Kochane dziewczyny (zagląda tu jakiś chłop, chyba nie?) Dzięki za wsparcie i za cierpliwość do mojego jęczenia. Po komentarzach widzę, że muszę coś sprostować i do czegoś się jasno przyznać. Sprostowanie - dieta, którą rozpoczęłam pochodzi z książki dietetyczki Magdaleny Makarowskiej 'Jedz pysznie chudnij cudnie' (uwaga będą zdjęcia z Merlina, proszę mnie nie zamykać do więzienia)
Nie jest to żadne czary mary z ducanowej stajni, ani plaż południowych, po prostu zdroworozsądkowe jedzenie, namawianie do zmiany zasad żywienia na lepsze, czego mi potrzeba. Po drugie, nie mam tu żadnej pomocy dietetyka, więc ta książka, gdzie są jadłospisy na pierwszą fazę odchudzającą i potem na kolejne fazy, bardzo mi pomaga, bo mam złe nawyki i sama nie umiałam sobie z tym poradzić. Od wieków babcie i mamy mówiły - to ci nie zaszkodzi, tamto też nie, a okazuje się, ze wyjątkowo zdrowy soczek z pomarańczy powoduje, że wypiłam ileś set kalorii bez sensu. Bardzo się staram, chociaż przechodzę teraz fazę odstawienia od chleba i ulubionych klusek i ryżu itp. Poza tym brak słodkiego mnie po prostu dobija, to też jest uzależnienie i odstawienie przechodzi się tak samo, jak od fajek czy alkoholu. Pogoda mi nie pomaga, jest ciemno, szaro i deszczowo. Dzisiaj pogoda dopisuje, nadal zimno, ale przynajmmniej słonecznie, to i na wszystko patrzę z większym optymizmem. W lecie byłoby lepiej zaczynać, ale przecież nie będę czekać pół roku. Nie jest mi łatwo, bo jestem łakomczuchem na dobre jedzonko, nie musi być tłuste, zdrowe też lubię, warzywa itp, jak nie mam zabronione, to nie myślę, a jak mi ktoś mówi - tego nie, tamtego nie, to mi się chce nawet takich rzeczy, których nie jadam częściej niż dwa razy w miesiącu jak na przykład frytki. Dużo i z majonezem, chociaz nie pamiętam, kiedy tak ostatnio jadłam. Wczoraj byłam bardzo dzielna, bo poszłam na zakupy i z pogardą (powiedzmy) przeszłam obok wszelkich słodyczy, bułeczek (a pachniało tymi z jabłkami), chlebów (ten soda bread wyglądał tak apetycznie), udałam się do warzyw i jogurtów i na tym poprzestałam. Poza tym chyba złapałam wirusa żołądkowego, bo mi niedobrze i s... dalej niż widzę, albo to ta dieta, nie wiem, może mnie czyści ze złogów? Muszę doczytać. I już ostatnie poza tym - jedzenia jest strasznie dużo, ja tyle normalnie nie jem, co pewnie też było problemem. Mam takie wrażenie, że co skończyłam jeść, to już musze znowu. A teraz ostateczne przyznanie się: Moim ulubionym sportem jest czytanie ksiażek z psem w nogach. Wiem, nie musicie grzmieć, błąd błędem pogania i jestem leniwa tłusta dupa (ewa już cię wyręczyłam), muszę się przemóc. A jak zacznę to już pójdzie. Kiedyś uprawiałam koszykówkę i siatkówkę, chodziłam na siłownię i ćwiczyłam pod okiem fachowca, lubiłam to, ale odkąd tu jestem i nie mam takich możliwości, to mi jakoś ochudło. Poza tym, jak się człowiek zapędzi w zapuszczaniu, to nie wie, kiedy przestać. Kupię sobie polecane ćwiczenia, tylko mi powiedzcie, czy jest sens płacić za zestaw trzech, taniej, ale może ja ich nie potrzebuję, może ta jedna wystarczy i która, bo czerwone są dwie. Oto link do sklepu, gdzie chcę zamówić, powiedzcie proszę, tylko którą? http://www.play.com/Search.html?searchtype=allproducts&searchsource=0&searchstring=cindy+crawford Nic nie poradzę na to, że deszcz mnie odstrasza od wyjścia, nawet mój pies nie chce. Zahibernował się i śpi, chociaż energii zwykle ma za dwóch. Do tego nie pomaga nadwrażliwość piersi, jak wietrznie i zacina, natychmiast zaczynają mnie boleć. Kupiłam sobie koszulkę trzymającą ciepło, może coś pomoże? Co innego, kiedy słońce wyjdzie, wtedy będziemy wespół zespół maszerować, ja i Franiu. Teraz sytuacja przedstawia się tak:
Mnie spokojnie możecie dodać do tego obrazka, bo żyć mi się na razie nie chce i też bym się tak z łbem pod kocem położyła. Wiem, że to koło zamknięte, ale jesteście moją grupą wsparcia i dzięki Waszym komentarzom, coraz bardziej mi głupio, że tak się dzieje i się biorę w garść, widzę to normalnie. Nie będę Wam za bardzo jęczeć, w kolejnych wpisach będzie na dole sekcja z Frontu walki i kto będzie chciał, poczyta, a kto nie, to nie. Dzisiaj miałam chleb razowy z twarożkiem na śniadanie, a zaraz mango (całe!!!), uwielbiam takie śniadanka pierwsze i drugie :-0
No i się zesrało z tym rowerem, okazało się, że muszę zatankować olej do ogrzewania, więc pieniądze zebrane na niego, pójdą w rury, żebyśmy nie zamarzli, ale nie rezygnuję, mam zamiar zapłacić za niego w ratach, ale niestety w tym sklepie nie jest tak, że dostajesz rower i płacisz, ale najpierw płacisz, a odbierasz go wraz z ostatnią ratą. Wrrrrrr. Rower będę widzieć, za kilka miesięcy. Mam nadzieję, do maja się wyrobić. Trudno tak wszystko pogodzić, jak się nie ma pracy, a zlecenia dla wolnego strzelca raz są, raz ich nie ma. Poza tym cały czas zbieram pieniądze na wyjazd do mamy. Jakoś mi smutno, że mnie tak na nic nie stać. Sprawdzam codziennie oferty pracy, nic.
