Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
niedziela, 28 lutego 2010

Polskie chamstwo znajdzie ludzi wszędzie. Człowiek wyjeżdża do innego kraju, szarpie się podczas aklimatyzacji, wszystko po to, żeby było lepiej, normalniej, ładniej.  Niestaty przyzwyczajenia żywieniowe wyniesione z kraju są bardzo silne, toteż człowieka goni od czasu do czasu (niektórzy tylko tam chodzą) do sklepu polskiego.  A tam, oprócz ogórków kiszonych, twarogu półtłustego, sera podlaskiego, krakowskiej suchej i żuru kiszonego, czeka na ciebie sprzedawczyni. Ona też ma przyzwyczajenia wyniesione z kraju, pewnie w ukryciu nosi w klapie pod spodem opornik, toteż gładko i zwinnie przenosi na grunt irlandzki chamskie zachowania rodem z PSS Społem. Różnica jest tylko taka, że nie nosi uciętej firanki na głowie i białego fartucha, na ścianie nie wisi książka skarg i zażaleń, a szkoda, bo może wtedy jakoś by się hamowała.  E nieeeee, chyba jednak nie miałoby to żadnego znaczenia.

Najbardziej nie lubię kręcenia i robienia klientowi wody z mózgu. Zawsze, kiedy człowiek pyta o jakiś produkt, to albo był i już się sprzedał, albo jest w ciągłej (sic!) sprzedaży, ale trzeba byc w czwartek na dostawie towaru. Przyjeżdzasz w czwartek - ja mówiłam, że w czwartek, nie nie mogłam tak powiedzieć, w piątek mamy towar. A tak w ogóle to twaróg jest zawsze, tylko pani go na półce nie widzi. Czyli głupia, ślepa i do tego z pamięcią krucho, bo mylę czwartek z piątkiem.

Doszło do tego, że idę do tego sklepu w stresie, że się pani sprzedawczyni nie daj Boże czegoś obrazi i będzie kicha.

Gerry Adams w czasach walczącego IRA zwykł mawiać - wiemy, gdzie mieszkacie. Mam wrażenie, że polskie zjawisko chamstwa, takiej odmiany z magla, też wie, gdzie mnie znaleźć.

A tak poza tym fajnie jest. Kupiłam sobie świetny płaszcz, rudy lekko błyszczący, nieprzemakalny. Właściwie to taka kurtka 3/4. Poza tym piękne lustro na nóżce do łazienki, a w przyszłym tygoniu przylatuje kolega i może przywiezie mi "Kapuścińskiego non-fiction". Obiecywałam, że nie będę w tym roku kupować książek, ale ta jest absolutnym must-read.

W TV leci po raz setny Masz wiadomość, nie przeszkadza mi, mogę oglądać w nieskończoność, zawsze chciałam mieć taką księgarnię. Potem Szymborska w reportażowym filmie Kolendy-Zalewskiej. Nagram dla córki i dla potomności. Już nie mogę się doczekać.

21:10, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (6) »
czwartek, 25 lutego 2010

Wczoraj był mój dzień w kancelarii. Długo by opowiadac, może to kiedyś wyjdzie przy okazji, w każdym razie w dużym skrócie przybliżam, że chodzę tam raz w tygodniu, żeby się nauczyć zawodu legal secretary, czyli sekretarki prawniczej.  Samego zawodu, w sensie pisania na maszynie z odpowiednią szybkością, czyli praktycznie taką, jak mowa człowieka w tempie miarowym, nie za szybkim, ale nadal naturalnym, do tego pisania bezwzrokowego dziesięcioma palcami, nie muszę się uczyć; biegłość mam całkiem dobrą, teraz 60-65 słów na minutę (po angielsku), a za jakiś czas powinnam osiągnąć pułap ok 80-ciu, tyle mają najlepsze sekretarki u nas w biurze. Ale szybkość to pikuś, trzeba wiedzieć, co się robi, bo prawnik dyktuje list, ale często skrótami, bo część rzeczy jest powtarzalna, używa się szablonów, czy utartych fraz, które wiadomo, ze tam muszą być i prawnik ich wciąż nie powtarza, tylko polega na wiedzy swojej asystentki. Poza tym trzeba wiedzieć, co się robi w przypadku przeniesienia właśności (bo tu solicitor to też notariusz), jakie formularze są w przypadku wpisania tytułu właśności do książg, a jakie o alimenty, rozwód, leczenie psychiatryczne, odszkodowanie, sprawy pracownicze itp. Tego się można w miarę szybko nauczyć. Ale angielskiego prawniczego, to już praca na ugorze. Mój mózg, który we względzie tej części słownictwa był kompletnym ugorem właśnie, teraz po prawie roku (raz w tygodniu) już się zazielenił, jak będę tak dalej pracować, może przyjdzie taki czas, że będę się czuła w tym gąszczu dziwnych słów całkiem dobrze. Do tego używają dosyć dużo łaciny, której ja nie znam.

Wczoraj dostałam do napisania artykuł do gazety o prawach konsumenckich.  Podyktowane teksty idą wprost z dyktafonu do mojego komputera, poprzez specjalny program.  Otwieram stronkę u siebie i co widzę? - dwa artykuły, zupełnie jak nie oni, przecież zawsze były gotowe na ostatnią chwilę. Pytam więc administratorki biura, który mam pisać? Ona na to, że Jego mam zostawić, a Jej napisać najpierw.  Ona ma piękną wymowę, zrozumiały akcent, dykcję, sam miód, poszło mi jak z płatka, jak nigdy. Ale też jej dyktowanie dostałam po raz pierwszy. Na drugi ogień poszedł artykuł Jego. Już bez pytania sobie go włączyłam do napisania. On ma taki zwyczaj, że buczy strasznie do mikrofonu, wiec trzeba to przesiac i usłyszeć pod tą warstwą buczenia, właściwy tekst. Do tego używa takich słów, że ja bym ich chyba po polsku też nie zrozumiała, a zasób słów mam nie mały.  Włączyłam tekst, słucham, piszę, cofam, słucham, piszę, cofam, słucham, cofam, słucham i zdębiałam - jessssu, on jest chyba pijany, to znaczy był, kiedy dyktował. Od razu sobie w głowie ubzdurałam, że dlatego szefowa nie chciała, żebym to pisała, bo oni się przyjaźnia i może ona wiedziała, że on wieczorami popija przy pracy.  Dlatego są dwa teksty, bo on po pijaku poleciał z robotą jak burza. Miałam już przed oczami wizję Jego, zapijaczonego prawnika, który się stacza, a taki fajny, taki porządny, taki mądry, ale ta wódka, whisky czy gin, zabiją w nim to wszystko, chłop się zmarnuje...Tak sobie biadolę, już się pochyliłam nad tym problemem, słucham, uszom nie wierzę, no tak, teraz widzę to wyraźnie - pijany jak nic.  Postanowiłam zmienić szybkość odsłuchiwania, bo może jakbym przyspieszyła, to bedzie mniej bełkotliwie. Wchodzę w opcje, szybkość odsłuchu i co widzę? - musiałam coś przypadkiem kliknąć jak kończyłam poprzedni artykuł (są skróty klawiaturowe do tego, ale ja nigdy ich nie pamiętam) i szybkość miałam nastawioną teraz na 67%. Czyli ten bełkot, przeciąganie samogłosek i jęki wynikały z faktu, że ja miałam spowolniony odsłuch, a nie jego pijaństwem. Od razu mi się humor popsuł, bo to znaczy, że mi sie prawnik nie rozpił, hehe.

A dziś spotkało mnie coś miłego, znalazłam przypadkiem, pod nosem, a tyle się najeździłam i naszukałam, krzesło w starym stylu, antyk można powiedzieć, tylko taki młodszy, bo z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, brązowe, idealnie pasujące do mojego biureczka, które dostałam niedawno (zdjęcie na moim blogu o książkach, gdzieś w listopadowych bodajże wpisach). Kosztowało zaledwie 20 euro, mąż mi właśnie je wyczyścił i posmarował specjalnym mazidłem do odnawiania.  Piękne jest.

A dziś późno wieczorem następny odcinek Grey's Anatomy, nie czuję się za dobrze, chyba sobie w łóżku, z Frankiem w nogach, obejrzę. A przedtem poczytam. Czyż życie nie jest piękne czasami?

