi się śmieje od rana. Wiem, że nie powinnam, że to nam zycie utrudnia, że musiałam zrezygnować z wyjścia na kręgle z ludźmi z platformy interkuluturowej, że Wojtkowi przepadły urodziny kolegi (miał jechać na paintball) i dzisiejszy koncert (założył z kolegami band i to miał być ich pierwszy występ), że może się okazać, że jutrzejsza parada zostanie odwołana (tego akurat bym nie chciała), ale nic na to nie poradzę - CIESZĘ SIĘ! Co się nie odwlecze, to nie uciecze, Wojtek na pewno jeszcze zagra, ja na pewno wyjdę jeszcze na kręgle, a widok za oknem rekompensuje mi wszystko. Zaduma przychodzi tylko wtedy, kiedy myślę o ludziach, którym może jest zimno, może nie mają chleba w domu i boją się wyjść na tą ślizgawicę, może są bezdomni i dla nich to ciężki czas, ale co poradzę, że się CIESZĘ.

A na ogniu wesoło pyrczą bitki wołowe. Dzisiaj z braku oleju czy oliwy bezsamkowej, musiałam użyć trochę tej z oregano i trochę o smaku chilli i wiecie co - wyszły wyśmienite. Tajemnica mojego sosu, który powstaje naturalnie, bo tylko odrobiną mąki podpruszam bitki, kiedy je obsmażam, to jabłka posypane majerankiem, uprzednio pokrojone w cienkie plasterki i dodane do mięsa, które w głębokim naczyniu już spoczywa na podduszonej cebulce. Oprócz tego kilka grzybków zebranych przez szwagierkę Jankę przeważnie (tylko prawdziwki), w tym roku przez męża, bo pojechał do Polski w sezonie grzybowym.  A w połowie duszenia dodaję piętki chleba na zakwasie.  Ostatnim czynnikiem ważnym, oprócz mięsa oczywiście, jest czas. Musi pyrgać na małym ogniu długo. Ależ pachnie! Zaraz wstawię kaszę gryczaną. Buraczki mamy w słoikach już od miesiąca, będą jak znalazł.

A w telewizji zaczęły się reklamy świąteczne, kawy, czekolady itp. Może to paszteciarstwo, ale je uwielbiam i ta muzyczka, taka sama od lat, przywodzi pamięć świąt spędzanych jeszcze w Polsce, w ciąży, w mieszkaniu na Wyki i w tym na Poznańskiej ... Ozdoby mam nadal te same, co wtedy, bo przyjechały do mnie z Polski, kiedy kupiliśmy tu dom. Już niedługo będziemy ubierać choinkę, bo tu robi się to wcześniej, na początku grudnia.  Już nie mogę się doczekać.

I proszę mi się nie śmiać z tego zdjęcia na samej górze, wcale nie jest tak łatwo uchwycić płatki w locie idiot kamerą :-) do tego o zmierzchu. Biegałam wokół domu, aż sąsiad mnie spytał, czy wszystko w porządku, a ja próbowałam zdążyć przed zmrokiem

piątek, 26 listopada 2010

Wczoraj miałam kolejną lekcję digital photography, czyli robienia zdjęć idiot kamerą, bo innej nie posiadam. Każdy uczy się na swoich, więc ci co mają sprzęciory za 300 euro wzwyż powinni teoretycznie robić lepsze zdjęcia.

Na wczorajszej lekcji pokazywaliśmy nasz produkcje. Nie miałam czasu zrobić nowych, więc ściągnęłam na kija kilka fotek zrobionych na plaży i w ogrodzie. Siedziałam cichutko, bo trochę się bałam je pokazywać. Wszyscy już mieli swoje prezentacje i tylko ja zostałam na placu boju. Podałam nauczycielowi pendrive, on zapodał zdjęcia na 'ścianę' i wszyscy zaczęłi się zachwycać, włącznie z nim - kompozycją i wyczuciem artystycznym. Ten facet to w ogóle nie mógł przestać piać, powiedział mi, że on ma aparat za 500 euro i w życiu takich zdjęc nie zrobił, że mam wrodzony talent. Aż się zdziwiłam i szybko zaczęłam sprawdzać, czy to przypadkiem nie Michaliny zdjęcia, ale nie, okazało się, że moje. Nadal nie moge wyjść ze zdumienia, bo prawda jest taka, że ja umiem tylko naciskać przycisk auto i robić tak zdjęcia, a kompozycja, czyli to, co znajduje się w obiektywie jest u mnie intuicyjna, nie poparta żadnymi wykładami na ten temat

Resztę wieczoru mieliśmy lekcję jak robić zdjęcia w nocy, biegajacych dzieci itp, a na koniec praca domowa. I wszyscy zakrzyknęli, że chcą zobaczyc moje fotki (każdego wieczoru będą wybrane 3 osoby do zaprezentowania pracy domowej i ja idę na pierwszy ogień).  I tu leży pies pogrzebany, bo jak oni mnie tak chwalili, moim zdaniem na wyrost, ten facet się chyba nie zna za bardzo, a poza tym dostaliśmy milion instrukcji jak zrobić lepiej, to ja już teraz w ogóle mam niemoc i nie wiem, jak te zdjęcia zrobic. I stres wielki, że dam ciała, żeby nie powiedzieć o jednej części tegoż w szczególności.