Doniesienia z frontu diety (kto nie chce, niech nie czyta): Po pierwsze, a propos tego wyżej, nie jest ona wcale taka tania, jak sobie we łbie wymyśliłam, bo je się inaczej, wcale nie mniej, nawet chyba więcej, do tego produkty dobrej jakości i takie, których wcześniej nie jadłam, jak na przykład avocado (brrr, nie lubię, zielone masło dla mnie). Ale nie jest tak źle, jak pierwszego dnia, bo wczoraj i dzisiaj (to samo się je dwa dni), jest na obiad kurczaczek na szpinaku uduszonym z czosnkiem, przyprawami i pomidorami, a do tego chuda feta. Jakie to mniamuśnie, mówię Wam. Ale się wczoraj zajadałam. Na śniadanie za to mleko z płatkami owsianymi i jabłkiem. Ja bym wolała chleb, bo rano lubię kanapki piętrowe, czyli na dole chleb, może być czarny, ale na wierzch wędlina, ser, pomidory, papryka, rzodkiewka, dlatego piętrowe. Jem je nożem i widelcem. Brak mi takiego śniadanka. Do tego mogłoby być jajeczko na twardo, albo łyzka twarożku.
No, ale trzeba się trzymać. Tylko teraz mam to mleko, a jutro serek z rzodkiewką i jedne chlebek, a w niedzielę, tadam, jajecznica z 2 jaj z drobiową wędliną, sałatą, pomidorem i razowcem. Normalnie raj. Wszyscy mówią - bez ruchu nie ma spadku wagi. Ja wiem, ale naprawdę nie mam gdzie pod dachem, więc muszę najpierw nauczyć sie lubić deszcz, po u nas leje codziennie. Uwierzycie? CODZIENNIE! A jak nie leje, to się zanosi. Ja się od razu robię najeżona, jest mi z tą wodą z nieba nieprzebraną źle, nawet jak w domu, a jeszcze wyjść? Muszę się zmotywować. Cholera, nawet ciekawa książka w słuchawkach nie pomaga, bo deszcz i książka mi zupełnie, wcale, ale to wcale nie konweniują. Basenu nie mam, siłowni nie mam, jest w szkole u syna cały czas zawalona pakerami i wyrostkami, wiadomo, jaki tam zapach, delikatnie mówiąc - testosteronu. A powierzchnia jakieś dwa metry kwadratowe, hehe. Pozostaje chodzenie i rower, co go jeszcze nie mam. No to się wyżaliłam.
Voluś, czyli kucharz duży zaprosił mnie do zabawy, której celem jest wymienienie ulubionych seriali i zaproszenie do zabawy innych.
ZASADY ZABAWY: 1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga. 2. Napisz, kto Cię otagował. 3. Zaproś co najmniej 5 innych blogów 4. Wymień i opisz kilka swoich ulubionych seriali
Mam problem, bo ulubionych mam więcej niż pięć, ale niech będzie wybiórczo:
1. Lark Rise to Candleford, ale to jest tylko przykład, bo uwielbiam kostiumowe, szczególnie spod znaku BBC - Cranford, Downton Abbey i ostatnio Call the Midwife
2. Grey's Anatomy, w ogóle te dziejące się w szpitalach, House'a, Private Practice, ER, nawet Na dobre i na złe
3. Frasier, humor jaki lubię
4. Father Ted, dzieje się w Irlandii, a bohaterami są księża. Pewnie dlatego nigdy w Polsce nie nadawali, a śmieszny jest jak mało który
5. Tu miałam problem, bo chciałam też na tej liście jednego serialu rosyjskiego i padło na Moskiewską Sagę, ale walczył on z Brygadą. Sama nie wiem, który bardziej ulubiony.
Słowo stało się ciałem, mam nadzieję, że coraz mniejszym w rozmiarze - odchudzanie rozpoczęte. Trochę niefortunnie, bo w jadłospisie dzisiaj ryba, a ja nie za bardzo miałam ochotę na nią. Próbowałam się zmusić, ale skończyło się tak, że się spłakałam jak bóbr nad talerzem z warzywami z wody, rybą, na widok której mnie cofało, tak długo się zbierałam do jedzenia, ze mi te warzywa wystygły, ryby i tak nie ruszyłam i skończyło się na vegetariańskim posiłku posolonym łzami. Do tego w sałatce lanczowej miałam mozzarellę light, która też mi ostatnio nie podchodzi (nie, że light, ale mozzarella ogólnie). Nauczka taka, ze trzeba w tej diecie jednak rezygnować z tego, co nam nie podchodzi, mogłam sobie te warzywa zrobić inaczej i rybę odstawić zupełnie. No nic, nie rezygnuję, taka głupia to nie jestem, ale radosne odchudzanie to chyba oksymoron jednak.
Wczoraj kupiłam sobie rower. Właściwie zarezerwowałam, a teraz kombinuję, skąd pieniądze, wprawdzie przeceniony o połowę, ale jednak. Taki dokładnie jak na zdjęciu. W stylu vintage, siodełko i rączki w brązowej skórze. Jak widać kolor pastelowo niebieski, ma brązowe esy floresy, jakby kwiaty narysowane, a błotniki, tego nie widać, kolor waniliowy. Pięknisty jest. Nie jeździłam od hm,hm -dziestu lat, mam nadzieję, że sobie rąk i nóg nie połamię. Mam natomiast zamiar rozsmakować się w przejażdżkach rowerowych z mężem i synem oraz psem prowadzonym przy rowerze. Franek, pies mój zwariowany, ma niespożyte pokłady energii, nie będzie miał nic przeciwko temu. Ale najpierw muszę się od nowa nauczyć jeździć na rowerze. Podobno tego się nigdy nie zapomina. Zobaczymy.
Córka w domu, ale już jedzie w środę. Dziesięć dni przeleciało nie wiadomo kiedy. Wiadomo, kiedy nie chcemy, czas zapieprza jak szalony.