Tagi: Irlandia
20:05, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (4) »
środa, 24 lutego 2010

Dużo się ostatnio dzieje w polskiej polityce.  Oglądanie kanałów czy programów informacyjnych i publicystycznych może z powodzeniem konkurować z seansami filmów sensacyjnych, obyczajowych, programami o modzie i stylu, a nawet komediami.

fot. Piotr Jakucki

Oglądam w TVN24 wypowiedź Palikota.  To co mówi jest zawsze błyskotliwe, tyle, ze raz w cudzysłowie, raz nie.  Potrzebny jest taki człowiek w polityce, bo wszyscy inni tak bardzo dbają o to, żeby być poprawnym, że już dawno przestali mówić to, co myślą, w eter głównie puszczają to, co wypada.  Janusz Palikot nie przejmuje się niczym i za to go cenię.  Raz mówi niezwykle z sensem, innym razem rwę włosy z głowy, kiedy słyszę, co on wygaduje.  Jednakże czasami, kiedy nie tylko słucham, bo ja często traktuję TV jak radio, kręcę się, coś tam sprzątam, gotuję, a wiadomości lecą, ale również oglądam, wtedy zdarza mi się, że obraz bierze górę nad fonią i już nie istotne jest, co słychać, ważniejsze, co widać.  Tak się prawie zawsze dzieje, kiedy występuje poseł Palikot.  Na miłość Boska, co on ma na głowie?  Ostatnio złapali go na korytarzu w sejmie i co widzę – pan Janusz stoi ubrany w stylu „wysoko-urodzony-Angol-na-weekend-w-swoim-domu-na-wsi” a na głowie, tam gdzie powinny być włosy, najlepiej w tym samym stylu, co ubiór, czyli schludnie przystrzyżone, uprane i uczesane, ma jakieś włochy, które wyglądają jak halloweenowa peruka, do tego nałożona tył na przód i zupełnie nieuporządkowana.  Ja chyba śnię, facet walnął sobie fryz na Frediego Crugera i chce, żeby go traktować poważnie?  Nie ma on jakiegoś kumpla na tyle bliskiego, żeby mu powiedział, że to, co on ma na łbie wygląda mocno dziwnie?

No, ale fryzura Palikota to nic w porównaniu z tym, co się dzieje z ludźmi na wieść, że Radek Sikorski jest potencjalnym kandydatem Platformy Obywatelskiej na prezydenta.  Potencjalnym, bo zastanawiają się czy nie wystawić zamiast niego Komorowskiego.  Dla mnie wystarczyłoby rozpatrzenie wszystkich za i przeciw wyłącznie obu panów, ale publisia musiała czepić się również ich żon.  I się zaczęło.  Okazało się, to znaczy on tego nigdy nie ukrywał, ale teraz ludzie się nad tą informacją ‘pochylili’, że Radek Sikorski ma żonę nie tylko ambitną, felietonistkę Washington Post, która pisze również książki i współpracowała z największymi tytułami prasowymi na świecie, jak również z Gazetą wyborczą i Dziennikiem, wykładała na największych uniwersytetach (Yale, Columbia, Oxford, w Berlinie, Zurychu i wielu innych), ale i ładną, i obytą, i znającą języki i…nazywa się Anne Applebaum.  Łapiecie?  Nikomu to nie przeszkadza, na całym świecie nikt nie ma nic przeciwko tej pani, a nawet jest za, a dla Polaków, żeby nie powiedzieć wszech-Polaków, jest nie dość dobra ze względu na swoje żydowskie pochodzenie.  Ja się chyba zastrzelę z korkowca, czy to się nigdy nie skończy?

fot. Wojciech Traczyk/East News

Jeszcze nie skończyłam się oburzać, a zostałam ugodzona w samo serce informacją, że znowu żona marszałka Komorowskiego może nie jest dość reprezentacyjna, bo z nadwagą i stara, nie śpiewa, nie tańczy i nie chce, żeby on kandydował.  Już sama nie wiem, na kogo są większe ataki, na nią, czy na Anne Applebaum?  Czytam komentarze w Internecie, leady prasowe, słucham w telewizji różnych opinii i wymiotować mi się chce na to wszystko.  Tak jestem zniesmaczona tymi opiniami i tak mi wstyd za Polaków.  Mam nadzieję, że te krzyki jedynych-prawdziwych-Polaków nie będą szeroko komentowane zagranicą, bo się ze wstydu saperką przez beton pod ziemię zakopię.

Coraz więcej siedzę w domu, coraz mniej mam ochotę na kontakty z ludźmi i słuchanie wszechobecnego bełkotu.  Informacje i doniesienia z kraju bardzo mnie obchodzą i równie mocno mnie martwią.  Afera hazardowa i zapętlanie się wątków, widoczne kręcenie i kombinowanie zeznających, czyżby następna komisja, która niczego nie ustali?  Koniec sex afery i kara więzienia dla Łyżwińskiego i Leppera (uzasadnienie wyroku było tajne, ale tego samego dnia Lepper pruł gębę i gadał co mu ślina na język przyniosła w swojej obronie, nie oszczędzając Anety Krawczyk i nadal insynuując, ze jest kobietą lekkich obyczajów; o żonie Łyżwińskiego i jej bredniach w obronie męża przez litość nie wspomnę, bo może jej rozpacz rozum pomieszała.  Komisja (kolejna!) do spraw zabójstwa Olewnika, niedawna eksumacja tegoż była szczególnie dramatyczna i bolesna dla rodziny, było podejrzenie, że to nie on leży w grob;, wszystko tam jest równie enigmatyczne jak sprawa Papały, też do tej pory nierozwiązana.  Do tego codzienne wiadomości o wypadkach, morderstwach i śmierci wynikającej z zaniedbania (pękające od mrozu rury gazowe zatruwają ludzi, walą się dachy), ale co gorsza agresji młodocianych – niedawne morderstwo policjanta w cywilu.  Nikt nie zareagował, nie narobił szumu, nie odwrócił uwagi napastników, nie mówię, żeby szarżować, robić z siebie bohatera, ale tam było dużo ludzi, na miłość Boską!  A potem koleżanki chłopaka, który go wielokrotnie dźgnął nożem mówią – on był dobrym chłopakiem, co się stało, to się nie odstanie.  Luuuudzie! Czy zwykła przyzwoitość i moralne granice czynów już nic nie znaczą?  Czy od tej pory już tak będzie, że mordercy będą fajnymi chłopakami, którym się ręka omsknęła, a politycy będą musieli uważać, żeby nie popełnić ‘mezaliansu wszechpolskiego”?  Wyprowadzam się na Księżyc.

Dla urozmaicenia tekstu dodałam zdjęcia z internetu, podałam autorów, mam nadzieję, że nie naruszyłam żadnych praw, jeżeli tak, przepraszam, nie chciałam. Zawsze mam problem, czy można takie zdjęcia z sieci na blogu wykorzystywac, czy nie? W drukowanej wersji felietonu zdjęć nie było.

niedziela, 21 lutego 2010

Chciałam rodzinie sprawić dzisiaj przyjemność, a że od dawna miałam ochotę na Rożki serowe z brzoskwiniami, które znalazłam na blogu kulinarnym Moje Ekspresje Kulinarne, to od słowa do czynów - rzuciłam się w wir pracy. Ciasto musi poleżeć 40 minut w lodówce, więc je zrobiłam i tam powędrowało, a ja dumna z siebie jak paw, pojechałam z córką na zakupy. Trzeba było jej zorganizować jedzeniową wyprawkę, bo dziś wracała do Dublina, tam studiuje.  Jak tylko zakończyłyśmy tę nierówną grę w sklepach, zawsze chcą od nas pieniędzy!, kurcgalopkiem pognałam do domu te rożki wyczarować.  Jak dziewczyny na tych blogach o pieczeniu piszą o swoich wyczynach, to wydaje się to wszystko proste jak budowa cepa.  Ja też nie jestem jakiś poczatkujacy gwizdek w kuchni, więc  w ogóle nie spodziewałam się trudności.  I w sumie ich nie było, ale jaką trzeba mieć cierpliwość, zeby te rożki nadziać i uformować!  Najpierw pocięłam brzoskwinie, nic wielkiego, ale się umazałam jak mały Kazio.  Potem ciasto trzeba było rozwałkować, lepkie jest, bo z serem i masłem, do tego w równych proporcjach mąka.  Jak już rozwałkowałam, co już wymagało ode mnie zaciśnięcia zębów, bo najchętniej bym to ciasto, excuse my French, pizdnęła w ogród i poszła czytać, nałożyłam te brzoskwinie, zaczęła się amba ze zwijaniem.  Za nic nie chciały mi wyjść takie zgrabne jak na zdjęciu u właścicielki bloga, chociaz wywaliłam język i uformowałam zmarszczkę na czole jak należy. No nic, widocznie zdolności manualne u mnie szwankują.  W rezultacie przestałam ciąć w kwadraty jak poradzono, tylko zrobiłam rożki czy też rogaliki raczej, z trójkątów ciętych z okręgu.  To już poszło szybciej. Ale ile trzeba było do tego uwagi, cierpliwości, ruchy ostrożne, wpost waga piórkowa w rękach, jedyny sposób to medytować nad rogalikami. Tak się zmęczyłam jakbym misę ciasta drożdżowego rękami mięsiła.

