Felietony-wolnego strzelca produkcje dla różnych tytułów, obecnie dwóch oraz zapiski codzienne, co bym nie eksplodowała z nadmiaru myśli
Blog > Komentarze do wpisu

Post się zaczął, ale ja jeszcze o kolędzie, ostatnim rzutem na taśmę

Kiedy byłam dzieckiem, strasznie bałam się księży. Zawsze wydawali mi się facetami z wiecznie marsowymi minami, wszystkowiedzącymi i napompowanymi swoją ważnością. Wielki ‘nauczyciel’ na piedestale, przedstawiciel Boga na ziemi, wszystko widzi i niechybnie ukarze, kiedy zgrzeszę. Oczywiście nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem grzeczną dziewczynką i moje grzechy są małej wagi, tak powszechne, że przepraszamy za nie na początku każdej mszy, bo nie ma takiego człowieka, który by w ciągu tygodnia czegoś takiego nie zrobił, jakieś drobne kłamstwa, złości, niesłuchanie mamy itp. Był też raz grzech nieczystości – mama kazała umyć zęby, a ja tego nie zrobiłam przed snem. Wybaczone mi to zostało, ale myślałam, że na zawał zejdę w konfesjonale.
Najgorzej bywało podczas wizyt duszpasterskich, czyli tak zwanych kolęd. Datę znaliśmy wcześniej, więc na tydzień przed miałam już objawy nerwicowe, mdłości, brak łaknienia, zawroty głowy, obniżenie nastroju. Nie mogłam spać, czekałam na ten dzień jak na sąd ostateczny. Gorzej, bo ten jest jeden i tyle, wszystko jasne, a kolęda co rok strach od nowa.
Moja babcia była bardzo kościelna. Właśnie tak, nie tylko wierząca, ale i fanka kościoła, obrzędów, grup różańcowych, księży i zakonnic. Podejrzewam ją o to, że jej marzeniem było służyć Bogu, a życie ułożyło się jej tak, że poszła inną drogą – rodzina, dzieci, wojna, wszystko nie tak. W kościele czuła się jak w domu, ja zawsze jak intruz, bo strach mnie blokował. Zakonnice też zawsze były strasznie ważne, wiecznie wrzeszczały, czepiały się, budziły grozę i zupełnie nie po bożemu, tłukły dzieci linijką, jak tylko te zapomniały słów jakiejś modlitwy. Babcia zawsze starała się u nas być, kiedy przychodził ksiądz, bo należeliśmy do tej samej parafii, co ona (o dziwo, bo to dwa końce miasta, ale jakoś dziwnie oba połączone z Katedrą) i znała tam wszystkich. Poza tym po prostu to lubiła. Wkraczała do naszego domu odpowiednio wcześniej i zaraz brała się za ćwiczenie jedynej wnuczki, czyli mnie, w kwestii znajomości pacierza, przykazań itd. Gdybym miała rodzeństwo, rozłożyłoby się to na kogoś jeszcze, wspieralibyśmy się, moglibyśmy odreagować ten stres, obśmiać, a tak, wszystko uderzało we mnie i znikąd pomocy. Moja mama był anty-klerykalna, ale umiarkowanie, nie manifestowała tego zawzięcie, babci pozwalała robić swoje we względzie ureligijnienia wnuczki, sama do tego ręki nie przykładała. Ojciec też zachował dystans. Tak, więc babcia przygotowywała wszystko do wizyty, krzyż, woda święcona, wnuczka wystrojona. Pierwszy dzwonek – ministranci – czy państwo przyjmujecie księdza? Niewinne pytanie, a ja najchętniej zakopałabym się pod ziemię saperką, niech no tylko mnie nie będzie widać, słychać i czuć, niech on przyjdzie i pójdzie. Nic z tego, trzeba było przejść przez wszystkie elementy kolędy – chodzisz na religię, a umiesz Ojcze nasz, a tu masz obrazeczek.
Wydawałoby się, że człowiek z takiego strachu wyrasta, ale nie, już mężata i dzieciata, kiedy tylko słyszałam ‘procesję’ na schodach, dostawałam rozwolnienia, brało mnie na wymioty, raz schowałam się w szafie, ale musiałam wyjść, bo pies stał przy drzwiach i drapał, zdradzając mnie tym. Głupie bydlę, nie mógł mi darować chociaż on? Mąż dostał ataku śmiechu, kiedy to pierwszy raz zobaczył. Zawsze opanowywała mnie w obecności księży głupawka – raz powiedziałam, ze się dopiero urządzamy i widzi ksiądz – każdy mebel z innej parafii. Innym razem dwóch księży nas odwiedziło, mąż wychodził z jednym pokojem, ja kuchnią z drugim księdzem, mąż myślał, że ja dałam kopertę z ofiarą, ja, że on, w każdym razie potem w ‘judaszu’ nomen omen, zobaczyłam, że nam czerwoną krechę stawiają w notesie. Tak mnie to zeźliło, że nie wyszłam za nimi z pieniędzmi. Skoro mam już krechę, to niech.
Co kraj do obyczaj, tak się mówi, ale ja bym to zawęziła – co region kraju, to inne zwyczaje. Przeprowadziliśmy się do Siedlec, a tam jest zasada, że jak ksiądz opuszcza dom, to jeden z gospodarzy odprowadza go do kolejnej rodziny, czy to do domu, czy do mieszkania, nawet, żeby to miało być naprzeciwko w tym samym korytarzu. Fajnie nawet, ale ja nie wiedziałam, więc ich zawsze puszczałam ‘samopas’, a to wielki nietakt. Ech, zawsze coś nie tak.
Od nerwicy klerykalnej uwolnił mnie paradoksalnie ksiądz. Spotkałam w tychże Siedlcach nauczyciela religii mojej córki, który był wtedy młodym wikariuszem. Ksiądz Artur swoją otwartością, normalnym podejściem do życia i wiary, do nauczania, uczłowieczył w moich oczach ród księży, zdjął z tej profesji ‘demoniczność’, która mnie pętała strachem, a wprowadził poczucie humoru i zdrowe podejście do wszystkiego. Bywał u nas prywatnie, graliśmy w Scrabble, zajdaliśmy się pizzą mojego autorstwa i dyskutowaliśmy o świecie. Fajne to były chwile.
Co nie zmienia faktu, że jak tylko ktoś wspomina o wizycie duszpasterskiej, natychmiast tężeję i robi mi się słabo. Pies Pawłowa wypisz wymaluj.



