Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
niedziela, 31 stycznia 2010

Nieźle nam się zima dała we znaki, nieprawdaż? Nie, nie dołączę do grona krytyków irlandzkiego podejścia do tego żywiołu, nic z tego.  Stoję na stanowisku, że skoro w tym kraju nie ma nigdy zimy, a najgorsza ewentualność to jakiś tydzień odcięcia od świata, bo ulice pokryte białym puchem, taką marną odmianą śniegu, budzą u ludzi strach i wolą się wycofać z ruchu ulicznego i pieszego, ale zanim ktoś się przejmie na dobre wszystko topnieje i problem znika sam; skoro ostatnie takie nawałnice miały miejsce w 1962 według jednych, a w 1963 roku według innych, i miały charakter incydentalny, czyli nie powtórzyły się w takim stopniu aż do zeszłego grudnia, jeżeli nawet kontynentalna część Europy, która jest bardziej przecież do zim przyzwyczajona, poddaje się pod naporem zimy, to jakże możemy krytykować rząd irlandzki za opieszałość?

Wkurza mnie takie podejście. Gorączka biała mnie bierze, kiedy czytam komentarze w sieci lub słucham wszystkowiedzących rodaków gdzieś przy okazji, w sklepie, czy kościele, jak to tutaj nikt nie może sobie dać rady ze śniegiem, jak to śmieszne nam się wydaje, że brakuje tego, czy tamtego, że brak dostaw wody to nieudolność odpowiednich służb, że u nas nigdy by się to nie zdarzyło.  Tak?  A ja sobie właśnie słucham TVN24, gdzie reporterzy w Polsce docierają do wiosek odciętych od świata, gdzie nie ma prądu, wody i poprzewracane drzewa odcinają drogę do większych miast.  Bydło nie pije wody, ergo nie daje mleka, rury pękają i nic na to nie można poradzić.  W miastach podstawiają cysterny z wodą, bo muszą ją wyłączać, żeby usunąć usterki.  Pociągi spóźniają się godzinami, nie ma w nich ogrzewania, autobusy są odwoływane i nawet zwrotu pieniędzy nie można wyegzekwować, niedoszli pasażerowie będą musieli się upominać później.  A to wszystko w Polsce wyjątkowo do zim przyzwyczajonej przecież.

Mojej przyjaciółki mąż zajmuje się na tym terenie wodą, utrzymywaniem stałych dostaw, remontowaniem sieci itp.  W drugi dzień świąt, kiedy mój mąż odkrył nieobecność wody w kranie, pojechał do sklepu, zakupił wodę pitną, z jeziora pobrał wodę do toalet i po powrocie (niecałą godzinę go nie było), zasiadł do przerwanej lektury trzeciego tomu świetnej serii Millenium Larssona, kiedy ja z dziećmi i jeszcze-nie-zięciem popijając grzane winko graliśmy w Tysiąca, jej mąż od świtu zapieprzał na tym mrozie i śniegu i naprawiał szkody powstałe z powodu pogorszenia warunków pogodowych.  Kiedy my ze smakiem zajadaliśmy obiad, on zasuwał nadal na zewnątrz próbując przywrócić dostawy wody, kiedy my oglądaliśmy film na dvd, on dopiero wracał do domu. A była to 2200.  Jak się to zaczęło dwudziestego szóstego, tak trwa aż do dziś, bo szkody powstałe z powodu takiego długiego mrozu są wielkie.  Starają się utrzymać stałe dostawy, ale jest to niemożliwe, bo trzeba wyłączać, żeby się dało dokonać napraw.  Wszyscy to rozumieją, każdy się przejmuje, cierpliwie znosi, że tak nas dopadło i usuwanie szkód potrwa nie wiadomo ile, a Polacy?  Też się przejmują, przeraźliwie werbalnie, głównie krytykują, wyśmiewają i każdy, ale to każdy ma na ten temat wiele wiedzy i wyrobione zdanie, najczęściej, że rury położone za płytko - fakt, ale tak się tu robi, kto wie dlaczego, może dlatego, ze łatwiej naprawiać, może dlatego, że głębiej jest przeraźliwe błoto, może dlatego, że na przeważającej połaci kamienie, a może dlatego, że kopanie głębiej drożej kosztuje?  Fakt, że rury nie izolowane, ale po co, skoro nie było nigdy tak zimno?  I takie mnie myśli w tym względzie nachodzą, jeżeli jesteśmy tacy doświadczeni i przygotowani w kwestii mrozów i zimy, to jak to się stało, że drogowcy w Polsce dali się znowu zaskoczyć, jak to się stało, że w tych głęboko położonych zaizolowanych, polskich rurach, nie płynie woda?