No nic, rogaliki wyszły pyszne, słono-słodkie, bo masło do pieczenia u nas słonawe, ale ja takie lubię. Jedyna wada to taka, że robi się je 2 godziny, a je 20 minut. Wszyscy się rzucili i było po ptakach.

A teraz siedzę i trochę pochlipuję, bo córka znowu wyjechała. Miałam ją w domu przez 2 i pół dnia, to i tak dłużej niż zwykle, ale krócej niż bym chciała.  Franek będzie chyba spał ze mną, bo znowu nie będzie mógł przeżyć, że jej nie ma.

Kupiłam sobie dziś naręcze gazet, The Sunday Times i The Irish Mail z artykułem o Alicji Bachledzie-Curuś, zaparzę dobrej kawy i poczytam (dwa rogaliki schowałam przed jamochłonami w szafce, hehe). Miłej niedzieli

sobota, 20 lutego 2010

Opowiadałam wam w zeszłym tygodniu o zmaganiach ze złodziejami esemesowymi.  O tym, jak pieniądze znikają z konta nie wiadomo kiedy.  Nigdy byśmy się nie zorientowali, gdyby nie fakt, że komórka syna nie była doładowywana przez miesiąc, uznaliśmy, że skoro w święta siedzi w domu, to po co mu pełne konto, do niego się dodzwonią, a on może użyć mojej, jeżeli zajdzie taka potrzeba.  Był to nasz program oszczędnościowy.  Gdybym wiedziała jak to się skończy, to pewnie wolałabym doładować, można nawet wolałabym nie wiedzieć, co się dzieje, bo do niczego mi ta wiedza niepotrzebna. Tylko spokój straciłam i szarpię się z jakimiś gachami, z góry wiem, że mam za krótkie ręce i w życiu ich nie dopadnę, ale muszę robić dobrą minę do złej gry, bo syn mnie obserwuje i o zgrozo - podziwia!

We wtorek, około godziny 10, zadzwoniła moja komórka i okazało się, że dzwoni do mnie facet z jednej z tych firm, które ściągnęły synowi pieniądze z konta jego komórki.  Plus dla niego, że oddzwonił, bo z tej drugiej nawet nie raczyli.  Minus, że zrobił to wtedy, kiedy mu się chciało, czyli nie dali mi wyboru, bo kiedy ja zadzwoniłam w dogodnym dla mnie momencie, nie odbierali, a przecież mogłam być w pracy, kiedy oddzwaniali, mogłam być wyjątkowo zajęta - prowadzić lekcję, wycinać komuś jelito grube, leczyć kanał w zębie, bronić masowego mordercy w sądzie, stawiać ścianę nośną domu, gdzie zamieszkają dzieci ofiary Czarnobyla, albo mniej spektakularnie, ale o niemniejszym znaczeniu – gotować obiad, malować paznokcie, pleść warkocze, haftować (widzę, że wyobraźnia niektórych pogalopowała za daleko), lepić bałwana albo malować martwą naturę.  Pana to jednak nic nie obchodzi, przyszła moja kolej i żaden ząb czy moje mokre paznokcie nie mogą się równać z ważnością tej chwili.  Już zdążyłam zapomnieć nazwy kompanii, wszystkie szczegóły, które wtedy były świeżo w pamięci, teraz zbladły i nie mogłam przez moment się pozbierać w sobie. On w tym czasie już przystąpił do ataku, poinformował, że ma mnie na sekretarce automatycznej i on tu właśnie w związku z bezpodstawnymi oskarżeniami, chciałby się ustosunkować.  Zdążyłam się pozbierać do kupy, mówię do niego spokojnie – wstrzymaj konie, poczekaj z tym stosunkiem, pozwól, ,że wezmę swoje notatki (tu go mam, nie spodziewał się, że sobie babsko zapisało wszystkie ważniejsze kwestie, pytania i numery telefonów).  Po chwili wyszedł jednak z szoku, nie na darmo mają pewnie co rano szkolenia z poklepywaniem się po plecach i okrzykami – kto jest najlepszy, kto ma zawsze nerwy na wodzy, kto się nie da wałom po drugiej stronie telefonu, kto wam płaci pensje???!!!  Tokował przez chwilę, ja sobie spokojnie poczytałam, co tam mam zapisane, a potem spokojnie rzekłam, że przepraszam, ale nie słyszałam przez chwilę, co mówił, czy może powtórzyć.  No i się dowiedziałam, że nie mam zapewne pojęcia, co mój syn wyprawia w Internecie, a sprawa ma się tak, że szaleńczo kupuje wszystko co się da i między innymi dokonał u nich zakupu potwierdzonego przez sms, w którym to prosił ich o ściągnięcie z konta pieniędzy.  Pytam grzecznie, jaki to zakup? Gry komputerowej, pada odpowiedź.  Ja na to - tak?, a to ciekawe, a jak to gra?  Bo ja mu kupuję dostęp do wszelkich gier płacąc kartą kredytową. Pana zatkało, ale nie traci animuszu i strzela takim o to ślepakiem – na facebook. No ale ani przecież Farmville, ani Cafe World, ani Mafia Wars albo World at War nie są płatne? Tu pan nie mógł ukryć zdziwienia w głosie, nie sądził, że ma do czynienia z kobietą, która używa Internetu, tym bardziej zna gry (nie znam, ale mnie wszyscy bombardują zaproszeniami do nich), ale brnie dalej i wymienia nazwę konkretnej, która jest na jakiejś innej stronie, na którą jego zdaniem syn wszedł z facebooka i stąd to nieporozumienie… Czujecie? Facet zaczyna dymić, zaciemniać fakty i mieszać, żebym się już w ogóle nie połapała, w czym rzecz.  Odpowiedziałam, że nie mam ochoty słuchać tego steku bzdur, że chcę, żeby po pierwsze oddali pieniądze, a po drugie zablokowali syna u siebie.  Pan się umiarkowanie zdenerwował, powiedział, że skoro  nie słucham, to on nie może mi niczego zrefundować, bo nie chcę poznać źródła problemu i przedstawić wiarygodnych okoliczności zajścia.  Luuuudzie, trzymajcie mnie.  Nie było mi łatwo mierzyć się z tym ‘specjalistą’ od mamienia ludzi przez telefon.  Tłumaczę mu, że logiki w tym co mówi nie ma żadnej, że nie mógł syn wyrazić chęci kupienia czegokolwiek, gdyż od miesiąca nie ma pieniędzy, więc skąd taka decyzja?  Poza tym grę, o której mówi znam, na tej stronie było napisane free download, on na to – tak gra jest free, ale dodatkowe zakupy już nie.  Nie wytrzymałam i strzeliłam żółcią – wie pan co, ja tez bym chciała w tym momencie mieć taką możliwości, żeby sobie dokupić jakiś pistolet, zatrute ciastko albo pelerynę niewidkę i w taki sposób bezkarnie załatwić taką firmę jak wasza, żeby już nikt się z wami nie musiał szarpać.  Trochę się mój rozmówca zacukał, ale nie stracił pionu (jednak trening motywacyjny musi być u nich mocny) i powiedział, skoro tak pani wszystko wie, to może nie wie pani tego, że kolega pani syna mógł wykorzystać jego komórkę bez jego wiedzy.  Ratunku – i co z tego, z pustym kontem nie powinien mieć możliwości wysłania smsa i nie miał, ale jakimś cudem należność została ściągnięta, jak tylko mu go doładowałam. A poza tym drogi panie – byliśmy odcięci od świata w ten śnieg i nikt u nas nie bywał.  Pan na to – czy pani wie, ile my mamy telefonów codziennie z takimi wytłumaczeniami, że syn tego nie zrobił, ale jednak mamy dowody, że tak?  Błąd, wieeelki błąd, nie powinien był tego mówić. Tu cię mam dziadu – czy chce mi pan w ten sposób powiedzieć, że setki /tysiące tak oszukujecie.  Pan już był na pozycji straconej, wiedział, ze się zapędził, spanikował i wspomniał , ze to przecież tylko dwa razy po €2.50.  Ja na to, ale milion razy 2.50 to już nie mała kwota nieprawdaż? Obiecał, że mi odda zagrabione pieniądze na konto i zablokuje syna komórkę dla ich firmy.  Też mi łaska.  Wygrana jednak jest żadna – pieniędzy dotąd na koncie nie ma, a ja już nie będę dzwonić, bo nie mam do tego siły.  Czyli co – złodzieje górą?  Jak zwykle.