Córcia w domu na półtora tygodnia, ale fajnie. Mąż w domu, odbiera zaległy urlop, jeszcze z zeszłego roku, tyż piknie. Tłum w domu w ciągu dnia jak na Gubałówce, trudno się przyzywczaić. A ja desperuję. Zdecydowaliśmy się przejść na dietę proponowaną w książce Magdaleny Makarowskiej 'Jedzy pysznie chudnij cudnie" (w tytule nie ma przecinka, to go też nie umieściłam). Totalna zmiana stylu żywienia mi potrzebna, a sama nie umiem, żadnego coacha tu nie znajdę, jakoś muszę dać radę tym sposobem. A nie jest mi łatwo. I proszę, niech mi nikt nie mówi, że to proste jak budowa cepa, bo ja muszę zwalczyć trzy pokoleniowe nawyki żywieniowe. Nic nie robię tak jak należy, przynajmniej mąż mi tak cały czas powtarza, a ja znienawidziłam gotowanie, powoli też jedzenie. Wolałabym nic nie konsumować, wtedy błędów się nie popełnia, poza głodzeniem się, ale to już inny rodzaj. Schudnąć bez efektu jojo, ale też bez robienia z siebie dziwadła typu - tego nie jem, tamtego nie jem, liść sałaty i marchewka mi wystarczy - moje marzenie. I żeby zredukować do minimum 'złośliwienie' właściwe ludziom na diecie. Kupiłam sobie w niedzielę dwa szale i dwa kubki do kompletu, do tego, który dostałam od córki. Zdjęcia wkrótce. Jestem szalo-holiczką i kubko-holiczką. Im mniej jem, tym więcej szali będę kupować, haha. Comfort szalo-kupoholiczka. Z naciskiem na kupo. Ciekawa jestem, dlaczego miałam silną wolę do rzucenia palenia, z wtorku na środę kilkanaście lat temu i nigdy już nie zapaliłam, a nie mogę rzucić jedzenia, niezdrowego przynajmniej. Nie myślcie, że ja jakieś tłuste sosy robię, czy zupy na całych kurczakach ze skórą, wcale nie, ale widcznie przy mojej przemianie materii to musi być rewolucja większa, nie tylko 'jem mało, chudnę zdrowo'. Rzygać mi sie na to wszystko chce. Potrzebny mi jakiś sukces, bo się czuję jak przegraniec i nic ani nikt tego nie zmieni, ja sama muszę. Czytam Drwala Witkowskiego, zaśmiewam się, jest fenomenalny. Przynajmniej coś na poprawę humoru. Jeszcze dzisiaj przybyły wiadomości z Polski. Wiadomo, jak z kraju, to złe, niczego innego się stamtąd nie spodziewam. Każdego dnia jestem wdzięczna za odroczenie katastrofy. Jezusie, gdzie ten Drwal, potrzeba mi rozrywki.
Wspomniałam Wam o grach planszowych. Przy okazji przypomniałam sobie o innej ulubionej rozrywce tego typu, a mianowicie o Garibaldce. Jest to pasjans z elementami rywalizacji dla dwóch osób. Nie wiem skąd go znam, dziwne, ale moja pamięć nie zarejestrowała tego. Natomiast pamiętam, jak w nią grałam.
Z mamą w dużym pokoju, przy niskim stole, siadałyśmy na dwóch fotelach na przeciwko siebie i przy dobrej kawce grałyśmy kilka partyjek.
Potem nauczyłam przyjaciółkę szkolną Kaję. W licealnych czasach trzymałyśmy się razem, kilka razy zamieszkałyśmy ze sobą na 2 tygodnie, kiedy moja mama wyjeżdżała na wycieczki. Siadałyśmy wieczorami na dywanie i do piosenek Bronki Beat oraz Alphaville, rozgrywałyśmy partię Garibaldki.
Z moją ciocią, kiedy ją wizytowałam w USA. W jej ogrodzie w Północnej Karolinie, w towarzystwie jej psa, owczarka niemieckiego, popijając litry prawidziwej, amerykańskiej lemioniady domowej roboty.
Z przyjaciółką Beatą, w trudnych dla nas obu czasach, kiedy pieniędzy niet, dół finansowy jak Kanion Kolorado, mężowie w pracy, a my w domu z małymi dziećmi, montowałyśmy obiad z dwóch jajek i sosu pieczarkowego, a potem grałyśmy, a ile było śmiechu!
Ja w ogóle lubię pasjanse, ale układane na żywo. Mam to chyba po mojej prababci Michalinie (moja córka ma za to po niej imię), pamiętam jak w nieskazitelnie białej bluzce z milionem szczypanek (takie malutenieńkie zakładeczki, sama szyła), z papierosem w fifce przed moim urodzeniem (tego oczywiście nie mogę pamiętać), a po już tylko z filiżanką herbaty, siadała do stołu i rozpoczynała misterium układania kart. Zapach tasowanej talii, ich wygląd i atmosfera tych wieczorów, na zawsze wryła mi się w pamięć. Kupiłam taką samą talię, jak ona używała, na szczęście PIATNIK nie zarzuca produkcji starych wzorów, dokładając jedynie nowe.
To jest talia Liście Dębu
A to komplet kart luksusowych dla Pań, nieco węższych. Swietny pomysł.
Ja w ogóle lubię pasjanse, a najbardziej układane na żywo. Mam to chyba po mojej prababci Michalinie (moja córka ma po niej imię), pamiętam jak w nieskazitelnie białej bluzce z milionem szczypanek (takie malunieńkie zakładeczki, sama szyła), z papierosem w szklanej fifce, zasiadała do stolu z filiżanką herbaty i kartami i zaczynała misterium ich układania. Zapach tasowanej talii, jej wygląd i atmosfera tych wieczorów pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Zresztą mam taką talię jakiej ona używała, na szczeście Piatnik nadal je produkuje. Poza tymi, używam też węższych, specjalnie dla kobiet, specjalna wersja, rónież Piatnik, bo jestem wierna tej firmie, a oni z kolei hołdują również tradycji i nie pozbywają się starych wzorów, dokładając jedynie nowe. W Polsce można kupić je również na Merlinie.
Miałam kiedyś pasjansa w komputerze. Z tym z kolei wiąże się inne wspomnienie - pierwszy w życiu komputer, z wielkim monitorem (takim klockiem) w kolorze szaro białym, myszka z kulką też szaro biała. Siarczysta zima w Polsce, kawa w kubku-filiżance w zielone kwiatki i odkrywanie nieznanego świata komputerowo. Miałam wgranych kilkadziesiąt pasjansów, ale trzeba było sformatować twardy dysk i nigdy ich nie odzyskałam. A takie fajne były i karty można było śliczne wybrać. Nigdy potem już nie miałam takich dobrych pasjansów.
Jeśli macie przyjaciółkę albo dziecko troszkę starsze, z którymi chcielibyście spędzić miło czas, polecam pasjans dla dwóch osób - Garibaldkę, jest świetna.
Startuję w konkursie, a potem muszę o tym mówić, zawsze mi głupio - uprasza się o wysyłanie smsów, ale tylko pod takim warunkiem, że Wam się tu podoba. No i podobno pieniądze idą na zbożny cel. Sms o treści A00288 na numer 7122 bez spacji, gdzie 00 to dwie cyfry zero. Koszt 1,23 zł brutto. Dzięki
P.S. Wolałabym, żeby to było kliknięcie na stronie konkursu, tak podobno kiedyś było, ale cóż, nie ja ustalam zasady
Od dawien dawna lubię gry planszowe. Tak jak lubię pasjansa układanego na stole. Po prostu urodziłam się w czasie, kiedy o komputerowych grach nikt nie słyszał, ba, nawet nie przeczuwano ich powstania, toteż wybór był tylko jeden. Natomiast Chińczyka, warcaby i inne gry znali wszyscy. Grali w nie rodzice z dziećmi, dzieci z dziećmi, młodzież też, bo zaczęły się pojawiać też takie dla dorosłych. Nie wiem, czy Wam wspominałam, że po obiedzie graliśmy - tata, mama i ja - w karty, w tysiąca, o to, kto zmywa naczynia. Ech, to były czasy.