No dobra, nie będę się już tu wywnętrzać, tak mnie jakoś złapało po wysłuchaniu kilku uwag gdzie niegdzie wygłoszonych.  Na szczęście nie musieliśmy nigdzie daleko się przemieszczać samochodem, woda wróciła, a rury okazały się całe.  Za to mieliśmy nieoczekiwany powrót do dzieciństwa, zjeżdżanie na czym się dało z górki na pazurki, spacery na ‘chrupiącym’ śniegu, pies brykał jak oszalały, zaskoczony i rozbawiony.  W białej aurze książki czytało się szczególnie przyjemnie, ogień w kominku nabrał dodatkowego znaczenia i uroku, makowiec popijany kakao smakował jak kiedyś, w schronisku górskim podczas wyprawy na narty.  Wróciły dawno zagrzebane głęboko wspomnienia, a wszystko to wraz z uczuciem szczypania mrozu w zziębniętych stopach i widoku zaczerwienionego nosa wystającego spod czapki. I chociaż zima jest fajna tylko dla dzieci, a dla dorosłych głównie kłopotliwa, szczęśliwa jestem, że właśnie tak zaczął się 2010 rok.  Z pewnością będę pamiętać to długo.

No i po świętach. Uff, nareszcie. Dłużej bym nie wytrzymała tego jedzenia. A że nas zasypało zupełnie, a pod śniegiem był lód, i tak padało cały pierwszy dzień świąt, nigdzie nie wyjechaliśmy na żaden spacer, tylko kilka minut z psem w dół drogi i z powrotem, jeszcze mi życie i całe biodra miłe. Siedzieliśmy w domu całe święta, każdy robił na co miał ochotę – czytaliśmy książki i jedliśmy, graliśmy w karty i jedliśmy, oglądaliśmy filmy i jedliśmy.  Mąż jak w Wigilię zaczął czytać trzeci tom sagi Millenium Larssona, przepadł bez wieści w tym fikcyjnym świecie (a to prawie 1000 stron) i go odzyskaliśmy dopiero pod koniec drugiego dnia świąt.  W nocy też czytał, ale tego to ja już nie wiem, bo wprawdzie jestem molem książkowym, ale jak się okazuje, nie aż takim.

Jak zwykle okazało się, że nagotowałam za dużo jedzenia. Nie wiem jak to się dzieje, że nic mnie nie nauczyły lata poprzednie, zawsze ten sam scenariusz - kiedy gotuję mam obłęd w oczach, że nie wystarczy, nie dam nikomu nic zjeść tłumacząc, że to z powodu postu, ale fakt jest taki, że mam wrażenie, że wyjedzą i nie będzie.  Męczę się, ciasta próbuję tylko dlatego, żeby się przypadkiem nie okazało, że jest zakalec i nie zjadliwe, no więc sprawdzić trzeba, ale reszty nie ruszam. Mąż mnie pyta – jeden półmisek ryby na zimno? Ja na to oczywiście, że dwa. I tak według tego samego wzoru wybieram większy kawałek piersi indyczej do upieczenia, schab też kawałek, którym można by wykarmić pułk wojska, sałatki warzywnej jak na kompanię wojska, ciasta to już chyba na jednostkę wojskową.  Przez resztę czasu dryl też wojskowy – najpierw rozkaz nie jeść, potem rozkaz wpieprzać ile wlezie, bo się zepsuje.  Na dodatek widzę śmieszność sytuacji i własną głupotę i to mnie jeszcze bardziej denerwuje.

Przez ten śnieg i pogodę święta były wyjątkowo spokojne i rodzinne.  Nie było latania ‘po kominach’, jak mówią na wschodzie o odwiedzaniu różnych domów, nie było gorączkowego przyjmowania gości, kiedy to człowiek się nabiega, naszykuje, potem zmywa i przyjemność wprawdzie jest, ale okraszona stresem, czy wszystko będzie na tip top.  A tak pełen luzik – cały dzień bez planów, bez stresu, bez nacisków – to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. No i mnóstwo czasu dla dzieci, które już w takim wieku, że możemy oglądać razem wszystkie filmy i grać w gry karciane czy planszowe dla starszych, a nie w dziecięce (chciałam napisać dla dorosłych, ale to jakoś pornograficznie brzmi).  Jest wtedy czas na fajne rozmowy o życiu, można się wiele od młodych nauczyć, jeżeli człowiek chce słuchać, a nie jest nastawiony tylko i wyłącznie na prawienie kazań.

Miałam wiele czasu na czytanie blogów i pisanie swojego. Zrobiłam zdjęcia mojego stosika książkowego od Mikołaja i umieściłam jeszcze Wigilijnej nocy. Myślałam, że będę pierwsza, ale okazało się, że już kilka podobnych wpisów na blogach czytelniczych było. Och my biedne mole książkowe, nawet w święta nie możemy powstrzymać się od chęci podzielenia się informacjami o zdobyczach i wrażeniami z lektur. Przez następne dwa dni zaglądałam do dobrze już znanych towarzyszy internetowych, bez końca dyskutowaliśmy, co nowego ukaże się w 2010 roku, jakie powieści kto czyta w ten świąteczny czas i w ogóle o książkach, bo nam nigdy o tym dość.  Kiedy tak siedziałam w środku nocy, cały dom pachniał grzanym winem z suszem owocowym, ciastem, wanilią i żywym świerkiem, ciepło biło od kominka, a za oknem padał śnieg – miałam poczucie bezgranicznej harmonii i szczęścia.  Nigdy nie zapomnę tego czasu.