środa, 17 lutego 2010

Mąż strzelił dzisiaj focha, takiego z serii 'klasyka gatunku'.  Nabzdyczył się, tupnął nogą, założył ręce na klatę i zacisnął szczęki.  Do tego, zupełnie jak nie on, oznajmił - jak tak, to dobrze, nie będę ci pomagał.  No ja zwariuję, i kto tu ma okres, on czy ja?

Moja reakcja była książkowa, wszyscy psychologowie świata włącznie z Eichelbergerem byliby ze mnie dumni. Udałam się na miejsce spoczynku męża w stanie focha i mówię:

- kochanie, zawsze mówisz, że nie będziesz ze mną rozmawiał, kiedy drę mordę, dzis przemawiam spokojnie (choć Bóg mi świadkiem, że chętnie bym rozdarła rzeczoną), że nie zrozumiałam twoich intencji, że nie pozwoliłam na to, żebyś usunął moje buty z szafki, bo myśłałam, że chcesz je zabrać na zawsze i włożyć do szafki dużo mniej wygodnej, jeżeli chodzi o dostęp, a ja te buty używam na co dzień.  Teraz wiem, że chodziło o to, żeby zrobić miejsce dla gości, na ich obuwie, gdybym to wiedziała wtedy, przeprosiłambym cię kochanie i wyjaśniła nieporozumienie. Czy na prawdę wolisz kłócić się o takie pierdoły, przecież przed nami taki miły wieczór, a życie jest na takie fochy za krótkie.

Jak bum cyk cyk, tak powiedziałam, i naprawdę spokojnym tonem, nie hamując irytację, spokój buddysty to był.

Męża zamurowało.  Mnie samą też.  Wyszło to strasznie sztucznie, bo my raczej taka włoska rodzina jesteśmy i prędzej talerze fruwają, a dopiero potem, tonem bojownika, mówimy sobie o co nam chodziło, po 5 minutach po kłótni nie ma ani śladu.

Z drugiej strony spodobało mi się, że spokojnie powiedziałam o co mi chodziło, jakie uczucia mną targały i wykazałam winowajce, czyli siebie, bo faktycznie nie zrozumiałam jego intencji i zabroniłam ruszyć moich butów choćby na centymetr.  Dlaczego więc wydawło mi się to nienaturalne?  Fakt faktem, nie przerodziła się ta sytuacja w konflikt, więc skutkuje taka metoda.

A u nas dzisiaj koledzy Wojtka zostają na noc, bo mój syn kończy jutro 14 lat i ma imprezkę, stąd potrzeba zrobienia miejsca na ich adidasy. Czterech ich jest.  Oj będzie wesoło. Zapomniałam kupic zatyczki do uszu. Cholera i nie zrobiłam kursu pierwszej pomocy, chociaż sobie to obiecuję od lat.  Mam nadzieję, że żaden sobie krzywdy nie zrobi.

Jak ten czas leci, taki już duży ten mój syn, dosłownie też, ma już ponad 180 cm wzrostu. A taki był mały pierdzioch jeszcze nie tak dawno :-)

Dostałam dzisiaj list od szwagierki. Wprawdzie rozwiodła się już z męzem, który ją moją szwagierką czynił, ale to tylko teoretycznie, bo ja uważam, że po tylu latach, to my będziemy rodziną, niezależnie od tego, czyją ona żoną będzie. Oni sobie mogą mieć powody do rozejścia, ja takowych nie mam, więc odmawiam kategorycznie więzów zerwania. No chyba, żeby chciała, ale na szczęście nie chce. To samo tyczy się siostry mojego męża, kiedyś mu powiedziałam wyraźnie, jeżeli mnie zostawisz, to ja i tak twoją siostrę odwiedzać będę, bo ją kocham jak własną, co jej nie mam, ale tak sobie wyobrażam posiadanie takowej.

List przyszedł grubaśny, w dużej kopercie i miał całe - uwaga - 9 stron pisane na kartkach formatu A4!

Sama nie wiedziałam, czy mam siadać, parzyć kawę, czytać od razu, stać, bo szkoda czasu... Zdecydowałam jednak, że nawet nie będę płaszcza ściągać, do lektury przystąpiłam natychmiast.
W dobie komputerów listy pisane ręcznie prawie zupełnie zanikły. Chyba jednak szkoda, bo może i szybciej wysłać maila, ale jest jakaś magia w listach przesyłanych pocztą, jakaś dodatkowa historia. Przecież on musiał byc przez autora zaniesiony na pocztę, w sortowni fruwał na taśmach, potem wygodnie w worku pocztowym usadowiony, z innymi kolegami - listami, rachunkami (to jednak niższa kasta), pocztówkami (niby Pani taka kolorowa, ale co tam tekstu, tyle co kot napłakał), ulotkami reklamowymi (z latawicą nie rozmawiam) - leciał sobie samolotem do Irlandii. A tu znowu przesiadka, do dużych zielonych wanów pocztowych, a potem jeszcze jedna, już ostatnia (ufff) do mniejszych też tego koloru i już, nareszcie w domu u nowego właściciela. Stoi sobie teraz z moimi tulipanami walentynkowymi i się do mnie śmieje.

Tym bardziej wyczekiwany, że mailem zaanonsowany, tym bardziej radosne to wydarzenie, że dobre wieści przyniósł. Takie lubię najbardziej. Beata - you made my day!

A na deser zadzwoniła Misia, moja córka i zakomunikowała, że nasze wspólne wysiłki w poszukiwaniu sklepu węgierskiego w Dublinie zaowocowały odnalezieniem tegoż i kupieniem - drrrrrrr tra ta ta (werble jakby ktoś miał wątpliwości) - oryginalnego salami węgierskiego. Mojego najukochańszego, najwspanialszego, w białej skórce i o niepowtarzalnym smaku. Z 10 lat nie jadłam. Już nie moge się doczekać. Na dodatek jest nadzieja, że moje dzieci kochane, bo chłopak mojej córki też jest dla mnie już jak syn, przyjada chyba już w czwartek.

Hop sa sa, taki radosny dzień dziś mam.

P.S. A raczej miałam, bo się właśnie kończy.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Wcięło mi wpis. Prawie cały miałam. Wkurzyłam się tak, że musiałam wyjśc na chwilę na zewnątrz, na mróz, żeby nie skonać przez samozapłon. Taka byłam z siebie dumna, myślałam, że wznisłam się na wyżyny intelektualne, a tu bach i moje wyżyny szlak trafił. A że na wyżyny to ja mogę maksimum raz dziennie, więc teraz będzie to, co bedzie.

Nie czuję tych całych Welentynek. I to nie dlatego, że jestem samotną, zgorzkniałą kobietą na krawędzi, nic z tego, nie dam nikomu tej satysfkcji - od 23 lat jestem szczęśliwie zakochana w tym samym facecie, który na dodatek jest moim mężem (czyli teoretycznie zaklepany) i ojcem moich dzieci (czyli faktycznie juz sie nie wywinie, no chyba, żeby jednak).  Nie dlatego też, że nie lubię miłości i mówienia o miłości i mam problem z wyrażaniem uczuć i jestem zimną suka. Co to, to nie. Pewnie dlatego, ze to swięto zawitało do nas stosunkowo niedawno i nie zdążyłam się do tego jakoś emocjonalnie ustosunkować.  Może dlatego, że wyjątkowo żałosne wydaje mi się wymaganie deklaracji miłosci w ustalony dzień, a do tego oczekiwanie, że te deklaracje będą publiczne, tak, żeby wszyscy wiedzieli, kto i jak mocno nas kocha. A już szczytem kiczu jest podprogowe wymuszanie (kobiety to potrafią) na osobie obdarowującej, żeby dowody w postaci ogromnych misiów lub bukietów kwiatów, dostarczać w miejscu pracy obdarowywanego.  Siedzicie sobie w restauracji, a tu nagle wjeżdża wielki bukiet róż i okazuje się, że wasza kelnerka dostaje go od narzeczonego, następuje wstrzymywanie łez, oh my God, I cannot believe i takie tam, a twoje zamówienie w lesie i nie wiesz, czy zjesz w tej dziesięciolatce.