Ucieszyłam się, że rusza portal Lubimy Planszówki, będzie można się więcej dowiedzieć o nowościach na rynku. Niedawno koleżanka dała mi namiar na fajny sklep, gdzie można je kupić i nawet wysyłają za granicę - nazywa się Panszóweczka.pl
Nie myślcie, że ja tu coś reklamuję, nie, po prostu cieszę się, że moja miłość do gier planszowych wchodzi w nowy etap, nowe gry, kolejne godziny spędzone z rodziną przy stole z dobrym drinkiem w ręku i z głową zaprzątniętą nową zagadką. Nie tylko ja lubię, ale i syn, córka, jeszcze-nie-zięć, małżon, a co się przy tym naśmiejemy !!! Oj, mówię Wam czasami trzeba przerywać grę. Moje dzieciaki dorastają, mają swoje życie, lubię te nieliczne momenty, kiedy mamy czas tylko dla siebie. A kiedy przyjdą wnuki, będę z nimi grać w gry dla małych dzieci. Już się nie mogę doczekać. A tę grę kupię sobie wkrótce, już o niej kiedyś słyszałam i za sprawą koleżanki przypomniałam sobie, że chcę ją mieć
Cały dzień, no może połowę, miałam dylemat - rozbierać choinkę czy nie? Wprawdzie wszystko na to wskazuje, że powinnam, bo anioły na czubku, do tej pory stojące na baczność, teraz leżą na plecach, ale jakoś mi szkoda. Kolędy u nas nie ma, więc mi nie zależy, czy ona postoi dłużej czy krócej. Wszyscy naokoło już rozebrali, ale ja jestem Polka, pewnie się już przyzwyczaili, że robię wszystko na opak.
Stanęło na tym, że jeszcze ten weekend pobędziemy z choinką, a we wtorek, kiedy małżon ma wolne, pomoże mi ją rozebrać. Samo ściąganie ozdób nie jest takie skomplikowane, bez przesady, do tego pomocy bym nie potrzebowała, ale wywleczenie kartonów z poddasza oraz wyniesienie drzewa na zewnątrz, to już by się facet przydał. Dziwna rzecz, jakiej bym choinki w Polsce nie kupiła, zawsze po rozebraniu miała do wyniesienia suche badyle, a igły oddzielnie. Tutaj choinki pozostają w jednym kawałku wraz z igłami aż uschną. Praktycznie nic nie mam na podłodze. Hmmm.
Oglądając dzisiaj powtórkę Zakazanego Imperium, napatrzyłam się na filiżanki (przy okazji, pomiędzy rozłupywaniem łbów, chędożeniem kurtyzan i politycznymi gadkami) i przypomniało mi się, ze kiedyś parzyło się w czajniczkach esencję herbacianą, żeby potem nalać na dno szklanki (osadzonej w koszyczku) lub filiżanki odrobinę tego naparu i uzupełnić wodą. Nie twierdzę, że jest to niepowtarzalny sposób robienia herbaty, ale fakt faktem, ze moja ciocia robiła fantastyczne mieszanki i herbata tak robiona byla u niej pyszna. Jutro z samego rana zrobię taki napar, bo mam swoją mieszankę herbaty liściastej i nie zawaham się jej użyć.
Gdybym miała taki koszyczek, to już bym w ogóle w czasie się przeniosła. Wprawdzie nigdy nie miałam takiego zabytkowego rosyjskiego, do tego pozłacanego (to zdjęcie z antykwariat.pl), ale całkiem podobny, tylko bardziej plebejską wersję. Zaginął przy przeprowadzkach, a może jest u mamy?
A poza tym czytam Ziarno prawdy i jest mi dobrze.
Straciłam jaja, mam nadzieję, że nie bezpowrotnie. Snuję się po domu, mam jadłowstręt albo odwrotnie - rzucam się na jedzenie. Nie, nie zjadam nie wiadomo, jakich ilości, ale coś mnie na przykład bierze na zrobienie sałatki, kroję, mieszam, a potem zjadam na stojąco miseczkę. Takie zrywy. Powinnam zacząć chodzić z kijkami, bo ruchu mi trzeba, ale wieje tak, że łeb urywa, do tego leje, albo nawet 'gradzi', prosto w pysk. Czy ktoś z Was widział poziomy deszcz? Ten, kto mieszka w Irlandii pewnie tak. Ja jestem nad samym oceanem, jeśli mówią o sztormach (tu na określenie wiatru, jego siły i złośliwości jest wieeeeele określeń), to wiadomo, że w Donegalu, a juz w jego zachodniej części na pewno, będzie najgorzej. Wiedziałam, gdzie popaść.
Czytałabym bez przerwy, ale mi wstyd, więc sama przed sobą udaję, że coś robię. A wstyd mi tego bezruchu. Przed mężem, przed synem, córka na szczęście nie widzi, bo w Dublinie. Do tego chyba przeziębiłam pęchrz, bo mnie strasznie boli.
Wiem,wiem, nic nowego tu nie mówię. Ciągle jęczę na ten tamat, nie wiem nawet, dlaczego piszę ten post? Głupio mi tak całkiem zniknąć może? A jak napiszę, to nie wszystek zleniwieję? Szukałam dzisiaj pracy w necie, jest taka strona, ale tam oferty za darmo albo intership, a mnie nie stać, zeby wydać zasiłek na dojazdy ponad 70 km do pracy za nic. A praca skrojona jak dla mnie. Gdybym mieszkała bliżej, biłabym się o taką posadę, bo to jednak doświadczenie. Druga też za darmo u prawnika. Też fajnie by było, ale znowu narobiłabym się, do tego stres, bo wymagająca, a kasy zero. No nic, trzeba cierpliwie szukać.
A w międzyczasie czuję destrukcję w powietrzu. To mnie wykończy, jeśli czegoś szybko nie wymyślę. Ja jestem przyzwyczajona do braku czasu, a nie jego nadmiaru. Mam nawet pomysł, co bym zrobiła z tym czasem, ale brak wiary we własne siły. Koło zamknięte. I tak sobie marudzę. Wybaczcie.
Wojtek ogląda z małżonem program w telewizji, w przerwie przychodzi do kuchni coś przekąsić i pyta
- Mamo, a skąd ambasador Izraela zna tak dobrze polski?