Nie pokażę wam teraz żadnego mojego zdjęcia, bo się wstydzę, ale za to wklejam mojej córki piękną fotkę naszego psa Frania.

W niedzielę mamy paradę świąteczną w mieście, zapalanie uroczyste światełek bożonarodzeniowych na choince ustawionej w centrum i do kogo przyszli z prośbą o zrobienie zdjęć? Do mnie. Chyba oszaleli. Nikt mi nie wierzy, że ja zdjęć robić nie umiem!!!

Tagi: Irlandia
18:11, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (31) »
środa, 24 listopada 2010

Mieszkam w małym miasteczku, jedna głowna ulica, trzy wylotowe trasy, kilka ulic prostopadłych do głównej (kilka to znaczy 3), w samym mieście może z 1000 mieszkańców, ale tutaj moda do nie jest mieszkanie w mieście, a naokoło. Pełno jest domów gdzieś tam w polu, na wzgórzu, w dolinie. Ludzie w Donegalu lubią mieszkać dziko, na łonie przyrody, a nie w centurm, gdzie puby i hałas. Ja mieszkam na wzgórzu, skręcam z jednej z kluczowych ulic miasta, jadę chwilę pod górę i znajduję się nagle na wsi. Lubię to. Tylko kilka domów, mili sąsiedzi, piesy, koty, sielanka.

Od jakiegoś czasu miasto zaczęło się rozrastać, przybyły nam dwa ogromne sklepy - Lidl i Aldi, do tego mamy dwa inne markety, pomniejsze sklepiki, no i wiadomo, mnóstwo lanczówek, punktów usługowych jak fryzjerzy itp. oraz biura. Raz w tygodniu odbywa się wyjazdowa sesja sądu okręgowego, jest też szpital dla starszych ludzi, a obok ośrodek zdrowia z lekarzami dla wszystkich.

A od zeszłego tygodnia przybyło w mieście rondo.

Robili drogę, myślałam, że łatają dziury, a oni tak cichaczem rondo nam postawili. A do tego żadnych znaków o zmianie ruchu, a po co, będą dwa 'dzwony' to się ludzie nauczyą, haha.

Jadę sobie z miasta do domu, wiadomo, na pamięc, bo w takim mieście to jakby się w domu z kuchni do salonu szło, nawet po ciemku każdy w swoim, znanym otoczeniu, przecież trafi. Jadę prosto, ulica z pierwszeństwem, więc w ogóle już się nie muszę o nic martwić, byle dojechać. I nagle patrzę, a przed nosem wyrasta mi bok wielkiego jeppa skręcającego do szpitala, czyli wymuszającego pierwszeństwo. No nie, może mieszkam na wsi, ale takich numerów to tu jednak nie robią, nie tak na bezczela, przecież mnie widział. Krzyczę, trochę ze strachu, trochę z oburzenia, bo naprawdę myślałam, że w niego przydzwonię. Udało się, on przyśpieszył, ja zwolniłam i jakoś uniknęliśmy kolizji. Przejechałam przez skrzyżowanie, ale jakoś tak dziwnie mi się samochód przechylił. Więc zatrzymuję i oglądam, co za cholera. Patrzę za siebie, czy przypadkiem nie zgubiłam czegoś, i co widzę - przez noc nam rondo wyrosło. Nic dziwnego, że mi ten jeeb drogę zajechał, miał pierwszeństwo.

I tak to nasze miasteczko awansowało, bo obecność ronda w tym kraju kojarzy się z MIASTEM.

Ta jest jak tylko zobczysz na trasę spacerową

 

Ludzie w Donegalu najbardziej lubią mieszkać tak.

Tagi: Irlandia
12:19, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (24) »
niedziela, 21 listopada 2010

WIĘCEJ CUKRU!!! - zakrzyknęłam zupełnie jak 'papież' z Testosteronu, kiedy wróciłam z powrotem do sali.

A było to tak - niedziela, dyżur w bibliotece polskiej, jak co tydzień. Piękna pogoda, humor mi dopisuje, byla ze mną dzisiaj Michalina, tym bardziej byłam zadowolona. Poza tym, mówiłam już nie raz, praca w bibliotece, chociaż za darmo, nic a nic mnie nie męczy i niedziel mi nie szkoda, bo ksiażki to moja pasja, a ta biblioteka to moje (prawie, ale o tym też już pisałam wcześniej) dziecko. Ewa, która to zaczęła, do której dołączyłam, wyjechała rok temu, po pół roku działalności i teraz ja na placu boju zostałam sama. Piszę, bo to wszystko wyjaśni moje późniejsze oburzenie.

No więc kupuję, żebrzę, wygrywam w konkursach, podgaduję i dostaję w darach od ludzi - wszystkie chwyty dozwolone, żeby tylko poszerzyć księgozbiór. Czasem pisarze, czy wydawnictwa same proponują egzemplarze dla nas, ale czasem trzeba pisać maile, docierać różnymi kanałami, dzwonić, zeby jak najtaniej kupić, albo uprosić gratisy.  Nie żal mi ani czasu, ani mi nie wstyd, bo to przecież nie dla siebie, a dla biblioteki, ktora rośnie, pęcznieje, staje się coraz bardziej bogata i kolorowa. Nie chwaląc się - jam to sprawiła. No dobra, trochę się chwalę, ale to dlatego, że chcę 'udokumentować' (jak w magazynie 'Uwaga'), w czym rzecz.