A najsmutniej mi widzieć dziewczyny, które mają great expectations, a potem kicha. Rozpacz jak stąd do Zanzibaru.

My nie obchodziliśmy jakoś specjalnie Walentynek. Dla naszej rodziny każda okazja jest dobra, żeby sobie poświętowac, jesteśmy święto-holikami, w sensie takim, że zaraz organizujemy wyjście do kina i obiad out, żadnego gotowania.  To, że zeszłej nocy mieliśmy udany seks jest wynikiem tego, że tak wypadło, a nie, że tak wypadało.  Kupiłam mężowi fajne perfumy, ale to dlatego, ze w Lidlu była fajna oferta i trudno mi było przejść obok niej obojętnie, bo jednak to przyjemność również dla mnie, kiedy on ładnie pachnie.  Do kina mieliśmy iść i tak, a dziś akurat niedziela, czyli dzień, kiedy jeżdzimy do szkoły polskiej, a w tym samym mieście jest kino, bo pewnie trudno wam uwierzyć, ale w moim miasteczku tego przybydku nie ma.  Miał być Sherlock Holmes ale był Valentaine's Day, bo Sherlocka nie grali, akurat dziś. Nie żałuję, wyluzowałam się (kilka słów o filmie na moim drugim blogu Notatki Coolturalne), mąż miał okazję się zdrzemnąć, nihil novi.

Potem zamówiliśmy do domu chińczyka i zasadziliśmy się do oglądania Last Chance Harvey (Ostatnia szansa Harveya), niespodziewanie dobrego filmu z Dustinem Hoffmanem i Emmą Thompson. Teraz siedzę przy komputerze, a mąż znowu drzemie.  Zmęczony jest, ma dużo pracy ostatnio.

Ktoś może powiedzieć, że powinnam sobie w łeb strzelić, takie to moje życie, a już Walentynki na pewno, nudne. Otóz mam takie zyczenie to biednego, przepracowanego Boga - zawsze chcę mieć takie Walentynki, chcę, żebyśmy zawsze się kochali, byli zdrowi, czuli się w swoim towarzystwie dobrze, oglądali razem fajne, wzruszające lub zabawne filmy (lub jedno i drugie) i żeby zawsze dostawała od męża, w 'ukryciu' żółte tulipany w glinianym naczyniu do kiszenia ogórków. Nic mi więcej Boże w ten dzień nie trzeba.

Tagi: Walentynki
00:18, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 lutego 2010

Leniwy dzień dziś mam. Nie umiem się lenić w leniwe dni, więc przeważnie spędzam je na wyrzucaniu sobie, że się lenię, a następnie rzucam się do porządków czy równie fascynujących czynności i tak to się kończy.

W leniwe dni rano oglądam Dzien Dobry TVN w łóżku, potem z poczuciem winy miotam się po domu, wstawiam prawnie, trzepię pościel itd, tak więc śniadanie przypada gdzieś około 12tej. W telewizji jest wtedy przeważnie Plebania.  Nie oglądam na bieżąco, więc zupełnie nie wiem, o co tam chodzi, ale oglądam jedząc, bo mój mózg też musi odpocząć, a nie lubię jeść sama w ciszy przy stole w jadalni.

Dzisiaj proboszcz pojechał do biskupa i sobie pogadali, na plebanii była para byłych małżonków, on ją przeprosił za lata bicia i poniewierania, dał pieniądze na dzieci i się zmył. Jakiś młody ksiądz ma dylemat, myśli, że kościół zmarnował mu życie uniemożliwiając karierę naukową. Poważne to wszystko, nadęte, ale życiowe. A mnie naszła pewna refleksja - dlaczego w kraju, gdzie ludzie borykają się wciąż z kryzysami, bezrobociem, niskimi pensjami i jak dożyc do pierwszego, twócy telewizyjny uważają za swój obowiązek serwować im poważne, smutne seriale? Dlaczego nie dać im wytchnienia? Ja wiem, że może poruszane są tam rzeczy ważkie, ale na miłość Boską (sic!), czy musimy seriale o księżach oglądać na kolanach?

Jednym z moich ulubionych seriali w telewizji irlandzkiej jest Father Ted (podobno leci też na którymś BBC w Polsce). To tak jak Hotel Zacisze lub Czy ludzie powiedzą, tyle, że dzieje się na plebanii na pewnej irlandzkiem wyspie. Uradziliśmy z dziecmi, że kupimy sobie to na dvd, wszystkie odcinki i ogladamy z uwielbieniem i na kolanach, ale ze śmiechu.  Perypetie księży, z humorem pokazane ich przywary, codzienne życie, nałogi, małe codzienne grzeszki, są pokazane z dystansem, słynnym humorem angielskim i na wielkim luzie. Po każdym odcinku mam nieźle wyćwiczoną przeponę, na życie patrzę z przymróżeniem oka, gubię gdzieś to polskie poczucie misji zbawienia świata (a już swojej rodziny to na pewno), bywa, że spojrzę innym okiem na swoje problemy, a jeżeli taki seans nic nie zmieni, to chociaż się wyluzuję i mam siłę do stawienia czoła różnym durnym przeciwnościom.  I zawsze, kiedy to oglądam, myślę, że nas by nigdy nie było stać na stworzenie takiego scenariusza o księżach na wesoło.  A przecież Irlandczycy nie przestali szanować swoich duszpasterzy (chociaz po tym aferach pedofilskich to nie wiem), nadal są bardzo wierzący, Father Ted nic nie zmienił w sposobie postrzegania facetów z koloratką.  Dlaczego więc my się tak boimy tykać podobnych tematów w lekki i komediowy sposób?

A tak w ogóle to nigdy nie wiem jakie tagi przypisywać do notek

wtorek, 09 lutego 2010

Ale się wkurzyłam. Dym puszczam z nosa jak smok wawelski, maszeruję między pomieszczeniami niczym lokomotywa w obłędzie – jak to się mogło stać, że mojemu synowi, pół godziny po załadowaniu 20 euro na konto w komórce, co zaowocowało kwotą 24 euro, bo coś tam w nagrodę dodają, zostało tylko 9?
- gdzie dzwoniłeś? Przyznaj się! – krzyczę na niego w bezsilności, bo ileż można wydawać pieniędzy na te komórki? – powiedz mi tu natychmiast, bo mnie zaraz szlak trafi.
Syn zna mnie na wylot, więc nie dostał zawału, tylko spokojnie powiedział, że nigdzie nie dzwonił, co można sprawdzić, a poza tym był cały czas z córką, swoją siostrą czyli, na spacerze z psem i ma świadka. Ochłonęłam chwilę i faktycznie muszę przyznać, że nijak nie było okazji, żeby ten kredyt zużyć, tym bardziej, że my wszyscy też w Vodafone, czyli rozmowy między nami mamy za darmo, to samo tyczy się syna znajomych.

I w tym momencie dostałam prawdziwego szału, bo zdałam sobie sprawę, że go mają, jak zrobili to raz, zrobią jeszcze jeden.  Zadzwoniłam do Vodafone, pani mnie poinformowała, że oni widzą rozmowy i ubytki kredytu u siebie dopiero po 24 godzinach, czyli trzeba dzwonić następnego dnia.  To znaczy, że przede mną cała doba próby cierpliwości, trudna sprawa.  Spałam tupiąc nóżką, bo nienawidzę odkładać załatwiania takich spraw na potem. Od rana byłam niespokojna, odliczałam czas i czyściłam broń.  Nadejszła chwila prawdy, dzwonię jeszcze raz, a operatorka na to, że syn jest w subskrypcji na trzech numerach telefonów, takich pięciocyfrowych 57coś tam, co za każdego smsa ściągają kilka euro, ale to niekoniecznie musi być jego wina, pewnie dostaje jakieś smsy od tych firm, gdzie jest napisane, że żeby się wypisać należy wysłać wiadomość STOP i oni wtedy przestają wysyłać te płatne. Hello! Człowiek powinien mieć wybór, żeby się ZApisać, a nie WYpisać, czyż nie? Syn oczywiście zignorował te smsy, myślał, że w ten sposób się odczepią. Otóż nie ma tak lekko tragarzu puchu, trzeba się namęczyć, żeby się uwolnić od subskrypcji. Pani z Vodafone powiedziała, że takie wiadomości nie mogą być zablokowane, że do mnie należy dochodzenie zrefundowania zabranych pieniędzy u tych, którzy je pobrali, mam natychmiast wysłać STOP, na numery, które ona mi właśnie wysyła na komórkę, a wraz z nimi normalne numery telefonów do tych firm, które się trudnią tym niecnym procederem. I jeszcze na koniec mi poradziła – nie się pani dowie dokładnie skąd oni mają jego numer?