W noworoczną noc miałam na pięterku bandę składającą się z czterech trzynastolatków.  Syn uprosił nas, żebyśmy pozwolili mu zaprosić kolegów, córka wyszła z chłopakiem na party, my nie jechaliśmy nigdzie. Jeszcze na głowę nie upadłam, żeby się gdzieś przez zaspy przebijać tylko po to, żeby się napić wódki, jakoś w tym roku mnie to w ogóle nie bawiło.  Natomiast rum z colą, dobry film na dvd i coś pysznego na zakąskę – to było to.  Zgodziliśmy się na syna prywatkę, a sami spokojnie, cieplutko i ujutnie weszliśmy w 2010 rok, bez fajerwerków może, tylko w telewizji, ale za to w miłej atmosferze. Dużo zamieszania to ja już miałam w zeszłym roku, w nadchodzącym zależy mi głównie na świętym spokoju i żeby wszystko jakoś do normy wróciło.  Co nie zależy tylko od nas, bo oczywiście zadajemy sobie pytania, jak wszyscy pewnie, kiedy ten kryzys się już skończy, ile jeszcze będzie straszenia cięciami we wszystkich dziedzinach, kiedy w pracy, o ile się ją ma, skończy się ta panika i obciążanie ludzi coraz to większymi obowiązkami za tę samą lub obciętą płacę i kiedy wreszcie ci, którzy płatnego zajęcia nie mają, znajdą je?  Tyle pytań, i jeszcze więcej nasuwa się z nadejściem nowego roku.  Ciekawe na ile z nich znajdziemy odpowiedzi? I czy się nam spodobają?

sobota, 30 stycznia 2010

Ten nad-tytuł moich felietonów, a teraz i bloga, wymyślił lata temu Krzysztof Strzelecki, sekretarz redakcji Tygodnika Siedleckiego.  W pierwszym momencie strasznie się w samotności nabzdyczyłam

- jak to z babskiej - buntował się mój mózg o płci damsko-męskiej (sprawdziłam testem po przeczytaniu książki Płeć mózgu) - przecież to nie z babskiej, to z nijakiej perspektywy, po prostu zdrowo rozsądkowej perspektywy!

Kiedy już się przestałam nabzdyczać i wróciła mi jasność myslenia, przyznałam mu rację, bo niby z jakiej by to miało perspektywy być, jestem kobietą, mogę być nawet babą, nic mi to nie przeszkadza.

I tak pisałam sobie pod tym szyldem, dostawałam wiele sygnałów, i to przekazywanych osobiście, bo internet nie był wtedy jeszcze tak powszechny, że i mężczyźni mnie czytają, ich żony, matki, bracia żon itd. Pan magister w aptece powiedział nawet kiedyś, tubalnym głosem niestety, że musi mi ten krem na hemoroidy gdzieś zdobyć, bo go żona prześwięci, że tego nie zrobił, jak się dowie, kogo obsługiwał. Hmm, uroki małych miast, wszyscy cię znają, albo myślą, że znają.

Po kilku latach przmieściłam się do Irlandii, zaczęłam pisać dla polonijnego tygodnika Polska Gazeta. Piszę też dla belgijskiego miesięcznika. Z tym samym szyldem, mam nadzieję, że Krzysztof nie strzeli mnie między oczy za przywłaszczenie sobie tego na całkowitą własność.  Zresztą - nie ma takiej drugiej baby, będzie musiał wymyślić co innego, jeżeli mu się jakaś inna trafi (za świętej pamięci profesorem Gruchałą powtarzam - zbereźności rodzą się w uchu słuchacza!).

W Irlandii mieszkam w małym miasteczku, moimi przyjaciółmi są głównie Irlandczycy, z nielicznymi wyjątkami polskimi.  Brakuje mi możliwości 'pogadania' z przyjaciółmi, mam nadzieję, że ten blog nie pozwoli im o mnie zapomnieć. Może nie tylko oni będą tu zaglądać?

To tyle. Zapraszam!

21:05, kasia.eire , Dziennik
Link Komentarze (2) »
O autorze
Zakładki:
A) Konkurs Blog Roku 2011
Blogi Kulinarne
Czytam innych
Kontakt - kasia.eire@gazeta.pl
Mój blog o książkach, filmach i inne zapiski coolturalne
Mój szablon od Auel
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.
Tagi

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!