Dzisiaj w szkole zatrzymala mnie jedna z nauczycielek i zagaja - a co gdyby ten księgozbiór udostępnić ludziom przez cały tydzień, nie tylko w niedzielę, gdyby był w jakims miejscu publicznym obslugiwany przez kogoś więcej dni niz tylko jeden? Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że cały czas prowadzę takie rozmowy, jakby dostać dofinansowanie i może etat, czy pół, żeby to prowadzić dla szerszego grona, w większym niż tylko niedzielnym zakresie, ale jak narazie jestem w punkcie wyjścia, chociaż miałam kilka obiecujacych rozmów. Na to ta pani, że no tak, to może potrwać rok lub dwa, a tu można działać od razu. Ja myślałam, że to jakiś pomysł na bibliotekę i mnie wraz z nią. Ależ jestem naiwna - pomysł był taki, że ta pani, tak zrozumiałam, gdzieś ten księgozbiór wyprowadzi ze szkoły niedzielnej, ona (ONA!) przejmie jego 'obsługę', a ja będę zawsze mile widziana. Ktoś tam poprowadzi kafejkę kulutralną, a 'moje' książki będą robiły za atrakcję. A ja? A ja tam będę zawsze mile widziana.

No myślałam, że mnie szlag trafi na miejscu. Takiej bezczelności się nie spodziewałam. Tyle czasu i wysiłku poświęcam tej bibliotece, nigdy nie miałam żadnej pomocy, oprócz wtachania dwóch kartonów do sali, ani w katalogowaniu, ani w zdobywaniu książek, a teraz, kiedy wszystko się tak pięknie rozwinęło (mamy ponad 800 pozycji, a zaczynaliśmy od kilku kartonów staroci), kiedy mamy nowości i wciąż dochodzą kolejne - ta kobieta ma czelność proponować przekazanie pałeczki jej, a ja będę zawsze mile widzianym gościem? Wieczorkiem na godzinkę, przed zamknięciem moge wpaść?

Luuuudzie więcej cukru!!!! Idę sobie budyń wtranżolić, małżon ugotwał, zeby mnie trochę spacyfikować.

Tagi: Irladnia
20:00, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (38) »
czwartek, 18 listopada 2010

Drugi dzień kursu. Powtórzylismy pobieżnie, czego się nauczyliśmy, zdaliśmy sobie sprawę, że nic nie pamiętamy, chociaż kiedy to się czyta, wszystko jest jasne i logiczne, ale powtórzyć nie zapominając jednego czy dwóch punktów - już nie tak gładko.

Dzisiaj przyjechał inny instruktor. I znowu - bandażowanie i ćwiczenie manewru Heimlicha. Zeby go prawidłowo wykonać i krzywdy nie zrobić, trzeba znaleźć koniec żeber (okolice przepony) i tam dopiero założyć ucisk z rąk i  spróbować wymuszone wydalenie obcego obiektu. No, ale facet był delikatnie mówiąc duży w pasie. Jak go zaczęłam gnieść i tych zeber szukać to się ze śmiechu zwijał i tyle mieliśmy z nauki. Ale się opanował i pokazał jak szybko wymacać.

Powtórka z CPR, czyli resuscytacja. Mówię wam, tego nigdy za wiele, bo wydaje ci się, że wiesz, ale w panice, w nerwach, trzeba polegać na odruchach i dobrze wyuczonych czynnosciach, nie ma czasu na przegladanie notatek czy na spoczęcie na ławce i przypominania sobie kolejno czynności.

Obejrzyjcie ten film, daje jasne instrukcje, a na koniec, dla rozluźnienia, sonda uliczna na temat pierwszej pomocy. Smieszna :-)

Zrobiło się poważnie. Ale co zrobić, kiedy to poważna sprawa.
Muszę się pouczyć, bo jutro znowu zajęcia, a po południu egzamin, dla mnie tym trudniejszy, że po angielsku. A dziś wieczorem pierwsze zajęcia z fotografii cyfrowej. Już nie moge się doczekać. Chociaż zmeczona jestem tym kursowaniem się. Tak jakoś wszystkie naraz się zebrały. Przypadek.
Cieszę się na weekend, przyjeżdz córka. Trzy tygodnie jej nie widziałam, i kolejne trzy nie zobaczę, aż do świąt, więc się musimy nacieszyć sobą.

środa, 17 listopada 2010

Słyszałam, ze w Polsce od niedawna nie można palić w miejscach publicznych. Nareszcie. W Irlandii już od lat jest ten zakaz i chociaż były protesty i głosy, że to nie przejdzie, przeszło i się umocniło. Wreszcie przestały mi oczy w pubie łzawić i ciuchy śmierdzieć. Przedtem było dla mnie nimożliwością wytrzymać w tym smrodzie, byłam zaszczuta przez palaczy, którzy mi dmuchali prosto w nos i mieli za nic fakt, że się duszę. Teraz oni mają wydzielone miejsca, pięknie urządzone wiaty, odzielne domki obok restauracji, palą sobie tam i nikomu nie jest z tego powodu źle.