Odbezpieczyłam karabin i dzwonię. Pierwszy numer połączył mnie z miłą Panią w Indiach, która ni w ząb nie rozumiała, co ja do niej mówię, ja nie pozostałam dłużna i też nie miałam pojęcia, co ona mi próbuje wytłumaczyć.  Po kilku minutach (zawsze mam problem, czy ja płacę za połączenie z Indiami, czy lokalne stawki?), przyzwyczaiłyśmy się do naszych dziwnych angielskich akcentów, przekonane oczywiście, że to ta druga brzmi skandalicznie źle, i usłyszałam, że oni potrącają pieniądze z kredytu syna, bo on wysłał do niech kilkanaście smsów ze słowem GAME.  Karabin wypadł mi z ręki, przeprosiłam panią uprzejmie, odłożyłam słuchawkę i ruszyłam zamordować syna. Taki wstyd! Syn zna mnie nie od wczoraj, nie salwował się ucieczką, tylko wziął mnie na klatę i spokojnie wytłumaczył, że co jak co, ale taki głupi to on już nie jest, żeby wysyłać smsy z taką treścią i niby jakim cudem, skoro postanowiliśmy nie doładowywać jego komórki w czasie świątecznego pobytu w domu i dopiero wczoraj kupiłam mu kredyt. Fakt.  Dumna z syna, ze się nie ugiął pod naporem matki furiatki, zadzwoniłam pod ten numer jeszcze raz i mówię:
- zastanawiam się, kto robi ze mnie głupka, Pani czy mój syn i jednak stawiam na Panią. Proszę mi natychmiast wytłumaczyć, skąd macie numer i nie powtarzać bajeczki o smsach, bo sprawdziłam i to niemożliwe. I proszę mówić tym razem prawdę, bo nie będę więcej wydzwaniać, od razu udam się do prawnika od spraw konsumenckich (wymyśliłam na poczekaniu). Pani na to, ze stoickim spokojem, pewnie medytująca buddystka, bo kto inny zgodziłby się na pracę w takim miejscu, powiedziała, że syn ściągał grę z sieci i w ten sposób wysłał się (sam?) ten sms.  Syn przezorny, zawsze ubezpieczony, siedział przed moim laptopem i od razu wszedł na rzeczoną stronę, gdzie jak byk napisane – free download. Pytam panią niespotykanie spokojną, co mnie z kolei doprowadza do szału (a jednak mam na tyle świadomości, żeby zanotować sobie w głowie skuteczność jej taktyki), skoro napisane free, to jakim cudem jednak płatna? Odesłała mnie na drzewo. Podała stronę internetową z dokładnymi informacjami, pożegnała się ładnie, coś tam jeszcze gadała i się rozłączyła. Wrrrrrr.  Ale to i tak lepiej, bo pozostałe dwa numery w ogóle nie odpowiadają, jedynie automatyczna sekretarka podaje informację, że trzeba zostawić numer komórkowy i nazwisko, oni oddzwonią.  Nie mogąc się na nich wyładować, normalnie myślałam, że umrę przez samozapłon.

Muszę się temu bliżej przyjrzeć, czy jest jakaś instytucja, gdzie można zgłosić takie niecne praktyki? W międzyczasie ostrzegam, przestrzegam i co tam tylko – nie dajcie się wkręcić w te smsy, wysyłajcie STOP to unsubscribe, a w najgorszym wypadku zmieńcie numer, tak jak my postanowiliśmy zrobić w przypadku syna, bo będziecie tracić pieniądze bez końca i to w taki sposób, że nawet nie będziecie wiedzieli kiedy.

poniedziałek, 08 lutego 2010

Czy macie czasem takie poczucie, że nie tak dzieje się w waszym życiu? Niby wszystko ok, niby pod kontrolą, rozwiązuję problemy w miarę jak się okazują, córka bezpiecznie wróciła z Maroka, syn zadowolony z życia konferuje z kolegami online, mąż zdrowy, pies szczęśliwy, a ja mam w sercu straszny niepokój, jakby coś wisiało w powietrzu, jakieś nieszczęście.

Dzisiaj zadzwonił telefon. Oczywiście nie wtedy, kiedy robiłam sobie śniadanie, nie wtedy, kiedy zalewałam herbatę, nie wtedy, kiedy siedziałam z wyciągniętymi nogami na fotelu i ją popijałam, zadzwonił dopiero wtedy, gdy wlazłam pod prysznic i do tego myłam głowę, więc miałam ograniczone możlwiości zareagowania na bodźce słuchowe, zresztą poważnie stępione poprzez szum wody. Drugi raz zadzwonił, kiedy stałam ociekając wodą na środku łazienki. A że nie lubię niedodebranych połączeń, bo mnie potem męczy kto dzwonił, pognałam goła jak święty turecki do telefonu. Ale mi się wyłączył, bateria. No to nadal nieubrana pognałam na piętro, do drugiej słuchawki, bo zadzwonił telefon raz jeszcze. Nie dobiegłam na czas. Odczytałam na ekranie elektronicznego wyświetlacza - OUT OF AREA. Co to do jasnej cholery ma znaczyć, z poza kraju, z poza kontynentu? Skąd ten telefon i dlaczego tak dzwoni i dzwoni? Zadaj pytanie, wykreaujesz własną odpowiedź, oczywiście popartą wizją tragicznych wypadków. No i jaki taki spokój szlak trafił, co ja mówię spokój, uczciwie przynać musze, że mam uczucie niepokoju właśnie od kilku dni, a ten telefon tylko to spotęgował.

Musiałam jechać do miasta, bo byłam umówiona na tłumaczenie w spotkaniu dyscyplinarno-odwoławczym i to też była raczej nieprzyjemna sprawa, więc mi się humor nie poprawił. Miałam nadzieję, że potem skoczę sobie do kina na seans przed 16, ale długie było to spotkanie, więc nici z kina. Nawet godzinna jazda samochodem mi nie pomogła, chociaż zwykle odpręża.

Siedzę teraz i się zamartwiam - co ode mnie chceli ci ludzie z OUT OF AREA, może to coś niedobrego, może powinnam być gdzie indziej, coś działać?  I tak się boję, że jak mnie jakaś wiadomosć pieprznie w łeb, to się nie pozbieram.

W ogóle od czasu udaru mózgu mojej mamy i zajść później z tym związanych, boję się dźwięku telefonu.

piątek, 05 lutego 2010

Poszłam do sklepu po kabel do TV, sami podłączyliśmy Sky do trzech telewizorów, zaoszczędziliśmy €160. Hopsasa, skaczę po kuchni ze szczęścia. Tak tak, tyle kosztuje fachowiec w Irlandii. Pamiętajcie, nie opłaca się zupełnie, jeżeli tylko możecie coś zrobić sami, wszystkimi siłami omijajcie korzystania z wszelkiego rodzaju usług, bo są, moim zdaniem, horrendalnie drodzy, pewnie dlatego, że wciąż ich za mało.

Ale, ale, nie o tym miało być, to taka przydługa dygresja, z których, kiedy w emocjach, jestem znana. No więc, stoję przy ladzie w oczekiwaniu na sprzedawcę i co widzę przed sobą? – górę świec. Co przypomniało mi, że już w piątek Matki Boskiej Gromnicznej, czyli Candle Mass. Z tej właśnie okazji kupuje się świece, jak każe tradycja koniecznie z wosku pszczelego. Ilość tych świec zależy od potrzeb, bo trzeba Wam wiedzieć, że mają one wielkie znaczenie w codziennym życiu Irlandczyka, a raczej w jego nadzwyczajnych momentach.

Mój mąż upiera się, że u nas jest ten sam zwyczaj, ale ja o tym nie słyszałam. A mianowicie, ilekroć dzieje się coś niezwykłego, coś wymagającego wstawiennictwa Matki Boskiej, kiedy dzieci zdają egzaminy, kiedy ktoś nam bliski lub miły jest chory lub w połogu, kiedy mąż musi jechać gdzieś samochodem, a jest okropna pogoda, kiedy ktoś umiera, a śmierć niech mu lekka będzie - we wszystkich tego typu przypadkach pali się świece.