środa, 13 lutego 2013, kasia.eire
Tagi: smaki życia

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/02/13 23:27:54
Uśmiałam się przy szafie i psie :)
Ja z domu niewierzącego, więc kolędę poznałam dopiero w dorosłym życiu, bez strachu i oporów. Byli księża-urzędnicy, księża "ja tylko po kopertę" i świetny proboszcz z parafii Taty, z którym dało się i pogadać, i zapalić, i pośmiać się.
W tym roku nie przyjęliśmy kolędy, bo stwierdziłam, że nie ma sensu dłużej udawać wierzących, po co, dla wpisu w notesie. Córka mocno się wystraszyła konsekwencji, jednak religijne wychowanie szkolne buduje przede wszystkim strach, jakby to policjant miał przyjść...
-
2013/02/14 08:53:24
Ja nie przepadam za tymi wizytami. Nigdy nie wiesz, czego się spodziewasz. Ja zawsze wychodze do księdza z uśmiechem, luzem itd. Często spotyka mnie to samo po drugiej stronie, ale bywa też zupełnie inaczej....
-
2013/02/14 09:50:53
szafa i pies mnie powaliły...
a tak poważnie, to ja też z tych zbuntowanych, tylko trochę inaczej. moze bardziej asertywnie? koperty nie daję, cienko jest, a jak mam do wyboru, koperta czy kapcie dla dziecka, to wygrywają kapcie. Księdza mogę przyjąć, czemu nie, ale nie szarpię się z picowaniem wszystkiego, obrusem, świecami itp. Krzyż sobie wisi na ścianie i wystarczy. a w kartotece od dawna mamy wpis, że chodzimy do dominikanów, i tylko raz proboszcz usiłował nas napomnieć, że może byśmy sie bardziej zainteresowali własną parafią. Usłyszał, że dominikanie to jeszcze z czasów przedślubnych, zanim zamieszkaliśmy w jego parafii i tam nam dobrze. tam braliśmy ślub, tam będziemy chrzcić Grzechotka.

Generalnie mój bunt jest przeciwko instytucji, z Bogiem można się dogadać i bez własnego proboszcza - albo znaleźć sobie inną parafię - zaleta dużego miasta:). a księża są różni, straszne matołki i bardzo fajni.
-
2013/02/14 10:05:21
Pozwolisz, ze opowiem o kryjowce w szafie znajomym - naprawde smieszne, ale tragiczne z drugiej strony. Czasem tak mysle, ze ksieza to niby ludzie, ale z innej planety!
-
2013/02/14 10:46:53
mdl2 - oj tak, u nas religijność przede wszystkim budowana jest na strachu, myślałby kto, że już się to zmieniło w tych czasach

brommbie - ja zawsze miałam kolędowo 'jako tako', czyli byle jak w porywach do 'może być', ale to też i inne czasy były, od prawie 11 lat mnie w kraju nie ma, może są jakieś inne dyrektywy. Albo zależy od parafii

agra - oczywiście, że instytucji, to nie ma nic wspólnego z moją wiarą i jej siłą. A z kapciami masz rację