Kiedyś też paliłam, nie wyobrażałam sobie kawy bez papierosa. I nic sobie nie robiłam z tego, że za mną siedziała osoba, która tego nie lubi, bo miałam prawo palić i z niego korzystałam. To samo w pociągu i innych miejscach. Wiem jak to jest, palacz po prostu nie rozlgąda się i nie ustala, czy może zapalić, czy nie. Po prostu siega po papierosa i go zapala. Poszliśmy kiedyś z przyjacielem Markiem na kawę w mieście. Już zamówiliśmy, rozmawiamy zadowoleni, że na siebie wpadliśmy na ulicy i nagle nasze oczy spoczęły na tabliczce - Dla niepalących. Rwaliśmy stamtąd, aż się kurzyło. Pół godziny szukaliśmy równie fajnego miejsca, żeby spocząć i oczywiście zapalić przy dobrej kawie.

Rzuciłam kilkanaście lat temu. Przeszkadza mi dym, a najbardziej smród jaki osiada na ubraniach, włosach, wszędzie. Ktoś pali, a ja czuję się jakbym była brudna i zapyziała. To jest okropne. Poza tym naprawdę łzawią mi oczy, nic na to nie poradzę.

To tyle w kwestii palenia. A dzisiaj mam za sobą pierwszy dzień kursu pierwszej pomocy. Bandażowanie, resuscytacja, postępowanie przy zakrztuszeniach jedzeniem (obcymi przedmiotami), wypadki, nieprzytomni, złamania itp. Pierwszy dzień dużo teorii, trochę tylko ćwiczeń praktycznych, ale co sobie instruktora pomacałam, to moje :-)

A tak na poważnie - od kilku lat mam takie dziwne poczucie, że powinnam umieć to wszystko, bo kiedyś mi się to przyda. Nie wiem skad to, ale tak mam. Powoli ta myśl zaczęła się przeradzać w natręctwo i strach, że nie wiem, co i jak się robi, a w każdej chwili może to byc potrzebne i człowiek na moich oczach umrze, bo ja nie wiem, jak postępować w przypadkach nagłych.

Po trzech dniach mamy egzamin, test pisemny z teorii i praktyczny. Uczy nas ratownik medyczny, ma manekiny, wszelkie sprzęty, nawet defiblilator będziemy używać ( u nas w mieście są dwa w miejscach ogólnodostępnych, jeżeli potrzebny idziesz, zbijasz szybkę i używasz, ale jak to się robi, niewielu wie).

Trzy pełne dni, po 7 godzin każdy, intensywnie - notatki, ćwiczenia, notatki, ćwiczenia. Czy to wystarczy? Nie wiem, ale kto wie, może kiedyś, oby nigdy, mi się to przyda. I obym zachowała wtedy zimną krew.

niedziela, 14 listopada 2010

Nie ma to jak Irlandzkie drogi.  Masakra, wąskie, kręte, szczególnie w Donegalu. Dzisiaj jechałam do Letterkenny na mój dyżur w bibliotece, piękne słońce, pogoda jak drut, lecę nie jadę. Aż do mniej więcej jednej trzeciej odległości, gdzie nadziewam się na ciężarówkę. Wiem, znam tę drogę od lat, że nie będę miała jej jak wyprzedzić, chyba, że ryzykując życie. No, więc wleczemy się wespół zespół, on wolno, ja za nim jeszcze wolniej, bo chybocze się jakoś dziwnie i nie chcę być za blisko, gdyby miał się wywalić.

To się często tutaj zdarza, prawdziwa szkoła cierpliwości, gdzie treningi odbywają się dość często. Jak nie traktor, to owce, ciężarówka albo osiemdziesięciolatek, który pędzi z zawrotną szybkością 30 mil na godzinę. Zwariować można. Już teraz wiecie, dlaczego mam tyle czasu na słuchanie audiobooków.

Jedną z moich ulubionych cech Irlandczyków, przynajmniej tych z Donegalu i północnych hrabstw Republiki, jest uprzejmość. Nikt na siebie nie trąbi, nie pogania, każdy ma prawo jechać tak, jak mu zdrowie, koncentracja, umiejętności pozwalają, byle by niebezpieczeństwa na drodze nies stwarzał.  Nie ma transportu publicznego, tak więc staruszki muszą też jeźdźić samochodami, bo jak inaczej? Uprzejmość jest w sklepach, urzędach, wszędzie. Miło.
Polacy musieli się jej nauczyć, nadal wielu ma z tym problem, bo jednak w naszej naturze jest wszystkich pouczać, nakazywać, lepić do naszego wydzimisię.