Kiedy przypominam sobie moje uczestnictwo w zeszłorocznej mszy, pękam ze śmiechu.

Tamtego dnia pracowałam, bardziej uroczysta msza była rano, ja z oczywistych względów nie mogłam na niej być, więc postanowiłam wybrać się do kościoła wieczorem. Mąż pracował dłużej, miał samochód ze sobą, dzieci nie było, zapakowałam świece do płóciennej torby, jakiegoś pieniążka na tacę, latarkę i w drogę, na piechotę. Mieszkam w środku miasta, ale mój domek stoi na wzgórzu, przede mną w dole miasto, za mną piękna dolina, tak więc jest trochę tak jak bym mieszkała na wsi. O tej porze roku, zresztą dzieje się tak przez prawie ¾ roku, biegają niczym nie skrępowane i bez strachu jelenie i dzikie króliki. Pięknie to wygląda, jak na obrazach czasami (jelenie na rykowisku haha), ale pod warunkiem, że siedzi się w domu. Kiedy trzeba iść gdzieś piechotą, strach, bo spotkane na drodze, nie uciekają, a wręcz przeciwnie, przyglądają się z ciekawością. No więc zabrałam ze sobą wielgachną latarkę, coby mnie widziały zawczasu i, taką miałam nadzieję, umknęły w popłochu (no z tym popłochem to może lekka przesada).

Do kościoła weszłam lekko spóźniona, zanim się rozsiadłam, zorientowałam czy wszystko mam i gdzie, bo ze strachu przed tymi nieszczęsnymi jeleniami leciałam po tej drodze jak po ogień, na granicy histerii, zdałam sobie sprawę, że ksiądz już ruszył między ławki z kropidłem i modlitwą na ustach. Zaczęłam grzebać w popłochu w torbie w poszukiwaniu świec, a nie było to łatwe. Miałam ze sobą taką zgrzebną torbę z surowego płótna, którą dostałam na targach książki w Warszawie na stoisku Zysk i Ska. Uwielbiam ją, bo jest niezniszczalna i niesie za sobą miłe wspomnienia (miałam chandrę emigracyjną i mnie mąż wysłał na te targi specjalnie, żebym sobie humor poprawiła, osiem godzin buszowania w książkach, rozmów z pisarzami i wydawcami, ach to se nie wraci). Ksiądz się zbliża, ja nadal grzebię w coraz większej panice, ksiądz już tuż tuż, mam, w ostatniej chwili wyciągnęłam, uff, podnoszę do góry i co widzę? – LATARKA!!!

Ksiądz twarz blacha, poświęcił latarkę. A ja siedzę w ławce i łzy mi lecą z wysiłku, żeby się nie zacząć śmiać i tarzać po podłodze kościoła. Oni wszyscy tolerancyjnie kiwają głowami, widać w Polsce taki zwyczaj, żeby latarki święcić.

Kiedy się księdzu, po mszy, ze wstydem przyznałam, ,że świece nadal zaplątane w torbie, nie poświęcone leżą, uśmiał się serdecznie wraz ze mną, zaprosił do Zakrystii i poświęcił.

Morałów z tego kilka – nie spóźniać się na msze, nie targać toreb płóciennych w takich razach, brać ze sobą więcej chusteczek higienicznych, żeby mieć się w co wyśmiać i z tego śmiechu wysmarkać, a najważniejszy to taki, żeby mieć do wszystkiego dystans.

A jeżeli chodzi o świece, lżej jest na duszy, kiedy człowiek ma w domu coś, co daje namiastkę modlitwy i połączenia z tymi w Niebiesiach.

Bycie bezrobotnym jest wielce zajmujące i człowiek jest zajęty od przysłowiowego rana do wieczora. Doprawdy nie wiem, jak się te wszystkie ważne sprawy, które są do załatwienia na już, obywały beze mnie, kiedy jeszcze miałam posadę?  Od pierwszych dni pobytu na Zielonej Wyspie pracowałam na pełen etat, od 9-5, ani nie miałam mniej dzieci, ani nie byłam singlem, wszystko niby to samo, więc jak to jasnej ciasnej, dawałam sobie przedtem radę?

Od jakiegoś czasu jestem bez pracy.  Wydawałoby się, że mam dużo czasu na porządki, mogę teraz gotować obiady z trzech dań, spotykać koleżanki na kawę o 11 przed południem, czytam jedną książkę na tydzień najmarniej, oglądam filmy pakietami i generalnie siedzę z nogami do góry i mam wszystko zrobione na wczoraj.  Nic bardziej mylnego.  Bywają dni, że stronę w kalendarzu mam całą zapisaną i sama nie wiem, w co najpierw ręce włożyć.  Koleżanki dzwonią i pytają kiedy możemy spotkać się na ploty, a mnie ciężko znaleźć czasem lukę. Bywa, że prasowanie czeka, a ja jestem dwa, trzy dni w rozjazdach, i żeby to w jakiś ważnych sprawach, co mi odmienią życie, ależ skąd! Poczta, lekarz, odebrać leki, wysłać podanie o granta na studia córki, zajrzeć do szkoły Wojtka, bo tam coś do podpisu na mnie czeka, wysłać płytę z filmem do koleżanki, sprawdzić wpisy na blogu, dorobić klucz, bo syn zgubił, znaleźć krawcową, bo mu się spodnie popruły, aaaa i jeszcze odebrać zasiłek na poczcie i zajrzeć do sklepu, bo mają rybę w specjalnej ofercie, a jak już będę w mieście, to może mam czas zajrzeć do koleżanki, bo coś jej komputer szwankuje, a jak nie umiem naprawić, to może znam faceta od tych rzeczy, a jak znam i trzeba tam pojechać, to może mogłabym, bo i tak przecież mam full czasu, bo nie pracuję.  W czwartek otwarte biuro HSE, podanie o kartę medyczną trzeba by zanieść, a tam bagatela kilka godzin w kolejce odstać, uff będzie czas książkę poczytać, telefon od koleżanki – potrzebuje pomocy w wypełnieniu formularzy, kurczę właśnie mi się przypomniało, że w domu leżą formularze na granta, tym razem na ocieplenie domu, umówić się z facetem od certyfikatów, niech powie, co trzeba zrobić (wizyta tegoż niespodziewanie trwa 4 godziny), umówić się do dentysty i syna też, bo coś mu tam się ukruszyło, zadzwonić do VEC – dlaczego nie ma córki granta studenckiego, dostałam list na darmową cytologię, umówić się na cytologię, o jessssu, przecież recepty się skończyły, telefon do lekarza po raz drugi, sprawdzić loty do Polski, bo tam przecież mama chora czeka, kurczę jutro zebranie u syna w szkole, pół dnia mi to zajmie.  Włosy sterczą jakoś dziwnie nad uszami, kiedy może przyjąć mnie Edyta? (tym razem przezornie nie mam w planach chińskiego fryzjera). Znalazłam ogłoszenie z interesującą pracą, trzeba napisać CV, cover letter, kurczę pomysłów mi już brakuje, co napisać, żeby im zaimponować? Kolega maluje mieszkanie, czy mogę gdzieś się dowiedzieć jak się nazywa specyfik do wywabiania grzyba ze ściany (kolega nie zna angielskiego), nie ma sprawy, w samochód i do sklepu, niech poradzą, potem jeszcze sms do kolegi, bo pracuje i jest baaaardzo zajęty, odebrać nie może; sms jest kilometrowy, bo trzeba dokładnie wyjaśnić czym się różnią specyfiki i jak je używać.

Przyszło potwierdzenie, że przyznali nam granta na docieplenie domu i wymianę pieca. Dopiero zaczyna się kołomyja, bo trzeba znaleźć fachowca, umawiają się i nie przychodzą, trzeba dzwonić, wreszcie się zjawiają, obiecują wysłać list z proponowaną kwotą za wykonanie usługi, czekam, czekam, nie ma, sto telefonów - jest, można się wreszcie zdecydować na któregoś, niełatwo oj niełatwo, nie chcą gadać z babą, ale cóż począć, skoro mąż w pracy do późna, trudno panowie, musicie się ugiąć.  Trzeba jeszcze pojeździć poszukać pieca i termostatów i regulatorów, bo może byłoby taniej kupić samemu (a ile przy okazji benzyny wypalone, może jednak byłoby taniej, gdyby kontraktor kupił?