- myślę, że jego rodzina była z Polski, albo może i on sam - tu w duchu obiecuję sobie zainteresować się tematem - wiesz synu - ciągnę - w '68 bardzo dużo Polskich Żydów opuściło Polskę, sytuacja polityczna ich do tego kroku pchnęła
- w '68 BC? - pyta syn
- Co to znaczy BC? - pytam z kolei ja
- no przed Chrystusem
I to by było na tyle w kwestii jak to mama uczy syna historii Polski.
Czy Was też wkurzają te rymowanki świąteczne i noworoczne wysyłane smsami? Wiem, że z dobrego serca wysyłane, ale jak po raz dziesiąty odbieram - wesołego karpika, pysznego barszczyka itp, to mnie zalewa. Są takie jeszcze, jakby to określić, które poza treścią mają z liter i znaków tworzyć też wrażenia obrazkowe, jak choinki itp. No cóż, można powiedzieć, dobrze, że w ogóle ktoś pamięta i wysyła, ale czy to koniecznie musi być od razu wierszyk. Są zresztą też fajne, nawet jeden po otrzymaniu komuś wysłałam, ale był krótki, treściwy i w sumie normalny, tyle, że się z trzech czy czterech wersów składał.
Nic to, zaraz wszystko minie i znowu będzie spokój, bez rymowanek, wierszyków i ludowych mądrości. Ja Wam życzę normalnie - przede wszystkim zdrowia, ale i spełnienia marzeń, chociaż jednego i żeby ten rok obfitował w wiele łask. I szczęścia, bo jak napisał mi mój brat - szczęście ważniejsze od zdrowia - na Titanicu wszyscy zdrowi byli.
Postanowień nie będzie. Gdzieś je mam. Zobaczy się w praniu, jak to będzie. Od kilku lat próbuję być kowalem swojego losu, kuję żelazo póki gorące i z tego wszystkiego to się tylko odcisków nabawiłam. Jezusie, jaka ja zmęczona życiem jestem. Zycie rodzinne mi się udało i dzieci, poza tym masakra. Może to jakiś noworoczny blues?
Mąż zmontował dzisiaj piękne sałatki owocowe na deser. Aż mi się do tej pory gęba śmieje i na wspomnienie estetyczne i smakowe
Dzisiaj wyprasowałam górę ciuchów, które popraliśmy w ostatnich dniach, przesądna jestem, nie chciałam wchodzić w nowy rok z górą prania i niewysprzątanym domem. Muszę sobie jeszcze w głowie posprzątać, mówią - nie przyjdzie nowe, jeśli nie zrobisz na nie miejsca.
Pozdrawiam i będę o Was wszystkich myśleć, kiedy zabiją dzwony
Straszny mnie leń ogarnął. Jezzzusie, jaki straszny. Aż fizycznie to odczuwam, nie tylko w głowie mi się nic nie chce, ale mi ręce omdlewają normalnie i nogi odmawiają posłuszeństwa, kiedy o chodzeniu mowa. Najchętniej bym tylko leżała. Nie robię tego, bo jakieś resztki przyzwoitości jeszcze mi zostały, ale gdyby mi ktoś kazał leżeć, jeszcze bym w rękę pocałowała, jak bum cyk cyk. Coś tam sobie podczytuję, coś obejrzę w necie, ale dosłownie kilkanaście minut, w TV nic mnie szczególnie nie zachwyca, wiem, że mam stos filmów do obejrzenia, ale nie chce mi się poszukać tego, co bym chciała. I tak sobie żyję jak ameba i mi z tym dobrze. Dzisiaj się jakoś zmobilizowałam, bo koleżanka zapowiedziała, ze z listem przyjdzie do napisania po angielsku, sprawa urzędowa, pilna, to nie było dyskusji. Stwierdziłam, że leń leniem, ale muszę sobie łeb umyć, bo jeszcze tego nie było (powiedzmy), żebym się komuś z tłuszczem na łbie pokazywała, z mężem włącznie. Tego się pracowitemu mrówkowi męskiemu nie robi. Łeb umyłam, nawet jakiegoś wigoru nabrałam, starczyło mi na decyzję, że jak już ubrana i umyta, zwarta i gotowa, to może pójdę odwiedzić znajomą.... jak rzekłam, zrobic musiałam, ale mi się w międzyczasie odechciało i bym wcale nie poszła, gdybym nie obiecała.
Od koleżanki Moniki dostałam plotkarskie gazety. Nie kupuję takich, ale jak dostane to postanowiłam poprzeglądać. Okazały się idealne, bo głównie obrazki oglądam i tekstu akurat tyle, żebym dała rady przeczytać przed zapadnięciem w sen, tudzież w stupor leniowy. Musze powiedzieć córce, że jak przestanę zamykać usta i mi ślina zacznie ciec, to ma mnie w łeb walnąć jakimś szpadlem lub równie wielkim i ciężkim przedmiotem płaskim (patelnia?), tylko z wyczuciem, żeby mnie nie zabiła, bo pójdzie siedzieć.
Opowiem Wam o koncercie syna, ale zdjęć nie mam, bo córka jeszcze mi na kompa nie wrzuciła, to następnym razem. A teraz idę się rozłożyć na łopatki.
Wam życzyć Wesołych Świąt. No, ale dopiero pierwszy dzień, to może mi wybaczycie. Myślałam, żeby poczekać do ostatniego dnia, żeby były na gorąco, ale jak zaczęłam chleb zaczyniać, piec, szykować, stół ubierać, jaja faszerować (jeszcze-nie-zięć tak je sobie ukochał, że nawet w Boże Narodzenie je robimy, chociaż kiedyś zwyczajowo na Wielkanoc), dzień nie wiem, kiedy zleciał i już trzeba było do stołu siadać. Pojedli my, w karty pograli, prezentów naotwierali (o książkowych piszę na Notatkach Coolturalnych), a obok książek, zresztą otrzymanych od blogowych znajomych, dostałam śliczne kubasy na kawę, do tego jeden z Mosse ceramiki, maszynkę do kawy, taką włoską na gaz. Perły, może nie sto procent prawdziwe, dzikie, ale hodowlane, które powstały w naturalny sposób, a nie plastik czy coś w tym stylu. Misia z Chin przywiozła na zamówienie męża. Naszyjniczek z dzabanuszkiem ślicznościowy też dostałam, no i książki. Od Iwony fajne zapaszkowe trociczki owocowe, będę kopcić.
Wszystko wyszło pysznie, uszka się nie rozpadły, barszcz akurat, ryby męża przepyszne
grzane wino połączone z kompotem z suszu rozgrzewało i dodawało homoru
no i ten chleb! Wyszedł mi jak na przyjazd teściowej, jak mawiała moja mama (nie żeby do nas jej teściowa, a moja babcia, kiedykolwiek przyjeżdżała, bo niestety zmarła dosyć wcześnie) Ten w całym kawałku to z mąki strong white, żytniej i różnych ziaren oraz płatków. Wilgotny i smakowity. Natomiast ten na pierwszym planie, to na zakwasie z cebulką i czosnkiem.