Pewnego dnia pojechałam do miasta odebrać chińsczyznę na wynos. Nie mogłam znaleźć wolnego miejsca parkingowego, ale spoko, cieprliwie krążyłam mając nadzieję, ze coś się zwolni. I faktycznie, zaraz wyjechał facet i wcisnęłam się na jego miejsce. Po chwili samochód przede mną też odjechał, a na jego miejsce próbował się wpasować inny, ale większy, więc miał problem.  Widzę, że się męczy, więc zapalam znowu silnik i cofam swój, żeby tamten mógł zaparkować. Cofam, cofam, wreszcie oboje zaparkowaliśmy i zadowoleni wyszliśmy z samochodu. On pomachał, podzękował, ukłonił się dwornie i tyle go widziałam. Ja uhahana odmachnęłam, odwracam się, żeby odejść, rzucam okiem jescze raz na samochód i co widzę???!!! Mój pojazd zaparkowany jest na miejscu dla niepełnosprawnych. U nas strasznie za to ganiają, a Garda station czyli posterunek policji jest na szczycie tej ulicy, nie upiekłoby mi się. Nie, znając moje szczęście. No, więc chciał nie chciał, z kurwami na ustach, wsiadam i  szukam znowu miejsca. Mówi sie, ze dobrymi uczynkami piekło jest wybrukowane, nie wiem, czy piekło, ale aleja naiwnych na pewno. Przynajmniej w tym wypadku.

O dziwo złość mi szybko przeszła, za to uśmiałam się setnie i nawet do córki zadzwoniłam, żeby jej natychmiast o tej sytuacji opowiedzieć.

A swoją drogą u nas Chińczyk robi takie dobre kawałeczku kurczaka oblepione ciastem, ale takim jakby z mąki innej (kukurydziana), w chilli i czosnku (garlic and chilli shereded chicken). Czy ktoś przypadkiem wie, jak sie to robi? Z torbami pójdę jak będę tak wciąż tam kupować. Uzależniłam się.

Tagi: Irlandia
13:39, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (28) »
piątek, 12 listopada 2010

Syn kupił nową grę, to już wiecie. Chciał zagrać jeszcze w nocy, bo przecież ma kumpli w Stanach, ale małżon zgłosił veto i poszedł spać. Zaraz po szkole rzucił się do komputera i tu niespodzianka - nie pograsz sobie młodzieńcze. Nie może się zalogować na serwerze. Zaczęło się mozolne dochodzenie, jak to się stało, co można zrobić, zeby to naprawić? No i sto milionow telefonów w tej sprawie - technical support serwera gry, technical support bradbandu itp. Dziecko wzięło się za to metodycznie, muszę przyznac - podziwiam go, bo nie tracił cierpliwości, nie tracił nadziei, cały czas drążył temat.

Jezeli chodzi o te techniczne serwisy telefoniczne, to jest masakra. Tam pracuje tyle ludzi, że nie ma możliwości, żeby w kilku kolejnych rozmowach telefonicznych ciągnąć tę sam temat, tylko trzeba powtarzać wciąż swoją historię, nabudowując ją w miarę kolejnych prób telefonicznych. Wszystko było, wchodzenie w menu, wpisywanie jakichś tam numerów, sprawdzanie IP adresów itd, skończyło się na tym, że poradzono nam zakupienie static IP Address (nie pytajcie mnie o co chodzi) lub nowego routera, czyli tej czarnej skrzyneczki, ktora jest odpowiedzialna za sygnał internetowy. Super. Znowu wydatki. Ale co, powiem nie? Nie mogłam mu tego zrobić. Ustaliliśmy kupić nowy router.

Dzwonimy dzisiaj do biura sprzedaży zamówić ustrojstwo. Pytam pani, jakie mają typy, żeby znowu nie było skuchy. Pani mówi, że nie wie i przełącza mnie do technical support. I znowu - opowiedz nam swoją historię. Po kilkunastu minutach bogatsi o kilka kartek zapisków i instrukcji, dzwonimy z powrotem do biura sprzedaży. Pani mówi, że takiego, jaki mamy na kartce, oni nie sprzedają. Ha. Nie tego się spodziwaliśmy. Rada - dzwońcie z powrotem na tech. support.

Opowiedz nam swoją historię - oczywiście jest już zupełnie inny pan. Ćwiczenia z cierpliwości cholera. Ale w tym kraju nikt się nie denerwuje, więc i my spokojnie od nowa opowiadamy. Pan wysłuchał i mówi, że tak możemy kupić, bla bla bla, ale według jego doświadczenia, to najcześciej idzie o ustawienia firewall na routerze, podaje numer IP tegoż, weszliśmy, zmieniliśmy status firewall na LOW. Pan mówi, że powinno działać. Wojtek poszedł na górę i co? DZIAŁA!!! Ten facet zaoszczędził nam 50 euro na wymianę dobrej skrzynki na dobrą skrzynkę.

Morał taki, że trzeba drążyć sprawę, jeżeli wam mówią - nie da rady, niemożlwie, kup drugie - pytaj, dzwon, zagaduj, opowiadaj o rodzinie i o psie, o matce staruszce itp, jak się ktoś wzruszy (ja opowiadałam o biednym małym chłopcu, że 2 metry to szczegół, który nie może grać w grę, o której marzył od kilku miesięcy) to może pomoże.

Nam się udało. Teraz ja idę sprzątać, a Wojtek już siedzi zamknięty w pokoju. Pewnie gra.

A mial mi pomóc odkurzać, ale obietnica byla złożona, kiedy jeszcze nie wiedział, ze będzie mógl grać hihi.