Lekarz wzywa na umówioną cytologię, dentysta chce się wwiercić w zęba (wtorek pasuje?), nauczyciel Wojtka chce porozmawiać o dodatkowych lekcjach gry na gitarze (trzeba umówić terminy i opłaty), znajoma potrzebuje kogoś z angielskim, żeby pójść z nią na wywiadówkę, bank czynny tylko do 4, dentysta też, jak sobie radzą ludzie, którzy pracują? Jak ja sobie kiedyś radziłam?

Nie wiem, czy to nie jest przypadkiem tak, że kiedy pracujemy, nie mamy czasu na pierdoły i wiele rzeczy czeka, czeka, aż się rozwiązują same, albo przy okazji, poza tym pewnie łatwiej komuś odmówić przysługi, bo jak pracujesz to masz prawo.
Kiedy dowiedziałam się, że jestem bez pracy, zastanawiałam się, co ja będę cały dzień robiła z czasem?  No to już wiem.

wtorek, 02 lutego 2010

Być matką w Irlandii to nie lada wyzwanie. Szczególnie taką matką jaką ja chciałabym byc.

Po pierwsze, według standartów anglosaskich, tych współczesnych, jestem za sroga, za pryncypialna, nie mam względu na potrzeby moich dzieci, odmawiam im niezbywalnego prawa do swobodnego picia, również upijania się do nieprzytomności w ukryciu i późniejszego wymiotowania na chodniku, ku uciesze przechodniów, palenia, noszenia nieprzyzwoitych rzeczy (za krótki spódniczek, dekoldów do pępka itp), nie podoba mi się sypianie u swojego chłopaka w domu w wieku 16 lat i wiele wiele innych rzeczy.  Kiedy mojej córce nie pozwoliłam pojechać na dyskotekę w wieku 15 lat (w nocy do miesta odległego o godzinę jazdy przez góry, niby bezalkoholowa, ale tajemnicą Poliszynela jest, że piją w autobusie), matki innych dziewczyn namawiały mnie, żebym się złamała. I okazywały dezaprobatę, kiedy mówiłam stanowczo NIE.  Córka zaczęła wychodzić wieczorami dwa lata póżniej, nigdy nie wróciła pijana, nie jest w ciąży chociaż ma już prawie 20 lat i udało nam się jakoś uniknąć różnych niebezpieczeństw młodości. Ja czuję się wygrana, ale jakże zmęczona, że musiałam stawiać opór nie tylko jej zachciankom, bo inne dziewczyny to już od dawna to czy tamto, ale też i matkom, które dokładnie wiedziały, czego moje dziecko potrzebuje najbardziej.

Mój syn nie jeździ jeszcze na dyskoteki, ale często zaprasza kolegów do domu, równiez na noc. To jest dopiero gehenna. Wkurza mnie, że nie mówią dzień dobry i dziękuję, strasznie świnią przy stole, a najgorsze jest to, ze nie jedzą normalnego jedzenia, domowej kuchni, tylko muszę im serwować jakieś śmiecie typu chicken nuggets, frytki, ketchup (nikt tu nie rozumie tej nazwy, a ja durna myślałam, ze międzynarodowa, tutaj mówią red sauce, czyli czerwony sos). Pół biedy, kiedy wiem, że ktoś przychodzi, ale czasem jestem brana z zaskoczenia i wtedy moje klopsiki w sosie grzybowym, nadziewane polędwiczki z ziarnami i orzechami (Aniu dzięki za przepis), gołąbki, zupy wreszcie, powodują odruchy wymiotne u dzieciaków. Wyjmuję więc frytkownicę i smażę to dziadostwo. Nie, zebym nigdy frytek nie jadła, czasem fakt, nie mam obiadu i ratuję się czymś takich, ale żeby wciąż to samo? I nie chceć zjeść prawdziwego jedzenia, tylko wrzucać kotlety mielone pod stół (pies przyjmie wszystko)?

Koledzy syna to fajne chłopaki, nie ich wina, że rodzice fundują im wciąż to samo - wspomniane smażone gotowce, spagetti bolognese (z frytkami) i ziemniaczane wafle, a w najlepszym wypadku chińczyka czy hinduskie jedzenie z take away'a. Robią też zupy, ale mielone na kremy, więc moje z ziemniakami i kawałkami warzyw wygladaja na niedokończone.  Dziwię sie tylko, że nie uczy się już dzieci zachowania przy stole, jedzenia nożem i widelcem, siedzenie prosto i trzymania łokci przy sobie. Kiedy patrzę na te dwumetrowe jamochłony, zapowiedź przyszłych mężczyzn, na to jak siedzą jacyś poskręcani przy stole, trzymają widelec w taki sposób, że nie potrafiłabym tego nawet naśladować, noża nie uzywają w ogóle, a przy tym to naprawdę inteligentne i fajne chłopaki, o ile wyjdą poza ten mrukowaty styl, to mi włosy dęba stają, jakie to pokolenie dziwaczne rośnie. I takie niezadbane i zapuszczone przez dorosłych, w sensie tak zwanej kinder sztuby. Jak ci ludzie pójdą w świat?

23:15, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 lutego 2010

Jestem w domu sama. Po miesiącu czasu, kiedy dom od rana tętnił życiem, wszystko wróciło do normy. Do mojej obecnej normy, bo wcześniej było inaczej. Odkąd córka na studiach, a syn już na tyle duży, że mnie nie potrzebuje w każdej minucie życia, a właściwie odkąd poszedł do Secondary School to prawie w żadnej minucie życia (mąż się zrzyma na takie gadanie, mówi - potrzebuje wiedzieć, że jesteś obecna, ale już tak na tobie nie wisi, to chyba dobrze?), moja norma zmieniła się o 180 stopni i musze się do tego jakoś przyzwyczaić. Kiedyś wydawało mi się, ze nigdy już nie przyjdzie taki czas, kiedy będę mogła spokojnie ugotować obiad, poczytać książkę nie ukrywając się w toalecie, a teraz myślę, że przyszedł za szybko. Mąż upomina - nie jęcz tylko ciesz się wolnością, zaraz przyjdą wnuki i znowu będziesz miała dom "pełen ludzi". Ma rację, ale co z tego?

Miesiąc pobytu Michaliny w domu to było dla mnie święto, tym bardziej, że i Wojtek miał wolne z powodu pogody.  Święta wiadomo, to co u wszystkich, obżarstwo i lenistwo, a potem, chyba przez ten zalegający śnieg i wolniejsze tempo życia z tego powodu, dalsze lenistwo i same przyjemności. Gotowałyśmy razem, piekłyśmy, oglądałyśmy zaległe filmy i seriale, chodziliśmy wszyscy razem na spacery z pieskiem Frankiem, a kiedy młodzież spędzała czas na górze grając w gry, czy oglądając filmy nie dla zgredów, ja czytałam na dole książkę lub surfowałam po internecie.

A teraz jak ten kołek, jak palec albo coś tam, siedzę, słucham konkursów TV, bo mi się nie chce przełączyć kanału i włosy z głowy sobie rwę. A pani na ekranie podekscytowanym głosem tokuje - gramy dalej, nie ociągamy się, nasz program zmierza ku końcowi... No i niech sobie zmierza, myślę.

Jakieś dziwne uzależnienie człowieka dopada, kiedy już na taki program trafi. Nie może oglądać, nie daje rady tego słuchać - proszę zobaczyć, 100 złotych, 100 złotych! za imię żeńskie kończące się na literę A.  Krzyczę na całe gardło, przecież wszystkie kończą się na literę A. I słucham dalej. Na szczęście trafia mi się to mniej więcej raz na miesiąc, a tylko raz na pół roku nie mam siły ani ochoty przełączyć. Więc to chyba jednak jeszcze nie uzależnienie od durnowactwa.  Przełączam kanał i ide robić śniadanie - smaruję chleb i słyszę, że para warchlaków kosztuje w niektórych regionach 200 złotych. Baaardzo ciekawe.

A moja córka w Maroku ze swoją grupą ze studiów, robią zdjęcia i szkice do projektów, przy okazji się przy tym bawią.  Cieszę, że żyjemy w czasach, że takie ciekawe życie jest jej udziałem. Ja na to nie miałam żadnych szans.

Rzuciłam się do robót domowych, bo mnie ta katatonia dobija. Dzieci poszły w świat (prawie, ale tak sobie mówię, żeby się powoli przyzwyczajać), a ja? - gramy dalej, nie ociągamy się...

12:38, kasia.eire , Dziennik
Link Dodaj komentarz »
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!