Zakwas dostałam od Gosi, koleżanki tu w Irlandii, robiłam chleb, wyrabiałam, dodawałam cebulki i czosneczku i myślałam o Gosi i jej cudnej rodzinie. Pozdrawiam Was serdecznie.
No i tak, wszystko pozmywane, posprzątanie, ja sobie jeszcze podczytuję sprezentowane książki i tutaj piszę. Już trzecia, chyba się położę :-)
Pisałam Wam o imprezie gwiazdkowej, na której się wynudziłam (już taka jestem, impreza nic temu nie winna), przy okazji tego wpisu przypomniało mi się, że przed wyjściem z tego kilkugwiazdkowego hotelu zakosiłam Magazyn The Irish Times.
Nikomu tym krzywdy nie zrobiłam, bo to już noc była, następnego dnia wylądowałby w kominku do spalenia, ustępując miejsca The Times na niedzielę. Zapomniałam tego dnia kupić, chociaż w soboty akurat staram się pamiętać, bo w tymże magazynie na stronie trzeciej zawsze jest felieton mojej ulubionej Roisin Ingle. Czytam ja odkąd tu przyjechałam (piszę o tym TU, jeszcze na bloxie), z przerwą na czas, kiedy ona zniknęła po urodzeniu bliźniaków. Ale jak to czasem bywa, przylazłam do domu, szmyrngnęłam w kąt i przypomniałam sobie dopiero teraz. Zrobiłam kawkę i zasiadłam do czytania. Lubię tak.
Przeczytałam felieton, kawa jeszcze w kubku, trzeba zobaczyć co tam jeszcze w Magazynie piszą, przewracam strony i co widzę??? Znajomą twarz, ale jeszcze nie zatrybiłam, jak bardzo znajomą.
Czytam wywiad, z kimś mi się kojarzy, ale nazwisko było na samej górze, a na dole żadnego przedstawienia postaci, jedynie, ale o Polce, więc patrzę na zdjęcie i aż mi serce wyskoczyło z zawiasów, wsadzam nos w gazetę, bo ja ślepa, ale z tych ślepych, co maja okulary, ale ich nigdy nie noszą (Kaśka, naucz się je wtryniać na nos, sama siebie upominam),
a jakże, moja Ania kochana jak malowana. Wiem, wiem, że ona żadna moja Ania, nawet przecież jej osobiście nie znam, ale ja na emigracji, Polska do mnie przyjechała, to sobie będę przywłaszczać i uzurpować, a co. Anna Maria Jopek w Irlandii, to już wiedziałam, ale że wywiad z nią w najbardziej prestiżowym dzienniku, bo The Irish Times do takich się zalicza, będzie zamieszczony, zobaczę, tego nie wymyśliłabym nigdy. Natychmiast spuchłam z dumy i teraz się turlam taka po kuchni, bo gotowanie rozpoczęte.
Bigos w tym roku robię pierwszy raz tak, jak nigdy wcześniej nie. Zamiast kapusty wigilijnej, prawdziwy taki z mięsem. Czy ktoś ma rady jakieś?
Ja tu o bigosach jakiś, ale muszę koniecznie sobie puścić coś z Sobremesy. Ta piosenka jest całkiem nie swiąteczna, ale jaka energetyczna. Można tańczyć wokół bigosu, haha
Siedzę sobie w domku i słucham nowej wersji, lekko tylko zmienionej, 'Santa Claus is coming to town' Michaela Buble. Mlaskam, bo jem mince pies (babeczki z nadzieniem z owoców suszonych i przypraw zimowych), odkryte przeze mnie dopiero tutaj i już sobie okresu przedświątecznego, przygotowawczego bez nich nie wyobrażam. W kominku ogień strzela, choinka pachnie umiarkowanie (gdyby mocniej, znaczyłoby to, że wysycha w tempie natychmiastowym, a tego przecież nie chcemy). Ja się pytam, czy w takich okolicznościach przyrody nieożywionej, komuś chciałoby się wychodzić? No, ale czasem trzeba, szczególnie, że teraz sezon na Christmas Parties. Byłam na dwóch i doszłam do smutnego-nie smutnego (zależy jak na to spojrzeć) wniosku, że minął czas, kiedy czułam się jak party animal - tańcowałam, lulki paliłam, piłam szampana i wracałam do domu z butami w rękach. Za to zrobiłam się gaduła 'partyjna' czyli lubię wprawdzie takie wyjścia, ale pojeść, napić się czego dobrutkiego i porozmawiać - o życiu, o książkach, ostatnio obejrzanych filmach, poglądach na różne rzeczy, czyli dla niektórych nuuuuuuda panie. Bo jak party, to nie gadać, tylko zdrowie wasze w gardła nasze i pod stół spaść. Pierwsza impreza pracownicza było w kilkugwiazdkowym hotelu i wiele oczekiwaliśmy, a było jak zwykle, czyli średnio. Nic nie pogadałam, jedzenie marne, popatrzyłam na ludzi, szybko się znudziłam i zaczęłam ciągnąć do domu. Wszyscy byli oburzeni, że poszliśmy o północy, a mnie i tak było za długo. Drugie było mniej formalne, fajne, ale ja jakaś zdziadziała jestem i zamiast 'small talk' wolałam wrócić do przerwanej lektury powieści, poczytać blogi, albo obejrzeć któryś z filmów rosyjskich otrzymanych niedawno. Czyli co? Starość, izolowanie się? Nie wiem. Z drugiej strony, jak mam z kim, to nigdy nie dość mi rozmowy, mogłabym do rana. Tylko te rozmowy muszą być o czymś, ważne, śmieszne, ale i inteligentne, ciekawe. Czyli co, kwestia doboru naturalnego?