Wiecie co, cud, właśnie słyszę, jak krzyczy, że zaraz zejdzie mi pomóc, tylko chwali się kolegom, że będzie mógł grać wieczorem. Jeszcze jeden dowód na to, ze nigdy nie można tracić nadziei :-)

Tagi: gry Irlandia
16:35, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (10) »
czwartek, 11 listopada 2010

No i stało się, nie dałam rady, nie wytrzymałam i się trochę pożaliłam na moją panią babcię w moherze, z którą mi przyszło pracować. Teraz jest wielkie zamieszanie, bo potrakowano to niezwykle poważnie i próbują dojść jak zmienić system pracy, żeby takie sytuacje się nie powtarzały. Wszyscy mówią, że to mobbing, bulling i Bóg wie co jeszcze. Jak zwał, tak zwał, baba była nie do wytrzymania, a ja z jej powodu też. Zobaczymy, co się zmieni?

Dla Wojcieszka 'nadejszła wiekopomna chwila' - wreszcie wyszła kolejna część jego ulubionej gry Call of Duty. Czekal na nią kilka miesięcy. W niedzielę dwa tygodnie temu pojechaliśmy zrobić rezerwację gry do sklepu, kiedy czekaliśmy na wydrukowanie paragonu za depozyt, pan od niechcenia rzucił informację, że gra będzie sprzedawana już od północy z poniedziałku na wtorek. Zażartowaliśmy, że aż tak, to zwariowani nie jesteśmy, żeby w nocy z naszego miasteczka, przez góry do 'gminy' grzać po grę. Nie jesteśmy??? Opowiedzieliśmy małżonowi o tym, co powiedział pan, a on na to, że w takim razie, to chyba pojedziemy w nocy? Jakże to, zeby Wojtek przegapił taką premierę? Pewnie będą jakieś niespodzianki, gratisy itp. Poza tym atmosfera jedyna i niepowtarzalna, bo zbiorą się same takie świry, jak on.

Syn się zapalił do pomysłu, mnie pozostało przyklasnąć, bo sama nie wiem, czy jak by była premiera jakiejś super ksiażki, na którą czekam (jak na przykład druga część opowieści o komisarzu Nemhauserze, o tym TU), czy bym nawet i piechotą nie pruła przez lasy i góry.

Jak planowali, tak zrobili, zapakowaliśmy się o 23-ciej do samochodu i heja po grę. Miałam plan, żeby się irlandzkiego uczyć podczas jazdy, ale mi latarka wysiadla i plan upadł. I dobrze. Pogadaliśmy sobie trochę, nie ma to jak rozmowy w ciemności z dorastajacym synem.

Strasznie się cieszę, ża tam byliśmy. Pogoda dopisała, syn pognał w kolejkę do sklepu, atomosfera była gorąca, oni wszyscy się tak cieszyli, aż mi się ich ekscytacja udzieliła.Fajnie jest spełniać marzenia, nawet jeżeli one nie są nasze, a może szczególnie wtedy, kiedy są czyjeś?

Tagi: gry Irlandia
00:27, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (16) »
sobota, 06 listopada 2010

Werbalna komunikacja między ludźmi straciła na znaczeniu, dewaluacja całkowita. Słowa, które ludzie wypowiadają często nie mają żadnego znaczenia, są jak massa tabulette - musi być, ale niczym nie skutkuje, wypełnia za to przestrzeń jak wata, rozpełza się i przywiera do człowieka, jest kłopotliwa, czepia się myśli, chociaż niz z tego nie wynika.

Czasem słowa mają znaczenie, ale za to żadnej wartości. Wtedy jest jeszcze gorzej. Rozmowa wydaje się rzeczowa, osoba A mówi do osoby B, ta upewnia się, czy dobrze zrozumiała, a potem okazuje się, że owszem, może i dobrze, ale te teści nie mają żadnego pokrycia w czynach. To moze dotyczyć rzeczy ważkich, ale też i głupot. W każdym przypadku jest to denerwujące. Zdarza się to ostatnio tak często, że zaczynam myśleć, że sami ludzie nie traktują swoich wypowiedzi z należytą atencją, od razu uznają je za niewarte uwagi i pamięci. Jakby mówili od razu wiedząc, że to tylko słowa, a one nie mają ciała, ich nie widać, zawsze można się wyprzeć, powiedzieć
- och, ja tak o wszystkim zapominam, jestem z tego znana, wybacz - a za tym 'wybacz' kryje się, zapomnijmy o temacie
- tyle miałem na głowie, ale co, sprawa się wyjaśniła, nie potrzebujesz już mojej pomocy? - w domyśle, przeczekałem temat
- miałem do ciebie zadzwonić, ależ nie, umówiliśmy się, że ty do mnie dryndniesz, kiedy będziesz już gotowa - a w myśli - idę w zaparte


Obserwuję to zjawisko i mnie mdli. Bo kiedyś słowa miały znaczenie, obietnica miała wagę, przekładała się na konkretne działania, a w dzisiejszych czasach piękne, okrągłe zdanka przypominają chińskie podróby Sony. Wyglądają jak prawdziwe, błyszczą się i wiele obiecują, ale nie doczekają końca gwarancji.

A co się dzieje, kiedy uwierzysz jednak, kiedy dasz się zwieść podróbie?  Nagle nie możesz się do niej dodzwonić, nagle on cię nie zauważa w sklepie, człowiek podlega ostracyzmowi z tą różnicą, że kiedyś działo się tak, kiedy ktoś zachował się niegodnie, a teraz całkiem na odwrót - jest wykluczony, bo uwierzył i niegodziwcowi zaufał ergo głupol ma za swoje.