duo.na - a śmiejcie się do woli ze mnie w szafie, sama się z tego śmieję i nie mogę uwierzyć, że to zrobiłam
-
2013/02/15 13:27:40
Mysle, ze tego dziwnego zwyczaju "koled" nie ma w Irlandii? ;)
U mnie tez nie ma, podobnie jak "swiecenia jajek" i innych takich obrzadków.
Ciekawiloby mnie, skad w Polsce ten zwyczaj sie wzial, bo chyba pozatym w zadnym katolickim kosciele tego swiata? Chyba naprawde chodzi tylko o pieniadze, czym ksieza sami wystawiaja sobie swiadectwo. Poruta bylaby tu wlasciwym slowem?
-
2013/02/15 14:24:54
Kiedy byłam małym dzieckiem bardzo lubiłam kolędę, bo się dostawało fajny święty obrazek który można było wkleić do zeszytu do religii. Ale jak już zaczęłam dorastać moje podejście zmieniło się dramatycznie :) Ksiądz pojawiał się raz do roku, trzeba było to przecierpieć, czekać czasem godzinami, tylko po to, żeby przyszedł, pokropił, odfajkował w kajeciku, że go przyjęliśmy i zgarnąć kopertę. Nie zapomnę jednej kolędy, kiedy przyszedł do nas ksiądz, którego nazwaliśmy 'Stukacz'. Zasiadł w fotelu i zaczął nas przesłuchiwać, bo inaczej się tego nazwać nie dało. A że i mój tata i mama i ja, byliśmy cholerykami, dla nas jego pytania były jak płachta na dzika. Ksiądz uciekał z naszego mieszkania aż się za nim kurzyło, nawet koperty nie wziął. Myślę, że coś tam nie fajnego naskrobał o nas w kajecie, ale i tak za rok kolęda wróciła, już z innym księdzem.
-
Gość: MiSzA, 109.255.177.*
2013/02/15 16:03:53
Ja miałem do kolędy podejście bardzo pozytywne. Do czasu, gdy śmy raz księdza przyjmowali bez naszego najlepszego zawodnika - ojca mego, którego śmy całą rodziną naśladowali podczas wizyt duchownego. Pozbawieni przywództwa wypadliśmy jak owce we mgle ("Ja was błogosławię, a wy się nie żegnacie!?", - "a jak u pani z Panem Bogiem?" - "a dziękuję, bardzo dobrze"). Traumę jakąś ta wizyta duszpasterska wywołała i przy kolejnych też byśmy się najchętniej do szafy schowali...
-
2013/02/15 17:47:30
Dla mnie koleda to tez byl stres ogromny i babcie tez mialam z podobnymi zasadami. "siedz grzecznie, nie ruszaj sie, nie oddychaj, bo co ksiadz powie".
Chyba dlatego jak tylko wyjechalam z Polski to juz sie zupelnie wyzwolilam z bycia katoliczka. Jak musze (slub, pogrzeb) to ide do kosciola, ale dobrowolnie jakos nie mam potrzeby. Skoro to wszystko tylko na strachu oparte to po co mam sie tam pchac?
-
2013/02/15 21:06:46
Na temat księży mogłabym długo, o dosadnie też, tym bardziej, że w rodzinie był ksiądz, brat mojej Mamy.
Jak tylko sobie jednak o tym wspomne, zaczyna mnie telepać!
Część Twoich odczuć była bowiem i moim udziałem! :-(
-
2013/02/16 10:03:17
:) Czy w Irlandii także macie kolędę ? Buziaki
-
2013/02/17 00:55:11
spiritku - nie ma u na wizyt duszpasterskich i dobrze.
-
2013/02/17 00:58:42
els81 - miałas śmiałość, bo za dziecięcych czasów nie była to dla Ciebie trauma i nie mroziło Cię na widok księdza. Zdrowe to

Misza, to tak jak w kosciele, wszyscy ida za jednym, co klęka i wstaje. Jak się jemu pomyli, to połowa ludzi wstaje, kiedy nie powinna, haha

Stardust - ja tez nie lubię tego faktora strachu w kościele

fusillo - jak był w rodzinie, to się powinnaś oswoić, a jednak nie, patrz jaka to siła działania

ladymgiełko - nie ma u nas wizyt, ale to mnie ciągle niepokoi jak przychodzi styczeń
-
2013/02/18 03:54:38
Swietna notka. A ja zawsze myslalam ze ksiadz to ktos swiety - i byl taki jeden swiety ksiadz co bardzo sie mna intersowal na lekcjach religii ( nigdy do niczego nie doszlo) ale ja zawsze bylam taka filozficzna i teologiczna ze zawsze mnie ten ksiadz zostawiala po religii na dyskusje. I tak sobie mysle ze jakby mial niecne mysle to ja bym absolutnie nic nie zauwazyla. Moj brat byl ministrantem wiec mysmy w ogole byli koscielni, i tak mo zostalo tylko ze z kosciola katolickiego odeszlam, ale ja lubie obrzedy :)
-
2013/02/18 12:24:46
robin, ja też znajduję w obrzędach ukojenie i przyjemność powtarzalności i bycia na swoim miejscu. Uwielbiam na przykład różaniec i kontemplację z tym związaną (to już nie o obrzędach, a o samym odcuzwaniu), ale te kolędy mnie wykańczały psychicznie i wiem, że to moje prywatne nakręcanie się, bo inni mają to po prostu gdzieś
-
2013/02/18 18:34:00
Bo to jest ta dla niektórych nieuchwytalna, subtelna róznica miedzy wiara katolicka a tym, co oni za katolicyzm uwazaja. Tepoglowie.

Notatki Coolturalne

Wypromuj również swoją stronę

free counters

Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!