Wiele lat temu, szukając sposobu na zarobienie dodatkowych pieniędzy w zimie, postanowiliśmy otworzyć stoiska z ozdobami świątecznymi. Były to czasy raczkującego kapitalizmu, czyli początek lat 90-tych, o wielkich centrach handlowych nikt jeszcze nie słyszał, może widywaliśmy je w amerykańskich filmach, ale nie były one jeszcze naszą polską rzeczywistością. Handlowało się na bazarach w centrach miast, tak zwanych Manhattanach, albo w niedziele na specjalnych imprezach handlowych, w Koszalinie była to giełda na Hali Gwardii na przykład. Znaleźliśmy dostawcę pięknych ozdób angielskich i amerykańskich, ręcznie malowane bombki, grube i puchate łańcuchy - złote, moje ulubione różowe z domieszką szarości (tak zwany francuski róż), granatowe, różne bałwanki, misiaczki i renifery, a poza tym kompozycje do ozdoby domu – wiszące kule, bukiety Bożonarodzeniowe do wazonów, koszyki na owoce czy cukierki, stroiki na stół i tym podobne. Wszystko w stylu anglosaskim, u nas w tamtych czasach niespotykanym, wyglądało wyjątkowo luksusowo i niecodziennie. Postanowiłam sama stanąć do sprzedaży, bo zatrudnieni do tego ludzie byli onieśmieleni bogactwem oferty i jej, na tamte czasy, wyjątkowością, nie bardzo wiedzieli, co z tym począć, jak polecać i co odpowiadać na liczne pytania kupujących. Zostali, więc przesunięci do części stoiska z innym towarem, a ja zabrałam się do handlu ozdobami. Na drugi dzień stawiłam się ubrana w 200 swetrów, grubą kurtkę, opaskę na uszy (czapek nie uznaję, bo kiedy je ściągam, moje włosy wyglądają jak u traktorzysty z PGRu, w dodatku na czole zawsze mam czerwoną pręgę, jak po berecie, jakieś uczulenie czy co?), do tego rękawice, ciepłe kozaki i dwie pary skarpet. Tak ubrana, potoczyłam się jak bałwan, do pracy na stoisku. Nie bardzo mi to pasowało, wolałabym wyglądać jakoś tak bardziej luksusowo, jak ten towar, co go miałam sprzedawać, a nie jak jakaś bazarówa okutana jak na Syberii. Co było robić – „pecunia non olet”. Przy -15 stopniowym mrozie, jakoś trzeba było przeżyć dziesięć godzin na świeżym powietrzu, o wyglądzie wiotkiej kobietki w cienkim futrze i na szpilkach nie było mowy. Stoję sobie na tym stoisku w centrum bazaru, rozglądam się wokół w wolnych chwilach - po drugiej stronie pan z choinkami (jak znalazł, bo ludzie po zakupie drzewka przychodzili oglądać ozdoby), na lewo sprzęt gospodarstwa domowego, za rogiem zadekował się jumak z perfumami i sprzętem HiFi (dla niezorientowanych jumak to określenie na chłopaka, który handlował towarem kradzionym ze sklepów w Niemczech, nazwa pochodzi od autobusu do Berlina o 15.10, który szybko został nazwany - 3.10 to Yumy), a zaraz obok zaparkowała wielka ciężarówka z basenem pełnym karpi w środku. Z szoferki wysiadła wielka baba, okutana w waciak, z opaską na uszach i pudełkiem gumowych rękawic. Wyjęła składany stolik campingowy, wagę uchylną, miskę plastikową, różową sztuk jeden i kilka odważników. Rozstawiła stoisko i heja handlować. Karpie + baba to nieodzowny, pożądany wręcz, widok przed świętami. Ucieszyłam się, bo w takim otoczeniu, moje towary nabierały jeszcze większego blasku. Przez dłuższy czas byłam bardzo zapracowana, zaczął się duży ruch, wszystko szło jak świeże bułeczki, szczególnie te karpie, czego nie omieszkałam odnotować w głowie, z lekkim ukłuciem zazdrości. Kiedy tylko zelżał napór kupujących, odetchnęłyśmy, ja i baba od karpi, ona się rzuciła do wielkiego czerwonego termosu z żółtym, plastikowym kubasem oraz kanapek w papierze woskowym, a ja do kawy z kubka styropianowego i tacki z kiełbaskami, przyniesionymi przez pracownika z pobliskiego barku. Kawa była wstrętna, z fusami, które, miałam poważne podejrzenia, ale zero możliwości, żeby to sprawdzić, na sto procent osiadły mi w przestrzeniach między zębowych. Posilałyśmy się przez chwilę, zerkając na siebie nawzajem. Miałam wrażenie, że ją skądś znam. Miała okrągłą czerstwą twarz, ale to pewnie od tego mrozu, który już coraz bardziej dawał nam się we znaki. Z przodu brakowało jej jednego zęba. Nieee, jednak mi się wydawało. Skończyłam jeść, oczyściłam się z okruchów chleba i postanowiłam się trochę przejść dla rozgrzewki. Skierowałam się w stronę karpio-wozu, bo przy okazji postanowiłam zakupić rybę na Wigilię. Kiedy doszłam do stolika, sprzedawczyni zwróciła się w moją stronę z wielkim, szczerym uśmiechem i okrzykiem - Kaśka!!! Przyjrzałam się babinie z pewną trudnością, bo mi ta cholerna opaska zjeżdżała na oczy, nagle mnie olśniło – Kaśka?!?!, nie mogłam ukryć zdziwienia, toż to moja koleżanka z liceum, moja imienniczka, stała przede mną! A ona na to, waląc mnie jowialnie z plaskacza w plecy – nooooo, też się zmieniłaś! Dyplomata czy pokerzysta byłby ze mnie kiepski, wywnioskowałam po tym, co powiedziała, bo zapewne była to odpowiedź na to, co miałam wypisane na twarzy. Wróciłam w amoku na swoje stoisko i zwróciłam się do pracownika, osiemnastoletniego chłopaka, który właśnie opuścił dom dziecka i u nas znalazł swoją pierwszą pracę – panie Przemku, zastąpi mnie pan na pół godzinki? On na to, nie wiedzieć, czemu zadowolony jakiś – pani Kasiu, proszę mówić mi po imieniu, przecież mógłbym być pani synem (wtedy byłam od niego najwyżej 10 lat starsza). Zmartwiałam w zgrozie, odwróciłam się na pięcie i podążyłam natychmiast na przeciwko, do faceta z choinkami, gdzie wiedziałam, że gościnnie rozlewa się wódeczkę do musztardówek. Zdecydowanie musiałam się znieczulić. Wróciłam urżnięta i załamana do domu, opowiadam mężowi, co za okropność mnie spotkała, a on na to, miedzy atakami śmiechu – cóż chcesz, wyglądasz w tych bałwaniastych ciuchach jak „moja żona Zofia”, a chłopak po prostu za wszelką cenę chciałby mieć rodzinę. W ramach puenty powiem Wam tylko, że od lat nie jem karpia.
Stanęła u nas w domu już szóstego grudnia, taki tu zwyczaj. W Irlandii nie ma dnia imienin, toteż nie nazywa się tego dnia Mikołajki, a Little Christmas. W moim domu rodzinnym stawialiśmy choinkę w Wigilię. Wspominam to jako koszmar i stres, bo zawsze nie działały lampki (do tej pory tak mam, że zawsze któryś z kompletów nie działa), była nerwówa, bo kolacja wieczorem, a wciąż było coś do zrobienia, na przykład wypolerować srebrne sztućce, albo inna fascynująca czynność. Mama nie dawała sobie rady z anger management i wpędzała nas w doły. Obiecałam sobie, że kiedyś u mnie w domu choinka będzie stała wcześniej i cieszyła, a nie straszyła.