Nie dotyczy to tylko mnie, to jest zjawisko życia współczesnego, które zaobserwowałam i ono się szerzy jak perz.  Gdyby przeprowadzić wizualizację rozmów ludzi, mogłoby się okazać, że to, co wychodzi z ust niektórych to odchody i nieczystości. Honor, godziwość, uczciwość, prawdomówność, uczynność jest passe. W takim świecie przyjdzie nam umierać. A co z naszymi dziećmi, czy ucząc ich postępowania właściwego, nie rzucania słów na wiatr, nie robimy im czasem krzywdy?  Może trzeba w nich wyrobić umiejętność manipulacji i lawirowania?

Ale wracając do sedna tego wpisu - męczy mnie słuchanie ludzi, którzy mielą słowami, obiecują, czy tylko rzucają informację - zadzownię, dam znać, nie ma sprawy sprawdzę, ok podjadę i ci podrzucę, będę w domu wpadnij za godzinę -  a ja tego słucham i wiem, po prostu mam pewność, że w więcej niż połowie przypadków ten komunikat nie ma żadnego znaczenia. Bo przecież, jeżeli nie podjedzie, to co? A jeżeli go nie będzie, to w czym problem. A jeżeli miała coś zrobić, obiecała i tego nie zrobiła, czy ty się przypadkiem nie czepiasz? Widocznie nie mogła.

Jakoś mi z tymi myślami źle. Ulgę przynosi mi ta muzyczka polecona na FB przez Chilli Zet, słucham od wczoraj. Cudna

 

Tagi: myśli
15:32, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (25) »
czwartek, 04 listopada 2010

Wczoraj ziałam ogniem jak nie przymierzając Smok Wawelski. Aż mój mąż się przestraszył. A było to tak - po wieczorze kubańskim porozmawiałam z Paris i uradziłyśmy, ze też taki urządzimy, to znaczy wieczór z filmem polskim, a do tego ustaliłyśmy menu - krupnik, może pierogi, na pewno ciasta dwa - ucierane z jabłkami, bo tu z jabłkami lubią i piernik. Podekscytowana napisałam emaila do kobiety z County Council, że jesteśmy chętni. Ustaliłyśmy miejsce i ona mnie spytała, jaki film?  Idea tego projektu jest, że każdy może pokazać film bliski jego sercu, żadnych ograniczeń, przynajmniej nic nie było w informacji, którą dostałam też mailem.

Pomyślałam, że oni tu mało wiedzą o wojnie, a jak już o wojnie, to z tego tradycyjnego punktu widzenia, czyli Niemcy źli, a alianci dobrzy. Ograniczenie było też takie, że film musiał mieć napisy angielskie. Do dyspozycji 'na już' miałam Pana Tadeusza i Katyń. Ten drugi wydawał mi się lepszy, chciałam przygotować mowę przed pokazem, przybliżyć tło historyczne itp.

I tu zaczęły się schody. Kobieta, która projektem kieruje, jest enerdowską komunistką, sama to przyznała. Zresztą opowiadała, że jej ojciec siedział w obozie koncetracyjnym za to, że był komunistą, a jej siostra miała poważne kłopoty po wyemigrowaniu do Stanów, bo dowiedzieli się, że ma w rodzinie ludzi o takiej proweniencji. I ta kobieta nie miała nic przeciwko propagandowemu filmowi kubańskiemu, ale dla Katynia zapaliła czerwone światło. Powiedziała, że Polacy nader często mają coś przeciwko Rosjanom i tu chodzi o budowanie mostów, a nie tworzenie barier. Poza tym moglibysmy obrazić jakiegoś Rosjanina.

Dostałam szału. Po pierwsze Rosjan tu nie ma, co najwyżej Litwini i Łotysze, nie sądzę, żeby przyszli, nigdy ich nie widuję na takich wieczorach; zresztą przecież to nie jest historia współczesna, to dlaczego mieliby być obrażeni?

Gdyby mi to jeszcze jakoś inaczej powiedziała, gdyby nie bylo tego kubańskiego filmu, reklamowanego słowami Fidela Castro, co mnie zdziwiło, ze na to pozwalają, ale ona powiedziała, ze on jest wspaniałym człowiekiem, co mnie w ogóle już w zdumienie wprawiło. Nawet jej to powiedziałam, że dlaczego wspaniałym - bo doprowadził wspaniały kraj do ruiny gospodarczej, bo więzi przeciwników politycznych, bo ludzie żyją tam w nędzy, a kacyki partyjni w bogactwie? Ze uprawia nepotyzm i teraz rządzi jego rodzina? Zbyła to milczeniem, uznała, że za mało wiem o tym, co by było, gdyby on komunizmu w takiej formie nie wprowadził. Powiedziała jeszcze o tym, że ludzie w NRD chcą powrotu komuny, bo w komunie żyło im się lepiej. Ja jej na to, że tak, bo są społecznie uspośledzeni przez poprzedni system, bo nie potrafią samodzielnie myśleć i podejmować decyzji, bo system wszystko robił za nich, a jak nie to w łeb i w kazamaty. Oj, nie spodobało jej się to. Ale obie się powstrzymałyśmy od dalszej dyskusji.

A tydzień potem ona mi, że Katyń nie i już. Inny film wybierz, jakiś 'miły' w odbiorze. Co jest kurna - cenzura?

Rzucałam się po domu w szale chyba z godzinę, wymieniłyśmy kilka maili, dyskusja robiła się coraz bardziej gorąca. Napisałam do niej list o dyskryminacji, o cenzurze i o tym, że chcę to przedyskutowac w szerszym gronie, ale nie wysłałam, bo musiałam lecieć na lekcje irlandzkiego.  Taka byłam roztrzęsiona, ze nie mogłam się skupić, ale się zmusiłam, bo kobieta nas pytała co chwila na wyrywki i nie chciałam wyjść na głupka i nieuka. Po zajęciach porozmawiałam z koleżanką, która na informację, że chciałam puścić Katyn skrzywiła się strasznie i jęknęła - znowu? I to mnie ostudziło trochę. Pomyślałam - nikt już tego nie chce, nawet swoi. Poszłam do domu, była wietrzna pogoda, nieźle mnie przedmuchało na wylot (zbereźności rodzą się w uchu słuchacza, jak mawiał mój ukochany profesor Gruchała), kiedy dotarłam do domu, skasowałam maila i poszłam spać.

My Polacy musimy być wiecznie na barykadach, wiecznie o coś walczyć, a może najlepszym wyjściem w dyskusji z taką osobą jest zignorowanie jej, nie danie jej pożywki?  Nie zorganizuję wieczoru filmowego, olewam jej pojekt. Jej strata. Ale nie zapomnę jej tego i w odpowiednim czasie ją na czymś usadzę. Nie będzie enerdowiec komuch pluł nam w twarz.

 

Tagi: Irlandia
15:21, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (23) »
środa, 03 listopada 2010

O tym, że mam problem z wizytami u nowych, nieznanych mojej głowie fryzjerów pisałam w maju TU. Tym bardziej dziwne może się Wam wydawać, a mnie to już w ogóle zszokowało, że dzisiaj rzuciłam się na głęboką wodę i poszłam obciąć włosy.

Już od kilku dni czułam się jak miotła, potargana albo bez sensu ulizana, nijak nie mogłam ułożyć włosów. Fakt, że pogoda u nas teraz taka, że nie można liczyć na nienaganny fryz, bo jak nie wieje, to pada, albo nawet wespół zespół oba te żywioły występują. I to nie mówię o jakimś tam lekkim wiaterku czy mżawce - u nas jak wieje, to przenika aż do kości, a jak pada, to jakby się nie odwócić, zawsze w pysk.

Dzisiaj nie było lepiej, ani we względzie pogody, ani strzechy na głowie. Jakiś nieokiełznany wkurw mnie chwycił i musiałam, po prostu musialam iść zrobić z tym porządek. A ponieważ moja fryzjerka ma ważniejsze sprawy na glowie od mojego łba (chory mąż), pooooszłam w miasto szukać pomocy fachowca w innym salonie. Ciotka mojego jeszcze-nie-zięcia zrobiła sobie wolne, poszłam więc do takiego miejsca, które przypomina mi zakłady fryzjerskie z lat 70tych, kiedy to chodziłam z mamą do takich, gdzie było chyba z 10 czy może więcej stanowisk, ileś tam pań w trwałych ondulacjach i wyskubanych brwiach, odzianych w gustowne-nie-gustowne fartuszki z lamówkami (fryzjerki mam na myśli) i jeszcze więcej pań chcących zrobić się na podobieństwo tych z nożyczkami. Wbrew pozorom w tym szaleństwie była metoda. Wtedy i dziś też.

Ten zakład jest bardzo popularny, bo jedyny, gdzie nie trzeba się umawiać. Bo w tych innych panie udają,że są zajęte i nigdy nie mają dla ciebie czasu od razu. U Teresy poczkasz to zawsze cię przyjmie. Dzisiaj, jak to we wtorek, nie bylo tłumu. Widziałam włosy przez nią cięte, nikomu krzywdy nie zrobiła (w ogóle ma dobrą opinię), pomyślałam więc, że może mi się uda nie dostac pomieszania zmysłów.

Zeszłam na dół do marketu wypłacić pieniądze, bo sobie przypomniałam, że nie czyta kart płatniczych. Wróciłam, a tam już na mnie czeka jej współpracownica, młoda dziewczyna, która uczy się chyba jeszcze. Straaaasznie miła. Jak miałam jej powiedzieć, ze nie chcę, żeby to ona mnie obcinała. Usiadłam i pomyślałam - Panie Boże, taka jestem miła dla tej dziewczyny, nie daj jej mnie skrzywdzić. Wiem, że to glupie, On ma więcej na głowie - pokój na świecie, umierających, cierpiących, głodujących, a ja tu z fryzjerem do niego wyjeżdzam. Ale może chociaż mój Anioł Stróz!

Nie było tak źle. Nie opitoliła mnie jak ten Chińczyk z poprzedniego wpisu. Nawet fajnie mnie przystrzygła. Zobaczymy jak bedzie  w praniu, czyli po umyciu.

Jednak mam nadzieję, że mąż mojej koleżanki fryzjerki dojdzie do siebie i będę do niej mogła wrócić następnym razem, bo jednak to mniejszy stres, kiedy się już zna osobę z ostrym przedmiotem w ręce :-)

O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!