(na zdjęcia można klikać dla powiększenia)
to jest jedna z najstarszych bombek w naszym domu, odziedziczyłam ją po właścicielce jednego z mieszkań, które wynajmowałam. Ma ponad 30 lat.
równie ważne jak bombki, na naszej choince są szyszki i zabawki. Drewniane, wełniane, z materiału.
Na gałęziach, jakby na leśnej ściółce, stawiamy zawsze 'łóżeczko' Dzieciątka Jezus na sianku.
w tym roku mąż się rozszalał i przypiął kokardki również na naszego beniamina.
Ten wieniec świąteczny jest bardzo stary, ale wygląda nadal pięknie. To jest mój pierwszy zakup, jeśli idzie o ozdoby do domu, wtedy był bardzo drogi. W środku małżon osadził kawałek konara, który znalazł na plaży i koniecznie chciał gdzieś go wtrynić. Niech ma, najważniejsze jest, żeby miał tak jak chce. Nie jestem niewolnikiem designu. Na ścianach wiszą pamiątkowe zdjęcia, obrazki dzieci i obrazy brata, bo bardziej chodzi mi o wspomnienia i emocje niż o dobór kolorów do zasłon. Pierogi już ulepione, z kapustą i grzybami, ruskie i uszka. Wrzucone do zamrażarki czekają na 'ten dzień'. A wy jak stoicie z przygotowaniami?
Czasem się zastanawiam, co by było ze mną w '81 gdybym była starsza. Czy byłabym internowana, co ważniejsze, czy byłabym działaczką opozycyjną, a może komunistyczną? Co by ze mną sie działo w ten czas? U mnie w domu nie było polityki, opozycja, ale raczej na zasadzie rozmów Polaków przy wódce w domowym zaciszu, nie bibuły i słuchanie Radia Wolna Europa. Albo rodzice się tak kryli, nie wiem. O swoich wspomnieniach ze 13 grudnia piszę częściowo na Notatkach Coolturalnych przy okazji wpisu o Ani z Zielonego Wzgórza. Dopowiem tutaj tylko, że byłam w szkole podstawowej, mój tata miał raka i był w Szczecinie w szpitalu, mama pojechała go odwiedzić, a ja zostałam sama w domu na noc. Nagrywałam na magnetofon szpulowy płytę Bee Gees i mi o 24 tej przerwało. Rano, jak wszyscy z mojego pokolenia, zamiast Teleranka obejrzałam generała. Nie dałam za wygraną, poszłam sobie na sanki na górę Chęłmską, a tam wojsko i jeden żołnierz pyta - a ty dziewczynko gdzie idziesz? Ja na to, ze umówiłam się na sanki z koleżankami. On wtedy - biegnij szybko do domu i nie wychodź. Całą noc jechały naszą ulicą, wtedy Krasickiego, przelotową na Gdańsk (z Koszalina), czołgi. Myślalam, że mają ćwiczenia. Potem zrozumiałam tylko tyle, że jest wojna i w każdej chwili wojskowi mogą wejść do każdego domu i go zająć. Obmyśliwałam, czy się nie zabarykadować. Mama wróciła do domu w nocy, przywieźli ją gazikiem policyjnym Podobno odwaliła konkursową histerię na dworcu w Szczecinie, że utknęła tam, a w domu samo dziecko, mąż umiera. Prawda. Przywieźli ją do domu, mieli serce. Potem zaczęło się 'normalne' życie. Nienaturalnie długie ferie zimowe (cale dnie na lodowisku). Wywalczona choinka, wywalczone, wystane produkty żywnościowe, ostatnia Wigilia taty i jego śmierć. Stan wojenny był moim najmniejszym zmartwieniem.
A żeby nie kończyć smutnym akcentem, opowiem tylko, że rok później zasiedziałyśmy się na imieninach mamy przyjaciółki Ewy i już było grubo po godzinie policyjnej, kiedy chciałyśmy iść do domu. Zabrał nas wozem mleczarz. Siedziałyśmy na podłodze, między transporterami z butelkami z mlekiem. A butelki były szklane, z białym kapslem. Była tez śmietana, w małych brązowych z żółtym kapslem. Dźwięk dzwoniących butelek i samochodu mleczarza jadącego z nimi, takimi grającymi wczesnoporanną melodię, jest moim najmilszym wspomnieniem z tamtych lat.
Dwa patrole zatrzymywały samochód, ale do środka nie zajrzeli. A zima była ostra tamtego roku. Taka cicha, dostojna i poważna. Ot i całe moje wspomnienia wojenne. W sumie, gdyby nie śmierć taty, można by powiedzieć, że miałam szczęście.
(zdjęcie pochodzi ze strony młodelata.pl, czego to w sieci nie ma!)
Przeczytałam u Ofcy, że w Dublinie koncert Anny Marii Jopek. Napaliłam się jak szczerbaty na suchary i co? Jajco. Nie ma biletów. A już z córką ustaliłyśmy, gdzie śpię, gdzie pójdziemy na japońskie jedzenie, już miałam wizję spacerów po świątecznie oświetlonej O'Connell street, ech już bylam w ogródku, już witałam się z gąską i nic z tego. To moja ulubiona piosenkarka jazzowa, a do tego nagrała ostatnio świetny materiał.
Nic mi ostatnio nie idzie, czytanie nawet moje ukochane nie bardzo. Zasypiam. Dziwne, bo przy słuchaniu audiobooków nie. No, ale wtedy zawsze coś robię.
Właśnie skończyłam oglądać The Killing, duński serial kryminalny, pierwsze dwa odcinki. Podoba mi się, chociaż nie ma w sobie nic widowiskowego, w sensie nie trzyma zbytnio napięciu, po prostu obserwujemy rozwój sytuacji, ale serce w gardle nie staje. Widziałam też ostatnio RED z Brusem Willisem (takie grudniowe kino przy choince), uśmiałam się jak norka. Tak sobie myślę, że skoro czytanie mi nie idzie, to się chyba z rosyjskie filmy wezmę, dostałam ich kilka od kochanych blogowych znajomych, leżą obok telewizora i wpędzają w poczucie winy, że nie mam dla nich czasu. Tak się pocieszam, bo mi jednak tego koncertu żal.
No copyright infringement is intended - copyrighted images are being used for criticism, comment and news reporting only, referring to the fair use clause of copyright law. This site is not for profit
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiał ten nie może być kopiowany, publikowany i rozprowadzany w żadnej formie, bez pisemnej zgody autorki.